Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobietoskop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobietoskop. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lipca 2026

Letnia mina biologiczna, czyli natura też ma poczucie humoru ;)


Tekst inspirowany wieloletnim doświadczeniem autorki, która z pazernością ma relację długą, burzliwą i sezonowo odnawialną ;) 

Czereśnie to owoce, które udają wakacyjną przyjemność, a w rzeczywistości są sezonowym testem na chciwość, naiwność i odległość do najbliższej toalety. Leżą na straganie jak rubiny dla klasy średniej po wypłacie, błyszczą bezwstydnie, kosztują tyle, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy w cenie jest chociaż konsultacja z sadownikiem albo mały akt własności gałęzi, po czym i tak kupuje kilogram lub więcej, bo najwyraźniej rozsądek też ma sezon urlopowy. 

Czereśnia nie ma w sobie uczciwości niedojrzałego agrestu, który od razu wali po twarzy kwasem i mówi: „Będzie nieprzyjemnie, mała!”. Nie ma charakteru porzeczki, po której człowiek czuje, że obcuje z owocem wychowanym twardą ręką. Czereśnia udaje pluszową przekąskę dla ludzi w lnianych koszulach, po czym po cichu organizuje w brzuchu posiedzenie sztabu kryzysowego. Czereśnia to słodka cwaniara w czerwonym lakierze, owocowy odpowiednik osoby, która na początku randki mówi, że „nie lubi dram”, a po dwóch godzinach płacze w łazience i pisze do byłego.

Najpierw zjadasz jedną, oczywiście kontrolnie, bo przecież trzeba ocenić jakość towaru. Potem drugą, ponieważ pierwsza mogła być statystycznym wyjątkiem. Potem trzecią, ciemniejszą, bardziej obiecującą, z tym głupim ogonkiem sterczącym jak antenka nadająca sygnał: „No chodź, słodziaku!”. W pewnym momencie miska zaczyna pustoszeć szybciej niż konto po wizycie w aptece, a ty nadal udajesz, że to nie jest obżarstwo, tylko kontakt z naturą.

Najbardziej bezczelne w czereśniach jest to, że człowiek nie potrafi ich jeść normalnie. Nikt rozsądny nie siada przy stole i nie mówi: „Spożyję teraz dwanaście sztuk, a następnie zakończę czynność”. Nie. Czereśnie żre się w transie, półświadomie, z ręką pracującą jak taśma produkcyjna w zakładzie przetwórstwa głupoty. Pestki lądują w misce, ogonki na stole, sok na palcach, a w brzuchu powoli otwiera się oddział interwencyjny pod hasłem: „Kto wpuścił tę czerwoną hołotę?”.

Czereśnia, choć wygląda jak niewinne maleństwo z reklamy zdrowego lata, w większej ilości zachowuje się jak lokator, który najpierw mówi, że będzie cicho, a po północy wnosi perkusję, kuzyna z akordeonem i dmuchany basen. Fruktoza robi swoje, błonnik dokłada od siebie, sorbitol puka w rury, a jelita zaczynają dyskutować tak głośno, że człowiek przez chwilę sprawdza, czy przypadkiem nie połknął dożynkowej orkiestry dętej z Kraśnika Dolnego.

I wtedy, w szczycie tej biochemicznej farsy, przychodzi pomysł genialny jak zakup białych spodni na grilla: „Popiję wodą!”.

Życzliwe donoszę, że woda po czereśniach nie jest niewinnym napojem. To nie jest wsparcie trawienia ani elegancki gest człowieka dbającego o nawodnienie. To jest naciśnięcie wielkiego, czerwonego guzika z napisem: „Uruchom procedurę błotnego odrzutu”. Człowiek jeszcze siedzi, jeszcze próbuje wyglądać jak obywatel stabilny wewnętrznie, ale jego brzuch już drukuje bilety w jedną stronę, a łazienka nagle przestaje być pomieszczeniem sanitarnym i staje się strategicznym punktem ewakuacji ludności cywilnej.

Najgorsze, że czereśnie mają opinię porządnego owocu. Przy chipsach przynajmniej wiadomo, że podpisujesz cyrograf z tłuszczem i solą. Przy kebabie o pierwszej w nocy nikt nie udaje, że bierze udział w programie profilaktyki zdrowotnej. A czereśnie? Proszę bardzo: sezonowe, polskie, naturalne, pełne słońca, dzieciństwa i innych kłamstw, którymi człowiek smaruje sobie sumienie, gdy wciąga trzecią garść i zaczyna słyszeć w jelitach marsz wojsk pancernych.

Po wszystkim przychodzi etap refleksji, czyli siedzenie bez gwałtownych ruchów i składanie sobie obietnic, których nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien traktować poważnie. Że następnym razem mniej. Że tylko miseczka. Że bez popijania. Że człowiek dorósł, zrozumiał, wyciągnął wnioski i nie da się już zmanipulować owocowi wielkości kulki z łożyska wyjętego z maszyny, która pamięta jeszcze PGR.

Co jest najgorsze? Następnego dnia znowu przejdziesz obok straganu, zobaczysz te czerwone, wypolerowane małe prowokatorki i zamiast zachować resztki instynktu samozachowawczego, zapytasz o cenę takim tonem, jakby wczorajsze wydarzenia dotyczyły kogoś słabszego psychicznie, a incydenty defekacyjne stanowiły przypadkowy element egzystencji kobiety w wieku średnim ;)

sobota, 20 czerwca 2026

Jak zostałam pośrednikiem nieruchomości dla bydła i krasnali, czyli upał robi swoje...


Upały mają swój niewątpliwy urok. Przynajmniej tak twierdzą ludzie, którzy obserwują je zza szyb klimatyzowanych biur, domów i samochodów. Wtedy faktycznie można dostrzec ich zalety. Słońce świeci, ptaszki ćwierkają, człowiek popija zimną lemoniadę i wzdycha z zachwytem nad pięknem lata. Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek sam staje się częścią tego krajobrazu, a nie jego obserwatorem.

Ja niestety należę do tej grupy ludzi, która znaczną część dnia spędza w miejscu pracy pozbawionym klimatyzacji. Kiedy więc temperatura za oknem zaczyna przypominać wyniki pomiarów z piekarnika ustawionego na termoobieg, człowiek nie pracuje już normalnie – człowiek się marynuje. Każdy dzień zaczyna się jeszcze względnie optymistycznie. Człek przychodzi do pracy, siada przy biurku i przez pierwsze pół godziny żywi złudną nadzieję, że może jednak nie będzie tak źle. Potem słońce zaczyna realizować swój plan zagłady, ściany nagrzewają się jak kafle w piecu, a powietrze w pomieszczeniu nabiera konsystencji gorącego rosołu.

W tej nierównej walce z żywiołem moim najwierniejszym sprzymierzeńcem stał się miniaturowy wiatraczek zakupiony w chińskim markecie za kwotę niewiele wyższą od ceny bułki. Jest to urządzenie tak małe, że z powodzeniem mogłoby chłodzić co najwyżej jednego chomika. Producent najwyraźniej zakładał, że użytkownik będzie miał głowę wielkości mandarynki, bo przy normalnych ludzkich gabarytach jego skuteczność jest raczej symboliczna. Mimo to traktuję go niemal jak członka rodziny. Stoi dzielnie na biurku i mieli powietrze z heroicznym poświęceniem. Efekt chłodzenia jest mniej więcej taki, jakby próbować ugasić pożar lasu pistoletem na wodę albo osuszyć Bałtyk papierowym ręcznikiem, ale psychicznie pomaga. Człowiek przynajmniej ma poczucie, że coś robi, zamiast biernie czekać, aż zamieni się w galaretę.

