Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie z hipotonią. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie z hipotonią. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 października 2026

W ramionach hipotonii, czyli jak sobie zrobić dobrze dezodorantem do stóp…

Niskie ciśnienie to moja osobista zmora, z którą od lat prowadzę nierówną walkę. Nierówną, bo przeciwnik regularnie powala mnie na łopatki, a potem jeszcze przygniata ciśnieniem atmosferycznym, żeby mieć pewność, że nie wstanę. Czasami bywa zabawnie, czasami mniej zabawnie, a czasami mam ochotę przegryźć pierwszy lepszy kabel nasycony uporządkowanym strumieniem elektronów, licząc na to, że niewielkie spięcie postawi mnie wreszcie na nogi. Niestety istnieje ryzyko, że zamiast odzyskać wigor, zacznę świecić w ciemności albo całkiem zakończę współpracę z zakładem energetycznym.

Kto nigdy nie miał problemów z niskim ciśnieniem, ten nie zrozumie, jak wygląda żywot takiego niepostymulowanego boroka. Człowiek niby żyje, ale bez przekonania. Serce pracuje na pół etatu, mózg przebywa na bezpłatnym urlopie, a krew najwyraźniej uznała, że nie będzie się tak bez sensu szwendać po organizmie, skoro można spokojnie poleżeć w żyłach.

Z przeszłości pamiętam zatroskane postawy społeczne zamknięte w ludzkich ciałach, które miały wątpliwą przyjemność spać ze mną w jednym pomieszczeniu. Otóż zdarzało się, że budziłam uzasadnione podejrzenia o zejście z tego świata. Podobno podczas snu nie dawałam żadnych oznak życia, nie ruszałam się i oddychałam tak dyskretnie, jakbym nie chciała przeszkadzać pozostałym narządom w odpoczynku. Co bardziej troskliwe jednostki podchodziły więc do mnie, nasłuchiwały, po czym zaczynały obszarpywać moje jestestwo błąkające się akurat po innych wymiarach. Budziłam się z pretensjami, a oni z ulgą, że nie trzeba organizować pogrzebu. Osobiście uważam, że człowiek powinien mieć prawo do spokojnego wyglądania na nieboszczyka we własnym łóżku.

Najgorzej jest rano. Budzik dzwoni, świat się budzi, ptaszki ćwierkają, a ja leżę i zastanawiam się, czy rzeczywiście muszę uczestniczyć w tym całym przedsięwzięciu zwanym życiem. Samo uniesienie powieki wymaga wysiłku porównywalnego z przesuwaniem szafy trzydrzwiowej, nie mówiąc już o opuszczeniu łóżka, które w takich chwilach jawi mi się jako jedyne rozsądne miejsce pobytu na naszej planecie. Zanim wykonam pierwszy świadomy ruch, muszę się odpowiednio nafutrować kofeiną, żeń-szeniami i innymi wynalazkami, które mają przekonać moje zwłoki do podjęcia działalności gospodarczej pod nazwą „Życie codzienne”. Bywa jednak, że nawet po takiej kuracji mój mózg pracuje na częstotliwości, której nie obsługują już żadne współczesne urządzenia.

Właśnie w takim stanie użyłam kiedyś dezodorantu do stóp w charakterze odżywki do włosów. Nie wiem, czy poprawiło to kondycję fryzury, ale przynajmniej miałam pewność, że przez najbliższe kilkanaście godzin nie dostanę grzybicy skóry głowy. Opamiętanie przyszło oczywiście z opóźnieniem, kiedy szkody zostały już poczynione, a ja z dumą mogłam stwierdzić, że jestem prawdopodobnie jedyną kobietą w okolicy, której włosy nadają się do noszenia w przepoconych adidasach.

Wiecznie też czegoś szukam. Okularów, telefonu, kluczy i innych dupereli. Przemieszczam się po domostwie jak owca z uszkodzonym błędnikiem i sklerozą gigantem, która poszukuje trawy na wyścielonych trawą halach. Potrafię wejść do kuchni, zapomnieć, po co przyszłam, wrócić do pokoju, przypomnieć sobie, ponownie wejść do kuchni i znów zapomnieć. Po trzeciej takiej wycieczce zaczynam podejrzewać, że nie chodziło mi o nic konkretnego, tylko organizm próbuje mnie zmusić do aktywności fizycznej metodą oszustwa.

