Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samotność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 stycznia 2026

Z wiekiem człowiek robi się ostrożny… i właśnie wtedy los ma najbardziej bezczelne pomysły...

W styczniu Warszawa ma kolor rozcieńczonej, czarnej herbaty: brąz przygaszony szarością, jakby z domieszką popiołu. Zimno wciska się pod kołnierze i w szczeliny pamięci. Hanna wysiadła z tramwaju przy Placu Konstytucji z tym znanym napięciem w brzuchu — nie była to już trema, raczej ostrożność człowieka, który zbyt wiele razy nauczył się nie oczekiwać.

Zgodziła się na „Mosty” — spotkania organizowane przez fundację, gdzie młodzi i starsi mieli robić wspólne rzeczy: rozmawiać, pisać, nagrywać. „Żeby się widzieć, żeby się słyszeć” — powtarzała w myślach, idąc w stronę odnowionej biblioteki, w której szyby błyszczały jak wymyślone.

W środku pachniało kawą i papierem. Przy wejściu stała tablica z planem zajęć: „Podkast o mieście”, „Fotografia telefonem”, „Mikroopowieści”. Hanna podeszła do stołu z książkami do oddania — pożółkłe grzbiety wyglądały, jakby przechowywały w sobie resztki światła.

— Szuka pani czegoś konkretnego? — usłyszała obok. — Czy raczej ma pani ochotę się zgubić?

Odwróciła się. Mężczyzna w cienkich okularach trzymał książkę tak, jak trzyma się coś kruchego. Siwe włosy miał jak słoje w drewnie — nie „od starości”, tylko od czasu.

— Zgubić? To brzmi jak luksus — odparła.

— W pewnym wieku wszystko, co nie jest obowiązkiem, bywa luksusem.

Podał rękę.

— Marek.

— Hanna.

Uścisk był krótki, rzeczowy, a jednak Hanna poczuła wyraźnie czyjąś obecność: nieinwazyjną, spokojną. Jakby ktoś umiał stać blisko, nie przekraczając granic.

Usiedli na spotkaniu wśród innych. Wolontariuszki rozdawały identyfikatory; Hanna napisała swoje imię równym, nauczycielskim pismem. Marek — szeroko, prosto, jakby nie chciał, by ktokolwiek musiał się domyślać.

Gdy przyszła kolej na przedstawienia, Marek powiedział:

— Przyszedłem, bo odkryłem, że cisza potrafi mieć echo.

To zdanie było niepozorne, a jednak w sali zrobiło się na chwilę uważniej. Hanna poczuła, że rozumie je aż nazbyt dobrze. Kiedy mówiła ona, szukała słów, które nie będą ani skargą, ani maską:

— Uczyłam całe życie. Teraz uczę się, że samotność to nie tylko brak kogoś obok, ale brak tej codziennej wymiany — drobnej, bez znaczenia, a jednak utrzymującej człowieka w świecie.

Po spotkaniu przy stole z książkami wolontariuszka podeszła z kartką.

— Temat na miesiąc: „Miasto jako pamięć”. Może państwo zrobiliby projekt razem?

Hanna odruchowo chciała odmówić. Marek spojrzał na nią bez nacisku — po prostu czekał. To było zaskakująco rzadkie. I właśnie dlatego powiedziała:

— Spróbujmy.


Pierwsze spotkanie umówili w Łazienkach. Było jeszcze zimno, ale w parku wszystko wydawało się wyraźniejsze, bardziej uczciwe. Marek przyniósł termos.

— Herbata z imbirem. Zrobiłem za mocną — przyznał. — Może pani ją oswoi.

— Imbiru nie znoszę — odparła.

— Tym lepiej. Nie będziemy udawać, że lubimy to samo.

Szli powoli, rozmawiając o mieście. Hanna mówiła o kinach, które zniknęły, o księgarniach, w których pachniało kurzem i drukiem, zanim zmieniły się w banki i sklepy. Marek mówił o warsztatach: o szewcach i zegarmistrzach, o rzeczach, które kiedyś się ratowało, a dziś bez wahania wyrzuca.

— Teraz wszystko się wymienia — dodał cicho. — Nawet ludzi. Tylko nikt tego tak nie nazywa.

Zatrzymała się.

— Kogo pan stracił? — zapytała, zanim zdążyła się ugryźć w język.

Marek spojrzał na staw, na liście zastygłe na lodzie.

— Żonę. Trzy lata temu. Nie umiem o tym mówić tak, żeby nie brzmiało jak informacja z metryki.

Hanna skinęła głową, czując, że „przykro mi” nie pasuje do niczego.

— Mój mąż odszedł inaczej — powiedziała. — Spakował się i poszedł do młodszej. Dawno temu. Myślałam, że najgorszy jest wstyd. Dziś wiem, że gorsze jest zwątpienie we własną historię, jakby ktoś w niej przestawił znaki przestankowe.

Marek nie próbował jej pocieszać. Nie „naprawiał”. Szedł obok.

Przy Pałacu na Wyspie usiedli na zimnej ławce. Marek wyjął telefon.

— Dla projektu: miejsca „pomiędzy”. Bramy, przejścia, schody donikąd. To, co łączy, zanim człowiek się zorientuje, że przeszedł.

Hanna spojrzała na niego, rozbawiona i poruszona jednocześnie.