Po kilku godzinach takiej egzystencji zaczynam podejrzewać, że mój mózg powoli przechodzi ze stanu stałego w półpłynny. Myśli poruszają się wolniej, koncentracja przypomina sygnał internetowy w środku lasu, a inteligencja od czasu do czasu wychodzi z pomieszczenia bez słowa i wraca dopiero po przerwie obiadowej.

Nic więc dziwnego, że kiedy wreszcie docieram do domu, padam jak zwłok i znajduję sobie jakieś mało ruchliwe zajęcie; tym razem rozłożyłam się z krzyżówką i postanowiłam oddać intelektualnym rozrywkom. To znaczy plan był taki, że poćwiczę umysł. Jak zwykle nie przewidziałam jednak, że mój umysł postanowi poćwiczyć cierpliwość. Mam bowiem pewną cechę charakteru, którą jedni nazywają wytrwałością, inni determinacją, a osoby znające mnie lepiej określają znacznie trafniejszym słowem: upór. Kiedy przyczepię się do jakiegoś problemu, nie odpuszczam. Mogłabym siedzieć na pokładzie Titanica z wodą sięgającą po szyję i zamiast szukać szalupy pytać współpasażerów, czy przypadkiem nie znają siedmioliterowego określenia na gatunek mewy.

Dlatego kiedy natrafiłam na hasło „dom dla krasnali”, potraktowałam sprawę śmiertelnie poważnie. Na początku wydawało się banalne. No bo gdzie mieszkają krasnale? Przecież każdy wie. Tylko że najwyraźniej każdy oprócz mnie...

Minęło kilka minut. Potem kilkanaście. Potem tyle czasu, że gdyby krasnale rzeczywiście szukały mieszkania, zdążyłyby obejrzeć trzy nieruchomości, podpisać umowę najmu, pokłócić się z deweloperem i wystawić opinię w Internecie: „Osiedle Muchomorki – spokojna okolica, ale słaby dojazd dla wiewiórek”. Tymczasem ja nadal siedziałam nad jednym hasłem i z każdą minutą coraz bardziej przypominałam człowieka, który dobrowolnie postanowił stoczyć walkę z własnym mózgiem.

Próbowałam wszystkiego. Krasnale umieszczałam kolejno w grzybkach, muchomorach, dziuplach, norkach, budkach, pieńkach i wszystkich innych miejscach, które choć odrobinę pachniały bajką. Gdyby ktoś zajrzał wtedy do mojej głowy, zobaczyłby biuro nieruchomości dla stworzeń baśniowych. Jeden krasnal oglądałby kawalerkę w muchomorze, drugi negocjowałby czynsz za dziuplę, a trzeci pytałby, czy w pniu drzewa jest światłowód.

Najgorsze było jednak to, że wszystkie pozostałe hasła pasowały idealnie. Krzyżówka wręcz demonstracyjnie pokazywała mi, że problem nie leży po jej stronie. To było trochę tak, jakby dziewiętnastu ekspertów jednogłośnie potwierdzało poprawność rozwiązania, a ten dwudziesty siedział w kącie, patrzył na mnie z pogardą i od czasu do czasu szyderczo się uśmiechał.

W końcu postanowiłam wspomóc się Internetem. W dzisiejszych czasach Internet odpowiada na wszystko. Potrafi wyjaśnić, dlaczego kot o trzeciej nad ranem dostaje nagłego przypływu energii i galopuje po mieszkaniu jak opętany. Potrafi podpowiedzieć, jak odkamienić czajnik, usunąć plamę z buraków i naprawić pralkę przy pomocy śrubokręta, taśmy klejącej oraz modlitwy. Byłam więc przekonana, że kwestia miejsca zamieszkania krasnali zostanie rozwiązana w ciągu kilkunastu sekund. Otóż nie. Internet najwyraźniej uznał, że do pewnych rzeczy człowiek powinien dochodzić sam.

Im dłużej siedziałam nad tym hasłem, tym bardziej byłam przekonana, że wiedza o krasnoludkach w naszym społeczeństwie leży i kwiczy. W szkołach mówi się o fotosyntezie, o budowie atomu i o pantofelku, ale nikt nie przygotowuje człowieka na sytuację, w której trzeba błyskawicznie wskazać adres zamieszkania krasnala. A potem przychodzi dorosłość i takie braki wychodzą na jaw.

Po dobrej pół godzinie byłam już psychicznie zmaltretowana przez grupę fikcyjnych stworzeń mających po trzydzieści centymetrów wzrostu. Patrzyłam tępo na kartkę, aż niespodziewanie wydarzyło się coś niezwykłego. Mój wzrok przesunął się po haśle jeszcze raz. Potem drugi. Potem trzeci. I nagle poczułam, jak wszystkie neurony jednocześnie zatrzymują się w pół kroku...

Bo tam nie było napisane „dom dla krasnali”.

Tam było napisane... „dom dla krasuli”.

KRASULI.

Krowy.

Bydła rogatego.

Zwierzęcia ważącego pół tony.

Istoty, którą od dobrych trzydziestu minut próbowałam zakwaterować w muchomorze.

Przez chwilę siedziałam w kompletnej ciszy. Takiej ciszy, jaka zapada po wysłaniu wiadomości do niewłaściwej osoby. Albo po tym, jak człowiek serdecznie pomacha komuś na ulicy, a po chwili odkrywa, że ten ktoś machał do osoby stojącej trzy metry za nim.

Naprawdę siedziałam i próbowałam dopasować warunki mieszkaniowe dla krowy do infrastruktury przeznaczonej głównie dla krasnoludków, elfów i okazjonalnie dzięciołów.

Oczywiście odpowiedź była natychmiastowa.

Obora.

I nagle wszystko pasowało.

Każda literka.

Każde hasło.

Cała krzyżówka.

Miałam ochotę jednocześnie otworzyć szampana, zapisać się do okulisty i wystąpić o częściowe ubezwłasnowolnienie.

Ostatecznie jednak uznałam, że winę ponosi upał. To bardzo wygodne rozwiązanie. Upał nie protestuje, nie tłumaczy się i można mu przypisać praktycznie wszystko. Rozdrażnienie? Upał. Zmęczenie? Upał. Próba zakwaterowania półtonowej krowy w muchomorze? Oczywiście też upał.

Wieczorem, kiedy emocje już nieco opadły, postanowiłam podzielić się, z osobistym chłopem domowym, innym wielkim odkryciem dnia...

– Widziałam w Lidlu takie nowe kiełbaski grillowe – oznajmiłam z entuzjazmem. – Małe, białe, mocno przyprawione. Wyglądały naprawdę interesująco. Może kupię?

Chłop domowy spojrzał na mnie w sposób, który od razu wzbudził mój niepokój.

– Jakie nowe?

– No te nowe.

– Przecież my je już jedliśmy.

Przez chwilę próbowałam znaleźć rozsądną odpowiedź. Niestety wszystkie rozsądne odpowiedzi były akurat zajęte śmianiem się z historii o krasuli.

– No dobrze... może jedliśmy. Ale dla mnie są nowe.

– Jak coś może być nowe, skoro już to jadłaś?

– Bardzo prosto. Dzięki tej wyjątkowej umiejętności każdego dnia odkrywam świat na nowo.

