Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2026

Starzeć się co roku? Bez przesady!


Dopóki człowiek jest młody, rozdaje lata jak ulotki przed marketem. „Mam dwadzieścia sześć” - obwieszcza światu, jakby właśnie nabył apartament w Sopocie, choć na stanie ma głównie debet, pryszcza przed ważnym spotkaniem oraz przekonanie, że po trzydziestce ludzie zaczynają interesować się zniczami. Później cyfry tracą urok i zamiast dumnie maszerować przodem, zaczynają skradać się za człowiekiem w płaszczu przeciwdeszczowym.

Maria Czubaszek słusznie radziła, żeby wiek ustalić i już się go trzymać. Najlepiej wybrać wiek wygodny, dobrze skrojony i niewymagający prasowania, a następnie nosić go tak długo, aż otoczenie nabierze szacunku albo zmęczy się dochodzeniem.

Zresztą metryka podaje wyłącznie datę rozpoczęcia działalności. Nie odnotowuje, ile razy właścicielka była remontowana, kiedy wymieniała instalację nerwową ani dlaczego w poniedziałek ma lat osiemdziesiąt sześć, a w sobotę wieczorem trzydzieści dwa i zamiar zatańczenia na stole. 😉

piątek, 14 sierpnia 2026

Zęby w opozycji, apetyt przy władzy, czyli PESEL może sobie pogadać...


Z wiekiem człowiek nie traci apetytów. Co najwyżej zaczyna kroić je drobniej, popijać tabletką na zgagę oraz weryfikować, czy lokal ma krzesła z oparciem i serwuje mieszankę ziół dedykowaną mózgowi z odpowiednim stażem.
Największe nieporozumienie to fakt, że otoczenie zaczyna proponować człowiekowi spokój, jakby był deserem firmowym. A spokój, umówmy się, bywa mdły. Po dwóch łyżeczkach chce się czegoś z pieprzem: wyjazdu bez planu, czerwonej szminki we wtorek, rozmowy do rana albo faceta, o którym rozsądek mówi „absolutnie nie”.

Zęby mogą mieć inne zdanie. Kolana zresztą też. Organizm po pięćdziesiątce zaczyna przypominać wspólnotę mieszkaniową: każdy organ osobno zgłasza usterkę, nikt nie chce płacić za remont i wszyscy domagają się zebrania. Apetyt zaś nie uznaje kworum. Robi swoje.
Chce się nadal wszystkiego, tylko mądrzej? A skąd! Czasem chce się dokładnie tak samo głupio jak dawniej. Różnica polega jedynie na tym, że człowiek potrafi lepiej przewidzieć skutki, po czym z pełną świadomością robi swoje. Tyle że przed spontanicznym wyjazdem sprawdza prognozę pogody, dostępność łazienki i czy w torebce leży ibuprofen oraz inne medykamenty pierwszej potrzeby. Szaleństwo nie znika - po prostu nosi okulary do czytania i pamięta o ładowarce.

Starość może i posiada inne uzębienie, ale apetyt wciąż ma bezczelnie młody. Jeśli czegoś nie da się już ugryźć jak dawniej, zawsze można to rozczłonkować gustownym tłuczkiem nabytym na pobliskim jarmarku. 😉

czwartek, 6 sierpnia 2026

Otwór otworowi nierówny, czyli zanim skoczysz, sprawdź, czy to nie szambo...

Optymista to osobnik, który na hasło „jakoś to będzie” spokojnie dopija kawę. Pesymista w tym czasie robi kopię dokumentów, ładuje powerbank i sprawdza, gdzie znajduje się najbliższe prosektorium.

Pierwszy wchodzi w nieznane z entuzjazmem labradora, który zobaczył otwartą lodówkę. Drugi podchodzi do życia jak saper zatrudniony na umowie śmieciowej - ostrożnie, bez wiary w jutro i z przekonaniem, że premii raczej nie będzie.

Nie wiem, który ma lepiej. Optymista częściej obija sobie tyłek, ale przynajmniej rusza z miejsca. Pesymista wprawdzie nie spada, bo nigdzie nie wchodzi, za to pół życia siedzi obok drabiny i tłumaczy wszystkim, że szczeble od początku wyglądały podejrzanie.

Osobiście wybieram wariant mieszany: entuzjazm optymisty oraz podejrzliwość kobiety, która choć raz zamówiła sukienkę ze zdjęcia w internecie. Świat może i stoi otworem, ale zanim człowiek rzuci się w niego z rozwianym włosem i nadzieją w zębach, dobrze sprawdzić, czy prowadzi do przygody, czy do szamba. Jedno i drugie bywa głębokie - tylko wspomnienia pachną zupełnie inaczej. 😉

czwartek, 30 lipca 2026

Cud przyszedł po cywilnemu, więc nikt go nie poznał!


Wiele osób oczekuje, że cud przybędzie w towarzystwie fajerwerków, w cekinach i przy akompaniamencie chóru anielskiego. Najlepiej, żeby przy okazji anulował rachunek za prąd, odchudził bez diety i sprawił, że włosy ułożą się same. Dopiero wtedy człowiek łaskawie mruknie: „No dobrze, coś się chyba wydarzyło”.

Druga droga jest mniej widowiskowa, ale za to ciekawsza. Człowiek zauważa, że życie rzadko przysyła cuda limuzyną. Zwykle podrzuca je pod drzwi jak paczkę bez firmowej taśmy: rozmowę w odpowiedniej chwili, czyjąś obecność, wynik badania lepszy, niż się człowiek spodziewał, albo śmiech w dniu, który zapowiadał się jak sernik bez cukru - niby da się przełknąć, tylko po co.

Nie chodzi, rzecz jasna, o to, żeby każdą dziurę w asfalcie uznawać za portal do szczęścia, a życiową katastrofę pakować w celofan wdzięczności. Naiwność jest kiepską kosmetyczką: przypudruje siniaka, ale go nie wyleczy. Chodzi raczej o to, by nie przejść przez własne życie z miną urzędnika od cudów, który wszystko odrzuca, bo pieczątka krzywo, zachwyt nie na tym formularzu, a szczęście przyszło po terminie.

Największy problem z cudami polega nie na tym, że ich nie ma. One po prostu mają fatalny marketing. Nie świecą neonem, nie wysyłają powiadomień i nie krzyczą: „Patrz, właśnie dostałaś coś bezcennego!”. Częściej stoją cicho w kuchni, parzą kawę, pytają, jak się czujesz, albo sprawiają, że mimo wszystkiego nadal chce ci się wstać.

A człowiek? Człowiek potrafi całe życie wypatrywać jednorożca, nie zauważając konia, który od lat cierpliwie niesie go przez wyboje i jeszcze nie zażądał podwyżki.

Dlatego wybieram tę drugą drogę - nie dlatego, że ma mniej zakrętów, lecz dlatego, że więcej na niej widać. Szkoda byłoby dotrzeć do końca i dopiero wtedy odkryć, że cuda czekały na każdym poboczu, a człowiek mijał je obojętnie, uparcie wypatrując wielkiej tablicy z napisem: „CUD - 200 metrów”.

sobota, 25 lipca 2026

Pióro w obcych rękach zawsze robi kleksy, czyli życie bez cudzej korekty...

Zadziwiające, ilu ludzi zna właściwą fabułę naszego życia, choć własną piszą najwyraźniej na kolanie, tępym ołówkiem i podczas jazdy autobusem po kocich łbach. Wiedzą, kiedy powinnyśmy wyjść za mąż, urodzić dziecko, zmienić pracę, schudnąć, przytyć, zapuścić włosy, obciąć włosy i koniecznie „trochę odpuścić”, przy czym sami trzymają się swoich problemów z zacięciem kolekcjonera rzadkich znaczków.

Najbardziej przedsiębiorczy próbują nawet przejąć nasze pióro. Dopisują obowiązki, wykreślają marzenia, poprawiają charakter czerwonym długopisem i na marginesie zostawiają uwagę: „Stać cię na więcej”. Człowiek jeszcze nie zdąży dobrze rozpocząć rozdziału, a już zbiera się komisja literacka złożona z cioci, sąsiadki, koleżanki i przypadkowego internauty.

Tymczasem własne życie nie jest pracą zbiorową ani dokumentem udostępnionym wszystkim do edycji. Można przyjąć dobrą radę, skorzystać z korekty, a nawet przepisać cały rozdział, jeśli fabuła zaczęła przypominać brazylijską telenowelę połączoną z instrukcją obsługi pralki. Ostateczna wersja powinna jednak należeć do nas - razem z przecinkami postawionymi w dziwnych miejscach, nieplanowanymi zwrotami akcji i zakończeniami, których nikt poza nami nie rozumie.

Jeśli już popełniać błędy, to przynajmniej własnym charakterem pisma. Cudze kleksy wyjątkowo trudno spiera się z życiorysu.

środa, 22 lipca 2026

Kiedyś najlepsza przyjaciółka, dziś tylko reakcja pod zdjęciem, czyli gdzie znikają kobiece przyjaźnie...

