Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obserwacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obserwacje. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 lutego 2026

Matka Polka, czyli jak zostać dyktatorem w kapciach...

Bywają w życiu role, które człowiek przyjmuje z godnością: kierowca w korku, klient w urzędzie, petent w kolejce po sens istnienia. I jest też rola Matki Polki. Rola tak potężna, że mogłaby mieć własną rubrykę w dowodzie osobistym. Nie „mam dziecko”, tylko: sprawuję władzę. Nie „urodziłam”, tylko: zostałam namaszczona. I to namaszczenie potrafi robić z mózgiem rzeczy, przy których instrukcja obsługi miksera wygląda jak literatura piękna.

Uprzedzam: nie każda matka przechodzi metamorfozę w stronę „Wielkiego Inkwizytora Drzemki”. Wiele kobiet zostaje przy zdrowych zmysłach, nie zmienia się im osobowość w mobilny regulamin BHP, nie wyrasta im trzecie oko do skanowania otoczenia pod kątem zagrożeń typu: łyżeczka dotknęła talerza i wygenerowała hałas. Są matki normalne: śmieją się, oddychają, mają zdanie, a nie tylko listę zakazów. Ale są też te drugie – matki, które rodzą dziecko i razem z nim na świat przychodzą: święta cisza, święty spokój oraz święta racja Matki.

Miałam okazję obcować z Matką Polką terrorystką. Na wyposażeniu: niemowlę w wieku „jeszcze nie mówi, ale już rządzi” oraz mina, którą dałoby się kroić w plastry i sprzedawać jako przysmak dla wampirów. Dziecko kilkumiesięczne, a z psychologii manipulacji mogłoby prowadzić szkolenia dla zarządu. Taki mały człowiek, a już potrafi uruchamiać w rodzicach najstarszą technikę świata: szantaż emocjonalny. W wersji premium, bo z płaczem, bez argumentów i bez trybu odwoławczego.

I teraz pewnie ktoś uniesie brew: „Co ty możesz wiedzieć o macierzyństwie, skoro nie masz dzieci?”. Otóż tyle, ile wie każdy, kto stał kiedyś obok: żeby zauważyć absurd, nie trzeba być pilotem – wystarczy widzieć, że samolot leci do góry nogami, bo kapitan ma „własne metody”. Zresztą, logika jest jak pogoda: nie musisz jej produkować, żeby zauważyć, że nagle spadł grad.

Matka terrorystka miała żądania. Nie prośby. Żądania. Najważniejsze: cisza absolutna, bo Dzidzia śpi. Cisza taka, jakbyśmy przenieśli się do muzeum, gdzie eksponatem jest drzemka, a przewodnikiem – groźne spojrzenie. Nagle człowiek odkrywa, że widelec może być narzędziem zbrodni, a talerz – instrumentem perkusyjnym wymagającym natychmiastowej konfiskaty. Śniadanie zamienia się w balet pantomimy: każdy ruch sztućcem trzeba konsultować z sumieniem.

Tymczasem świat – ten bezczelny, głośny i najwyraźniej nieprzystosowany do drzemek – ma w zwyczaju… istnieć. A istniejąc, wydaje dźwięki. Dziecko prędzej czy później spotka autobus, klakson, wiertarkę sąsiada, psa, który uważa, że jego misją jest komentowanie wszystkiego, i ludzi, którzy śmieją się bez konsultacji z Matką. Jeśli niemowlę ma wejść w życie, to chyba lepiej, żeby poznało decybele wcześniej niż w wieku lat piętnastu, kiedy na pierwszej imprezie szkolnej dozna olśnienia i zrozumie, że świat nie został zaprojektowany przez dział „Rodzicielstwo i Lęk”.

Najbardziej wzruszający w tej operze jest jednak małżonek. Biedny Tatuś – człowiek, który jeszcze niedawno mógł mieć imię, hobby i godność. Teraz jest głównie funkcją. Jak czajnik: ma być, stać, działać, nie pytać. Na każde skinienie Matki Polki powinien pozostawać w pełnej gotowości bojowej, najlepiej w pozycji „na baczność, z chusteczką”. Staje się osobistym lokajem Jej Wysokości i małego księcia, który jeszcze nie umie chodzić, ale już wie, że wystarczy odpowiednio modulować płacz, a dwór się zbiegnie.