– To nie jest odkrywanie świata.

– Nie?

– Nie.

– A co?

– Zaniki pamięci? Początki Alzheimera?

– Przesadzasz.

– Wcale nie.

– Przesadzasz bardzo.

– Kobieto... Ty dziś przez ponad pół godziny próbowałaś urządzić krowie kawalerkę w muchomorze. Ja naprawdę nie czuję się kompetentny do dalszego uczestniczenia w tej dyskusji.

Trudno było mi znaleźć kontrargument...

A mogło być tak pięknie. Już prawie widziałam siebie jako wielką odkrywczynię nowych produktów spożywczych, Krzysztofa Kolumba działu mięsnego, kobietę przecierającą szlaki między lodówką a grillem. Niestety rzeczywistość po raz kolejny brutalnie sprowadziła mnie na ziemię. Chociaż z drugiej strony... jeśli nadal będzie tak gorąco, to całkiem możliwe, że jutro znowu odkryję te same kiełbaski ;)

piątek, 23 lipca 2021

Moje kwiatki posiane na blogach, czyli stara i durna jak odurzony zapachami natury osioł na makowej łące ;)

Pałając się działalnością pod tytułem prowadzenie bloga człowiek z własnej, nieprzymuszonej woli pisze również komentarze na innych blogach. Kiedyś dokonałam przeszukań sieciowych i odkryłam swoje "kwiatki" posiane na obcych polach. Pozwolę sobie je zacytować, gdyż jawi się to jako kolekcja niezwykłych zwierzeń, które wypłynęły z moich niespokojnych trzewi...

1. Moja rodzina poznała, na szczęście nie na własnej skórze, zabójcze oblicze PRL-owskiego budownictwa… Pewnej nocy spadł cały sufit w naszej łazience – dobrze, że nikogo tam nie było, bo to, co odpadło miało grubość około 1 cm. Oczywiście nikt się nie poczuwał do odpowiedzialności, bo ofiar nie było, to jaki mają Państwo problem.
Ale znam też radosne oblicze – dzięki "profesjonalnemu" budownictwu mogłyśmy z koleżanką porozumiewać się mówiąc do rurki z centralnego ogrzewania, która biegła w rogu ściany – widocznie nie była omurowana czy obetonowana i szpara znajdująca się w jej sąsiedztwie umożliwiała dysputy moje z sąsiadką mieszkającą piętro niżej :) A, że chodziłyśmy do tej samej klasy to było o czym konwersować, takie PRL-owskie łoki toki :)

2. Co do opowieści alkoholowych to jestem, stety lub niestety, z tych co mają łeb jak sklep – genetyka zrobiła swoje – mam to po tatusiu. W związku z tym ciężko mnie spić, no ale mam na swoim koncie wyczyny godne Oskarowej gali: kiedyś na wakacjach w Grecji urządziliśmy sobie z chłopem osobistym tournée po miejscowych dyskotekach; chyba wypiłam sporo jak na mnie, ponieważ następnego dnia dowiedziałam się, iż: zdobyłam złoty medal za taniec na barze, a miejscowe dyskoteki zapraszały nas ponownie – takie odstawiliśmy show (dobrze, że to na obcej ziemi było, bo w ojczyźnie to ze wstydu bym umarła). Poza tym upojona tymi procentami doprowadziłam do tego, że chłop osobisty prawie zszedł na zawał, ponieważ wsadziłam głowę pomiędzy barierki w balkonie i ni cholery nie dało się jej wyjąć ;) Biedak ten mój czerep jakoś wyciągnął, ale już był bliski wzywania pomocy technicznej. Człowiek stary i durny jak osioł na makowej łące ;)

3. W zamierzchłych czasach, gdy mieszkałam z rodzicami, robiliśmy, chyba, dziwne rzeczy: z dzieciakami z klatki, w której mi przypadło żyć wymyśliliśmy polowanie na pająki piwniczne, każdy podprowadził z domostwa jakiś słój i łaziliśmy po piwnicach w poszukiwaniu pająków ludojadów – śmiechu przy tym było, że aż łza się w oku kręci z sentymentalnym zawirowaniem. Pamiętam też jak wpadłam na zacny pomysł nałapania dżdżownic i poprzypinania ich klamerkami na sznurach przed blokiem, na których ludność blokowiskowa pranie wieszała :) Matka mnie prawie oskalpowała, jak się dowiedziała, że to ja jestem autorką tej nowoczesnej wystawy ziemnych bezkręgowców ;) To były czasy… :)

4. Znajoma ma dwójeczkę ślicznych dzieciątek. Pewnej nocy, jak już ululali z mężem pociechy, postanowili sobie urządzić erotyczny małżeński show… Zapalili świece, erotyczna bielizna, winko, zapach kobiety i pożądania unosi się w powietrzu… Następuje dziki, wyuzdany seks i… do pokoju włazi ich córka – 4-ro latka, zaspana, z tekstem, że miała okrutny sen i potrzebuje ululania. Znajomi oczywiście przerwali romantyczne uniesienia i idą z córcią do jej pokoju; dziecię usypia, a oni odetchnęli z ulgą, że nie musieli nic tłumaczyć… Następnego dnia… Ranek… Z pokoju wyłania się córcia i od progu pyta: Mamusiu, a pamiętasz, jak w nocy tak strasznie dyszałaś??? Co Ci było??? Mamusia zbladła, ale uruchomiła wszystkie szare komórki i rzecze: Wiesz, tyle świec się paliło, a one tlen zabierają… i mamusia się dusiła z braku tlenu…
Dziecko od tej pory ma traumę i gasi wszystkie świeczki ;)

I mój ulubiony przykład pytania od starszych dzieci: dawno temu, na praktyce prowadziłam lekcję o układzie rozrodczym człowieka… aż tu nagle pada pytanie:
- Proszę Pani, a czy to prawda, że sperma wybiela zęby?
Prawie padłam z wrażenia pod biurko, ale zachowawszy resztki zimnej krwi odpowiedziałam, że najnowsze badania naukowców nie mówią nic na ten temat :) O osobistych przeżyciach nie wspominałam, a dziecięcia nie dopytywały ;)

5. Skąd ja to znam… Zdesperowana, ze śliną toczącą się z pyska, byłam w stanie biec w piżamie w środku nocy do Tesco 24h. Teraz mieszkam w miejscu, gdzie nawet nocnego nie ma w zasięgu ręki, więc pozostaje mi czynna napaść na sąsiadów. „Chorzy” na przypadłość słodyczową nie są rozumiani przez osoby, które nie znają tego bólu; ja podobno nawet robię specjalną minę jak mam głód i specjalną minę jak dopadnę już coś słodkiego. 