Kiedyś była pierwszą osobą, do której dzwoniłaś po każdej życiowej katastrofie oraz po tych wydarzeniach, które obiektywnie katastrofą nie były, ale wymagały natychmiastowego posiedzenia sztabu kryzysowego. Wiedziała, że twoje „nic się nie stało” oznacza mniej więcej tyle, co komunikat o niewielkim zadymieniu wydany przez człowieka stojącego po kolana w pogorzelisku. Rozpoznawała po sposobie, w jaki mówiłaś „cześć”, czy należy otwierać wino, paczkę chusteczek, czy może listę mężczyzn, których wspólnie należało uznać za pomyłkę ewolucji.

Znała nazwisko twojej pierwszej miłości, numer mieszkania drugiej, znak zodiaku trzeciej i powód, dla którego czwarty do dziś powinien omijać twoje miasto obwodnicą. Widziała cię bez makijażu, bez pieniędzy oraz w spodniach, których istnienia obie przysięgłyście nigdy nikomu nie ujawniać. Ty wiedziałaś, jak naprawdę wygląda jej matka, zanim przyjdą goście, co oznacza przeciągłe milczenie jej partnera i gdzie ukrywa słodycze przed rodziną, chociaż rodzina od lat doskonale znała to miejsce i jedynie podtrzymywała narodową tradycję udawania.

A dzisiaj?

Dzisiaj ona publikuje zdjęcie hortensji, ty zostawiasz pod nim czerwone serduszko i oto cała wasza przyjaźń mieści się w ikonce serwowanej przez media społecznościowe. Algorytm odnotował aktywność, sumienie podbiło kartę obecności, można rozejść się do obowiązków.

Najdziwniejsze jest to, że przecież nic się nie wydarzyło. Nie było zdrady, awantury, huku odkładanej słuchawki ani dramatycznego „dla mnie nie istniejesz”, po którym człowiek natychmiast sprawdza, czy osoba nieistniejąca obejrzała jego relację. Żadna nie powiedziała niczego niewybaczalnego. Żadna nie wyjechała na drugi koniec świata. Czasami mieszkacie nawet w tym samym mieście, zaledwie kilka ulic od siebie, ale odległość między wami mierzy się już nie w kilometrach, tylko w liczbie miesięcy od ostatniego „musimy się koniecznie spotkać”.

„Musimy się koniecznie spotkać” jest zresztą jednym z najbardziej osobliwych zdań w kobiecym słowniku. Brzmi jak plan, choć najczęściej pełni funkcję eleganckiego nagrobka dla relacji. Wypowiadamy je z energią działaczek społecznych, które właśnie powołały komitet organizacyjny, po czym żadna nie proponuje daty, miejsca ani nawet roku.

- Koniecznie!

- Może po wakacjach?

- Jasne!

Nie ustalono jedynie, po których.

Kiedyś spotykałyśmy się bez kalendarza, aplikacji i konsultacji z trzema domownikami. Wystarczało: „Będę za pół godziny”. Dziś umówienie kawy dwóch dorosłych kobiet przypomina organizację międzynarodowego szczytu pokojowego. Jedna może we wtorek, ale tylko do siedemnastej. Druga w czwartek, pod warunkiem że mąż będzie się lepiej czuł, córka nie przywiezie wnuków, pies przestanie kaszleć, a człowiek odpowiedzialny za naprawę pralki rzeczywiście przyjdzie między ósmą rano a końcem cywilizacji.

Życie nie wchodzi między przyjaciółki z łomem. Ono wciska się dyskretnie: jednym zebraniem w pracy po godzinach, chorobą rodzica, problemem dziecka, przeprowadzką, rozwodem, zmęczeniem, którego nie da się już przykryć drugim pudrem. Najpierw przekładamy jedno spotkanie, później drugie, a następnie zaczynamy orientować się w swoim życiu na podstawie zdjęć. A więc była nad morzem. Zmieniła fryzurę. Syn skończył szkołę. Kupiła nowy stół. O ważnych wydarzeniach dowiadujemy się razem z czterystoma innymi osobami, z których połowa to byli współpracownicy, a reszta ludzie poznani kiedyś na weselu kuzynki lub pogrzebie pradziadka.

Internet stworzył zresztą niezwykle wygodną protezę bliskości. Nie trzeba pytać, co słychać, ponieważ wszystko widać. A raczej widać starannie wybrane dowody na to, że coś słychać. Zostawiamy serduszko pod zdjęciem urodzinowego tortu, kciuk pod informacją o awansie i smutną buźkę pod wiadomością o stracie. Obsłużyłyśmy przyjaźń w trzech kliknięciach, jak rachunek za prąd. Bez rozmowy, bez ciszy po drugiej stronie słuchawki, bez ryzyka, że ktoś naprawdę odpowie na pytanie: „Jak się trzymasz?”.

Czasami jednak prawda jest mniej romantyczna: nie tylko brakuje nam czasu. Bywa, że przestałyśmy się mieścić we własnych życiach.

Niektóre przyjaźnie powstają, ponieważ przez kilka lat siedzimy w tej samej szkolnej ławce, pracujemy z tym samym nieznośnym człowiekiem albo wspólnie przeżywamy etap, w którym dzieci śpią wyłącznie wtedy, gdy matka stoi na jednej nodze i nuci kołysankę głosem umierającego wieloryba. Łączy nas miejsce, sytuacja, wspólny wróg lub identyczny poziom niewyspania. To wystarcza, żeby pokochać drugą osobę prawdziwie, lecz nie zawsze wystarcza, żeby iść obok niej przez całe życie.

Po prostu zmieniamy się. Czasami jedna rusza dalej, a druga nadal chce rozmawiać o tym samym szefie, choć żadna nie pracuje z nim od dwunastu lat. Jedna nauczyła się stawiać granice, druga traktuje każdą granicę jak płot, który należy sforsować z pretensją i torbą pełną cudzych spraw. Jedna potrzebuje rozmowy, druga publiczności. Po spotkaniu z niektórymi kobietami człowiek wraca lżejszy, nawet jeśli przyszedł z życiem zapakowanym w trzy reklamówki problemów. Po spotkaniu z innymi trzeba poleżeć w ciszy i doładować psychikę jak telefon, który przez dwie godziny służył za nawigację.

My, kobiety, mamy jednak osobliwy talent do konserwowania relacji, które dawno przestały nam służyć. Zostałyśmy wychowane w przekonaniu, że dobra kobieta pamięta, wybacza, podtrzymuje kontakt, wysyła życzenia i nie sprawia nikomu przykrości, nawet jeśli sama po każdej rozmowie czuje się jak ścierka po generalnym sprzątaniu dworca. Skoro przyjaźniłyśmy się przez dwadzieścia lat, należy kontynuować. Jak abonament, którego nie potrafimy wypowiedzieć, bo konsultant może się zrobić smutny.

Tyle że długość znajomości nie jest certyfikatem jej jakości. Historia to nie kajdanki. Można być komuś wdzięczną za wspólne lata i jednocześnie nie chcieć dopisywać następnych. Można kochać osobę, którą przyjaciółka była kiedyś, i nie umieć już rozmawiać z kobietą, którą stała się dzisiaj. Można też uczciwie przyznać, że to my przestałyśmy być dla niej tym, czego potrzebowała. W każdej kończącej się przyjaźni nie musi przecież występować czarny charakter. Czasami są tylko dwie porządne kobiety, które doszły do różnych stacji i z uprzejmości przez kilka lat udają, że nadal jadą tym samym pociągiem.

Nie każda cisza oznacza jednak koniec. Są przyjaźnie, które potrafią przespać kilka miesięcy, a potem obudzić się bez pretensji, rozczochrane i gotowe rozmawiać dalej. Nie prowadzą listy obecności, nie wystawiają rachunku za każde nieodebrane połączenie i nie wymagają, żeby życie było wysprzątane przed wizytą. Prawdziwa przyjaciółka potrafi wejść do naszego bałaganu bez białej rękawiczki i komisji sanitarnej. Rozumie, że czasami nie dzwonimy nie dlatego, że przestałyśmy kochać, lecz dlatego, że ledwie dajemy radę być przytomne.

Jak więc rozpoznać, czy przyjaźń tylko przycichła, czy już umarła?

Może po tym, co czujemy na myśl o spotkaniu. Czy chcemy przy niej zdjąć zbroję, czy przeciwnie - prasujemy ją, polerujemy i sprawdzamy, czy dobrze leży. Czy możemy powiedzieć prawdę, czy musimy prezentować wersję życia po retuszu. Czy po rozmowie mamy więcej siły, czy zastanawiamy się, gdzie człowiek składa wniosek o zwrot zużytej energii.

Kobiece przyjaźnie rzadko znikają w jednym spektakularnym momencie. Częściej rozpływają się między zakupami, pracą, rodziną, opieką nad rodzicami i wiecznym „odezwę się w spokojniejszym tygodniu”, choć spokojniejszy tydzień jest stworzeniem równie mitycznym jak jednorożec na etacie. Nie urządzamy im pogrzebu. Nie dostajemy urlopu na żałobę. Czasami mijamy dawną przyjaciółkę w sklepie i rozmawiamy uprzejmie jak dwie byłe pracownice tej samej firmy, które podpisały klauzulę poufności.

