Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lipca 2026

Kiedyś najlepsza przyjaciółka, dziś tylko reakcja pod zdjęciem, czyli gdzie znikają kobiece przyjaźnie...

Kiedyś była pierwszą osobą, do której dzwoniłaś po każdej życiowej katastrofie oraz po tych wydarzeniach, które obiektywnie katastrofą nie były, ale wymagały natychmiastowego posiedzenia sztabu kryzysowego. Wiedziała, że twoje „nic się nie stało” oznacza mniej więcej tyle, co komunikat o niewielkim zadymieniu wydany przez człowieka stojącego po kolana w pogorzelisku. Rozpoznawała po sposobie, w jaki mówiłaś „cześć”, czy należy otwierać wino, paczkę chusteczek, czy może listę mężczyzn, których wspólnie należało uznać za pomyłkę ewolucji.

Znała nazwisko twojej pierwszej miłości, numer mieszkania drugiej, znak zodiaku trzeciej i powód, dla którego czwarty do dziś powinien omijać twoje miasto obwodnicą. Widziała cię bez makijażu, bez pieniędzy oraz w spodniach, których istnienia obie przysięgłyście nigdy nikomu nie ujawniać. Ty wiedziałaś, jak naprawdę wygląda jej matka, zanim przyjdą goście, co oznacza przeciągłe milczenie jej partnera i gdzie ukrywa słodycze przed rodziną, chociaż rodzina od lat doskonale znała to miejsce i jedynie podtrzymywała narodową tradycję udawania.

A dzisiaj?

Dzisiaj ona publikuje zdjęcie hortensji, ty zostawiasz pod nim czerwone serduszko i oto cała wasza przyjaźń mieści się w ikonce serwowanej przez media społecznościowe. Algorytm odnotował aktywność, sumienie podbiło kartę obecności, można rozejść się do obowiązków.

Najdziwniejsze jest to, że przecież nic się nie wydarzyło. Nie było zdrady, awantury, huku odkładanej słuchawki ani dramatycznego „dla mnie nie istniejesz”, po którym człowiek natychmiast sprawdza, czy osoba nieistniejąca obejrzała jego relację. Żadna nie powiedziała niczego niewybaczalnego. Żadna nie wyjechała na drugi koniec świata. Czasami mieszkacie nawet w tym samym mieście, zaledwie kilka ulic od siebie, ale odległość między wami mierzy się już nie w kilometrach, tylko w liczbie miesięcy od ostatniego „musimy się koniecznie spotkać”.

„Musimy się koniecznie spotkać” jest zresztą jednym z najbardziej osobliwych zdań w kobiecym słowniku. Brzmi jak plan, choć najczęściej pełni funkcję eleganckiego nagrobka dla relacji. Wypowiadamy je z energią działaczek społecznych, które właśnie powołały komitet organizacyjny, po czym żadna nie proponuje daty, miejsca ani nawet roku.

- Koniecznie!

- Może po wakacjach?

- Jasne!

Nie ustalono jedynie, po których.

Kiedyś spotykałyśmy się bez kalendarza, aplikacji i konsultacji z trzema domownikami. Wystarczało: „Będę za pół godziny”. Dziś umówienie kawy dwóch dorosłych kobiet przypomina organizację międzynarodowego szczytu pokojowego. Jedna może we wtorek, ale tylko do siedemnastej. Druga w czwartek, pod warunkiem że mąż będzie się lepiej czuł, córka nie przywiezie wnuków, pies przestanie kaszleć, a człowiek odpowiedzialny za naprawę pralki rzeczywiście przyjdzie między ósmą rano a końcem cywilizacji.

Życie nie wchodzi między przyjaciółki z łomem. Ono wciska się dyskretnie: jednym zebraniem w pracy po godzinach, chorobą rodzica, problemem dziecka, przeprowadzką, rozwodem, zmęczeniem, którego nie da się już przykryć drugim pudrem. Najpierw przekładamy jedno spotkanie, później drugie, a następnie zaczynamy orientować się w swoim życiu na podstawie zdjęć. A więc była nad morzem. Zmieniła fryzurę. Syn skończył szkołę. Kupiła nowy stół. O ważnych wydarzeniach dowiadujemy się razem z czterystoma innymi osobami, z których połowa to byli współpracownicy, a reszta ludzie poznani kiedyś na weselu kuzynki lub pogrzebie pradziadka.