A tu robi się jeszcze ciekawiej, bo Matka terrorystka ma teorię o tatusiach: tatuś się nie nadaje do usypiania. Nie zrozumcie mnie źle – nie że ma dwie lewe ręce. Po prostu jego istnienie nie ma certyfikatu. Tylko Ona, Matka przez wielkie M, potrafi „odpowiedzialnie” ululać dziecko. Ona ma ręce, w których jest tajemna moc, jakby karmiła nie mlekiem, tylko magią. A jednocześnie potrafi z wyrzutem powiedzieć: „Ty się w ogóle nie interesujesz dzieckiem”. Czyli: masz być obecny, ale tak, żeby nie przeszkadzać. Masz działać, ale nie po swojemu. Masz pomagać, ale w sposób niewidoczny, cichy i najlepiej telepatyczny.

To jest to słynne koło absurdu: oboje biegają jak chomiki, tylko że chomiki mają kołowrotek, a tu jest niemowlę dyrygujące za pomocą płaczu. Jasne: dziecko wywraca świat do góry nogami. Pytanie brzmi, czy dorośli muszą udawać, że to nowa konstytucja i nie ma od niej odstępstw.

Jest jeszcze jedna rzecz, której Matka terrorystka nie widzi: w jej narracji wszystko jest usprawiedliwione. Każdy zakaz to „dla dobra dziecka”, każda kontrola to „troska”, każda groźna mina to „zmęczenie”. A słowa „bo ja jestem matką” działają jak immunitet – społeczny i absolutny.

Tymczasem ktoś kiedyś mądrze powiedział (i to jest jedna z tych mądrości, które mają więcej sensu niż cała literatura poradnikowa): w wychowaniu dziecka trzeba czasem być nastawionym na siebie. Trzeba mieć kawałek życia, który nie jest listą zadań, drzemek i temperatur mleka. Trzeba mieć przyjemności, rozmowy, spacery bez liczenia pieluch, chwilę, w której jesteś człowiekiem, a nie robotem do obsługi potrzeb. Bo inaczej dziecko rośnie w domu pełnym frustracji, a rodzice zamieniają się w maszynę: działa, ale nie żyje. I wtedy – zupełnie zgodnie z prawami psychologii i dojrzewania – nastolatek pewnego dnia weźmie ten cały „poświęcony trud” i odda go rodzicom w formie komentarza. Pięknego, kwiecistego, niecenzuralnego. Takiego, po którym matka może poczuć, że cisza absolutna była jednak luksusem.

Może więc – zanim mózg zamieni się w papkę podporządkowaną dziecku, zanim w domu wprowadzi się stan wyjątkowy i zakaz używania widelców – warto sobie zadać proste pytanie: czy ja wychowuję dziecko, czy dziecko tresuje mnie? Czy moje macierzyństwo jest relacją, czy systemem politycznym? Czy w tym domu można się śmiać, czy śmiech budzi Dzidziusia? Czy mój partner jest człowiekiem, czy dodatkiem do wózka?

Bo Matka Polka nie musi być terrorystką. Może być kobietą, która ma dziecko – i nadal ma siebie. Może dbać o malucha i jednocześnie nie robić z otoczenia muzeum ciszy. Może pozwolić tatusiowi być ojcem, a nie pomocnikiem do zadań pobocznych. Może zaakceptować, że świat jest głośny, a dziecko nie jest porcelanową figurką, tylko człowiekiem w miniaturze, który musi nauczyć się funkcjonować w rzeczywistości, nie pod kloszem.

A jeśli mimo wszystko ktoś bardzo pragnie ciszy absolutnej… polecam bibliotekę. Albo klasztor. Cisza absolutna bywa piękna. Tylko że w rodzinie zwykle oznacza, że wszyscy już chodzą na palcach – i nikt nie wie po co.

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Instrukcja obsługi, której nikt nie czyta, czyli o męskiej logice...

Męska logika to zjawisko, które — choć nie trafiło jeszcze do podręczników akademickich — funkcjonuje w przyrodzie równie stabilnie jak grawitacja. Występuje masowo, niezależnie od wieku, wykształcenia i miejsca zamieszkania. Można ją spotkać w kuchni, w garażu, przy naprawie klamki oraz wszędzie tam, gdzie ktoś wypowiada sakramentalne: „Ja się tym zajmę”.