A przecież taka strata potrafi boleć. Wraz z przyjaciółką tracimy także kobietę, którą byłyśmy przy niej. Tę młodszą, naiwniejszą, bardziej szaloną, która mogła zadzwonić o drugiej w nocy i zacząć od słów: „Tylko się nie denerwuj”. Tracimy świadka własnego życia, depozytariuszkę historii, których dziś nie opowiedziałybyśmy nikomu bez konsultacji z prawnikiem.

Może dojrzałość nie polega więc na tym, żeby każdą przyjaźń utrzymać przy życiu za wszelką cenę. Może chodzi o to, aby wiedzieć, o którą warto zawalczyć, do której trzeba wreszcie zadzwonić, a której pozwolić spokojnie odejść bez aktu oskarżenia i publicznej sekcji zwłok.

Nie każda przyjaźń musi trwać wiecznie, żeby była prawdziwa. Niektóre kobiety przeprowadzają nas przez najtrudniejszy fragment drogi, a potem skręcają gdzie indziej. Były ważne. Były bliskie. Były nasze. Tyle że już nie są.

A serduszko pozostawione pod zdjęciem? Czasami jest marnym zamiennikiem rozmowy. Czasami wyrzutem sumienia w czerwonym kolorze. Ale czasami znaczy po prostu: „Nie ma mnie już obok ciebie. Jednak pamiętam, że kiedyś byłam. I cieszę się, że wtedy byłyśmy razem”.

środa, 20 maja 2026

O życiu, duupach i baranach, czyli felieton nie całkiem optymistyczny...


Siedzę. Gapię się na migający kursor. Ten mały, pionowy patyczek mruga do mnie z cierpliwością godną tybetańskiego mnicha albo urzędniczki z okienka numer trzy, która już dawno wie, że i tak niczego dziś nie załatwię. Kursor pulsuje spokojnie, a ja patrzę na niego z miną człowieka, który właśnie odkrył, że życie jest trochę jak niedzielny rosół: niby pożywny, ale jeśli je się go codziennie, to w końcu zaczyna się marzyć o kebabie.

Ogarnia mnie czasem coś, co roboczo nazywam zniesmaczeniem życiowym. To nie depresja, broń Boże. Depresja to poważna sprawa, a u mnie to raczej filozoficzna czkawka. Taki stan, kiedy człowiek siedzi i zastanawia się, po co właściwie prasuje ręczniki, skoro za trzy dni i tak będą wyglądały jak zmięta mapa Bałkanów. Po co myje okna, skoro deszcz przychodzi z miną gangstera i w pięć minut robi z nich akwarelę. Po co odpisuje na maile, skoro za chwilę przyjdą trzy kolejne, każdy oznaczony jako „pilne”, choć dwa dotyczą promocji na karmę dla chomików.

Myślowa apokalipsa przetacza się przez mój łeb z wdziękiem czołgu na lodowisku. Wtedy dochodzę do wniosków tak dziwacznych, że same się sobie dziwią. A potem, jak to zwykle bywa z wielkimi odkryciami, stwierdzam, że nie ma sensu się nad tym wszystkim rozwodzić. Trzeba po prostu żyć. Miętosić każdy dzień jak paragon znaleziony w kieszeni kurtki. Wstawać, ogarniać rzeczywistość i wykonywać te wszystkie mało ekscytujące aktywności, które składają się na dorosłość. Bo dorosłość to nie są fajerwerki. To raczej niekończąca się seria drobnych zadań. Trzeba zapłacić rachunki, kupić papier toaletowy, umówić dentystę, odebrać paczkę, sprawdzić, dlaczego pralka wydaje dźwięki, jakby w środku trenował zespół metalowy. A między tym wszystkim od czasu do czasu trafia się jakiś moment, który sprawia, że człowiekowi błyszczą oczy. Dobra książka. Rozmowa, po której czujesz, że świat jednak ma sens. Zapach lasu po deszczu. Pierwsze truskawki. Dziecko, które mówi coś tak mądrego, że na chwilę milkniesz. To są te bonusowe sceny, które scenarzysta życia dorzuca nam, żebyśmy nie wyszli z kina w połowie seansu.

Coraz częściej mam wrażenie, że życie w gruncie rzeczy składa się z czekania. Czekamy na weekend, na wakacje, na kuriera, na wypłatę, na odpowiedź, na lepsze czasy, na znak z nieba, na moment, kiedy „wreszcie będzie spokojniej”. Tylko że to „spokojniej” jest jak Yeti – wszyscy o nim słyszeli, ale mało kto widział. Gdy nie mamy na co czekać, robi się podejrzanie. Człowiek chodzi po domu i czuje się jak aktor, który zapomniał kwestii. Coś powinno się wydarzyć, tylko nikt nie dostarczył scenariusza. Z drugiej strony przeraża mnie wizja życia, w którym każdy dzień wygląda identycznie. Pobudka. Kawa. Obowiązki. Obiad. Zmęczenie. Sen. Powtórz. Jakby ktoś włączył tryb „kopiuj–wklej” i zapomniał, że człowiek nie jest dokumentem w Wordzie.

Dlatego nieustannie wymyślam sobie nowe zajęcia. Nowe pomysły, projekty, plany, notatki, listy, szkice, marzenia. W mojej głowie bez przerwy trwa budowa. Rusztowania stoją, betoniarka pracuje, a robotnicy przekrzykują się od świtu do nocy. Jedna myśl dopiero wylewa fundamenty, a już obok druga montuje dach. Trzecia pyta, czy nie warto byłoby dobudować oranżerii.

Czasami zastanawiam się, czy to jeszcze twórczy ferment, czy już mentalny bigos, do którego wrzucono wszystko, co było pod ręką. Nie potrafię skupić się na jednej rzeczy i doprowadzić jej do perfekcji. Ledwo zaczynam jeden projekt, a już za rogiem macha do mnie następny, kusząc jak wystawa cukierni w styczniu, gdy człowiek jest „na diecie”.

Nudzić się? Nie znam tego stanu. Dla mnie nuda jest jak jednorożec. Wszyscy o niej mówią, ale nigdy nie spotkałam jej osobiście. Nawet kiedy śpię, mój mózg nie bierze wolnego. On organizuje nocne zmiany, burze mózgów i narady strategiczne. Nic dziwnego, że czasem budzę się zmęczona, jakbym całą noc przerzucała worki z cementem.

A do tego dochodzi irytacja. Ach, jakże bogaty jest katalog rzeczy, które potrafią mnie zirytować. Głupota – ta bezczelna, rozparta w fotelu i przekonana o własnej genialności. Egocentryzm – czyli sport narodowy polegający na nieustannym polerowaniu własnej duupy do połysku tak intensywnego, że odbija się w niej cały wszechświat, byle tylko nie dostrzec drugiego człowieka.

Bezinteresowna pomoc? Towar luksusowy, niemal kolekcjonerski. Jak skarpetka, która po praniu wraca do szuflady w komplecie. Niby wiadomo, że to możliwe, ale za każdym razem budzi szczere zdumienie. Kiedy ktoś robi coś bez oczekiwania zapłaty, medalu i relacji na Instagramie, traktowany jest jak sympatyczny dziwak. Jakby w XXI wieku altruizm był rodzajem schorzenia.

A przyjaźń? Wielkie słowo. Piękne, wzruszające, pachnące herbatą i długimi rozmowami. Tylko czasem okazuje się, że to konstrukcja z kartonu. Dopóki świeci słońce – wygląda solidnie. Wystarczy jednak pierwszy deszcz prawdziwej potrzeby i cały ten zamek zaczyna się rozklejać. Paradoksalnie to obcy ludzie nieraz okazują więcej serca niż ci, którzy wcześniej składali deklaracje wielkie jak bilbordy przy autostradzie. Bo przyjaźń najłatwiej odmienia się przez wszystkie przypadki przy kawie. Trudniej, kiedy trzeba wstać z kanapy, odłożyć własne święte sprawy i naprawdę coś zrobić. Wtedy nagle okazuje się, że jedni mają „bardzo trudny czas”, drudzy „odezwą się później”, a trzeci właśnie „nie zauważyli wiadomości”. Za to ktoś zupełnie przypadkowy potrafi podać rękę bez przemówienia i wystawiania faktury za człowieczeństwo.

Drażni mnie też materializm, ten współczesny bożek ze złotą kartą płatniczą w dłoni. W świecie, w którym wartość człowieka mierzy się cyframi, pytanie „Ile na tym zarabiasz?” stało się odpowiednikiem dawnego „Jak się masz?”. Jeśli odpowiadasz, że nic, rozmówca patrzy na ciebie z czułością, jaką zwykle rezerwuje się dla ludzi, którzy próbują nauczyć kota aportować.

– Prowadzisz bloga? To świetnie! A ile z tego masz?

– Satysfakcję.

– Nie, ale tak konkretnie?

– Naprawdę satysfakcję.

– Aha… czyli nic.