Internet stworzył zresztą niezwykle wygodną protezę bliskości. Nie trzeba pytać, co słychać, ponieważ wszystko widać. A raczej widać starannie wybrane dowody na to, że coś słychać. Zostawiamy serduszko pod zdjęciem urodzinowego tortu, kciuk pod informacją o awansie i smutną buźkę pod wiadomością o stracie. Obsłużyłyśmy przyjaźń w trzech kliknięciach, jak rachunek za prąd. Bez rozmowy, bez ciszy po drugiej stronie słuchawki, bez ryzyka, że ktoś naprawdę odpowie na pytanie: „Jak się trzymasz?”.

Czasami jednak prawda jest mniej romantyczna: nie tylko brakuje nam czasu. Bywa, że przestałyśmy się mieścić we własnych życiach.

Niektóre przyjaźnie powstają, ponieważ przez kilka lat siedzimy w tej samej szkolnej ławce, pracujemy z tym samym nieznośnym człowiekiem albo wspólnie przeżywamy etap, w którym dzieci śpią wyłącznie wtedy, gdy matka stoi na jednej nodze i nuci kołysankę głosem umierającego wieloryba. Łączy nas miejsce, sytuacja, wspólny wróg lub identyczny poziom niewyspania. To wystarcza, żeby pokochać drugą osobę prawdziwie, lecz nie zawsze wystarcza, żeby iść obok niej przez całe życie.

Po prostu zmieniamy się. Czasami jedna rusza dalej, a druga nadal chce rozmawiać o tym samym szefie, choć żadna nie pracuje z nim od dwunastu lat. Jedna nauczyła się stawiać granice, druga traktuje każdą granicę jak płot, który należy sforsować z pretensją i torbą pełną cudzych spraw. Jedna potrzebuje rozmowy, druga publiczności. Po spotkaniu z niektórymi kobietami człowiek wraca lżejszy, nawet jeśli przyszedł z życiem zapakowanym w trzy reklamówki problemów. Po spotkaniu z innymi trzeba poleżeć w ciszy i doładować psychikę jak telefon, który przez dwie godziny służył za nawigację.

My, kobiety, mamy jednak osobliwy talent do konserwowania relacji, które dawno przestały nam służyć. Zostałyśmy wychowane w przekonaniu, że dobra kobieta pamięta, wybacza, podtrzymuje kontakt, wysyła życzenia i nie sprawia nikomu przykrości, nawet jeśli sama po każdej rozmowie czuje się jak ścierka po generalnym sprzątaniu dworca. Skoro przyjaźniłyśmy się przez dwadzieścia lat, należy kontynuować. Jak abonament, którego nie potrafimy wypowiedzieć, bo konsultant może się zrobić smutny.

Tyle że długość znajomości nie jest certyfikatem jej jakości. Historia to nie kajdanki. Można być komuś wdzięczną za wspólne lata i jednocześnie nie chcieć dopisywać następnych. Można kochać osobę, którą przyjaciółka była kiedyś, i nie umieć już rozmawiać z kobietą, którą stała się dzisiaj. Można też uczciwie przyznać, że to my przestałyśmy być dla niej tym, czego potrzebowała. W każdej kończącej się przyjaźni nie musi przecież występować czarny charakter. Czasami są tylko dwie porządne kobiety, które doszły do różnych stacji i z uprzejmości przez kilka lat udają, że nadal jadą tym samym pociągiem.

Nie każda cisza oznacza jednak koniec. Są przyjaźnie, które potrafią przespać kilka miesięcy, a potem obudzić się bez pretensji, rozczochrane i gotowe rozmawiać dalej. Nie prowadzą listy obecności, nie wystawiają rachunku za każde nieodebrane połączenie i nie wymagają, żeby życie było wysprzątane przed wizytą. Prawdziwa przyjaciółka potrafi wejść do naszego bałaganu bez białej rękawiczki i komisji sanitarnej. Rozumie, że czasami nie dzwonimy nie dlatego, że przestałyśmy kochać, lecz dlatego, że ledwie dajemy radę być przytomne.

Jak więc rozpoznać, czy przyjaźń tylko przycichła, czy już umarła?