Historie zebrane poniżej są wzięte z życia — częściowo z mojego, częściowo zasłyszane przy kawie, w kolejkach i na rodzinnych spotkaniach. Wszystkie zaczynają się od dobrze znanego zdania: „Nie uwierzysz, co on zrobił…”, a kończą wspólną refleksją: może to już nie przypadek, tylko system.


I. Piętnaście paczek szczęścia

Marek poszedł po zakupy. Ot, zwykłe wyjście: chleb, mleko, coś na kolację. Ale tym razem nie była to wyprawa przypadkowa — kilka dni wcześniej w sklepie zabrakło prażonych, solonych pestek z dyni. Tych właśnie. Tych, które obiecała kupić Anka, a których w Lidlu akurat wtedy „nie było”.

Dla Marka nie był to drobiazg. To była sprawa honoru. Misja naprawcza. Zadośćuczynienie światu, który bywa kapryśny i czasem pozbawia człowieka pestek w momencie, gdy są najbardziej potrzebne. Dlatego, gdy zobaczył je na półce — świecące triumfalnie, w pełnym komplecie — nie wahał się ani chwili.

Wrócił do domu w nastroju człowieka, który właśnie uratował sytuację na skalę strategiczną.

— Były — oznajmił z dumą, stawiając torby na podłodze.

— Co było? — zapytała Anka, nie odrywając wzroku od telefonu.

— Pestki z dyni. Prażone. Solone. Wziąłem piętnaście paczek.

Anka podniosła głowę powoli, jak ktoś, kto właśnie podejrzewa, że wchodzi w sytuację, której logikę trzeba będzie zrozumieć… albo od razu odpuścić.

— Otwieramy schronisko dla dzikiego ptactwa? — zapytała ostrożnie.

Marek spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem. Dla niego wszystko było oczywiste.

— Przecież ostatnio nie było. A teraz były.

I w tym jednym zdaniu zawarł całą filozofię. Skoro świat raz odmówił pestek, należało zabezpieczyć przyszłość. Na zapas. Na kryzys. Na wypadek globalnej katastrofy dyniowej.

Kilka dni później Anka usłyszała podobną historię od Ewy. Jej mąż wrócił do domu z pięcioma opakowaniami kaszy — mimo że nikt w domu jej nie jadał.

— Była — wyjaśnił z pełną powagą.

Argument nie do podważenia. Bo jeśli czegoś kiedyś „nie było”, a teraz „jest” — to grzechem byłoby tego nie kupić. W dużej ilości. Najlepiej hurtowo.

Niektórzy mówią, że to echo dawnych czasów niedoboru. Inni — że wrodzona potrzeba posiadania zapasów „na wszelki wypadek”. A może to po prostu specyficzny rodzaj miłości: do rzeczy rzadkich, potrzebnych, albo takich, które kiedyś się przydadzą.

Czasem tylko pozostaje pytanie — czy zapasy dotyczą wyłącznie pestek i kaszy… czy jednak można się tu dopatrzyć pewnego ryzyka… poligamicznego. 


II. Pranie w stanie oczekiwania

Magda poprosiła Tomka, żeby „ogarnął pranie”. Tomek przyjął zadanie z powagą i odpowiedzialnością, tak jak przyjmuje się misję ratunkową w filmach katastroficznych. Skinął głową, powiedział „spoko” i zniknął w łazience z miną człowieka, który wkracza w świat technologii na najwyższym poziomie.

Kilka godzin później Magda weszła do łazienki. Pralka była otwarta. W środku — mokre, zgniecione ubrania, wyglądające jak małe ofiary losu.

— Dlaczego pranie nie jest rozwieszone? — zapytała spokojnie, choć w środku już widziała nadchodzącą odpowiedź.

— Bo było wilgotne — odpowiedział Tomek tonem eksperta do spraw fizyki cieczy.

Magda odczekała chwilę, licząc do trzech. Bez skutku.

— Tomek… ono zawsze jest wilgotne.

— No tak, ale uznałem, że lepiej poczekać, aż podeschnie.

— Gdzie?

— W pralce. Tam jest bezpiecznie.

Magda spojrzała na niego tak, jak patrzy się na człowieka, który właśnie ogłosił, że rośliny najlepiej rosną w szafie, bo tam jest ciemno i spokojnie.