6. Twój wpis odświeżył i w mojej łepetynie traumatyczne przeżycia fizjologiczne... Z moczem podchodzącym już do mózgu szukałam zjazdu na stację benzynową lub cokolwiek, pobiłam wtedy wszelakie rekordy prędkości, a jak dopadłam jakiegoś Orlena to byłam w stanie wymordować wszystkich ludzi z kolejki do WC. Zaspokojenie prymitywnej potrzeby robi z człowieka zwierzę ;)
Druga sytuacja dotyczy sprawy grubszego kalibru, nazywanej u mnie w domu – dwójką; opiszę ją ku przestrodze... Któregoś razu wybrałam się do rodziców piechotą, jakieś licho podkusiło mnie, żeby sobie kupić w warzywniaku paczkę moreli, którą spożyłam po drodze; posiedziałam u rodzicieli z godzinkę i wracam… Idę sobie, idę i czuję, że coś chce natychmiastowo opuścić moje jelita; bieg nie wchodził w grę – pogorszyłoby to zapewne sytuację; do domu, mojego i rodziców za daleko, krzaków nie ma, same łyse bloki dookoła, udało mi się wypatrzyć samotnie stojące garaże i tam, pomiędzy nimi, niestety, dokonałam spustoszenia. Jeżeli ktoś nie jadł suszonych moreli w większych ilościach to ostrzegam: działa z opóźnieniem, ale wyrywa z butów i nie ma zmiłuj, katastrofa pełną du.ą ;)

7. Pamiętam taki kawał ze szkoły podstawowej: Małgosia ma pierwszą miesiączkę. Nie wie biedna co się stało i pokazuje Jasiowi swój problem. Jasiu ogląda z wielkim zainteresowaniem, kiwa głową i rzecze z miną znawcy:
- Nie wiem… nie wiem… Jak na mój gust to ci jaja urwało!

8. Co do śmiesznych nazw produktów to mnie bawią: „Leśne skarby” – mój mózg uparcie wiąże te skarby z paniami lekkich obyczajów, które stoją przy leśnych dróżkach w oczekiwaniu na tirowych amantów. „Leśne skarby” to seria grzybów marynowanych; można nabyć w marketach. Grzyby marynowane w kontekście higieny osobistej tych Pań też mi się dobrze nie kojarzą ;)

Z nazwą OSRAM kojarzy mi się baton MARS; kiedyś dziecko znajomych mówi do mnie: A wie Pani, że od tyłu to SRAM? Dobrze, że wtedy nic nie miałam w buzi, tylko ślinę, bo dziecko mogłoby bez oka zostać :) Nie tyle rozbawiło mnie to SRAM, co tekst „od tyłu sram”; no ja też sram chyba od tyłu – jak każdy ;) Nie wiem, też jakoś wszędzie widzę fizjologię obdartą z romantyzmu.

Przypomniały mi się jeszcze wina „rasowe”, zwane jabolami, mózgojebami, bełtami i tym podobnymi. Bywałam czasami na różnych wsiach, nie będę pisać w jakich regionach Polski i moimi idolami, jeśli chodzi o nazwy tych specjałów były:
- „MAMROT” – no nazwa adekwatna, po większej ilości człek jedyne, co czynił to mamrotał, ale w smaku nie najgorsze, muszę rzec ;)
- „SPERMA SZATANA” – nie miałam odwagi próbować; mój, wtedy, niewinny, dziewiczy mózg nie zniósłby faktu niepokalanego poczęcia przez żołądek i narodzenia pomiotu szatana ;)
- „CZAR TEŚCIOWEJ” – nie wiem z czego toto było, nie wnikałam, ale może po wypiciu obraz teściowej zyskiwał w oczach pijącego ;)

Mieszkałam kiedyś dość blisko sklepu „Piotr i Paweł” i tam na dziale mięsno-wędliniarskim mieli prawdziwe cuda:
- salami bumerang (niestety po sklepie nie wolno rzucać),
- wędzonka z liszek (no liszki trochę oblechowate są, więc pewnie mniam, mniam ta wędzonka),
- szynka z liściem (ciekawe jakim? marihuanka?),
- smakołyk puchatka (nie, nie, nie jest to kiełbasa wypełniona miodem),
- kiełbasa palcówka polska :) (była smaczna, ale zawsze miałam problem natury egzystencjonalnej, aby prosić panią ekspedientkę o palcówkę ;D, bo to na dziale z obsługą się mieściło).

Ciąg dalszy być może nastąpi ;)

poniedziałek, 8 marca 2021

Instrukcja obsługi męskiego Homo sapiens'a...


Dziś, przekornie, pojeżdżę sobie po męskim nasieniu… a niech się obrażają ;) 
Znalazłam ciekawy artykuł na stronie: www.focus.pl i wykorzystałam to i owo - cytowane fragmenty pochodzą z tego właśnie miejsca. 

INSTRUKCJA OBSŁUGI MĘSKIEGO HOMO SAPIENS'A:

1. Dowiedz się, z kim masz do czynienia:

„Osobnik płci męskiej jest stworzeniem zdecydowanie mniej skomplikowanym do rozszyfrowania niż kobieta. Jak stwierdziła Helen Rowland: Kobiecie wystarczy, by poznała dobrze jednego mężczyznę, żeby zrozumieć wszystkich. Mężczyzna może poznać wszystkie kobiety i nie zrozumie żadnej.”

Zgadzam się w całej rozciągłości; schemat działania wszystkich osobników płci męskiej jest, zaskakująco, podobny – wystarczy rozpracować kilka, podstawowych, zachowań wymóżdżonych w męskich umysłach i jesteśmy w domku. Czyżby wynikało to z faktu: „Jak rozpoznać, czy mężczyzna ma właśnie ochotę na seks? Sprawdzić, czy oddycha.”
Wszechobecny, podobno, w ich mózgach seks jest paliwem dla wszelakich działań – strach pomyśleć, co oni mają w tych głowiznach, jeżeli to faktycznie prawda i dotyczy wszystkich męskich Homo sapiens’ów.

2. Faceci nie znoszą żeńskich doradców:

„Mężczyzna wie, że wie i biada kobiecie, która po dobroci próbuje wyperswadować mu własne zdanie. Dopóki samiec nie przejedzie się na własnym błędzie, do upadłego broni swojego zdania. Za dawanie dobrych rad, szczególnie tych trafnych, choć nieproszonych, gotów jest pogryźć.”

I tego nie rozumiem… Wielokrotnie zdarzyło mi się podważyć męski autorytet, kiedy to, wzięłam w dłoń instrukcję obsługi – po tym, jak szlag mnie trafił i wyłożyłam łopatologicznie, jak i co, ze sobą połączyć. Oczywiście nie spotkało się to z życzliwym przyjęciem i prawdopodobnie, gdyby była taka możliwość, dostałabym czymś w łeb. Mam sukcesy na polu montowania: kabiny prysznicowej, zestawu mebli oraz nakładania tynku strukturalnego.

3. Mowa ciała:

„Od momentu wyjścia przed jaskinię samiec musi nieustannie stać na straży swego terytorium i walczyć o kobietę. Niestety arsenał niewerbalnych środków męskiego flirtu jest dość ubogi. Ogranicza się do silnego wciągnięcia brzucha, wyprostowania sylwetki, by wydawać się wyższym, i napięcia mięśni. Czasem lekko rozstawi nogi i wysunie ku budzącej zainteresowanie samicy biodra. Najwięcej jednak powiedzą ci jego oczy – jest mistrzem w posyłaniu tak zwanego maślanego spojrzenia.”

Tu zbyt wielkiej filozofii nie trzeba – miesiąc wnikliwych obserwacji wystarczy, aby rozróżniać kilka podstawowych niewerbalizmów męskiego Homo sapiens'a; poza tym, ich przekaz jest tak nieskomplikowany, że kobieta bez problemu zorientuje się, o co chodzi.

