Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lipca 2026

Dzieci PRL-u, czyli haute couture z papieru toaletowego...

Dzieci PRL-u były osobnym gatunkiem przyrodniczym. Nie do końca dzikim, ale też absolutnie nieudomowionym. Hodowanym na oranżadzie w proszku, trzepaku, kolanach zdartych do żywego mięsa i niejasnym przeczuciu, że świat jest wielki, kolorowy i chwilowo niedostępny w sklepie.

Nie mieliśmy wszystkiego. Właściwie, gdyby się uprzeć, nie mieliśmy prawie niczego w dzisiejszym rozumieniu dziecięcego dobrobytu. Nie było tabletów, aplikacji, psychologicznych poradników dla rodziców zatytułowanych „Jak rozmawiać z dzieckiem, które odmówiło zjedzenia brukselki i szpinaku”. Nie było zabawek edukacyjnych rozwijających jednocześnie motorykę małą, inteligencję emocjonalną i przyszłą zdolność kredytową. Były za to kapsle, patyki, guma Donald, jeśli los był łaskawy, oraz nieprzebrane zasoby wyobraźni, która w tamtych czasach pracowała na trzy zmiany, bez wolnych sobót i bez deputatu węglowego.

Dziecko PRL-u potrafiło zrobić dom z koca, sklep z parapetu, laboratorium chemiczne z octu i sody, a dramat antyczny z faktu, że ktoś mu podprowadził najlepszy kamień spod klatki. Z kawałka sznurka powstawał system komunikacji miejskiej, z kartonu - luksusowy apartament, a z braku wszystkiego - wszystko. Niedobór był naszym pierwszym nauczycielem plastyki, techniki, filozofii i kombinowania.

Moje dzieciństwo, jako się rzekło, wypełzło na świat w czasach, gdy papier toaletowy bywał niemal dobrem ceremonialnym. Nie był to miękki, pachnący rumiankiem obłoczek do delikatnych partii człowieczeństwa, tylko szary, chropowaty traktat o gospodarce centralnie planowanej. Produkt, który nie tyle służył, ile przypominał, że ciało też musi znać swoje miejsce w ustroju.

I właśnie z tego materiału, proszę państwa, pewnego pięknego popołudnia postanowiłyśmy stworzyć modę.

Miałam wtedy, w porywach, lat dziesięć i jako nasienie ze śląskiej, zakurzonej ziemi zostałam wysłana nad morze, na tak zwaną Zieloną Szkołę. Wiadomo: jod, zdrowie, klimat, wychowanie zbiorowe i tajemnicze ośrodki kolonijne, w których zapach pasty do podłogi, mokrych ręczników i zupy mlecznej mieszał się z aromatem polskiej pedagogiki wyjazdowej. Zakwaterowano nas, sześć dziewcząt, w jednym pokoju - był to skład wystarczający do założenia tajnego stowarzyszenia, przeprowadzenia przewrotu politycznego albo urządzenia konkursu piękności.

Wybrałyśmy trzecią opcję.

Tak narodziły się Wybory Miss Papieru Toaletowego.

Dziś, gdy patrzę na to z perspektywy dorosłej kobiety, która teoretycznie powinna już mieć w sobie jakiś rozsądek, nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, skąd w dziesięcioletnich dziewczynkach wziął się impuls, by się rozebrać i odziać w papier toaletowy. Freud pewnie usiadłby ciężko w fotelu, Jung zapalił fajkę, a współczesny terapeuta zaproponowałby „przyjrzenie się potrzebie ekspresji poprzez materiał deficytowy”. My natomiast po prostu uznałyśmy, że to świetny pomysł.

Oczywiście materiału nie kupiłyśmy, bo po pierwsze: nie miałyśmy pieniędzy, po drugie: nie było gdzie, po trzecie: PRL nie znał pojęcia „szybko dokupić”. Papier został więc pozyskany metodą gospodarczą z okolicznych klozetów korytarzowych. Nie nazwę tego kradzieżą, bo z perspektywy dziecka był to raczej akt redystrybucji zasobów na potrzeby kultury wysokiej.

Zaczęła się gala.

Każda z nas była jednocześnie uczestniczką, jurorką, stylistką, scenografką i publiką. Samowystarczalność instytucjonalna godna małego państwa. Kreacje szeleściły majestatycznie, choć ich trwałość pozostawiała wiele do życzenia. Szary papier układał się na ciele mniej więcej tak, jak betonowa płyta na rabacie różanej, ale nam wydawało się, że ocieramy się o paryskie wybiegi. Tylko że Paryż miał Diora, a my korytarzowy sedes i rolkę zdobyczną.

Nagroda była równie wykwintna jak oprawa konkursu: spory kawałek pieczonej kiełbasy w bułce. Jedna z koleżanek przywiozła ją z domu jako suchy prowiant, co już samo w sobie brzmi jak początek raportu sanepidu. Podróż ze Śląska nad morze trwała wówczas tyle, że człowiek po drodze mógł nie tylko zgłodnieć, ale i przemyśleć sens istnienia, rozpad Układu Warszawskiego oraz własną przyszłość emerytalną. Kiełbasa przejechała tę trasę, potem poleżała dwa dni w pokoju, dojrzewając zapewne do roli biologicznej niespodzianki.