Wtedy w oczach pytającego pojawia się ten błysk politowania, jakby właśnie odkrył, że dobrowolnie hoduję mniszki lekarskie w salonie. Bo przecież jeśli coś nie przynosi pieniędzy, to musi być stratą czasu. Pasja? Radość tworzenia? Potrzeba dzielenia się czymś z innymi? Proszę nie żartować. Gdzie tu słupek Excela?

A ja chyba rzeczywiście należę do stada baranów. Tych, które czasem zrobią coś bezinteresownie. Tych, które tworzą, choć nikt za to nie płaci. Tych, które wierzą, że dobre słowo ma wartość, nawet jeśli nie da się go wpisać do PIT-u.

Witajcie więc w krainie baranów. Na zielonych halach pasą się osobniki niepraktyczne, sentymentalne i niepoprawnie idealistyczne. Beczą z przejęciem, pomagają sobie nawzajem i czasem z uporem godnym lepszej sprawy robią rzeczy, które „się nie opłacają”.

Proponuję minutę zbiorowego beczenia ku czci wszystkich, którzy jeszcze nie przeliczyli świata wyłącznie na złotówki.

Beeee…

Beeee…

Beeee…

No. Ulżyło mi.

Kursor nadal mruga. Życie nadal jest trochę absurdalne. Ludzie nadal potrafią rozczarowywać, ale też – od czasu do czasu – zaskakiwać dobrem. A ja? Wracam na swoje hale. Do stada innych baranów, które uparcie wierzą, że mimo całego tego chaosu, pośpiechu i codziennego czekania, warto jednak robić swoje. Choćby tylko po to, by od czasu do czasu spojrzeć na migający kursor i pomyśleć z lekkim uśmiechem, że ten cały absurd jest w gruncie rzeczy całkiem znośny.

środa, 25 lutego 2026

Włosy ujędrnione, mózg rozrzedzony, czyli raport z niżowego frontu...

Koleżanka z pracy, tonem właściwym dla komunikatów o zagrożeniu meteorologicznym, oznajmiła mi, że dziś nad całym krajem rozlało się potężne niskie ciśnienie, i w tym momencie wszystko stało się boleśnie zrozumiałe, bo nagle zyskałam naukowe wyjaśnienie faktu, że od rana funkcjonuję jak istota, której ktoś zamiast mózgu zainstalował w czaszce wór trocin, po czym dla lepszego efektu zaczął tym wszystkim energicznie potrząsać.

Jako niskociśnieniowiec nie tyle reaguję na niż, ile zamieniam się w żywy eksperyment atmosferyczny, a że od lat podejrzewam, iż w środku głowy mam nie tyle centrum dowodzenia, ile legendarny sznurek podtrzymujący uszy, to przy takich warunkach pogodowych pozostaje mi wyłącznie modlić się, żeby konstrukcja nośna wytrzymała do wieczora i żaden element nie odpadł przy gwałtowniejszym skręcie szyi.

Katastrofa rozpoczęła się wcześnie i z przytupem godnym dnia, który najwyraźniej od świtu planował mnie skompromitować.

W łazience, działając na porannym autopilocie, myłam włosy z przekonaniem, że wszystko przebiega zgodnie z procedurą, dopóki nie dotarło do mnie, że coś tu nie gra, bo zapach jest dziwnie mało „włosowy”, konsystencja jakby z działu „ujędrnianie i walka z grawitacją”, a całość daje efekt, który sugeruje raczej pielęgnację ud niż fryzury; kiedy spojrzałam na opakowanie, okazało się, że z pełnym zaangażowaniem zafundowałam sobie mycie głowy balsamem ujędrniającym do ciała, co samo w sobie jest osiągnięciem, choć trudno powiedzieć, w jakiej dyscyplinie. Na szczęście zorientowałam się w porę, zanim przeszłam do suszenia, bo mogłabym wyjść z domu z fryzurą przypominającą polakierowany hełm i miną kobiety, która sama sobie zrobiła zabieg „lifting objętościowy” preparatem do pośladków.

Naturalnie ta kosmetyczna innowacja wprowadziła lekkie opóźnienie w porannym harmonogramie, czyli w moim prywatnym projekcie logistycznym pod tytułem „dotrzeć do pracy i nie wzbudzać nadmiernego zainteresowania”.

Z łazienki przemieściłam się do kuchni, kierowana jedyną myślą, która o tej porze ma we mnie jakąkolwiek moc sprawczą, mianowicie kawą, a dokładniej kawą z mlekiem; rozpoczęłam więc poszukiwania mleka, znalazłam kartonik i przez ułamek sekundy poczułam triumf, po czym zrozumiałam, że trzymam w ręku pustą atrapę, dowód nocnego rabunku dokonanego przez domowego Misia płci męskiej, który nie tylko wyżarł zapasy, ale nawet nie zdobył się na minimalną przyzwoitość w postaci ukrycia zwłok po produkcie. Kartonik stał na widoku jak eksponat na wystawie: „Tu było mleko. Powodzenia dalej”.

Po tej scenie, uzbrojona w szczątkową kofeinę i malejące zasoby cierpliwości, przystąpiłam do finału przygotowań: kurtka, berecik, torba, wszystko w porządku, aż do momentu, w którym okazało się, że rękawiczki zniknęły z powierzchni ziemi, a ja rozpoczęłam klasyczny taniec desperacji po przedpokoju, sprawdzając kieszenie, półki, torbę, drugą torbę, kieszenie ponownie, a zapewne także miejsca, w których rękawiczki z definicji nie bywają, ponieważ czas gonił, rozsądek się ulatniał, a wyjście bez nich stawało się smutną koniecznością.

Opuściłam więc mieszkanie bez rękawiczek, za to w berecie założonym nie tylko z powodów termicznych, lecz przede wszystkim konstrukcyjnych, bo jeśli sznurek pełniący dziś funkcję układu nerwowego miałby jednak odmówić współpracy, to przynajmniej uszy pozostaną zabezpieczone i nie będzie trzeba ich potem szukać pod szafką na buty.

Do pracy dotarłam, zdjęłam beret i wtedy los, który najwyraźniej od rana prowadził ze mną bardzo osobistą grę, postanowił dorzucić kolejny żeton, ponieważ na dnie beretu leżały moje zaginione rękawiczki — starannie przeze mnie ukryte, skutecznie zabezpieczone i przez cały czas transportowane w sposób, którego nie przewidział żaden producent odzieży zimowej. Trudno o bardziej kompletną porażkę organizacyjną niż wielominutowe poszukiwanie rzeczy, którą człowiek dosłownie nosi na głowie, ale trzeba przyznać, że kreatywność nadal mam imponującą, nawet jeśli używam jej wyłącznie przeciwko sobie.

W tym miejscu dopadła mnie refleksja, że mijające lata, stres, tempo pracy i ogólna intensywność codzienności najwyraźniej przyspieszyły proces zużycia zasobów poznawczych, a mój mózg, zamiast walczyć, przeszedł w tryb energooszczędny i ograniczył funkcjonalność do podstawowego pakietu: oddychanie, przemieszczanie się, sporadyczne mruganie. O samej pracy wolę się nie rozpisywać, bo wystarczająco wiele materiału kompromitującego dostarczyłam jeszcze przed pierwszą kawą, a przecież człowiek powinien jednak zostawić sobie margines godności na drugą połowę dnia.

Kiedy wreszcie wyszłam z roboty, zmęczona, lecz karmiona naiwną nadzieją, że limit atrakcji został wyczerpany, podeszłam do samochodu, nacisnęłam pilot i usłyszałam niepokojące „pstryk, pstryk”, które brzmiało raczej jak komentarz niż reakcja zamka; ponowiłam próbę, samochód odpowiedział podobnie złośliwie, drzwi pozostały zamknięte, więc zaczęłam szarpać klamkę z rosnącym przekonaniem, że dzisiejszy scenariusz przewiduje także bunt własnego mienia. Właśnie wtedy zza pleców rozległo się rozbawione, ale jednak alarmujące: „Kobieto, włamujesz się do mojego auta!”, i okazało się, że rzeczywiście usiłuję sforsować samochód koleżanki, która ma identyczny model i ten sam kolor, a mój stoi kawałek dalej, jak zwykle tam, gdzie powinien, tylko dzisiaj mój system rozpoznawania rzeczywistości pracował na wersji demonstracyjnej.

Do domu wróciłam zdeterminowana przynajmniej tym, że czeka mnie gotowy obiad, bo w niedzielę, kierowana rzadkim przypływem przezorności, ugotowałam zapas zupy krem z rozmaitości i byłam z siebie tak dumna, jakby chodziło o strategiczne rezerwy państwowe. Wyjęłam garnek, nalałam porcję do mniejszego garnuszka, postawiłam na kuchence, by podgrzać, przygotowałam dodatki z rozmachem osoby, która mimo wszystko nie rezygnuje z cywilizacyjnych standardów: odrobinę tartego żółtego sera, małą grzankę, plaster szynki parmeńskiej, czyli zestaw skromny, ale podany z godnością.