4. Do chłopa - mów prosto:

„Z socjolingwistycznych badań Deborah Tannen wynika, że kobiety mówią, by nawiązać relację i stworzyć sieć porozumienia z rozmówcą. Mężczyźni traktują słowa jako strumień informacji, podkreślania własnych umiejętności i utrzymywania wiodącej pozycji. Męski mózg ma o jedną trzecią mniej połączeń między obiema półkulami, stąd słabsza komunikacja pomiędzy poszczególnymi ośrodkami jego procesora. Wynika z tego konieczność podawania facetowi prostych, konkretnych komunikatów, bez owijania w bawełnę, wieloznaczności i aluzji. Wówczas rozumie, a nawet zrobi to, o co się go prosi.”

Także, moje drogie panie, wysilanie się i tworzenie kwiecistych przemówień jest tylko stratą czasu i energii – są ciekawsze sposoby spożytkowania nadmiaru jednego i drugiego.

5. Kobieto - bądź jak rasowy pies myśliwski:

„Mężczyźni potrafią dość szybko rozpoznać kłamstwo, zdenerwowanie i agresywne nastawienie. Sami też z większą łatwością potrafią kłamać. Jeśli mężczyzna podczas szczerej rozmowy pociera nos lub oko, uciekając przy tym wzrokiem, z pewnością nie mówi prawdy. Gdy do tego niektóre słowa stają się niewyraźne, a on dodaje sformułowania typu: „uczciwie mówiąc”, „szczerze powiem” lub „przyznam z ręką na sercu” – łże jak z nut.”

Bardzo pouczające – komentować nie będę…

6. Kompromis – ważna sprawa:

„Sport i świadomość jedności z innymi kibicami to powrót do zakodowanego stanu wspólnoty myśliwych, którzy ruszali na polowanie, by dostarczyć rodzinie pożywienia. Zapamiętaj więc, że z mistrzostwami świata w piłce nożnej nikt nigdy nie wygrał. Nawet jeśli wiesz, kiedy jest spalony.”

Należy zostawić sporą swobodę w tej materii – niech sobie chłopaki pokibicują, popiwkują i nie warto się silić na zrozumienie tematu i mędzenie im za uszami: A po co tam idziesz? A znowu będziecie pili piwsko? I tym podobne…

7. Pochwal swojego Misia:

„Atawistyczna rola przywódcy stada sprawia, że każdy mężczyzna wymaga częstego uzupełniania poziomu komplementów. Nie dawaj mu rad, ale chwal za najdrobniejszą rzecz. Kiedy po godzinie wyjdzie z łazienki z naręczem kluczy, drabiną, skrzynką na narzędzia, z pokiereszowanymi rękami i stekiem niewybrednych przekleństw na ustach – wejdź tam i oniemiej z zachwytu: wiesz, nigdy jeszcze nie było tu tak jasno, wspaniale wymieniłeś tę żarówkę! Uwierzy…”

8. Prawdziwe znaczenie męskich słów:

„W książce „Dlaczego mężczyźni kłamią, a kobiety płaczą” zamieszczono podręczny słownik zwrotów często używanych przez facetów, wraz z prawdziwym znaczeniem tych słów:

Ładna sukienka. – Ładny biust.

Kocham cię… – Pokochajmy się teraz…

To interesujące… – Jeszcze o tym gadasz?

Słyszałem. – Nie mam pojęcia, co mówiłaś.

Świetnie w tym wyglądasz – Jeszcze jedna przymiarka czegokolwiek i umrę z głodu!

Pomóc Ci z obiadem? – Gdzie, do cholery, jest ten obiad?

Wezwij karetkę, chyba umieram! – Skaleczyłem się w palec.”

To chyba wiedzą wszystkie kobiety ;)

9. Prowokacja – zły pomysł:

„Przyznanie się do pomyłki przychodzi mężczyźnie z trudem i okupione jest rwaniem włosów z głowy. To niemal taki sam cios, jak niepowodzenie seksualne, które – jeśli partnerka chce samcowi złamać życie i sprowokuje go dwuznaczną uwagą na temat jego potencji czy umiejętności – może zakończyć się próbą samobójczą (choć w zdecydowanej większości kończy się próbą zmiany partnerki). Psycholog ewolucyjny David Buss wysnuł wniosek, że seksualność mężczyzny i jego wrodzona zazdrość o partnerkę prowadzą do tego, że – w przeciwieństwie do kobiet – panowie za najbardziej dotkliwą uznają zdradę fizyczną.”

10. Nie popełniaj tych samych błędów:

„Jeśli mężczyzna nie dzwoni, to znaczy, że mu nie zależy. Twoje wymówki na nic się nie zdadzą. Nie inicjuj zbyt często rozmów analizujących wasz świeży związek. W ten sposób możesz go tylko skutecznie spłoszyć. Nie zamęczaj go pytaniami o poprzednie dziewczyny. Kontroluj swoją paplaninę. Żaden facet nie wytrzyma dwugodzinnej opowieści o zimowych kreacjach twojego chihuahua. Możesz sobie popłakać na wzruszającym filmie, ale pochlipywanie z tego powodu, że nie pocałował cię na pożegnanie, jest ponad męską wytrzymałość Nie trzymaj się go kurczowo. Spotykaj się ze swoimi znajomymi i nie miej mu za złe, gdy on od czasu do czasu zechce spotkać się z kumplami. Jeśli nie jesteście jeszcze „po słowie”, nie roztaczaj przed nim wizji cudownego małżeństwa i licznej rodziny, nawet jeśli o tym marzysz.”

czwartek, 4 marca 2021

Mądrości życiowe zawsze w cenie...

Kiedyś zmontowałam na blogu zakładkę Przebłyski, która myśli, niekoniecznie złote, zawiera - częściowo wyprodukowane przeze mnie, częściowo przez inne głowy; dorzuciłam tam też cytaty i mądrości życiowe na różne okazje w nowej wersji graficznej, które powstały na potrzeby mojego profilu na Instagramie, na który serdecznie zapraszam - Kobietoskop. Jeżowce na zdjęciu to taka przenośnia literacka do komórek mózgowych nawiązująca; jakoś tak mi się z mózgownicą skojarzyły ;)
A dziś wrzucam hurtowo sztuk pięć tych mądrości; może komuś się do czegoś przydadzą, a może nie ;)





wtorek, 29 grudnia 2020

O staniu jak Wiesiek w odmętach firan i natchnieniu godnym Mickiewiczowskiej mózgoczaszki ;)


Tak sobie dziś usiadłam na kanapie, patrzyłam bezmyślnie w stronę uchylonego okna i gdzieś z oddali zaczęły docierać do mnie pojedyncze słowa babskiej rozmowy. Ostatnio niewiele ekscytujących rzeczy dzieje się w moim życiu (jak to zazwyczaj na zwolnieniu lekarskim), więc postanowiłam pobawić się w osiedlową kulę szpiegulę i podsłuchiwać co gadają :) 
W związku z czym cichaczem zabunkrowałam się w firance i pozwoliłam, by głodny zmysł słuchu wchłaniał newsy. W końcu też jestem kobietą i osiedlowe ploty mi się należą, nie? No i tak zapuszczałam tego żurawia i wypuszczałam uszy w nadziei, że to nie wiadomo czego się dowiem, a tu wielka kupa nowinkowa. Kobiety tylko i wyłącznie narzekały - chyba na wszystko na co można narzekać. No tak - typowa tematyka rozmów poświątecznych i przednoworocznych w wykonaniu statystycznych kobiet matkujących i mężujących (choć nie piętnujmy wszystkich).
Po kilku minutach znudziło mnie stanie w odmętach firan niczym przysłowiowy Wiesiek na weselu, który podpiera ściany, bo jego kontrowersyjna aparycja niestety nie zanęciła żadnej panny do wzięcia. To moje wieśkowanie jednak na poszło na marne, ale zainspirowało mnie do napisania Noworocznej Ody do Kobiet, a kuloszpiegowanie przeistoczyło się w natchnienie godne Mickiewiczowskiej mózgoczaszki ;) Efekty poniżej :)


Noworoczna Oda do Kobiet:

Postanowienia noworoczne dziś rozpocznę!