— Pan jest poetą udającym technika.

— A pani realistką udającą, że nie wierzy w poezję.

Tego wieczoru Hanna wróciła do mieszkania i nie zapaliła światła od razu. Stała chwilę w przedpokoju, słuchając ciszy — i odkrywając, że echo nie brzmi już tak samo.

Napisała do niego: „Dziękuję za spacer. Dobrze było oddychać normalnie.”

Odpisał niemal natychmiast: „Dobrze było być w czyjejś uwadze.”

Czytała to zdanie kilka razy, aż przestało być tekstem, a stało się dotykiem.


Przez kolejne tygodnie spotykali się po różnych stronach miasta. Marek robił zdjęcia telefonem uważnie, bez taniej efektowności. Hanna nosiła notatnik i zapisywała zdania, które przychodziły niespodziewanie: o podwórkach, które pamiętają cudze głosy; o bramach, które są jak słowa „wejdź” wypowiedziane bez świadków.

Kłócili się o wybór kadrów.

— To jest za ładne — mówiła Hanna. — Za bardzo chce się podobać.

— A pani się boi piękna — odpowiadał Marek. — Bo piękno zobowiązuje.

— Do czego?

— Do obecności.

Wiosną zrobili małą wystawę w bibliotece: zdjęcia i krótkie teksty. Przyszło kilkanaście osób. Ktoś zapytał, czy są parą. Hanna poczuła rumieniec zaskakująco młody.

— Jesteśmy zespołem — powiedział Marek spokojnie. — Na razie.

„Na razie” zabrzmiało jak drzwi uchylone, ale nie pchnięte.

Poszli potem na kolację, zwyczajną, nie celebracyjną. W pewnym momencie Marek przestał mieszać zupę i spojrzał na nią tak, jakby wybierał słowa ostrożnie.

— Boisz się?

— Czego?

— Że jeśli to będzie dobre, to będzie kruche.

Hanna poczuła, że ma sucho w gardle.

— Tak — przyznała. — W tym wieku człowiek nie ma już bezczelnej wiary, że zawsze zdąży zacząć od nowa.

Marek skinął głową.

— A ja czasem myślę, że zdradzam pamięć.

Hanna odetchnęła.

— A ja, że zdradzam siebie. Tyle lat budowałam w sobie twierdzę, żeby nikt już mnie nie zostawił. I nagle przychodzisz i… zaczynam otwierać okna.

Marek wyciągnął dłoń przez stół, nie dotykając jej od razu — jakby pytał o zgodę. Położyła swoją na jego dłoni.

— Nie musimy niczego nazywać — powiedział cicho. — Możemy po prostu być.

Hanna uśmiechnęła się smutno i jasno zarazem.

— Kiedyś myślałam, że „być” to za mało.

— A teraz?

— Teraz myślę, że to najwięcej.


Zaczęli się widywać regularnie, bez wielkich rewolucji. Hanna nadal miała swoje rytuały, Marek nadal naprawiał drobiazgi, jakby uparcie sprzeciwiał się światu jednorazowości. Zmienili jednak coś niewidocznego: w mieszkaniach zrobiło się miejsce na czyjąś obecność.

Zdarzały się dni trudne. Marek milkł, gdy jakaś piosenka lub zapach nagle rozcinał pamięć. Hanna nie naciskała; siadała obok, mówiąc o rzeczach prostych, aż znów mogli oddychać tym samym tempem. Bywały też chwile, gdy w Hannie budził się dawny odruch: odsunąć kogoś, zanim zdąży odejść. Marek nauczył się to rozpoznawać.

— Nie uciekaj — mówił spokojnie. — Ja nie jestem po to, żeby cię testować.

Po raz pierwszy usłyszała, że ktoś nie stawia jej przed egzaminem.

Latem siedzieli nad Wisłą. Miasto huczało: śmiech, muzyka, rowery, rozmowy. Hanna miała wrażenie, że jest w środku życia, nie na jego obrzeżu. Marek pokazał jej zdjęcie: brama na Pradze, światło poranka, cień postaci.

— Kto to? — zapytała, choć już wiedziała.

— Ty — odpowiedział. — Myślałaś, że fotografuję miasto. A ja fotografuję to, jak w nim jesteś.

Łzy przyszły nagle, bez wstydu.

— W pewnym wieku człowiek nie spodziewa się już, że ktoś go zobaczy naprawdę — wyszeptała.

Marek ścisnął jej dłoń.

— Ja też się nie spodziewałem.

Jesienią Marek złapał grypę. Zwykła rzecz — a jednak Hanna pojechała do niego, jakby to było oczywiste. Zaparzyła herbatę, poprawiła koc, usiadła obok. Mieszkanie oddychało po swojemu, bez echa.

— Opiekujesz się mną, jakbym… — zaczął Marek, urwał.

Hanna dotknęła jego czoła.

— Jakbyś był kimś? — dokończyła za niego. — Jesteś.

Wtedy zrozumiała: miłość w starszym wieku nie przychodzi jak huragan. Przychodzi jak światło zapalone nad ranem w kuchni — ciche, praktyczne, niezbędne. Nie obiecuje wieczności. Obiecuje obecność.