Po kilku minutach zupa była gotowa, a ja usiadłam z poczuciem, że los wreszcie oddaje mi drobny dług, nabrałam pierwszą łyżkę, włożyłam do ust i w tej samej sekundzie zrozumiałam, że nawet tutaj wszechświat postanowił dopisać puentę, ponieważ zupa okazała się… gazowana. Nie metaforycznie, nie „dziwnie smakuje”, tylko autentycznie, musująco, biologicznie aktywnie gazowana, jakby w lodówce otworzyła własny zakład fermentacyjny i właśnie wchodziła na rynek z linią kremów premium z bąbelkami. Cała moja wizja ciepłego, domowego, bezpiecznego obiadu rozpadła się spektakularnie przy pierwszym kęsie, a ja zostałam z pytaniem, czy gar faktycznie stał w lodówce, czy może tylko przez chwilę koło niej przechodził i potem spędził pół doby w warunkach, które mikroorganizmom wydają się rajem all inclusive. Na pocieszenie została mi kromka chleba z plastrem szynki i startym żółtym serem, czyli posiłek może mało efektowny, ale przynajmniej pozbawiony ambicji enologicznych.

Ponieważ dzień jeszcze trwał, a ja coraz wyraźniej przeczuwałam, że dalsza aktywność mogłaby skończyć się wyrzuceniem brudnych ubrań do klozetu zamiast do pralki — co, niestety, nie jest wyłącznie figurą retoryczną, lecz wspomnieniem z archiwum moich osiągnięć — podjęłam jedyną rozsądną decyzję i zaległam na kanapie w trybie awaryjnym, ograniczając ruch do minimum i unikając wszelkich działań wymagających koordynacji, osądu albo kontaktu z przedmiotami, które da się pomylić z czymkolwiek. Istnieje bowiem realne ryzyko, że przy dalszym obciążaniu systemu zaatakują mnie bambosze, rybiki cukrowe przejmą zarządzanie mieszkaniem i wyrzucą mnie z domu, a ja jeszcze im za to podziękuję.

Dlatego na dziś ogłaszam kontrolowaną kapitulację i apeluję do sił wyższych, meteorologii oraz własnej anatomii: trociny proszę o opuszczenie głowy, sznurek — o utrzymanie właściwego naprężenia, uszy — o trzymanie pozycji, a ciśnienie atmosferyczne uprasza się o szybki powrót do normy, zanim zacznę myć zęby kremem do rąk, rozmrażać pilot w piekarniku i z pełnym przekonaniem parkować w cudzym garażu.

poniedziałek, 8 grudnia 2025

Marian i sprawa klamki, która żyje własnym życiem...

W naszym domu rzeczy psują się same. Kto w to nie wierzy, niech przyjdzie i zobaczy: klamka odpada w akcie nagłego zwątpienia, ściana brudzi się z nudów, a podłoga rysuje się od samego patrzenia. To moja wersja wydarzeń, natomiast według Mariana  mego osobistego chłopa domowego, za wszystkie te nieudokumentowane żadnymi dowodami szkody  ja jestem odpowiedzialna. 

— Ty to znowu zrobiłaś — mówi tonem prokuratora z telewizyjnego serialu, wskazując palcem na klamkę, która właśnie zrezygnowała z dalszego pełnienia obowiązków.

— Ja? — pytam niewinnie, choć już wiem, że proces został rozpoczęty. — Ja jej nawet nie dotykałam.

— Oczywiście — Marian wzdycha. — Klamki same odpadają i odchodzą szykować legowisko na zimę.

Patrzę na niego z tym spokojem, którego kobieta nabywa z czasem, jak odporności na przeciągi. Widzę w jego oczach błysk. Ten sam, który widziałam, gdy „przypadkiem” rozlał kawę na jasny dywan, a potem znalazł kubek po kawie w moich rękach. To jest metoda. Klasyczna. Stara jak podział na: samozwańczego właściciela pilota do telewizora i „resztę świata”.

— Dlaczego ta ściana jest brudna? — pyta przy innej okazji, jakby prowadził długofalowe śledztwo.

— Nie wiem. Się pobrudziła?

— Znowu ironizujesz?

Zapada cisza. Taka z gatunku tych gęstych, w których można zawiesić obraz albo przynajmniej pół taczki wyrzutów sumienia. Marian spogląda na smugę na ścianie z miną detektywa, który już wie, kto zabił, ale brakuje mu „twardych dowodów”. Ja patrzę na niego jak na człowieka, który zbyt często zostaje sam na sam z odkurzaczem, a potem dziwi się, że podłoga ma traumę i rysy.

— Spójrz, porysowane — mówi kiedy indziej z ponurą satysfakcją. — To od odkurzacza.

— Ciekawe — odpowiadam. — Bo ja odkurzałam ostatnio w zeszłym stuleciu.

— No właśnie! — triumfuje. — Czyli musiało się to stać, kiedy ty jednak odkurzałaś.

Logika Mariana jest jak mebel z paczki: teoretycznie wszystko pasuje, ale w praktyce zawsze zostaje jedna śrubka i poczucie zagrożenia. I wtedy przypominamy sobie te wszystkie archeologiczne dialogi, wydobyte z najgłębszych pokładów relacji damsko-męskich...

I tak od wieków. Jaskinia, ognisko, pilot do telewizora, zmywarka. Zawsze ktoś czegoś „źle dotknął”.

Wróćmy do Mariana i klamki...

— Marian — mówię spokojnie, biorąc klamkę do ręki. — Spójrzmy prawdzie w oczy. Ona była luźna od miesięcy.

— Nieprawda. Popsułaś.

— Nie chciała współpracować. No dziad i tyle! 

Przez chwilę widzę, jak w jego głowie rodzi się teoria, według której klamka była istotą samoświadomą, a ja tylko przypadkowym świadkiem jej emancypacji.

— Dobrze — mówię wreszcie. — Załóżmy, że to ja. Co teraz?

Marian bierze klamkę, ogląda ją z każdej strony, jakby liczył, że sama się zreperuje. I wtedy następuje moment kulminacyjny: sprężynka wyskakuje, śrubka robi zgrabny sus w nieznane, a całość z hukiem ląduje na podłodze w stanie ostatecznego rozkładu.

Od tamtej pory, gdy coś się psuje, a właściwie to głównie psuje się klamka, Marian istotnie przez krótką chwilę wygląda, jakby się zastanawiał. Marszczy czoło, wzdycha, kręci klamką z namysłem godnym zegarmistrza. Przez ułamek sekundy rodzi się nadzieja. Taka mała, domowa, naiwna.

Po czym Marian podnosi wzrok.

— Nooo… to twoja wina — oznajmia spokojnie.

— Oczywiście — mówię z ulgą. — Już się bałam, że nastąpił przełom.

— Ty nie umiesz używać klamek — wyjaśnia rzeczowo. — Szarpiesz je jak zwierz. Jak… no, jak rozjuszony orangutan.

— Jak istota chaosu i co najmniej dwa rozjuszone orangutany — poprawiam.

— Właśnie — kiwa głową. — Chaos. W czystej postaci. Plus stado orangutanów.

I w tej jednej chwili cała intryga przedmiotów, cała ich emancypacja, cała filozofia rzeczy martwych, które mają własne zdanie — wszystko to zostaje zdmuchnięte jednym, spokojnym oskarżeniem. System wraca do równowagi. Świat znów jest prosty. Winna — jedna. Stała. Niezmienna.

A ja? Ja żyję dalej w tym domu jako główna podejrzana, recydywistka od klamek, postrach ścian i seryjna niszczycielka podłóg. I tylko czasem, kiedy klamka odpada sama w środku nocy, myślę sobie z czułością: spokojnie, dziecko. Rano i tak wszystko będzie na ciebie ;)

niedziela, 7 grudnia 2025

Tyle co nic, a jednak wszystko...

Kiedy pobierali się przed laty, wszyscy mówili jej, że małżeństwo to sztuka kompromisu. Brzmiało to jak rada dotycząca wyboru dywanu: weź taki, który nie będzie się za szybko brudził.

Nikt natomiast nie wspomniał, że kompromisem bywa również pogodzenie się z faktem, że mąż potrafi zostawić skarpetki w miejscach bardziej nieoczekiwanych niż fabuła telenoweli, a ona sama ma niezbywalną zdolność rozpoczynania poważnych rozmów dokładnie w chwili, gdy on walczy z masłem na kromce chleba — co dla niego najwyraźniej jest czynnością wymagającą pełnej koncentracji.

Ich wspólne życie nie było poematem o miłości. Bardziej długim, skomplikowanym serialem, z odcinkami, które chce się oglądać w nieskończoność, i takimi, w których ma się ochotę wyrzucić pilota przez okno.

A jednak serial trwał — z przerwami, zwrotami akcji i cichymi scenami, które rozgrywały się pod osłoną codzienności.

Kiedy dzieci dorosły, dom nagle zrobił się większy. Za duży na jedno „przepraszam”, za pusty na niewypowiedziane „kocham cię”. Tak jakby echo powtarzało ich własne myśli, które przez lata odkładali na później.

I wtedy nadeszła ta zwyczajna sobota. Ta, która miała trwać jak wszystkie inne — aż zrobiła coś odwrotnego.