W Nowy Rok wkroczę śmiało z listą niemałą:

Pięć kilogramów zrzuć kobieto zapuszczona!

Zacznij się uśmiechać, bo wiecznieś skwaszona!

Przestań narzekać na wszystko co cię otacza!

Zrób coś z tym, bo wszystkich to przytłacza!

Pokochaj siebie jak nikogo na świecie!

Bądź czasem jak beztrosko biegające dziecię!

Zmień pracę, gdy stara ością w gardle stoi!

Wiem, wiem, każdy rewolucji się boi!

Uwikłana w kajdany ciągniesz nudne życie,

po kątach o cudach na kiju marząc skrycie!

Nie lękaj się zmian jak własnego cienia!

Wszak to najlepsza droga do spełnienia!

Grafika: evedaff

piątek, 18 grudnia 2020

Jak karmią w szpitalu?


W szpitalu miejskim w pewnym śląskim mieście spędziłam tydzień. Oczywiście nikt nie chce spędzać czasu w takim miejscu z własnej, nieprzymuszonej woli. Trafiłam tam w okolicznościach dość nieciekawych dla mnie o czym napisałam w poście: Jak COVID-19 uwolnił mój umysł, który zniewoliła borelioza...
Dzisiejszy wpis dedykuję paniom gotującym szpitalne posiłki oraz paniom salowym, które je roznoszą i podają pacjentom, w podzięce za to, że chce im się uśmiechać w obliczu tego wszystkiego z czym muszą się mierzyć każdego dnia.
Fotografie zamieszczone w tym poście bynajmniej nie wskazują na dziękczynny wywód pochwalny na cześć szpitalnego wyżywienia - wstawiłam je by zobrazować zjawisko karmienia chorych. Nawet mało bystry obserwator zauważy, że dupy nie urywa i bez pomocy z zewnątrz w postaci paczek żywnościowych przysyłanych przez rodzinę czy znajomych, długo na takim wikcie nie pociągniemy. No chyba, że jesteśmy w stanie prawie agonalnym.
Posiłki były wydawanie trzy razy w ciągu dnia: około 9.00, 12.00 i 18.00. Śniadania i kolacje zawsze składały się z zestawu standardowego: pieczywo, kostunia masła i dodatek. Dodatkiem były różne rzeczy, ale najczęściej dżem lub mały serek. 



Obiady też były lekkostrawne, a ich spożywanie nie groziło dorobieniem się nadwagi: gotowane ziemniaki, kasze, ryże, duszone mięso i surówki - najczęściej z podgotowanych warzyw. Czasami pojawiała się tylko treściwa zupa: gulaszowa czy jarzynowa z mięsną wkładką. Zestaw obiadowy to drugie danie lub zupa, żeby była jasność sytuacji - dwudaniowe szaleństwo zdarzyło się tylko raz podczas mojego pobytu.


W szpitalu wypada mieć swoje naczynia, ale jak się tam ląduje bez zapowiedzi i nie chce się zawracać nadmiernie łbów dobrym ludziom, żeby kolejną paczkę słali, to się korzysta z dobrodziejstw szpitalnych: kubeczki, sztućce, talerze. W związku z czym w przydziale dostał mi się kubek ze szczurkiem i superowy tasak z drewnianą rączką (patrz: zdjęcie na górze z parówką), który cieszył się na mojej sali dużym wzięciem, bo kroił niczym nóż mistrza kuchni rodem z Lidla. Obiady wszyscy otrzymywali na takich samych talerzach z gustownymi grafikami, na przykład z napisem: Służba zdrowia.
Dopóki byłam w stanie zmierzającym do prawie agonalnego i leżałam jak przysłowiowe warzywo na straganie w dzień targowy: nie miałam siły i nic mi się nie chciało czynić, to te porcje były aż za duże dla mnie. Nawet salowa załamywała ręce, że jak tak dalej pójdzie to zniknę. Sytuacja uległa zmianie po trzech dniach, gdy mój organizm zaczął się ponownie interesować zjawiskiem przyswajania kalorii w ilościach większych niż te gwarantujące funkcjonowanie w charakterze warzywa. Na szczęście w czasach pandemii zjawisko dostarczania prowiantu funkcjonowało w miarę sprawnie; odwiedzin nie było, ale mogły nas odwiedzać pakunki od bliskich i znajomych. Przypomniały mi się czasy dostawania prezentów w dzieciństwie :)
Aaa... W szpitalu można otrzymać pieczywo w ilościach większych niż to co widać na fotografiach. Panie salowe chętnie dokładały kolejną bułkę czy kromki chleba: zwykłego lub razowego. Zresztą wszystko było zawsze świeże i smaczne - o dziwo! Obiady też były bardzo dobre. Każdy posiłek podany z uśmiechem i dobrym słowem, więc też lepiej smakowało. Domyślam się, że taki szpital ma fundusze na żywienie pacjentów w ilościach mocno okrojonych i nic więcej nie jest w stanie zrobić poza tym uśmiechem i dobrym słowem. 
Kiedyś oglądałam program o więziennej stołówce w Polsce i zdecydowanie wybieram więzienie, jeśli pod takim kątem rozpatrywać porównanie ze szpitalem. 
Być może zastanawiacie się co w sytuacji, gdy nie mamy nikogo kto paczkę pod szpitalne progi nam dostarczy? Z moich doświadczeń wynika, iż na tym pieczywie, które dostaje się bez limitu można wyżyć kilka dni i nie dostać awersji chlebowo-bułczanej; poza tym zawsze znajdą się dobrzy ludzie, którzy poratują tym czy tamtym, co jest niezwykle budujące w tych czasach egoizmu i dostrzegania tylko czubka własnego nosa.
Grafika: evedaff

środa, 16 grudnia 2020

Gdy zabraknie salcesonu... pasztet z ciecierzycy zrób gamoniu!


W nawiązaniu do opowieści o zakłócającej ciszę nocną ciecierzycy, o której pisałam tutaj, dzielę się przepisem na pasztet, który z niej powstał. Sprawa jest banalnie prosta, gdyż ogranicza się do zakupienia podanych poniżej składników, obróbki termicznej (gotowania lub smażenia) całego towarzystwa, zblendowania, włożenia powstałej masy do foremek - najlepiej keksówek i upieczenia. Oczywiście ilość składników można zmniejszyć o połowę - z tych wyszły dwa urocze pasztety.