Gdy wyzdrowiał, odprowadził ją do drzwi. Zatrzymał się, jakby chciał zapytać o coś najważniejszego bez słów. Hanna zrobiła krok bliżej. Pocałował ją delikatnie, uważnie — jakby czytał zdanie, którego nie wolno prześlizgnąć.

Na klatce schodowej Hanna uśmiechnęła się do niego z czymś, co było łzą i jasnością naraz.

— Całe życie myślałam, że miłość to coś, co się zdobywa — powiedziała.

— A teraz?

— Teraz wiem, że to coś, co się odnajduje. Dokładnie tam, gdzie człowiek uznał, że już wszystko wie.

Marek skinął głową.

— Dobrze, że nie wiedzieliśmy — odparł. — Bo inaczej byśmy się nie spotkali.

Zeszła powoli po schodach. Na zewnątrz padał drobny deszcz, miasto było współczesne i żywe. Hanna poczuła, że idzie przez nie inaczej — nie dlatego, że świat się zmienił, tylko dlatego, że ktoś w nim na nią czekał. I że ona sama przestała bać się tego czekania.

W domu zapaliła lampkę w przedpokoju i zostawiła ją na chwilę. Niech świeci. Niech przestrzeń przyzwyczaja się do tego, że echo nie jest już jedynym mieszkańcem.

niedziela, 11 stycznia 2026

Wspólny adres nie chroni przed samotnością...

Zanim zaczęliśmy milczeć, mieliśmy swój język: drobne znaki, którymi człowiek mówi „jesteś”, nawet gdy nie wypowiada słowa. Gwizd czajnika był obietnicą herbaty i zgody, rozrzucone skarpetki — śmieszną wojną domową, z której zawsze wracaliśmy do siebie. W tamtym czasie dom nie był adresem; był zdaniem pisanym na bieżąco, z poprawkami, ale wspólną ręką.

Potem wprowadził się trzeci lokator. Nie miał kluczy, nie płacił czynszu, a jednak zajął najwygodniejsze miejsce: między nami. Nazywał się „zaraz”, „muszę”, „tylko dokończę”.

Zorientowałam się pewnego wieczoru, gdy wrócił późno. Stałam w kuchni, kroiłam cebulę, łzy były zbyt łatwe do wytłumaczenia.

— Cześć — rzucił, już z twarzą oświetloną ekranem telefonu.

— Cześć — odpowiedziałam.

Byliśmy w tym samym pomieszczeniu, a jednak rozmawialiśmy jak przez ścianę.

Później usiadł na kanapie, odchylił głowę. Telewizor grał sam dla siebie. Ja sprzątałam naczynia, choć były już czyste, bo ruch w rękach udawał, że nie drży we mnie nic ważnego.

— Jak minął dzień? — zapytałam w końcu.

Zawahał się, jakby próbował przypomnieć sobie, co to znaczy „dzień” poza listą zadań.

— Normalnie. — Uniósł wzrok na sekundę. — A u ciebie?

To „u ciebie” było uprzejme, ale puste, jak koperta bez listu.

— Też normalnie — skłamałam, a słowo wpadło mi do gardła jak drobna ość.

Tydzień później zaskoczyłam siebie tym, że zaczęłam słuchać, czy oddycha. Nie po to, by zasnąć spokojniej, tylko żeby mieć pewność, że obok leży człowiek, a nie tylko ciepło, które nie zna mojego imienia. Samotność w związku ma inny smak niż ta zwykła: jest jak pragnienie przy pełnym stole.

Najgorsze nie były nawet wieczory. Najgorsze były poranki, kiedy wychodził z domu i mówił:

— Pa.

A ja odpowiadałam:

— Pa.

Tak się żegnają ludzie, którzy nie chcą niczego popsuć. Tylko że my nie psuliśmy niczego gwałtownie. My się ścieraliśmy, powoli, aż do przezroczystości.

W sobotę, kiedy nie było wymówek pod tytułem „zaraz spotkanie”, zrobiłam kawę, mocną, jakby mogła dodać mi odwagi. Usiadłam przy stole i czekałam, aż przyjdzie. Kiedy wszedł, wyglądał na zaskoczonego moją powagą — jakby w domu nie wypadało mieć twarzy bez uśmiechu.

— Coś się stało? — zapytał, sięgając po kubek.

Pomyślałam, że jeśli powiem „tak”, uzna to za awarię do usunięcia. Jeśli powiem „nie”, zostanę z tym sama. Więc powiedziałam prawdę.

— Stałam się niewidzialna.

Zmarszczył brwi.

— Co ty mówisz?

— To, co słyszysz. — Splotłam dłonie tak mocno, że pobielały mi knykcie. — Mieszkamy razem, ale ja… żyję obok ciebie. Jak w poczekalni. Zawsze czekam, aż wrócisz, aż skończysz, aż odłożysz telefon. Czekam na ciebie, będąc z tobą.

Widziałam, jak w nim narasta obrona; znałam ją, ten mechanizm ratunkowy.

— Przecież jestem. — Rozejrzał się po kuchni, jakby chciał przywołać dowody: stół, krzesła, kubki. — Nie zdradzam cię, nie znikam. Po prostu… pracuję.

— Wiem. — Oddech miałam zbyt płytki. — Tylko że „jestem” to czasem za mało. Ty jesteś w domu, ale nie jesteś ze mną. Rozumiesz różnicę?