Może po tym, co czujemy na myśl o spotkaniu. Czy chcemy przy niej zdjąć zbroję, czy przeciwnie - prasujemy ją, polerujemy i sprawdzamy, czy dobrze leży. Czy możemy powiedzieć prawdę, czy musimy prezentować wersję życia po retuszu. Czy po rozmowie mamy więcej siły, czy zastanawiamy się, gdzie człowiek składa wniosek o zwrot zużytej energii.

Kobiece przyjaźnie rzadko znikają w jednym spektakularnym momencie. Częściej rozpływają się między zakupami, pracą, rodziną, opieką nad rodzicami i wiecznym „odezwę się w spokojniejszym tygodniu”, choć spokojniejszy tydzień jest stworzeniem równie mitycznym jak jednorożec na etacie. Nie urządzamy im pogrzebu. Nie dostajemy urlopu na żałobę. Czasami mijamy dawną przyjaciółkę w sklepie i rozmawiamy uprzejmie jak dwie byłe pracownice tej samej firmy, które podpisały klauzulę poufności.

A przecież taka strata potrafi boleć. Wraz z przyjaciółką tracimy także kobietę, którą byłyśmy przy niej. Tę młodszą, naiwniejszą, bardziej szaloną, która mogła zadzwonić o drugiej w nocy i zacząć od słów: „Tylko się nie denerwuj”. Tracimy świadka własnego życia, depozytariuszkę historii, których dziś nie opowiedziałybyśmy nikomu bez konsultacji z prawnikiem.

Może dojrzałość nie polega więc na tym, żeby każdą przyjaźń utrzymać przy życiu za wszelką cenę. Może chodzi o to, aby wiedzieć, o którą warto zawalczyć, do której trzeba wreszcie zadzwonić, a której pozwolić spokojnie odejść bez aktu oskarżenia i publicznej sekcji zwłok.

Nie każda przyjaźń musi trwać wiecznie, żeby była prawdziwa. Niektóre kobiety przeprowadzają nas przez najtrudniejszy fragment drogi, a potem skręcają gdzie indziej. Były ważne. Były bliskie. Były nasze. Tyle że już nie są.

A serduszko pozostawione pod zdjęciem? Czasami jest marnym zamiennikiem rozmowy. Czasami wyrzutem sumienia w czerwonym kolorze. Ale czasami znaczy po prostu: „Nie ma mnie już obok ciebie. Jednak pamiętam, że kiedyś byłam. I cieszę się, że wtedy byłyśmy razem”.

czwartek, 26 marca 2026

Smycz, kapcie i wirtualny penis, czyli krótki traktat o tresurze mężczyzn...

Jest piąta rano. Ta godzina, o której człowiek przy zdrowych zmysłach przewraca się na drugi bok, mamrocze coś do poduszki i poprawia sobie życiorys w trakcie sennych marzeń. Tymczasem ja siedzę przy klawiaturze jak nocny stróż własnych myśli, za oknem jakiś zbłąkany ptaszor trzepie skrzydłami na balkonie, a w mojej głowie - nie wiedzieć czemu - znowu plącze się temat mężczyzn. Czy to już starość? Bardzo możliwe. Podobno starzy ludzie nie śpią. Jeśli tak, to wygląda na to, że moje wejście w wiek średni odbywa się bez fanfar, za to z bezsennością, ptactwem i rozważaniami społecznymi o piątej rano.

A temat, który od jakiegoś czasu regularnie włazi mi do łepetyny, brzmi mniej więcej tak: dlaczego tyle kobiet mówi dziś z rozczulającą powagą, że faceta trzeba sobie wychować? Ułożyć. Ustawić. Utemperować. Najlepiej jeszcze trzymać na smyczy z regulowanym dozownikiem długości, żeby broń Boże nie wyskoczył za daleko poza wyznaczony kojec. Taki osobisty chłop - według tej szkoły tresury - nie może samodzielnie obejrzeć meczu z kolegami, wyskoczyć do knajpy, pojechać na weekend, a już wieczór kawalerski kumpla jawi się niczym brama piekieł, przez którą w jednej chwili wyfruwa z człowieka moralność, rozsądek i bielizna.