Składniki: 
500 g ciecierzycy
2 cebule
duży kawałek pora
3 średnie marchewki
2 średnie pietruszki
duży kawałek selera
4 ząbki czosnku
2 łyżki słodkiej czerwonej papryki
1 łyżeczka ostrej papryki
1/2 łyżeczki kminu rzymskiego
1 łyżeczka curry w proszku
1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej 
1/2 łyżeczki kurkumy
1/2 szklanki oleju rzepakowego
1 łyżka masła
2 jajka
1 łyżeczka miodu
sól, pieprz

Ciecierzycę zalewamy zimną wodą i zostawiamy na noc do namoczenia. Następnego dnia odcedzamy ją, nalewamy świeżej wody, dodajemy szczyptę soli i gotujemy około 1,5 godziny. Marchewkę, por, seler i pietruszkę gotujemy do stanu średniej miękkości, czyli nie robimy z nich papki dla niemowlaka - mają być al dente. Cebulę i por kroimy w małą kostkę i podsmażamy kilka minut na rozgrzanym oleju. Dodajemy drobno posiekany czosnek i chwilę smażymy. Następnie dorzucamy słodką czerwoną paprykę, ostrą paprykę, kmin rzymski, curry, gałkę muszkatołową, kurkumę, pieprz oraz sól. Wszystko dokładnie mieszamy i znowu smażymy chwilkę. 
Do ugotowanych/usmażonych warzyw z przyprawami dodajemy jajka, masło i miód, dorzucamy cieciorkę i wszystko dokładnie miksujemy blenderem. Gdyby się okazało, że nasza masa przypomina zbitą kluchę, którą można wykorzystywać w charakterze kuli armatniej, dodajemy trochę wody. Próbujemy i doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Masę przekładamy do blaszek, które możemy wcześniej wysmarować masłem i oprószyć tartą bułką; ewentualnie wyłożyć papierem do pieczenia. Wierzch pasztetu posypujemy kminkiem i tartą bułką - nie jest to konieczne. Pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni (bez termoobiegu, grzanie: góra i dół) przez około 50 minut. 
Po tym czasie wyciągamy nasze dzieło kulinarne, wykonujemy 20 przysiadów, żeby wzmocnić mięśnie pośladkowe ;) i możemy jeść :) W przypływach dobrej woli zalecam podzielenie się kulinarnym dobrem z obecnymi w domostwie bliźnimi. Pochłonięcie dwóch bloków pasztetu generalnie źle wpływa na proces przyswajania tego przez żołądek i jelita ;)


Grafika: evedaff

piątek, 11 grudnia 2020

Rozważania nad salcesonem i niewytłumaczalna miłość do świńskich żołądków…


Pisanie o rzeczach przyziemnych to ostatnio mój cel i rodzaj ćwiczeń literackich. Zajmijmy się dziś jegomościem salcesonem oraz rarytasami, które wywołują u wielu dreszczyk obrzydzenia i niepokojąco podnoszą poziom soków żołądkowych.

Moja miłość do salcesonu trwa odkąd pamiętam: uwielbiam ten podrobowy wyrób, w którym rozkosznie tkwi głowizna świńska w kawałkach, elementy świńskiego podgardla, skrawki mięsa wieprzowego, skórek i przyprawy zanurzone w wywarze pochodzącym z gotowania tych dobroci. Wszystko zamknięte w żołądku lub pęcherzu wieprzowym. 

Najlepsze salcesony jadałam na wsi u dziadków i w domu rodzinnym. Ten produkt wymagał odpowiedniej obróbki i serca, a wiejska sielanka dodawała mu tego niespotykanego gdzie indziej smaczku. Sklepowe salcesony opakowane w folię nie mają tej magii, a właśnie to opakowanie było obiektem mojego największego pożądania. Generalnie ludzie na wsi dają to opakowanie psom lub kotom, bo kto przy zdrowych zmysłach żre skórę z salcesonu?!? Ja żrę. Pozostaje odwieczne pytanie czy posiadam zdrowe zmysły…? Ostatnio się okazało, że nie bardzo, ponieważ borelioza i kumple bez skrępowania żerowali na moich komórkach nerwowych w najlepsze, więc wiecie – mogłam sobie pozwalać na stany niepoczytalności ;) 

Wróćmy do tematu… Byłam gotowa bić się z tymi wszystkim Burkami i Mruczkami o te skórki. Rozkoszne chrzęszczenie podczas ich rozgryzania wprawiało mnie w rodzaj kulinarnego orgazmu ;) Oczywiście zawartość świńskiego żołądka w postaci salcesonu też była smaczna i mogłam się takiej przekrojonej salcesonowej bani przyglądać godzinami: bogactwo kolorów i kształtów mięsnych zatopionych w sprężystej galaretce :) 

Obrońcy praw zwierząt zapewne po tych wyznaniach wbili we mnie wirtualne maczety i wyobrazili sobie mą postać w charakterze krwiożerczej bestii pochłaniającej małe prosiaczki w całości, której z japy wystają jeszcze malutkie raciczki ;) Cóż… tak mnie stworzyła natura, a skłonności do zjadania dziwnych rzeczy nie kończą się na salcesonie. Uwielbiam też świńskie gotowane uszy, ozory i ogony. Wzmożony ślinotok występuje przy smażonej cielęcej, drobiowej i wieprzowej wątróbce podanej w towarzystwie cebulki, rodzynek i jabłka. Rozkosznie mruczę przy gulaszach z żołądków gęsich, kaczych i kurzych. A jak dacie mi słój smalcu z borowikami lub dobrą kaszankę, koniecznie z wieprzową hemoglobiną, to oddam Wam całe królestwo, którego nie posiadam ;) 

Ostatnio dowiedziałam się od Mariana (chłop domowy), że po spożyciu salcesonu robię się agresywna i że to zapewne związane jest z dużą ilością szczeciny zawartej w środku... Marian uważa, że salceson jest obrzydliwy i pakują tam wszystko: szczecinę, racice, oczy, świńskie worki mosznowe i inne takie ;) Nawet jeśli pakują to jaki jest związek spożycia szczeciny z agresją? Hmm… Może ta szczecina łaskocze mnie po jelicie grubym, to irytuje moje jelito grube, a ono cichaczem wysyła impulsy w stronę mózgu, robię się wstępnie mało agresywna, a jak Marian drąży temat to coraz bardziej agresywna ;) No w każdym razie neuroanatomia agresji wywoływanej świńskim włosiem jest dla mnie tematyką zupełnie dziewiczą ;)


Dodatek dla zainteresowanych (wikipedia), gdybyście po przeczytaniu tego postu zrobili się głodni i zapragnęli stworzyć domowy salceson: 

Mięso na salceson poddaje się peklowaniu, obgotowuje i odpowiednio przyprawia. Tak przygotowaną masą wypełnia się żołądki wieprzowe lub pęcherze wołowe, gotuje i prasuje. 

Rodzaje salcesonów:

• Włoski (głowizna i skórki wieprzowe, rosół, przyprawy – czosnek, pieprz i kminek)

• Czarny (tłuszcz pokrojony w kostkę, głowy, serca, mózgi, nerki, skóry i krew wieprzowa, kasza manna, bułka tarta, rosół, przyprawy)

• Brunszwicki (podroby, skórki wieprzowe, krew, rosół, przyprawy)

• Saksoński (głowizna i skórki wieprzowe, rosół, krew, podroby, czosnek, kminek, przyprawy)

• Ozorkowy (peklowane ozorki wieprzowe, skórki wieprzowe, krew, rosół, przyprawy)

• Wiejski (głowy, nogi, mózgi i krew wieprzowa, pieprz, ziele angielskie)

Grafika: evedaff

niedziela, 6 grudnia 2020

Podstępna mąka kokosowa, czyli o tym jak zostać kuchennym kreatorem (nie mylić z kreaturą)...