Kobieta stała w kuchni, patrząc na kubek od kawy po raz kolejny porzucony w zlewie niczym artefakt po nieznanej cywilizacji.

— Ile razy mam prosić?! — krzyknęła w stronę salonu.

— To tylko kubek od kawy! — odparł. — Wyluzuj! Jest sobota!

Zacisnęła usta. Znakomicie. Jest sobota, a ona nadmiernie pochyla się nad zawartością zlewu. Ale tym razem poczuła, że ten kubek nie jest tylko kubkiem. Jest wszystkim, co się nazbierało — pretensją udającą troskę, bólem udającym obojętność, tęsknotą zakopaną pod zmęczeniem.

Usiadła przy stole i opuściła głowę. Nie płakała. To było bardziej jak powolne osuwanie się duszy na kolana.

Wszedł do kuchni.

Stanął w drzwiach, a gdy spojrzał na nią, coś w jego twarzy się wygładziło — jakby nagle odłożył wszystkie swoje racje, argumenty i drobne urazy.

— Hej — powiedział cicho. — To nie o ten kubek, prawda?

Pokręciła głową.

— Tęsknię — wyszeptała. — Za nami sprzed lat. Za rozmowami, za dotykiem, który nie był formalnością. Za tym, że teraz jesteśmy jak współlokatorzy z umową na czas nieokreślony.

Usiadł obok. Nieśmiało wziął jej dłoń — jak ktoś, kto dotyka czegoś cennego, czego nie chce uszkodzić.

— Myślę… że zapomnieliśmy, iż miłość nie jest czymś, co się ma. Tylko czymś, co się tworzy. Codziennie. I że to praca dla dwojga — nie dla dwóch samotnych wysp.

Uśmiechnęła się przez łzy.

— Ja chyba nie jestem łatwa.

— Nie jesteś łatwa — zgodził się poważnie. — Ty jesteś wersją premium. Z dodatkowymi funkcjami, które trzeba umieć obsługiwać.

Parsknęła.

— Jesteś idiotą.

— To prawda. Ale twoim idiotą.

Cisza, która spadła między nich, była inna niż ta sprzed kłótni. Ta była miękka, pojednawcza, jak ciepła chusta zarzucona na zmarznięte ramiona. W tej ciszy oboje zrozumieli, że choć życie ich przetrzebiło, wciąż mają w sobie niewyczerpane pokłady „chcę cię w moim życiu”.

Zrobili rzecz nieheroiczną, a jednak odważną: wyszli na spacer. Bez planu. Bez telefonu, który dyktuje rytm dnia. Po prostu wyszli — jak kiedyś, gdy byli młodzi i nie wiedzieli jeszcze, że miłość potrafi męczyć, ale też ratować.

Śmiali się z psa sąsiadów, który gonił liść jak wrogą jednostkę. 
Rozmawiali o głupstwach, a w tych głupstwach krył się powrót do siebie.

Słońce zachodziło powoli, jakby chciało dać im trochę więcej czasu.

A potem ona zatrzymała się nagle, jakby doznała olśnienia.

— Wiesz… kiedyś myślałam, że najgorsze w małżeństwie są kłótnie — powiedziała. — Ale najgorsze jest milczenie, kiedy oboje boją się powiedzieć: „zostań, bo jeszcze cię potrzebuję”.

Spojrzał jej w oczy — nie tak, jak patrzy się na żonę, z którą dzieli się rachunki, ale tak, jak patrzy się na człowieka, który jest twoją historią.

— To zostań — wyszeptał.

I została.

A on został z nią.

Nie dlatego, że tak trzeba, lecz dlatego, że tak chcieli.

Dziś ktoś patrzący z boku może widzieć zwyczajne małżeństwo. Brak w nim hollywoodzkich fajerwerków, namiętnych deklaracji, dramatycznych zerwań i jeszcze dramatyczniejszych powrotów. Ale jest w nim coś dużo cenniejszego: dwójka ludzi, którzy rozumieją, że miłość to codzienna decyzja. Czasem spektakularna jak wybaczenie, a czasem tak niepozorna jak umycie kubka, zanim stanie się powodem do kolejnej wojny.

Bo w małżeństwie zazwyczaj chodzi o drobiazgi.

Tyle co nic.

A jednak wszystko.

piątek, 5 grudnia 2025

Singielka bez instrukcji obsługi...

Gdy zadzwonił budzik, Anka pomyślała, że to na pewno pomyłka.

Bo przecież biologicznie niemożliwe jest, żeby była już siódma, skoro dopiero co zamykała oczy.

Może czas jakoś szybciej biegnie, kiedy nie ma się męża?

Kto wie — od kiedy w internecie krążą poradniki o tym, że „energia kobiety singielki przyspiesza kosmos”, Anka była skłonna uwierzyć we wszystko.

Wsunęła stopy w kapcie i ruszyła do kuchni z gracją, jaką zwykle prezentują ludzie, którzy jednocześnie śpią, żyją i się poddają.

Kiedy ekspres do kawy wydał z siebie jęk przypominający ostatnie tchnienie nosorożca, Anka stwierdziła, że będzie to dzień o złożonej strukturze emocjonalnej.

W pracy przywitał ją jej ulubiony kolega — ten, który zawsze zaczynał rozmowę od zdania typu: „Słuchaj, mam znajomego, fajny chłopak, może…”

Tego dnia jednak… nic.

Ani słowa.

Anka spojrzała na niego podejrzliwie, jakby istniało ryzyko, że ktoś go podmienił.

W ciągu dnia wydarzyło się coś jeszcze dziwniejszego.

Nikt nie zapytał jej:

— A kiedy ty się w końcu ustatkujesz?

Nikt nie westchnął znacząco na słowo „singielka”.

Nikt nie próbował jej przekonywać, że „miłość przychodzi wtedy, kiedy się przestaje jej szukać”, co było zdaniem równie logicznym jak „samochód pojawia się wtedy, kiedy przestajesz czekać na autobus”.

Anka zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie umarła i nie znalazła się w alternatywnej rzeczywistości. Takiej, gdzie ludzie są… normalni.

W porze lunchu wyszła do parku.

Siadła na ławce, rozpakowała sałatkę, która udawała, że jest sycąca, i obserwowała ludzi.

Zakochane pary, matki z dziećmi, babcie na spacerze, biegacze, psy.

Wszyscy wyglądali, jakby dokładnie wiedzieli, gdzie zmierzają.

A ona? No cóż.

Ona wiedziała tylko jedno: że jeśli jeszcze raz otworzy pudełko z sałatką, to trafi do programu o ludziach, którzy jedzą z obowiązku, a nie z potrzeby.

Nagle obok niej usiadła starsza pani. Taka, która nosi w torebce chusteczki, miętówki i prawdopodobnie wstyd całej rodziny.

— Ładny dzień — uśmiechnęła się serdecznie.

— Ładny — przyznała Anka.

— Wie pani, zawsze lubiłam patrzeć na młode kobiety. Tyle mają w sobie wolności.

Anka prawie zakrztusiła się kawałkiem pomidora.

— Wolności?

— No pewnie — skinęła głową staruszka. — Może pani iść, gdzie chce. Robić, co pani chce. Nikt pani nie mówi, że powinna pani… no wie pani, to, owo, tamto…

Wymachiwała ręką tak energicznie, że aż ptaki zerwały się z gałęzi.

— Zawsze myślałam, że ludzie myślą o mnie raczej jak o „tej, co jeszcze nikogo nie znalazła”.

Starsza pani spojrzała na nią tak srogo, jakby właśnie wygłosiła herezję.

— Dziecko kochane, nikt nie „znajduje” miłości — powiedziała, unosząc brwi, jakby to słowo naruszało zdrowy rozsądek. — Miłość to nie zagubiony kolczyk, który nagle wyskakuje z szuflady, kiedy człowiek szuka czegoś zupełnie innego. Miłość się wybiera. Świadomie. Z otwartymi oczami. A najlepiej — z otwartą głową.

Anka chciała coś powiedzieć, ale starsza pani kontynuowała z rozpędem, który mają tylko ludzie naprawdę doświadczeni.

— I proszę sobie nie myśleć, że uczucie spadnie z nieba, jak jakaś promocja z ulotki — mruknęła. — Miłość nie przychodzi, bo ktoś „ma szczęście”. Miłość przychodzi wtedy, kiedy człowiek potrafi stanąć prosto, pozbierać siebie do kupy i zdecydować, że chce iść przez życie obok kogoś, a nie za kimś albo zamiast kogoś.

Zrobiła krótką pauzę — taką, w której nawet parkowe wiewiórki zwalniają ruchy.

— Bo widzi pani… — dodała już ciszej, bardziej czule. — Najpierw trzeba polubić swoje własne towarzystwo. Inaczej każde inne będzie tylko ucieczką. A człowiek nie powinien szukać miłości po to, żeby od siebie uciec.

Zaśmiała się lekko, z tym rodzajem mądrego humoru, który nie wywołuje śmiechu, tylko lekkie ukłucie pod żebrami.