Milczał dłużej, niż bym chciała. Potem wypuścił powietrze, jakby zdejmował z pleców ciężar, którego nie umiał nazwać.

— Myślałem, że daję ci spokój — powiedział cicho. — Że nie narzucam się. Że… dorośli tak mają: każdy swoje.

— Spokój to nie to samo, co bliskość. — Wbiłam wzrok w blat, bo w jego oczach mogłabym się rozsypać. — Ja nie chcę, żebyś mi „dawał” czas jak resztki z dnia. Chcę być częścią dnia, nie nagrodą po nim.

Otworzył usta, zamknął. Zobaczyłam w tym ruchu coś z bezradności, której wcześniej u niego nie dostrzegałam.

— Czy ty… chcesz odejść? — zapytał w końcu. Pytanie wypadło z niego szybko, jakby się bał, że jeśli nie powie go teraz, usłyszy odpowiedź w ciszy.

— Ja nie chcę odchodzić od ciebie. — Podniosłam wzrok. — Ja się boję, że odchodzę od siebie. I że ty nawet nie zauważysz.

To było zdanie bez ozdobników, nagie, a jednak prawdziwe. Prawda nie musi być piękna, żeby poruszać; wystarczy, że trafia w miejsce, które człowiek skrzętnie omija.

Oparł łokcie o stół. Telefon leżał obok, jak mały, czarny świadek.

— Nie wiedziałem, że jest aż tak źle — powiedział. — Nie… nie umiałem tego zobaczyć.

— Bo nie patrzyłeś.

Słowo zabrzmiało ostrzej, niż planowałam, ale nie cofnęłam go. Wreszcie przestaliśmy mówić w zawoalowany sposób, a to bolało i jednocześnie przynosiło ulgę.

Przesunął telefon na bok, jakby odsuwał od nas przedmiot niebezpieczny.

— Dobrze. — Kiwnął głową, powoli. — Powiedz mi konkretnie. Czego potrzebujesz?

To „konkretnie” mogło brzmieć jak rozkaz z pracy, a jednak było w nim coś ważnego: gotowość. Ugryzłam wargę, żeby nie wpaść w listę życzeń i pretensji.

— Potrzebuję, żebyś wracał do mnie, a nie tylko do mieszkania. — Mówiłam spokojniej. — Żebyś mnie pytał naprawdę i słuchał odpowiedzi. Żebyśmy mieli chociaż jeden kawałek dnia, który jest nasz. Bez telefonu. Bez „zaraz”.

— A jeśli nie dam rady? — zapytał. Nie jak ktoś, kto szuka wymówki, tylko jak ktoś, kto boi się własnej niewydolności.

— To powiedz. — Przechyliłam głowę. — Tylko nie znikaj w milczeniu. Milczenie mnie zabija wolniej, ale skuteczniej.

W jego oczach pojawiło się coś szczerego, jakby zrozumiał, że nie walczę z nim, tylko o nas.

— Ja też się czasem czuję… pusty — przyznał. — Wracam i mam wrażenie, że wszystko ze mnie wyciekło. Boję się, że jak zacznę mówić, to się rozsypię.

— To się rozsyp. — Mój głos zadrżał. — Wreszcie w domu, nie w pracy. Ja też się sypię. Tylko robię to po cichu.

Usiadł bliżej. Nie dotknął mnie od razu. To zawahanie było bardziej czułe niż szybki uścisk, bo oznaczało szacunek do tej kruchości, którą właśnie wyjęliśmy na stół między filiżanki.

— Przepraszam — powiedział wreszcie. — I nie chcę, żebyś była „dzielna”. Nie musisz.

Wtedy dopiero poczułam łzy; przyszły nie jak kapitulacja, tylko jak dowód życia.

Nie było wielkiego pojednania z filmów, żadnych triumfalnych obietnic. Była umowa niewypowiedziana wprost: spróbujemy być obecni, nawet jeśli to niewygodne. Wieczorem zaproponował spacer. Krótki, zwyczajny, w zimnym powietrzu, które szczypało w policzki i budziło.

— Zaczniemy od dziś — powiedział. — Nie od poniedziałku.

A ja pomyślałam, że czasem ratunek wygląda właśnie tak: ktoś przestaje odkładać człowieka na później.

W nocy, już w łóżku, jego dłoń odnalazła moją pod kołdrą, nie z przyzwyczajenia, lecz z decyzji. W tym geście była obietnica mała, ale ciężka od znaczeń: jestem. widzę. wracam.

Samotność nie zniknęła natychmiast. Jest cierpliwa, wraca w zmęczeniu, w pośpiechu, w gorszych dniach. Ale od tamtej soboty miała wreszcie przeciwnika: nasze słowa, choć nieporadne, i naszą odwagę, by nie zasypiać na granicy dwóch osobnych światów.

Najtrudniejsze w miłości nie jest powiedzieć „kocham”. Najtrudniejsze jest nie zgubić siebie w milczeniu, kiedy obok ktoś oddycha, a mimo to wydaje się daleki jak światło w oknie naprzeciwko. I zrozumieć, że obecność bywa czynem — codziennym, cichym, wymagającym — a nie tylko faktem, że ktoś zostawił buty w przedpokoju.