W tym modelu relacji mężczyzna jest stworzeniem chwiejnie pionizowanym, które należy stale nadzorować. Coś pomiędzy labradorem, nastolatkiem po energetyku a skazanym na dozór elektroniczny. Sam nie może, bo zrobi głupotę. Z kolegami nie może, bo wiadomo: koledzy to siedlisko zła. Na mecz nie może, bo tam piwo, emocje i jeszcze mu się przypomni, że kiedyś miał wolną wolę. Do baru nie może, bo każda kobieta siedząca przy stoliku automatycznie zamienia się w syrenę z portowego burdelu. Na kawalerski nie może, bo jak wiadomo, każdy męski wieczór kończy się rzekomo katastrofą obyczajową, zbiorowym ogłupieniem i tańcem na granicy rozwodu.

I tak sobie myślę: może ja jestem durna, może naiwna, może niedzisiejsza jak kryształowa cukiernica po ciotce, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby tresować faceta. Owszem, można z kimś rozmawiać, ustalać granice, mieć zasady, można się na coś zgadzać albo nie zgadzać. Ale wychowywać? Smycz zakładać? Dawać przepustki? Odbierać przywileje za złe sprawowanie? Przecież to nie jest pies, syn ani recydywista po warunkowym. To ma być partner, a nie projekt resocjalizacyjny.

Zresztą nie oszukujmy się: jeżeli dorosły człowiek będzie chciał wprowadzić jakąś głupotę w życie, to naprawdę nie powstrzyma go żadna smycz. Co najwyżej nauczy go lepiej kłamać. Taki gagatek nie pójdzie oficjalnie na piwo, tylko nagle zacznie mieć „trudny projekt”, „niespodziewane zebranie”, „delegację”, „kryzys w zespole” albo „awarię systemu”, choć jedyna awaria będzie dotyczyła jego kręgosłupa moralnego. Atrakcja i tak zostanie zrealizowana, tylko pod innym szyldem. Bo zakaz nie produkuje cnót. Zakaz produkuje logistykę, alibi i ukrywanie telefonu ekranem do dołu.

Są oczywiście kobiety, które uwielbiają dzierżyć w dłoni wirtualnego penisa i traktują ten gadżet jak berło władzy absolutnej. Ich życiowa filozofia sprowadza się do przekonania, że miejsce męża czy partnera jest pod kapciem. Nie obok. Nie z przodu. Nie z tyłu. Pod. Najlepiej głęboko i bez prawa głosu. Spod wyznaczonego kapcia biedak może wysunąć fragment swojej egzystencji wyłącznie po złożeniu odpowiedniego podania, najlepiej w dwóch egzemplarzach, z uzasadnieniem, celem wyjścia i przewidywaną godziną powrotu. Dobrze widziane są również załączniki: mapa trasy, lista uczestników, grupa krwi i podpis dwóch świadków.

Nie wiem dlaczego, ale gdy słyszę ten cały ton „ja to sobie mojego ustawiłam”, natychmiast stają mi przed oczami hieny. U hien rządzi samica, wyposażona przez naturę w narzędzie, które wygląda jak bardzo zuchwała karykatura męskiego przyrodzenia. I ilekroć widzę te ludzkie dominatorki, takie napuszone swoją wszechmocą, z tym symbolicznym, wirtualnym penisem wycelowanym w świat, to mam przed oczami właśnie hienę: dziarsko maszerującą po sawannie własnego ego, miotającą rozkazy i pokazującą nieposłusznym samcom, gdzie jest ich miejsce. A miejsce to zwykle bywa gdzieś między szafką na buty a psychicznym parterem.

Rzecz jasna, bywają panowie, którym rola kapciowego wyraźnie służy. Są mężczyźni, którzy bez zalegania pod paputkiem czują egzystencjalny niepokój. Taki osobnik nie tyle szuka partnerki, ile etatowej przełożonej. Gdy nikt nim nie zarządza, biedaczysko zaczyna się chwiać jak źle skręcony regał z marketu. On potrzebuje komendy, instrukcji i harmonogramu. Sam nie wie, czy ma ochotę na rosół czy na śmierć, więc z ulgą oddaje stery kobiecie z donośnym głosem i talentem do wydawania poleceń. Owszem, tacy też istnieją. Natura jest bogata i czasem miewa bardzo osobliwe poczucie humoru.