— Dlatego proszę nie przepraszać za to, że jest pani sama. Samotność mądrze użyta nie jest po to, żeby zastąpić ludzi, tylko żeby nauczyć się ich wybierać — tych właściwych.

Anka roześmiała się.

Pierwszy raz od dawna tak szczerze i tak bez powodu.

Po powrocie do pracy wydarzyła się ostatnia rzecz, która upewniła ją, że ten dzień był rzeczywiście wyjątkowy.

Jej kolega, ten od „fajnych chłopaków”, podszedł do niej i powiedział:

— Wiesz, pomyślałem… Nie będę ci już nikogo polecał. Jesteś spoko taka, jaka jesteś.

Anka poczuła nagły patos sytuacji i natychmiast go odrzuciła, żeby nie zalać się łzami. Bo po trzydziestce płacze się tylko z dwóch powodów: wzruszenie lub cebula. A cebuli akurat nie było.

W drodze do domu kupiła sobie lody pistacjowe. Zjadła je powoli, w ciszy, w swoim mieszkaniu, gdzie nikt nie przypominał jej, że powinna być kimś innym niż jest. I wtedy uderzyła ją myśl, prosta, ale mocna jak espresso bez cukru: Singielka nie żyje w oczekiwaniu na kogoś. Singielka żyje. Po prostu. A życie — nawet w pojedynkę — potrafi być całkiem, całkiem piękne. Szczególnie w dniu, w którym nikt nie próbuje go naprawiać.

środa, 3 grudnia 2025

Wszyscy jesteśmy specjalistami od jutra...


Pan Roman miał sześćdziesiąt dwa lata na karku i twarz człowieka, który widział już wszystko, ale niczego nie był do końca pewien. Pracował w firmie konsultingowej, która konsultowała głównie własne istnienie, a wolny czas spędzał zazwyczaj na patrzeniu w okno — czynność, która z wiekiem zamienia się w rodzaj medytacji, choć młodsi biorą ją za otępienie.

Tego ranka Roman jechał tramwajem, w którym — jak zwykle — połowa ludzi udawała, że nie istnieje, druga połowa, że istnieje zbyt intensywnie. Jakaś dziewczyna wpatrywała się w ekran telefonu z miną kogoś, kto właśnie został zwolniony z funkcji boga własnego życia. Ktoś inny kłócił się z kimś przez słuchawkę o sprawy ostateczne: wyprowadzenie psa.

Roman lubił tramwaje, bo przypominały mu jedno: człowiek, niezależnie od wieku, ma tyle samo — kilkanaście godzin dziennie na życie, wypłacane w sekundach, nieprzenoszalne na jutro.

Problem w tym, że wszyscy uparcie oszczędzają właśnie na jutro.

Na przykład Roman „od jutra” miał:

– zacząć biegać,

– zjeść coś zielonego,

– skontaktować się z synem, z którym od dwóch lat wymieniał tylko życzenia świąteczne wysyłane automatycznie z aplikacji,

– i przeczytać książkę, którą sam sobie polecił w zeszłym roku.

Na razie zrealizował plan minimum: przeżył.

Gdy wysiadł, zauważył mężczyznę w garniturze, który stał przed budynkiem firmy i palił papierosa. Wyglądał na człowieka, który wczoraj obiecał sobie rzucić to świństwo.

— Ciężki dzień? — rzucił Roman, choć nie znał go bliżej.

— Właściwie… zwyczajny — odparł tamten z gorzkim uśmiechem. — Ale zwyczajne dni też potrafią człowieka dobić.

Roman skinął głową. Wiedział coś o tym. Zwyczajne dni zabijają najskuteczniej — po kawałku, po cichu, bez fajerwerków.

W biurze czekał na niego mail od szefa, który zaczynał się jak wszystkie współczesne katastrofy: „Hej Roman, szybkie pytanko…”

Szybkie pytanko oznaczało zwykle niekończącą się serię problemów, za które nikt nie chciał odpowiadać, ale wszyscy chcieli, żeby Roman je naprawił.

Zanim zabrał się do roboty, zajrzał na portale informacyjne. To był jego rytuał autodestrukcji. Okazało się, że świat znowu płonie — metaforycznie i dosłownie. A pod postami ludzie wdawali się w dyskusje, które można by zamknąć jednym zdaniem: „Mam rację, bo tak.”

Wyłączył komputer i poszedł po kawę. W kuchni spotkał Dominikę, młodą analityczkę, wiecznie zmęczoną życiem, choć nie przeżyła jeszcze nawet połowy własnych przekonań.

— Panie Romanie — westchnęła — czasem mam wrażenie, że wszyscy tu tylko udają, że wiedzą, co robią.

— Masz rację — odparł. — Ale to nic nowego. Świat zawsze budowali ludzie, którzy szli na żywioł i liczyli, że jakoś się to potem wyprostuje.

— A wyprostowało się kiedyś?

Roman uśmiechnął się krótko.

— Czasem. Ale nie samo.

Wrócił do biurka i spojrzał na telefon. Na ekranie mignęło powiadomienie z aplikacji fitnessowej, która od dwóch lat próbowała mu wmówić, że ma „potencjał”. W odpowiedzi wyłączył aplikację, jakby odczuwał osobistą urazę.

Pomyślał jednak o synu.

Wziął telefon. Przez chwilę patrzył na numer, jak ongiś patrzył na własne decyzje — z dystansem graniczącym z tchórzostwem. Po minucie wcisnął „zadzwoń”.

— Halo? — usłyszał po drugiej stronie głos, którego nie słyszał od dawna.

Zabrakło mu słów.

— Synu… — zaczął. — Chyba czas, żebyśmy przestali udawać, że nie mamy czasu.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Ale to była dobra cisza. Otwierająca.

A Roman pomyślał, że to zabawne — człowiek całe życie odkłada sprawy na jutro, aż w końcu przychodzi moment, który wygląda zupełnie jak dziś. I nagle okazuje się, że „jutro” to tylko wytłumaczenie dla ludzi, którzy boją się żyć.

Tego dnia zrobił jeszcze dwie rzeczy: przeczytał trzy strony książki i zjadł jabłko. Niezbyt zielone, ale zawsze coś.

To nie było przełomowe.

Ale było prawdziwe.

A prawdę najtrudniej wpisać w kalendarz — zwłaszcza w taki, którego używamy tylko do przekładania własnego życia na kolejny dzień.

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Filiżanka herbaty...

Kiedy pan Wiktor otworzył niewielką herbaciarnię „Pod Ciszą”, nad ranem wciąż unosiła się mgła, a pierwsze tramwaje brzmiały jak nerwowe westchnienia miasta. Starszy mężczyzna miał w zwyczaju przecierać witrynę miękką szmatką, jakby przygotowywał scenę do spektaklu, który codziennie – niezmiennie – zaczynał się od nowa, choć widzowie byli przypadkowi.

Tego poranka na ławce naprzeciwko zauważył dziewczynę. Siedziała skulona, z opuszczonym wzrokiem, z ramionami zaciśniętymi tak, jakby próbowała utrzymać w środku cały swój świat, żeby się nie rozsypał. Wiktor przez chwilę patrzył na nią, po czym zaparzył filiżankę jaśminowej herbaty i wyszedł przed lokal.

— Proszę — powiedział łagodnie. — Czasem wystarczy łyk ciepła, żeby przypomnieć sobie, że świat dookoła tętni życiem.

Młoda kobieta podniosła głowę. Oczy miała pełne zmęczenia — nie tego fizycznego, lecz takiego, które gromadzi się latami, gdy człowiek upiera się, że „da radę”, choć pęka mu serce.

— Nie mam jak się odwdzięczyć — szepnęła.

— Nie trzeba — uśmiechnął się Wiktor. — Dobro nie jest pożyczką. Nie oczekuję zwrotu.

Dziewczyna skinęła głową i upiła łyk. Wtedy wydarzyło się coś, co pan Wiktor znał aż nazbyt dobrze: jej ramiona zadrżały, a z oczu popłynęły ciche, wyczekane łzy. Nie płakała z bólu — płakała z ulgi. Z tego, że pierwszy raz od dawna ktoś po prostu… zatrzymał się przy niej.

Wiktor nie pytał, co się stało. Nauczył się, że niektóre historie trzeba pozwolić ludziom wypić jak herbatę — powoli, w ciszy, aż przestaną parzyć.

Po dłuższej chwili kobieta wstała.

— Wie pan — powiedziała — ludzie mówią, że świat jest twardy, więc trzeba twardnieć razem z nim. Ale dziś zrozumiałam coś innego. Kiedy człowiek staje się zbyt twardy… zaczyna pękać jak porcelana.

— Świat nie potrzebuje twardych ludzi — odparł. — Potrzebuje takich, którzy potrafią zauważyć, kiedy ktoś siedzi na ławce i milczy zbyt długo.

Dziewczyna uśmiechnęła się i odeszła. 

Wiktor patrzył za nią chwilę, po czym wrócił do herbaciarni. Przetarł witrynę jeszcze raz — powoli, spokojnie, tak jak zawsze.

Bo nigdy nie wiadomo, kto jutro usiądzie na tej ławce.