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Szklana cisza - historia cichego alkoholizmu...

Nie piła, żeby zapomnieć.

Piła, żeby nie czuć, jak bardzo pamięta.

Każdy łyk był krótką amnestią — zawieszeniem wyroku wydanego przez myśli, które od rana domagały się uwagi. Alkohol nie był jej wrogiem. Był jedynym, który nie zadawał pytań. Nie oczekiwał wyjaśnień, rozwoju, autorefleksji. Przyjmował ją taką, jaka była w danej chwili: zmęczoną, pękniętą, niedokończoną.

Jej mieszkanie wyglądało jak wystawa życia, które się udało. Blaty lśniły, podłoga pachniała cytryną, filiżanki stały w równym rządku. Porządek był niemal obsesyjny, jakby każdy idealnie ustawiony przedmiot miał zatrzymać chaos przed wdarciem się głębiej. Butelki nie stały na wierzchu — chowała je do szafek, do toreb; resztę nosiła we krwi. Alkoholizm u kobiet rzadko bywa krzykliwy. Częściej przypomina szept, który trwa latami i powoli zastępuje myślenie.

Była mistrzynią pozorów. Wykształcona, elokwentna, punktualna. Potrafiła mówić o pracy, literaturze, przyszłości. O wszystkim poza sobą. Wino przyszło jako obietnica odpoczynku. Potem jako narzędzie. W końcu jako konieczność. Granica między „chcę” a „muszę” przesunęła się tak niepostrzeżenie, że zorientowała się dopiero wtedy, gdy przestała ją obchodzić.

Upadek nie przyszedł jednego dnia. Przychodził w drobnych kompromisach.

Zaczęło się od poranków, w których nie była pewna, czy wysłała wczoraj wszystkie maile. Sprawdzała skrzynkę z bijącym sercem, czytając własne zdania jak obce — zbyt emocjonalne, zbyt długie, czasem niepokojąco szczere. Tłumaczyła to zmęczeniem. Zawsze można wszystko wytłumaczyć zmęczeniem.

Był dzień, w którym przyszła do pracy spóźniona pierwszy raz od lat. Stała w windzie, czując, że zapach alkoholu nie istnieje tylko dlatego, że nikt nie chce go nazwać. Spojrzenia kolegów trwały o ułamek sekundy dłużej. Szef zapytał, czy wszystko w porządku — tonem, który nie był już uprzejmy, lecz czujny. Skinęła głową. Kobiety uczą się potakiwać nawet wtedy, gdy się rozpadają.

Najbardziej bała się poranków. Nie kaca — tej pierwszej sekundy świadomości, w której wracało pytanie: czy wczoraj znów przegrałam?

Poranki obnażają prawdę. Nie da się ich zagadać ani rozcieńczyć. W lustrze widziała kobietę, która wciąż miała jej twarz, ale coraz mniej obecności. Alkohol nie zabiera wszystkiego naraz. Najpierw zabiera zdolność bycia ze sobą bez paniki.

Zdarzały się wieczory, których nie pamiętała wcale. Budziła się w ubraniu, z telefonem rozładowanym do zera i poczuciem straty, której nie potrafiła nazwać. Raz znalazła w koszu potłuczony talerz. Innym razem — nietknięte jedzenie, zimne, jak dowód na to, że ciało jeszcze czegoś chciało, ale umysł już nie był obecny.

Najdotkliwsze były drobne zaniedbania. Zapomniała o urodzinach przyjaciółki. Przegapiła wizytę u lekarza. Nie oddzwoniła do matki przez tydzień, bo nie potrafiła złożyć sensownego zdania. Alkohol nie niszczy relacji spektakularnie. Najpierw je rozrzedza.

Pewnego dnia zgubiła klucze. Szukała ich przez godzinę, aż znalazła w lodówce — obok otwartej butelki wina. Usiadła wtedy na podłodze i rozpłakała się nie z rozpaczy, lecz z przerażenia. Zrozumiała, że traci kontrolę nad rzeczami elementarnymi: pamięcią, ciałem, orientacją w czasie i przestrzeni.

Była też noc, gdy zadzwoniła do byłego partnera. Nie po to, by wrócić. Po to, by ktoś potwierdził jej istnienie. Rozmowa była krótka, niezręczna, pełna ciszy. Następnego dnia wstyd był tak dotkliwy, że nie potrafiła spojrzeć w lustro. Alkohol obiecuje ulgę, a zostawia nagą bezradność.

W sklepie osiedlowym sprzedawczyni przestała pytać, czy „to na prezent”. Zaczęła podawać wino bez słowa. W tamtym automatyzmie zobaczyła swoje odbicie — kobietę przewidywalną. A nic tak nie boli jak świadomość, że czyjś nałóg stał się rutyną dla obcych ludzi.

Moment przełomu nie przyszedł z hukiem. Przyszedł ze zmęczeniem. Stała w kuchni, z kieliszkiem w dłoni, i nagle pomyślała: ja już nie piję z wyboru. To zdanie miało ciężar ołowiu. Zrozumiała, że alkohol już jej nie koi — tylko przedłuża cierpienie. Że pije nie po to, by żyć, ale by nie umierać za szybko w środku.