— Czyli… czekasz, aż wyschnie… w środku pralki? — upewniła się.

— No. Naturalnie.

Słowo „naturalnie” wybrzmiało jak pieczęć naukowej pewności.

Magda westchnęła. Uświadomiła sobie, że od dziś w ich domu istnieje nowa kategoria stanu skupienia: pranie w oczekiwaniu na los. Nie suche. Nie mokre. Zwyczajnie — kontemplujące swoją przyszłość.


III. Sikorka i teoria po fakcie

U Basi do mieszkania wleciała sikorka. Był chaos, bieganina, pies w stanie euforii i ptak w stanie histerii. Po długiej walce sytuacja została opanowana.

Wieczorem Basia opowiadała o wszystkim Pawłowi.

— A nie mogłaś zawiesić słoniny na sznurku? Albo widziałem na Discovery, jak takie pułapki na ptaki robili — zapytał po chwili namysłu.

Basia spojrzała na niego uważnie.

— Ja w tym czasie miałam w ręce ścierę, a w mieszkaniu psa ważącego pięćdziesiąt kilo. — Basi opadło wszystko, co mogło opaść… Pomyślała tylko: No tak — zapomniałam, że ukończyłam kurs dla zaawansowanych z budowy pułapek na sikorki. A słoninę, rzecz jasna, miałam sobie wykroić z grzbietu i wieszać na sznurze, oczywiście wcześniej podwędziwszy w kieszonkowej wędzarni, żeby aromat był kuszący. 

Paweł zaproponował rozwiązanie idealne. Spóźnione, teoretyczne i wymagające zasobów, których nikt nie posiadał. Ale w jego głowie było bezbłędne.


IV. Dziura, czyli kwestia perspektywy

Asia prowadziła samochód. Wjechała w dziurę.

— No nie możesz ich jakoś omijać? — rzucił Bartek. — Dziecko się poobija.

Kilka dni później role się odwróciły. Bartek prowadził. Ta sama droga. Ta sama dziura.

— Ku…! — zaklął. — Za co my te podatki płacimy?! Same dziury!

Asia spojrzała przez okno. Dziura wyglądała dokładnie tak samo jak wcześniej. Zmienił się tylko kierowca.


V. Skrót, który zna drogę

Piotr nie lubił nawigacji. Uważał ją za oznakę słabości charakteru. Jechał na pamięć.

— Tu skręcimy — powiedział z przekonaniem.

— Ale GPS pokazuje prosto — zauważyła Karolina.

— Wiem lepiej. To skrót.

Skrót prowadził przez osiedla, lasy i drogę, która nagle się kończyła. Po czterdziestu minutach Piotr westchnął.

— No dobra… sprawdźmy mapę.

Okazało się, że pierwotna trasa była krótsza i jedyna sensowna.

— Przynajmniej się przewietrzyliśmy — podsumował Piotr.

Karolina nie odpowiedziała. Zapisała tę historię w pamięci. Do opowiadania innym.


VI. Złota rączka i śrubka metafizyczna

Historia zasłyszana na imieninach, przy stole, gdy ktoś jeszcze dolewał herbaty, a ktoś inny już dolewał prawdy.

U Hanki zepsuła się klamka. Ot, drobiazg — lekko się ruszała, ale działała. Hanka wspomniała o tym mimochodem.

— Spokojnie — powiedział jej mąż, Wojtek. — Ja się tym zajmę.

To zdanie w męskiej logice oznacza: nie ruszaj, nie pytaj i najlepiej zapomnij.

Przez pierwszy tydzień klamka była „w trakcie”. Przez drugi — „zaraz”. W trzecim Wojtek przyniósł skrzynkę z narzędziami, położył ją na środku przedpokoju i otworzył jak relikwiarz.

— Masz śrubokręt? — zapytała Hanka.

— Ciii… — uciszył ją. — Najpierw muszę zrozumieć mechanizm.

Klamka została rozkręcona. Potem jeszcze bardziej rozkręcona. Następnie rozłożona na elementy pierwsze. Po godzinie na podłodze leżało siedem śrubek, z czego pięć było „na pewno ważnych”, a dwie „chyba zapasowe”.

— A ta? — zapytała Hanka, podnosząc jedną.

— Odłóż. Nie wiemy jeszcze, do czego służy.

Po trzech godzinach klamka przestała istnieć. Został otwór w drzwiach i filozoficzna cisza.