I czasem wystarczy zwyczajna filiżanka herbaty, żeby człowiek wrócił do świata, który już prawie o(d)puścił...

niedziela, 17 października 2021

Usiadła baba i myśli nad pierdoletami pani Malinowskiej...

Usiadła baba i myśli nad upływem czasu, osiągnięciami życiowymi i innymi pierdoletami pani Malinowskiej. Zajęcie pozycji siedząco-kanapowej składnia do zagłębienia się w najczarniejsze zakamarki duszy, co nie zawsze jest zjawiskiem pożądanym, gdyż może doprowadzić nas do wniosków zgubno-destrukcyjnych lub wzmożonego popędu w kierunku sypania łba przysłowiowym popiołem w chwilach głęboko-refleksyjnych. Wychodzi na to, że lepiej za dużo nie myśleć ;) To tak tytułem wstępu mi się napisało, po długiej przerwie... Długie przerwy w blogowaniu są moją specjalnością - takie poczyniłam spostrzeżenia prosto z natury wzięte, a że z wykształcenia jestem biologiem to obserwacje prosto z natury mam w jednym palcu lewej stopy ;). Niestety jestem dziadongiem, któremu nie po drodze z tak zwanym systematycznym czynieniem zamierzonych przedsięwzięć ;) Często patrzę z zazdrością i podziwem zaopatrzonym w stosowny wytrzeszcz gałek ocznych (czy są inne gałki niż oczne...? chyba są, na przykład lodowe, ale czy zastosowanie gałek lodowych w tym momencie miałoby jakikolwiek sens...?) na blogi, które mają właścicieli wyposażonych w zjawisko porządnej systematyczności. Ja to taki macoch wstręciuch jestem - utrzymuje to moje blogowe dziecko w stanie zawieszonej agonii: za dużo by zemrzeć, za mało by żyć pełną piersią. Mój nieszczęsny blog żyje połową obwisłej piersi i obawiam się, że musi się z tym pogodzić, gdyż matka jego wyrodna i nie zanosi się chyba na poprawy ;)

Tym, którzy tu czasem wpadają lub piszą do mnie mailowo, że dlaczego ja tak mało piszę chciałam rzec, że mój korpus zalewa w tych wszystkich momentach fala wstydu, gdyż niewiele mam na swoje usprawiedliwienie. Udało mi się jako tako wyjść na ludzi i rozprawić z boreliozą w wydaniu mózgowym, więc może mój mózg po tych wszystkich naprawach zmieni podejście w wyżej poruszanych kwestiach. Na osłodę wstawiam fotografię uczynioną pod wpływem zetknięcia się z jednym z moich zakupów poczynionych porą letnią - był to niezwykle gustowny kapelusz plażowy zaopatrzony w opcję metalowych kółeczek - kusiło mnie by dżdżownice sobie powywieszać, ale zwyciężyła opcja miłosierdzia mówiąca o tym, że nie wolno istot żywych męczyć w celach rozrywkowych, w innych zresztą też nie można. A że ja rzadko pozuje do zdjęć normalnie to fotografia w pełni oddaje moje nastawienie do pozowania :) Osobisty chłop domowy, zwany Marianem obwieścił, że to wypisz, wymaluj misiek Paddington - kto nie zna to jest podobizna poniżej ;) No nie wiem, nie wiem; nie obraziłam się, ale ja tam podobieństwa nie widzę ;) 

W tym całym bajzlu niepokojące jest to, że wiek nie skłania do bycia poważnym - skończywszy jakiś czas temu lat czterdzieści i kilka odkrywam każdego dnia, iż głupota mnie nie opuszcza, a wręcz czasami przybiera na sile ;) Obawiam się, że jako staruszka poruszająca się z wykorzystaniem dodatkowych podpór będę równie rozwinięta w temacie bycia poważnym i dorosłym jak aktualnie ;) I tym optymistycznym akcentem zakończę te wywody niedzielne i nie pozostaje mi nic innego jak życzyć wszystkim dystansu do siebie i otoczenia :) 

czwartek, 4 marca 2021

Mądrości życiowe zawsze w cenie...

Kiedyś zmontowałam na blogu zakładkę Przebłyski, która myśli, niekoniecznie złote, zawiera - częściowo wyprodukowane przeze mnie, częściowo przez inne głowy; dorzuciłam tam też cytaty i mądrości życiowe na różne okazje w nowej wersji graficznej, które powstały na potrzeby mojego profilu na Instagramie, na który serdecznie zapraszam - Kobietoskop. Jeżowce na zdjęciu to taka przenośnia literacka do komórek mózgowych nawiązująca; jakoś tak mi się z mózgownicą skojarzyły ;)
A dziś wrzucam hurtowo sztuk pięć tych mądrości; może komuś się do czegoś przydadzą, a może nie ;)





poniedziałek, 8 lutego 2021

Dzieci w kuchni i grzyb atomowy gotowy!

Grafika: www.cafeleniwiec.pl

W dzieciństwie urządzaliśmy sobie z bratem, tak zwane, kuchenne niespodzianki. Zabawa polegała na tym, że wytypowany zamykał się w kuchni i przyrządzał „danie” dla drugiej osoby. Oczywiście wszystko się odbywało pod nieobecność rodziców. Z racji na to, że w tamtych czasach (lata 80-te) niewiele było w lodówce specjałów to nasze kuchenne szaleństwo ograniczało się do kruchych ciastek z dziurką posypanych cukrem i dżemu domowej roboty o smaku truskawkowym, podanych na milion sposobów. Były więc:
- kanapka z kruchych ciastek z dżemem w środku,
- kruszone kruche ciastka z kleksem z dżemu,
- torcik z kruchych ciastek z kremem dżemowym,
- gniecione kruche ciastka wymieszane z dżemem,
- dżem z posypką z kruchych ciastek.
Na zmianę zamykaliśmy się w tej kuchni i przygotowywaliśmy te mistrzowskie „dania” z dużym namaszczeniem. Oczekujący na degustację koczował w przedpokoju i najczęściej bawił się papierem toaletowym hurtowo nagromadzonym w mieszkaniu; budowało się z tego wieżę, na którą należało siąść i zrobić pierdut! Cała radocha była w tym upadku i masakrowaniu rolek cennego surowca. Niestety nie spotykało się to ze zrozumieniem ze strony rodzicieli. Wróćmy do ciastek… Niespodziankę przygotowaną przez „kucharza” należało spożyć z uśmiechem na ustach. Po kilku kolejkach takich eksperymentów kończyło się to tak, jak skończyć się powinno, czyli w otchłaniach porcelanowej muszli klozetowej ;)

Inny wyczyn kulinarny stworzony w duecie z braciszkiem to produkcja krówek domowej roboty: schajcowaliśmy wtedy część półki wiszącej nad zlewem ratując palącą się patelnię. Od tego czasu wiem, że palącej się patelni zawierającej tłuszcz nie zalewa się wodą, ponieważ uzyskujemy efekt grzyba atomowego. 

Do napisania powyższych wspomnień zainspirowała mnie opowieść znaleziona na www.forum.gazeta.pl, autorstwa - teresa104:
„Kiedyś jako dzieci wróciliśmy z bratem z kolonii, były wakacje, rodzice w pracy. I zapragnęliśmy odtworzyć wspaniały kolonijny przysmak, nieznany nam z domu, czyli pampuchy (drożdżowe kluski na parze). Wzięliśmy "Kuchnię polską" i tam z przepisu próbowaliśmy wyrobić te kluski i jakoś wciąż nie mogliśmy utrafić z konsystencją. Wreszcie wyszła cała mąka, jaka była w domu, brat poszedł zatem z moimi pieniędzmi zaoszczędzonymi na koloniach kupić surowca. Mojego majątku wystarczyło jeszcze na 3 kg mąki i drożdże. Kiedy ojciec wrócił z pracy, ujrzał na kuchennym blacie wielką górę suchych kłaków, których już nie byliśmy w stanie z bratem wyrobić naszymi siłami (ja ledwo nad ten blat wystawałam). Trudna rada, stary zdjął koszulę i wyrobił olbrzymią gulę ciasta, wciąż zresztą powiększającą się od drożdży. Resztę dnia wycinaliśmy szklankami kluski, które leżały na ściereczkach w całym domu, na balkonie, na szafkach, na stołach i partiami parowaliśmy je w garnkach na wszystkich palnikach. Powiem Wam... wreszcie najadłam się pampuchów. Na słodko, na słono, z masłem, z cukrem, z zupą, z kiełbasą, odgrzewane, na zimno, smażone, dopiekane, ojciec do pracy codziennie zabierał, matka też się starała, chociaż klusek nie lubi.”

Opis bardzo zadziałał na moją wyobraźnię i suszyłam zęby opluwając monitor. Najbardziej wzruszył mnie fragment dotyczący poświęcenia oszczędności, by surowiec zakupić potrzebny na pampuchy.

Pozostając w klimatach słodkości i zbliżającego się, wielgachnymi, pączkowymi krokami, tłustego czwartku zapraszam w wolnej chwili na post wspominkowy z wytryskiem w roli głównej - Gdy pączek atakuje cnotliwą kobietę... 😁