Pierwsze dni trzeźwości były brutalne. Cisza krzyczała. Ciało domagało się chemii, umysł — ucieczki. Wszystko, co przez lata było tłumione, wracało bez litości: żal, gniew, poczucie straty, pytania o zmarnowany czas. Trzeźwość nie była nagrodą. Była konfrontacją.

Z czasem zaczęła rozumieć, że alkohol był językiem, którym mówiła o swoim bólu. Że piła, bo nie umiała być dla siebie łagodna. Każdy dzień bez alkoholu był odzyskiwaniem małego terytorium — pamięci, snu, myśli. Uczyła się znów słuchać ciszy, nie zalewać jej winem. Cisza okazała się trudna, ale uczciwa.

Dziś nie mówi, że „wygrała”. Wie, że choroba nie znika — zmienia się w czujność. Wybiera trzeźwość nie dlatego, że jest łatwa, ale dlatego, że jest prawdziwa. Po raz pierwszy od dawna jej życie nie jest znieczulone.

Ta historia nie jest opowieścią o triumfie. Jest opowieścią o kobiecie, która przestała się oszukiwać. Bo największą odwagą nie jest przestać pić — lecz odważyć się czuć.

Alkoholizm nie jest brakiem charakteru. Jest desperacką próbą ulgi. A trzeźwość nie jest końcem. Jest powrotem do siebie — powolnym, nieidealnym, ale jedynym, który daje szansę na prawdę.

piątek, 12 grudnia 2025

Tam, gdzie zaczyna się oddech...

Siedziała na skraju łóżka, jakby bała się zająć zbyt wiele miejsca. Pokój był cichy, aż nazbyt cichy, a cisza miała ciężar mokrej wełny – przygniatała, grzała i dusiła jednocześnie. Na parapecie stał kubek z herbatą, zimną już od dawna, z cienkim pierścieniem osadu na ściankach. Lidia nie pamiętała, kiedy ją zaparzyła. Pamiętała tylko uczucie, że powinna była coś zrobić – i że nie zrobiła.

Depresja przyszła do niej cicho. Nie wdarła się jak burza, nie wywróciła mebli. Przysiadła w kącie, jak nieproszony gość, który jednak zachowuje się tak uprzejmie, że nikt nie ma odwagi go wyprosić. Na początku tylko odbierała kolory. Czerwień pomidora była już tylko informacją o czerwieni. Błękit nieba – pojęciem. Potem zabrała dźwięki. Śmiech ludzi na ulicy docierał do Lidii jak przez grube szkło, stłumiony, obcy. Na końcu wzięła jej ciało – sprawiła, że każda czynność zabierała z niej życie.

Najgorzej było rano. Moment przebudzenia był jak okrutny cud. Przez ułamek sekundy nie istniała depresja, nie było ciężaru, nie było wstydu, nie było lęku. Było tylko białe światło w głowie. A potem wszystko spadało naraz, jak zasłona teatralna, jak wyrok. Lidia wtedy leżała bez ruchu, wpatrzona w sufit, i negocjowała z czasem.

„Jeszcze pięć minut” – mówiła w myślach.

Czas nie odpowiadał.

Kiedyś była kobietą, która kochała spacerować. Miała zwyczaj liczyć kroki między latarniami i zgadywać, w którym oknie ktoś właśnie kończy kolację, w którym ktoś płacze, a w którym ktoś całuje się pierwszy raz. Teraz nie wychodziła. Drzwi były jak granica między światami: za nimi życie, tu – przechowalnia oddechu.

Telefon leżał na podłodze od kilku dni. Spadł i już tak został. Migające powiadomienia były jak maleńkie, bezradne wołania, ale Lidia nie miała w sobie siły, żeby po nie sięgnąć. Każda wiadomość brzmiała jak oskarżenie: „Dlaczego nie odpisujesz?”, „Dlaczego zniknęłaś?”. A ona nie znikała. Ona tonęła.

Najgorszy był wstyd. Wstyd, że nie potrafi być wdzięczna. Że ma dach nad głową, pracę, ludzi, którzy pytają — a jednak w środku zieje w niej czarna jama. Wstyd, że nie umie wytłumaczyć, iż nie chodzi o smutek. Smutek to uczucie. Depresja to brak uczuć, wypłowienie świata do odcieni szarości.

Któregoś dnia, kiedy nie miała już siły nawet płakać, zadzwonił dzwonek do drzwi. Dźwięk przeciął powietrze jak pęknięcie lodu. Lidia nie ruszyła się. Dzwonek zadzwonił drugi raz. I trzeci.

W końcu wstała – nie dlatego, że chciała, ale dlatego, że coś w niej pękło z irytacji, a irytacja była czymś. Jakimkolwiek ruchem.

Za drzwiami stała starsza sąsiadka z parteru, ta z wiecznie drżącymi rękami i z oczami, które wyglądały, jakby pamiętały wojnę, nawet jeśli jej nie przeżyły.

– Dziecko – powiedziała bez wstępów. – Od tygodnia widzę, że w twojej kuchni pali się światło dzień i noc. Pomyślałam, że albo umarłaś, albo bardzo cierpisz.

To zdanie było tak nieporadne, tak brutalnie prawdziwe, że Lidia zaczęła płakać. Nagle, gwałtownie, bez godności. Osunęła się na podłogę w przedpokoju jak pusta torba i szlochała, aż zabrakło jej tchu. Starsza kobieta nic nie mówiła. Usiadła obok. Jej ręka była ciepła i chropowata. Trzymała ją za dłoń, jakby trzymała cumę przy burcie.