— Trzeba będzie kupić nową — stwierdził Wojtek w końcu.

— Ale przecież mówiłeś, że się tym zajmiesz — przypomniała Hanka.

— No zająłem się — odpowiedział spokojnie. — Teraz już wiemy, że była zepsuta.

Nowa klamka została kupiona po tygodniu. Stara… nigdy nie wróciła do formy. Śrubka metafizyczna do dziś leży w szufladzie „na wszelki wypadek”.


VII. Ja tylko sprawdzę wynik

Historia zasłyszana w kolejce do lekarza, gdzie ludzie dzielą się życiem szybciej niż numerkami.

Ela poprosiła Pawła, żeby „na chwilę” przypilnował dziecka. Paweł przyjął zadanie z pełną odpowiedzialnością i usiadł na kanapie.

— Ja tylko sprawdzę wynik — powiedział, sięgając po telefon.

Minęła minuta. Potem pięć. Potem dwadzieścia. W tym czasie dziecko zdążyło: zjeść pół kredki, rozlać sok, wejść na stół, zdobyć kota.

Ela wróciła do pokoju i zobaczyła Pawła w stanie sportowego skupienia.

— Paweł! — zawołała.

— Cicho! Doliczają czas! — syknął.

— A dziecko?

— Jest. Przecież słyszę.

I faktycznie — słychać było. Z kuchni. Coś się tłukło.


VIII. Pilot, który żyje własnym życiem

Opowieść powtarzana w kilku domach, zawsze z tym samym finałem.

— Widziałeś pilota? — pytała Kasia.

— Leżał tu — odpowiedział Michał, wskazując przestrzeń.

— Gdzie dokładnie?

— No… tu.

Pilot zniknął. Przeszukano kanapę, poduszki, stół, lodówkę (profilaktycznie). Nic.

— Na pewno go nie ruszałem — stwierdził Michał.

Po godzinie pilot został odnaleziony: pod mężczyzną, na kanapie, dokładnie tam, gdzie siedział przez cały czas.

— A, no proszę — powiedział Michał. — Sam się przesunął.

Pilot został uznany za byt autonomiczny.


IX. To się samo zrobi

Ostatnia historia krążyła po rodzinnych spotkaniach jak legenda.

— Zrobisz obiad? — zapytała Marta.

— Jasne — odpowiedział Adam. — To proste.

Adam wyjął makaron, postawił garnek na kuchence i… wyszedł z kuchni.

Po pół godzinie Marta zajrzała do środka. Garnek był pusty. Woda nie zagotowana. Makaron nadal suchy.

— Co robisz? — zapytała.

— Czekam — odpowiedział Adam.

— Na co?

— Aż się zagotuje.

— Woda?

— No.

— Adam… nie włączyłeś palnika.

Adam spojrzał na kuchenkę, potem na garnek, potem na Martę.

— Aaa… myślałem, że to się samo zrobi.

I w ten sposób odkryto, że męska logika zakłada istnienie sił wyższych w kuchni.


Aneks naukowy, czyli dlaczego oni tacy są...

Badania, których nikt nie przeprowadził, ale wszyscy znamy ich wyniki, dowodzą, że logika męska i damska ewoluowały w zupełnie innych warunkach. Samiec pierwotny podejmował decyzje szybko, bez konsultacji i bez instrukcji — najlepiej z maczugą w ręku.

Stąd do dziś:

jeśli coś może się przydać, należy to kupić w nadmiarze,

jeśli coś wydaje się skrótem, należy nim jechać,

jeśli coś jest mokre, trzeba poczekać,

a jeśli coś działa, nie wolno czytać instrukcji.

Logika damska rozwijała się równolegle, w trosce o przetrwanie stada, porządek w jaskini i to, by nikt nie jadł rzeczy „ładnych, ale trujących”. I choć zderzenie tych dwóch światów bywa męczące, jedno jest pewne: bez męskiej logiki świat byłby bardziej przewidywalny — ale zdecydowanie mniej zabawny. A tak? Mamy życie pełne anegdot, śrubek „na wszelki wypadek” i skrótów, które prowadzą donikąd. A jeśli ktoś twierdzi, że to wszystko nie ma sensu… cóż — najwyraźniej po prostu nie zrozumiał zaawansowanych zasad męskiej logiki.