Ale z własnego żywota wiem jedno: zabranianie nie prowadzi do niczego dobrego. W latach młodości miałam szlabany na prawie wszystkie atrakcje tego świata, choć byłam dzieckiem raczej grzecznym niż rozbójniczym. Nie podpalałam stodół, nie rabowałam kiosków, nie hodowałam grzechu w doniczce. A mimo to kontrola była taka, jakbym co najmniej dowodziła osiedlowym gangiem. I cóż się wtedy rodziło w moim niewinnym serduszku? Skrucha? Posłuszeństwo? Urocza wdzięczność? Ależ skąd. Rodziła się przekora. Płomienna, uparta, kreatywna przekora, napędzana poczuciem niesprawiedliwości. Zakazy łamałam z partyzancką precyzją, a swoje „fantastyczne” pomysły realizowałam tym chętniej, im bardziej były zabronione. Nie dlatego, że były mądre. Często były głupie jak but z odklejoną podeszwą. Ale były moje.

I dokładnie tak samo działa wielu panów, którym usiłuje się urządzić życie metodą smyczy i zakazu. Im mocniej zaciskasz pętlę, tym bardziej marzy im się wiatr wolności. Wystarczy moment nieuwagi, lekkie poluzowanie nadzoru i chłopina, dotąd stateczny jak regał z książkami, nagle zaczyna oddychać pełną piersią, odzyskuje błysk w oku i zachowuje się tak, jakby właśnie uciekł z hodowli klatkowej. Nie dlatego, że każdy mężczyzna to urodzony idiota. Tylko dlatego, że każdy człowiek źle znosi bycie własnością.

Bo cała ta opowieść o „wychowywaniu faceta” jest, prawdę mówiąc, dość ponura. Ładnie się to może sprzedaje w babskich pogadankach i internetowych mądrościach z brokatem, ale pod spodem siedzi zwykła pogarda. Pogarda przebrana za troskę, kontrola udająca miłość, dominacja pusząca się jak paw w czerwonych szpilkach. Jakby mężczyzna był z definicji półgłówkiem, którego trzeba pilnować, bo inaczej zeżre pilota, zgubi portfel i zapłodni pierwszą lepszą kelnerkę. To obraża nie tylko jego. To obraża również kobietę, która najwyraźniej uważa, że jedyne, czym może utrzymać związek przy życiu, jest kaganiec, monitoring i system kar administracyjnych.

A przecież relacja to nie obóz poprawczy. Miłość to nie tresura fok. Partnerstwo nie polega na tym, że jedno chodzi na dwóch nogach, a drugie na krótkiej smyczy. Można się z kimś nie zgadzać. Można czegoś nie akceptować. Można postawić granicę i powiedzieć: tego nie chcę w swoim życiu. Ale to jest zupełnie co innego niż urządzanie komuś egzystencji niczym kierowniczka internatu z problemem kontroli.

I jeszcze jedno: kobieta, która z dumą opowiada, że „mój to bez pozwolenia nigdzie nie pójdzie”, wcale nie brzmi jak zwyciężczyni życia. Brzmi raczej jak strażniczka zakładu zamkniętego, która pomyliła związek z wartownią. To nie jest triumf. To jest zmęczenie przebrane za władzę. Bo umówmy się - pilnowanie dorosłego człowieka przez całą dobę nie jest przejawem siły. To jest robota na pełen etat, tylko bez urlopu, premii i szacunku.

Dlatego, moje drogie panie, jeśli wasz wirtualny penis urósł już do rozmiarów groteskowych i zaczyna wam się niebezpiecznie bujać nad głową, to może pora spuścić z niego trochę powietrza. Naprawdę nie trzeba wymachiwać symbolicznym fallusem nad każdym obiadem, wyjściem na mecz i piwem z kolegami. Czasem warto zejść z tronu, odłożyć pejcz, odkleić papuciaka od podeszwy krwistoczerwonego obuwia i spojrzeć na niego łaskawszym okiem. Być może pod tym kapciem nie leży egzemplarz do tresury, tylko zwyczajny dorosły człowiek, który chciałby oddychać bez składania podania w trzech kopiach.

A jeśli mimo całej wolności, zaufania i zdrowego rozsądku zrobi jakąś głupotę? Cóż. Wtedy przynajmniej będzie to jego głupota, a nie wasz wspólny projekt wychowawczy zakończony widowiskową kompromitacją. Bo człowieka można kochać, można z nim być albo z nim nie być. Ale naprawdę nie trzeba go prowadzić na smyczy jak niesfornego jamnika z kryzysem męskości.