Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dorosłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dorosłość. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 grudnia 2025

Rodzinne spotkanie przy kontrolowanej dawce cudu...

W grudniu miasto zachowywało się podejrzanie grzecznie. Jakby wiedziało, że jest obserwowane przez kalendarz. Chodniki skrzypiały pod butami niczym stare kości tradycji, a w powietrzu unosił się zapach choinek, mandarynek i lekkiej paniki. Tej samej, która każe ludziom mówić: „w tym roku bez prezentów”, po czym kupować je w ilościach hurtowych.

Bohater tej opowieści, nazwijmy go Aleksandrem (bo dorosłość polega m.in. na tym, że ma się na imię jak bohater powieści, a czuje jak statysta), stał w kolejce po karpia. Karp był martwy, lecz cieszył się większym zainteresowaniem niż on sam na portalach randkowych. Aleksander uznał to za znak czasów. Przed nim mężczyzna negocjował z rybą cenę spojrzeniem, za nim starsza pani opowiadała historię swojego życia, cofając się do czasów, gdy karp był jeszcze młody.

W domu czekał stół — solidny, doświadczony, pamiętający czasy, gdy rozmowy przy nim kończyły się kłótnią o politykę, a nie o gluten. Aleksander ubierał choinkę z namaszczeniem archeologa. Każda bombka była reliktem: tu firmowa impreza, po której „już nigdy”; tam wakacyjna miłość, która nie przetrwała kontaktu z listopadem; gdzie indziej aniołek, który stracił skrzydło w 2009 roku i od tamtej pory symbolizował budżet domowy.

Rodzina przybyła punktualnie według własnej strefy czasowej. Wraz z nią wkroczyły pytania „i co u ciebie?”, zadawane z miną mówiącą „ale szybko, bo barszcz stygnie”. Były życzenia zdrowia od osób, które brzmiały jakby kaszlały alfabetem Morse’a, i prezenty, które wymagały wyjaśnienia. Najdłuższe. Z użyciem gestów.

A potem — jak co roku — wydarzył się cud. Ktoś zaśmiał się szczerze, nie ironicznie. Ktoś przyznał, że jest zmęczony, zamiast mówić, że „wszystko gra”. Barszcz wyszedł idealny: taki, który nie rozwiązuje problemów świata, ale sprawia, że świat na chwilę przestaje ich wymagać. Nawet karp zdawał się patrzeć z talerza z pewnym zrozumieniem.

Aleksander pomyślał wtedy, że Boże Narodzenie to jedyny moment w roku, kiedy dorośli pozwalają sobie być nie do końca dorosłymi. Kiedy ironia odpoczywa, ambicje milkną, a człowiek siedzi przy stole i myśli: „może nie jest idealnie, ale jest… dobrze”. I dokładnie o to chodzi.

I kiedy już opłatek skruszał w palcach, a rozmowy zeszły z wielkich planów na małe nadzieje, przyszła pora na życzenia — te prawdziwe, niewypolerowane.

Niech te Święta będą dla Was jak dobrze napisana powieść:
z humorem, który ratuje w trudnych rozdziałach,
z ironią, która nie rani, i z czułością, która zostaje
na marginesach długo po ostatniej stronie.
Niech będzie Wam dane ciepło — nie tylko z kaloryfera,
spokój — nie tylko na trzy dni,
i bliskość — taka, która nie potrzebuje instrukcji obsługi.
A jeśli Nowy Rok przyniesie niespodzianki,
niech będą one dopasowane do Waszych potrzeb i oczekiwań.
Wesołych, mądrych i naprawdę Waszych Świąt.

poniedziałek, 1 listopada 2021

Uciekająca kiełbasa, wszędzie drzewa i bierz pączki jak dają...

Dzisiejsza opowieść rozpocznie się od wątku kiełbasianego... Zginęło Wam kiedyś w chacie pęto kiełbasy? Ledwo rozpoczęte, nowiuśkie pętko smakowitej, podsuszanej, surowej kiełbuni? U nas zginęło! Kiełbasa zagościła w domostwie we wtorek, w środę rano już jej nie było, a znalazła się w piątek. Po licznych dywagacjach na temat możliwych dróg ucieczki pętka, ewentualnych włamań i innych zjawisk, w tym tych nadprzyrodzonych, zostałam posądzona o zeżarcie towaru w całości pod osłoną nocy lub wyrzucenie go w amoku do śmietnika... Zagadkowe zniknięcia kiełbas do tej pory nie wystąpiły w moim życiorysie, więc bezczelne posądzanie mnie o te wszystkie podłe akcje dotknęło mnie dogłębnie ;) W każdym razie, żeby wątku niepotrzebnie nie rozwlekać, pętko znalazł w piątek Marian w szufladzie z tak zwanymi szpargałami. Leżało spokojnie pośród nożyczek, nici, papierów do pieczenia i innych dupereli. Oczywiście nikt się nie przyznał do ukrycia kiełbasy w szufladzie, ale ja tam swoje wiem ;) Nie od dziś wiadomo, że mężczyźni częściej cierpią na sklerozę i ukrywają kiełbasę w szufladach ;)

Po tych, jakże wyczerpujących, kiełbasianych przeżyciach postanowiliśmy nawiedzić sobotnią porą Karkonosze i zdobyć Szrenicę. Podczas pokonywania kolejnych kilometrów towarzyszył nam przecudnej urody wschód słońca... Starałam się jak mogłam uwiecznić ów przecudnej urody wschód, ale wiecie jak to jest fotografić w samochodzie jak telepie na prawo i lewo, więc wybrnęłam z tego tak jak widać poniżej :) 