Dawno mnie nie było, więc się wizualizuję, żeby nie zebrać nadmiernej ilości ciosów skierowanych na mój czerep :) Może prościej będzie jak nie będę tu snuć obietnic, nie wiadomo jakiego kalibru, że pisać będę - się pożyje, się zobaczy. Generalnie to mam problem z tym, że wydaje mi się, iż pisanie o rzeczach przyziemnych jest mało atrakcyjne i kto to będzie chciał czytać :) Postanowiłam to zmienić i odziać szatę przyziemności straszliwej. Wobec czego dziś będzie o mące kokosowej... 

Ostatnimi czasy jestem zmuszona, z powodów zdrowotnych, zaprzyjaźniać się z różnymi rodzajami żywności, które to rodzaje do tej pory były mi mało znane. Na ten przykład nie mogę jeść mąki pszennej, więc wstępnie padło na mąkę gryczaną i kokosową. Mąka gryczana to dość przyjazne stworzenie - chętnie współpracuje z człowiekiem i daje się ładnie oswajać. Gorzej z tym drugim dziadem. 

Piekłam ostatnio ciasto marchewkowe; wszystko zrobiłam według przepisu, który zamieściłam w zamierzchłych czasach na tym blogu (spontaniczne ciasto marchewkowe); zamieniłam tylko mąkę pszenną na gryczaną i kokosową, a zamiast cukru użyłam ksylitolu. Smakowo wyszło pięknie tylko to ciasto jakieś podejrzanie suche było; tak jakby ktoś całe soki z niego wychlipał, zabrał życie i wyrzucił jak starego kapcia w kąt przedpokoju. No tak to bywa jak jełop nie przeczyta nic wcześniej o właściwościach takich nieznanych, dotąd, mąk i działa spontanicznie. Wkrótce ustaliłam, że sprawcą wyduszania soków jest mąka kokosowa. 

Skoro taka mąka wysysa wilgoć to postanowiłam użyć jej do panierki, żeby filet z morszczuka nie pocił się wodnie (skutki mrożenia), by się na złocisto i chrupiąco usmażył, a jeszcze do tego roztaczał kokosowe aromaty :) Zatem na patelni wylądował olej rzepakowy i pierwszy kawałek ryby otulony kołderką z mąki kokosowej. Podstępna mąka w pierwszej kolejności wychlała cały olej i nie w głowie jej było zasysanie nadmiernej ilości soków morszczukowych, co zmusiło mnie do przemyśleń typu: jeśli tak dalej pójdzie to na usmażenie trzech kawałków ryby pójdzie z litr oleju - moja kuchenna logika kazała się puknąć i ratować rybny posiłek. Wrzuciłyśmy, więc, razem z logiką resztę ryby w tej panierce na patelnię, nie dodając więcej tłuszczu. Niestety wszystko zaczęło się przypiekać w tempie ekspresowym. No to podziabałam to łychą na drobne elementy, mieszałam z zaangażowaniem godnym mistrza patelni teflonowej i tak powstało coś w rodzaju jajecznicowo - kaszankowej papy w kolorze ecru; ewentualnie można pobiec wyobraźnią w kierunku stratowanego przez stado osłów kalafiora wymieszanego z żółtym serem - przy założeniu, że stado pędzących osłów gubi po drodze żółty ser ;) Żeby podnieść punktację za walory estetyczne posypałam to świeżą, posiekaną natką pietruszki i dorzuciłam kaszę gryczaną. Smakowało o dziwo nieźle, ale wygląd nie pozostawiał złudzeń. 

Chłop domowy (nazwijmy go roboczo Marianem na cześć pewnego misia) nawet się skusił i pogmerał sztućcem, ale zachwytów i łez wzruszenia nie było ;) Dodam też, że nikt nie cierpiał, po spożyciu, na wzmożone kontakty z porcelanową misą łazienkową ;) W każdym razie zostałam stwórcą nowej potrawy, której z wiadomych powodów nie polecam ;)


Samą mąkę kokosową polecam, bo to kopalnia zdrowotności:

- zawiera 10 razy więcej błonnika niż mąka pszenna - oczyszcza układ pokarmowy i wspomaga trawienie, reguluje poziom cukru i insuliny we krwi;

- zawiera więcej białka niż mąka pszenna - główny budulec organizmu człowieka;

- nie zawiera glutenu - jest alternatywą dla osób na diecie bezglutenowej;

- zawiera 8,7 gramów tłuszczów na 100 gramów produktu, z czego 8 gramów to tłuszcze nasycone - działają przeciwwirusowo, przeciwgrzybiczo i wspomagają metabolizm, dlatego poleca się stosowanie mąki kokosowej podczas diet odchudzających. (źródło: https://beszamel.se.pl/maka/maka-kokosowa-wlasciwosci-i-zastosowanie-w-kuchni,17101/)

sobota, 4 lutego 2017

Zainspirowana osobistym wytrzeszczem wracam na łono Kobietoskopu ;)

Grafika: Eve Daff

Wróciłam :) Pozbierałam elementy układanki zwanej życiem i jestem: nowa, zmieniona, chyba dalej naiwnie wierząca w dobro tego świata i trzymająca optymizm w kieszeniach swojego magicznego płaszcza. To dziecko na zdjęciu, z wyraźnym wytrzeszczem, to ja :) Mina dość groźna, ale wytrzeszcz wskazuje na fascynację otaczającym światem, chociaż jakaś mała doza niepewności się tam z pewnością czai ;) Postanowiłam to dziecko w sobie wskrzesić, wywlec za włosy na światło dzienne, by pomogło mi znaleźć to co być może chwilowo zgubiłam. 
Miniony rok był dla czymś w rodzaju rollercoastera... Nie będę tutaj wywlekać na światło dzienne moich przeżyć z roku pańskiego 2016, którymi można podobno obdzielić kilka osób i spokojnie scenariusz niezłego filmu zmontować - jak to nie jedna osoba orzekła ;) Widać jestem wybrańcem losu i pewnie to wszystko ma jakiś cel, który być może pewnego dnia odkryję ;) W każdym razie co nas nie zabije to wzmocni i tego się trzymajmy :)
Zatem witam wszystkich w nowym roku 2017 i mam nadzieję, że będzie to cudowny rok, który otworzy nowe rozdziały w moim życiu :) 

środa, 20 kwietnia 2016

Jak uszczęśliwić kobietę? Kobietoskopowe przebłyski ;)

Tak, tak... Wbrew temu co statystyczny chłop sądzi na temat uszczęśliwiania kobiet i w nawiązaniu do moich ostatnich wpisów, postanowiłam zamieścić małą wskazówkę, wygrzebaną z przepastnych netów, jak to też niewiastę wprowadzić w stan nirwany ;) Nie od dziś wiadomo, że my wcale nie jesteśmy jakieś skomplikowane czy te inne tam dyrdymały opowiadane na nasz temat. Prostota w pas się kłania ;) Wystarczy odpowiednio chwycić i w trakcie wleczenia do sypialni rozbudzić w kobiecie odpowiednie żądze, a potem płynnie przejść do deklaracji dotyczących zmywania czy jakiejkolwiek innej czynności podpadającej pod sprzątanie i otrzymujemy kobietę w pełni szczęśliwą. Jako stworzenia lubiące popadać w stany emocjonalne usytuowane na przeciwległych biegunach mózgownicy docenimy taki sposób zadbania o nasz poziom szczęścia w żywocie ;)

Grafika: Eve Daff

I taki mały wrzucik obrazkowy, oczywiście z przymrużeniem oka ;)

Znalezione obrazy dla zapytania kobieta jest jak księga