Niestety, niezależnie od tego, czy jestem przytomna, półprzytomna, czy jedynie sprawiam wrażenie osoby, której jeszcze nie wystawiono aktu zgonu, muszę się również stawiać w robocie. A tam nie ma zmiłuj! Dopada mnie horda wysokociśnieniowych, nadpobudliwych osobników żądnych interakcji pełną gębą. Wszyscy czegoś chcą, wszyscy dokądś pędzą, wszyscy mają do mnie sprawy wymagające natychmiastowego załatwienia, jakby od mojej odpowiedzi zależały losy cywilizacji. Niektórzy produkują tyle energii, że gdyby podłączyć ich do krajowej sieci, elektrownie mogłyby spokojnie ogłosić miesięczny urlop. Ja natomiast próbuję ustalić, czy moje serce wykonało już dzisiaj przewidzianą normę uderzeń, czy dopiero zbiera się do roboty.

Jakoś jednak ogarniam ten cyrk i czasami dochodzę nawet do wniosku, że może to dobrze, iż jestem takim lekko trzepniętym egzemplarzem, bo spora część bodźców zwyczajnie do mnie nie dociera. Siedzę więc, szczerzę zęby, od czasu do czasu kopię się dyskretnie po kostkach i udaję osobę w pełni kompatybilną z otaczającą rzeczywistością. Gdyby ktoś zajrzał mi wtedy do głowy, zobaczyłby zapewne małego człowieczka leżącego na hamaku z kartką „Nie przeszkadzać. Trwa aktualizacja systemu”. 
Rzeczywistość dociera do mnie jak przez szybę albo gigantyczną ścianę skonstruowaną z galaretki owocowej. Widzę, że ludzie poruszają ustami, słyszę jakieś dźwięki, nawet przytakuję z przekonaniem, ale mój umysł przetwarza to wszystko z prędkością urzędnika, któremu pięć minut temu skończyły się godziny przyjęć interesantów. Coraz częściej rozważam więc obrabowanie jakiejś nielegalnej fabryki produkującej dopalacze. Oczywiście wyłącznie w celach naukowych. Chciałabym sprawdzić, czy istnieje substancja, po której człowiek jest w stanie normalnie funkcjonować bez konieczności wcześniejszego odprawienia egzorcyzmów nad własnym układem krążenia.

Co ciekawe, jedynym sprawdzonym sposobem przywrócenia mnie do świata żywych jest intensywny ruch. Ale nie jakieś tam machanie nóżką przy otwartym oknie czy spacer wokół osiedlowego śmietnika. Muszę się porządnie zmęczyć, niemal do stanu, w którym trzeba mnie zdrapywać z podłogi szpachelką. Wtedy dzieje się cud! Serce nagle przypomina sobie o swoich obowiązkach, krew rusza z kopyta, a ja dostaję takiego wigoru, że mogłabym latać na miotle bez napędu mechanicznego, wyprzedzając po drodze gołębie i nisko przelatujące samoloty. Niestety następnego dnia, jeśli biometr niekorzystny, cała zabawa zaczyna się od początku. Wstaję, a właściwie podejmuję rozpaczliwą próbę odklejenia się od materaca, i czuję, jak moje ciało powoli przechodzi w stan skupienia właściwy budyniowi.

I nie proponujcie mi tutaj wstawania o piątej rano, żeby przed robotą przebiec maraton na golasa, a potem wziąć lodowaty prysznic i z uśmiechem powitać nowy dzień. Aż taką masochistką nie jestem! O piątej rano moje narządy wewnętrzne jeszcze śpią, a próba zmuszenia ich do aktywności mogłaby się skończyć zbiorowym wypowiedzeniem umowy o pracę. Poza tym bieganie nago o świcie mogłoby doprowadzić do interwencji policji, a ja naprawdę nie mam siły uciekać przed radiowozem.

Nie działają również popularne porady, żebym się z kimś pokłóciła, porządnie wkurzyła albo znalazła sobie powód do irytacji. Próbowałam. Mój organizm w stanie niskociśnieniowej zapaści jest emocjonalnie porównywalny z kisielem pozostawionym na parapecie. Można mnie obrażać, prowokować i straszyć końcem świata, a ja co najwyżej zapytam, czy to będzie koniec przed obiadem, czy po, bo chciałabym jeszcze zdążyć się zdrzemnąć. Nawet perspektywa awantury wymaga ode mnie energii, której zwyczajnie nie posiadam.

Dlatego zwracam się z apelem do wszystkich niskociśnieniowców oraz tych, którzy znają jakieś skuteczne sposoby na uruchomienie człowieka bez konieczności pakowania w siebie połowy asortymentu apteki. Podzielcie się wiedzą, zanim zacznę poważnie rozważać zakup defibrylatora do użytku domowego. A gdybyście kiedyś zobaczyli mnie leżącą nieruchomo i wpatrzoną w sufit, nie wpadajcie od razu w panikę. Nie wzywajcie zakładu pogrzebowego, nie sprawdzajcie testamentu i pod żadnym pozorem nie dzielcie się moimi rzeczami. Ja najprawdopodobniej jeszcze żyję. ;)