– Ja też tak kiedyś leżałam – odezwała się w końcu. – Po śmierci męża. Myślałam, że już zawsze będę tylko oddychać. A potem pewnego dnia umyłam filiżankę. Jedną. I to było wszystko, na co było mnie stać. Ale wystarczyło, żeby nie umrzeć.

Filiżanka... Lidia pomyślała o zimnym kubku na parapecie.

Tego dnia nie wydarzył się cud. Depresja nie zniknęła. Nie stała się lżejsza. Ale w tym stalowym świecie pojawiła się rysa – cieniutka jak włos. Wieczorem Lidia wstała i zaniosła kubek do zlewu. Zsunęła z niego osad palcem, ostrożnie, jakby dotykała rany. Potem odkręciła wodę. Słuchała jej szumu długo, niczym opowieści o życiu, które mimo wszystko płynie.

Następnego dnia otworzyła okno. Tylko na kilka centymetrów. Wpuściła do środka zimne powietrze i zapach mokrego betonu. Oddychała nim nieufnie.

Nie było odrodzenia. Nie było światła jak z filmów. Był tylko bardzo powolny, bolesny powrót do ciężaru istnienia. Ale teraz ten ciężar miał sens. Jak noszenie czegoś, co jednak jest ważne.

Lidia uczyła się od nowa drobiazgów. Mycia kolejnego kubka. Odpowiadania na jedną wiadomość dziennie. Pięciu minut spaceru wokół bloku. Świat wracał w odpryskach – krzywym uśmiechu sąsiadki, skrzypieniu schodów, smaku chleba z masłem.

Depresja wciąż w niej była. Ale nie była już samotna.

A samotność – zrozumiała pewnego wieczoru, siedząc przy otwartym oknie – jest najciemniejszą formą choroby...

środa, 3 grudnia 2025

Wszyscy jesteśmy specjalistami od jutra...


Pan Roman miał sześćdziesiąt dwa lata na karku i twarz człowieka, który widział już wszystko, ale niczego nie był do końca pewien. Pracował w firmie konsultingowej, która konsultowała głównie własne istnienie, a wolny czas spędzał zazwyczaj na patrzeniu w okno — czynność, która z wiekiem zamienia się w rodzaj medytacji, choć młodsi biorą ją za otępienie.

Tego ranka Roman jechał tramwajem, w którym — jak zwykle — połowa ludzi udawała, że nie istnieje, druga połowa, że istnieje zbyt intensywnie. Jakaś dziewczyna wpatrywała się w ekran telefonu z miną kogoś, kto właśnie został zwolniony z funkcji boga własnego życia. Ktoś inny kłócił się z kimś przez słuchawkę o sprawy ostateczne: wyprowadzenie psa.

Roman lubił tramwaje, bo przypominały mu jedno: człowiek, niezależnie od wieku, ma tyle samo — kilkanaście godzin dziennie na życie, wypłacane w sekundach, nieprzenoszalne na jutro.

Problem w tym, że wszyscy uparcie oszczędzają właśnie na jutro.

Na przykład Roman „od jutra” miał:

– zacząć biegać,

– zjeść coś zielonego,

– skontaktować się z synem, z którym od dwóch lat wymieniał tylko życzenia świąteczne wysyłane automatycznie z aplikacji,

– i przeczytać książkę, którą sam sobie polecił w zeszłym roku.

Na razie zrealizował plan minimum: przeżył.

Gdy wysiadł, zauważył mężczyznę w garniturze, który stał przed budynkiem firmy i palił papierosa. Wyglądał na człowieka, który wczoraj obiecał sobie rzucić to świństwo.

— Ciężki dzień? — rzucił Roman, choć nie znał go bliżej.

— Właściwie… zwyczajny — odparł tamten z gorzkim uśmiechem. — Ale zwyczajne dni też potrafią człowieka dobić.

Roman skinął głową. Wiedział coś o tym. Zwyczajne dni zabijają najskuteczniej — po kawałku, po cichu, bez fajerwerków.

W biurze czekał na niego mail od szefa, który zaczynał się jak wszystkie współczesne katastrofy: „Hej Roman, szybkie pytanko…”

Szybkie pytanko oznaczało zwykle niekończącą się serię problemów, za które nikt nie chciał odpowiadać, ale wszyscy chcieli, żeby Roman je naprawił.

Zanim zabrał się do roboty, zajrzał na portale informacyjne. To był jego rytuał autodestrukcji. Okazało się, że świat znowu płonie — metaforycznie i dosłownie. A pod postami ludzie wdawali się w dyskusje, które można by zamknąć jednym zdaniem: „Mam rację, bo tak.”

Wyłączył komputer i poszedł po kawę. W kuchni spotkał Dominikę, młodą analityczkę, wiecznie zmęczoną życiem, choć nie przeżyła jeszcze nawet połowy własnych przekonań.

— Panie Romanie — westchnęła — czasem mam wrażenie, że wszyscy tu tylko udają, że wiedzą, co robią.