Po dotarciu na miejsce poszlim na szlak wiodący niestety pod górę, co dało mi się we znaki i od czasu i do czasu rzucałam w próżnię: Pierdolę! Dalej nie idę! Ale tak zazwyczaj jest jak się trza namordować i cielsko zmusić do wysiłku. Na osłodę raczyłam się herbatką z termosu i bułkami nabytymi w piekarni. Zachciało mi się też spontanicznie ciepłych pączków, ale Marian mnie zwyzywał, że teraz to mam się wypchać, bo jak chciał kupić w pączkarni w Szklarskiej Porębie to się darłam, że żadnych pączków jeść nie będę! Mężczyźni to jednak mało rozumne stworzenia są: przecież wiadomo, że jak baba mówi nie to znaczy tak ;) 
W każdym razie poza wizjami spożywczymi na trasie oddawałam się fotografii drzewnej i nie tylko drzewnej. 



Nadszedł też szczęśliwy moment zdobycia szczytu, na którym to wiało tak, że resztki rozumu potracilim, ale i tak było warto. Znaczy się wiało od podnóża do szczytu, ale im wyżej tym większa siła sprawcza wiatru była. Natomiast słońce świeciło jak dzikie, a dookoła roztaczała się panorama pocztówkowa. Mój zachwyt nad pięknem przyrody objawił się w całej okazałości, więc musiałam usiąść za winklem schroniska, żeby mnie nie porwało w siną dal ;)
To tyle w związku ze wspomnieniami z ostatniego tygodnia. Obiektywnie stwierdzam, iż Dolny Śląsk chwycił mnie mocno za serce i już nie płaczę po kątach po tym jak porzuciłam Górny Śląsk ;) Jakość powietrza mają tutaj zdecydowanie lepszą, tylko te znikające kiełbasy mnie niepokoją :D 

niedziela, 17 października 2021

Usiadła baba i myśli nad pierdoletami pani Malinowskiej...

Usiadła baba i myśli nad upływem czasu, osiągnięciami życiowymi i innymi pierdoletami pani Malinowskiej. Zajęcie pozycji siedząco-kanapowej składnia do zagłębienia się w najczarniejsze zakamarki duszy, co nie zawsze jest zjawiskiem pożądanym, gdyż może doprowadzić nas do wniosków zgubno-destrukcyjnych lub wzmożonego popędu w kierunku sypania łba przysłowiowym popiołem w chwilach głęboko-refleksyjnych. Wychodzi na to, że lepiej za dużo nie myśleć ;) To tak tytułem wstępu mi się napisało, po długiej przerwie... Długie przerwy w blogowaniu są moją specjalnością - takie poczyniłam spostrzeżenia prosto z natury wzięte, a że z wykształcenia jestem biologiem to obserwacje prosto z natury mam w jednym palcu lewej stopy ;). Niestety jestem dziadongiem, któremu nie po drodze z tak zwanym systematycznym czynieniem zamierzonych przedsięwzięć ;) Często patrzę z zazdrością i podziwem zaopatrzonym w stosowny wytrzeszcz gałek ocznych (czy są inne gałki niż oczne...? chyba są, na przykład lodowe, ale czy zastosowanie gałek lodowych w tym momencie miałoby jakikolwiek sens...?) na blogi, które mają właścicieli wyposażonych w zjawisko porządnej systematyczności. Ja to taki macoch wstręciuch jestem - utrzymuje to moje blogowe dziecko w stanie zawieszonej agonii: za dużo by zemrzeć, za mało by żyć pełną piersią. Mój nieszczęsny blog żyje połową obwisłej piersi i obawiam się, że musi się z tym pogodzić, gdyż matka jego wyrodna i nie zanosi się chyba na poprawy ;)

Tym, którzy tu czasem wpadają lub piszą do mnie mailowo, że dlaczego ja tak mało piszę chciałam rzec, że mój korpus zalewa w tych wszystkich momentach fala wstydu, gdyż niewiele mam na swoje usprawiedliwienie. Udało mi się jako tako wyjść na ludzi i rozprawić z boreliozą w wydaniu mózgowym, więc może mój mózg po tych wszystkich naprawach zmieni podejście w wyżej poruszanych kwestiach. Na osłodę wstawiam fotografię uczynioną pod wpływem zetknięcia się z jednym z moich zakupów poczynionych porą letnią - był to niezwykle gustowny kapelusz plażowy zaopatrzony w opcję metalowych kółeczek - kusiło mnie by dżdżownice sobie powywieszać, ale zwyciężyła opcja miłosierdzia mówiąca o tym, że nie wolno istot żywych męczyć w celach rozrywkowych, w innych zresztą też nie można. A że ja rzadko pozuje do zdjęć normalnie to fotografia w pełni oddaje moje nastawienie do pozowania :) Osobisty chłop domowy, zwany Marianem obwieścił, że to wypisz, wymaluj misiek Paddington - kto nie zna to jest podobizna poniżej ;) No nie wiem, nie wiem; nie obraziłam się, ale ja tam podobieństwa nie widzę ;) 

W tym całym bajzlu niepokojące jest to, że wiek nie skłania do bycia poważnym - skończywszy jakiś czas temu lat czterdzieści i kilka odkrywam każdego dnia, iż głupota mnie nie opuszcza, a wręcz czasami przybiera na sile ;) Obawiam się, że jako staruszka poruszająca się z wykorzystaniem dodatkowych podpór będę równie rozwinięta w temacie bycia poważnym i dorosłym jak aktualnie ;) I tym optymistycznym akcentem zakończę te wywody niedzielne i nie pozostaje mi nic innego jak życzyć wszystkim dystansu do siebie i otoczenia :)