— Masz rację — odparł. — Ale to nic nowego. Świat zawsze budowali ludzie, którzy szli na żywioł i liczyli, że jakoś się to potem wyprostuje.

— A wyprostowało się kiedyś?

Roman uśmiechnął się krótko.

— Czasem. Ale nie samo.

Wrócił do biurka i spojrzał na telefon. Na ekranie mignęło powiadomienie z aplikacji fitnessowej, która od dwóch lat próbowała mu wmówić, że ma „potencjał”. W odpowiedzi wyłączył aplikację, jakby odczuwał osobistą urazę.

Pomyślał jednak o synu.

Wziął telefon. Przez chwilę patrzył na numer, jak ongiś patrzył na własne decyzje — z dystansem graniczącym z tchórzostwem. Po minucie wcisnął „zadzwoń”.

— Halo? — usłyszał po drugiej stronie głos, którego nie słyszał od dawna.

Zabrakło mu słów.

— Synu… — zaczął. — Chyba czas, żebyśmy przestali udawać, że nie mamy czasu.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Ale to była dobra cisza. Otwierająca.

A Roman pomyślał, że to zabawne — człowiek całe życie odkłada sprawy na jutro, aż w końcu przychodzi moment, który wygląda zupełnie jak dziś. I nagle okazuje się, że „jutro” to tylko wytłumaczenie dla ludzi, którzy boją się żyć.

Tego dnia zrobił jeszcze dwie rzeczy: przeczytał trzy strony książki i zjadł jabłko. Niezbyt zielone, ale zawsze coś.

To nie było przełomowe.

Ale było prawdziwe.

A prawdę najtrudniej wpisać w kalendarz — zwłaszcza w taki, którego używamy tylko do przekładania własnego życia na kolejny dzień.

środa, 2 listopada 2016

Kobieto (i nie tylko)! Nadziej plusze na garb i podbijaj świat ;)

Grafika: Internety :)

Wszystkie żywe istoty na tej planecie, zwłaszcza te, z którymi stykam się walcząc o przetrwanie na łonie osobistego miejsca zarobkowania, marudzą, że ta jesień straszni są: wieje, zimno, leje, tylko brać sznur, zamontować na przydrożnej topoli i poddać się podmuchom wichru, który sponiewiera nasze umęczone jestestwo wywijając nim na prawo i lewo jak wujek Zenek, w stanie zamroczenia trunkiem nielichej mocy, ciotką Ziutą na weselu kuzynki Jadwini. Gdy już tak podyndajem w rytmach weselnych pieśni i wijących się dziko ciał wspomnianego wujka Zenka i ciotki Ziuty opadniem na glebę naszej planety zamroczeni jesienną depresją ;) 
Czy faktycznie ta pora roku musi przyginać nas do ziemi? Bardzo spodobał mi się komentarz jednej takiej pojechanej babiny, która zamieściła pod moim ostatnim postem takież oto słowa (mam nadzieję, że nie zaciągnie mnie przed oblicze sądów za dystrybucję jej myśli wyrywających się tak swobodnie z jej swobodnych połączeń mózgowych):
"Moja droga, właśnie rozpoczęła się moja ulubiona pora roku! Jest cudownie, chociaż wciąż zbyt dużo słońca, ale jestem cierpliwa... to najcudowniejszy czas, kiedy po wejściu do domu czujesz to obejmujące cię ciepło, kiedy bez zbędnych tłumaczeń zaszywasz się w ukochanym fotelu z kubkiem gorącej czekolady w ręku, i możesz nosić ogromniaste swetry i te papucie z uszami królika, i te fajne rękawiczki z perłowymi koralikami, i traperki (moje ukochane, tęskniłam od marca). Auuu...naprawdę jest super!!!!!" Autorkę tegoż wywodu można poczytać tutaj: Czarny Pieprz 
No nie powiecie, że nie ma w tym magii? :) Taki mały romans z ciemnością, ciepłem kaloryfera (szczęśliwcy mogą się romansować z kominkami), czekoladą, grzanym winem, ulubioną muzyką i tymi pluszami, które roztaczają swoje wdzięki i kuszą na wszelakie możliwe sposoby. Wiem, wiem, ktoś mi zaraz przywali tekstem typu: z czego tu się cieszyć jak człowiek sam w tej chałupie?!? Męskiej piersi włochatej czy też damskiej niewłochatej, do której się przytulić można - nie ma, wsparcia słownego - nie ma, ciepła drugiego osobnika gatunku Homo sapiens - nie ma!!! I czym tu się durna babo ekscytować?!? Fakt! Nie samym pluszem człowiek żyje, więc należy znaleźć kogoś kto zawsze jest dla nas dobry, patrzy z tym samym zachwytem każdego dnia na nasze oblicze, szanuje nasze ciało, ubóstwia to co mówimy, rozpieszcza nas na wszelkie możliwe sposoby, itp., itd. Pewnie ktoś zapyta jak to zrobić? Nie ma nic prostszego na tym padole :) Spójrz w lustro :) Gdy pokochasz siebie znajdzie się też ktoś kto uzupełni to, co stworzy tą trudną do ubrania w słowa całość i żadna jesień nie będzie straszna :) Aaa... w przypływach osłabionego stanu miłości do własnej postaci można się oczywiście wspomóc substancjami lekko odurzającymi ;) Trzymcie się pluszowo :)