Ale dla nas była trofeum. Nie czekoladowym medalem, nie dyplomem z brokatem, nie voucherem na warsztaty kreatywności. Kawałek kiełbasy w bułce był wtedy niczym królewski diadem spoczywający na aksamitnej poduszce. W imię tej kiełbasy byłyśmy gotowe owijać się papierem, tańczyć, prężyć i znosić upokorzenia artystyczne, które w dzisiejszych czasach mogłyby zostać opisane w doktoracie o performansie dziecięcym w realiach niedoboru.

Zajęłam drugie miejsce.

Do dziś uważam, że mogło być pierwsze, gdyby nie nieprzewidziany sabotaż ze strony łóżka. W konkurencji finałowej należało dziko, ekspresyjnie owinąć się papierem przy akompaniamencie pieśni kolonijnej wykonywanej przez współlokatorki. Wpadłam w trans. Byłam ruchem, emocją, szeleściłam jak manifest wolności osobistej. Niestety podczas jednego z bardziej wyszukanych piruetów potknęłam się o łóżko i część mojej kreacji uległa poważnym zniszczeniom. A wiadomo: kiedy suknia wieczorowa z papieru toaletowego rozpada się w półobrocie, cierpi nie tylko konstrukcja, ale i wyraz artystyczny.

Miss została koleżanka. Kiełbasę wygrała, ale świnią nie była, więc się podzieliła. I tu właśnie zaczyna się drugi akt dramatu, ten, w którym grecki chór powinien wejść na scenę i zaśpiewać: „Nie jedzcie tego, dzieci, bo los już szczerzy kły”.

Zjadłyśmy.

Pazernie, radośnie, bezrefleksyjnie, z ufnością właściwą istotom, które nie wiedzą jeszcze, że jedzenie przechowywane przez dwa dni w kolonijnym pokoju może mieć własne plany wobec układu pokarmowego.

Noc nadeszła ciężka jak wyrok. Kiełbasa postanowiła wrócić do świata żywych. Nie sama, oczywiście. Z honorową eskortą naszych żołądków, jelit, godności osobistej i resztek papierowej mody. W pokoju rozpoczął się armagedon gastryczny. Jedne z nas dostąpiły zaszczytu dopchania się do muszli klozetowej, inne zaprzyjaźniły się z umywalką, a jeszcze inne z dowolnym fragmentem przestrzeni, który akurat nie uciekał. Rzygałyśmy jak koty, choć koty mają w tym jednak więcej elegancji.

Rankiem weszła wychowawczyni.

I zastygła.

To nie był widok dla człowieka o słabej konstrukcji psychicznej. Pokój wyglądał jak miejsce, w którym moda, gastronomia i układ trawienny zawarły pakt samobójczy. Papierowe resztki, pościel po przejściach, sześć bladych dziewczynek o twarzach filozofów po kontakcie z absolutem. Wychowawczyni najpierw chyba próbowała zrozumieć, potem oddychać, a potem wydała polecenie, które do dziś brzmi mi w pamięci jak rozkaz z frontu: Prać! Prać wszystko!

Prałyśmy więc w miskach zapaskudzoną pościel naszymi dziesięcioletnimi rączkami. Było to zadanie z pogranicza survivalu, pokuty i edukacji domowej. Himalaiści mają swoje ośmiotysięczniki, my miałyśmy kolonijne prześcieradła. Oni tracą oddech na wysokości, my - przy miskach.

Z tamtego wyjazdu wyniosłam jedną ważną lekcję: stara kiełbasa i konkursy miss są źródłem kłopotów. Dlatego w późniejszym życiu starałam się unikać jednego i drugiego. Polska, rzecz jasna, straciła niepowtarzalną okazję poznania murowanej kandydatki na Miss Świata, ale trudno. Historia zna większe tragedie, choć zapewne nie wszystkie pachniały starą kiełbasą i paradowały w papierze toaletowym.

Współczesne dzieci mają inne dzieciństwo. Bardziej sterylne, bardziej monitorowane, bardziej sfotografowane. Każdy ich występ ma dokumentację w chmurze, każdy uśmiech trafia do galerii, a każdy problem można nazwać, opisać i skonsultować. My mieliśmy podwórko, niedobór, instynkt samozachowawczy w wersji testowej i dorosłych, którzy często dowiadywali się o naszych przedsięwzięciach dopiero wtedy, gdy trzeba było coś wyprać, odkazić albo ukryć przed kierownikiem kolonii.

Nie twierdzę, że było lepiej. To byłoby zbyt łatwe i zbyt sentymentalne. PRL nie był krainą beztroski, tylko rzeczywistością, która dzieciom również potrafiła przyprawić gębę dorosłości szybciej, niż powinno się to dziać. Ale jednego odmówić nam nie można: umieliśmy z niczego zrobić wydarzenie. Z braku - spektakl. Z papieru toaletowego - suknię. Z podejrzanej kiełbasy - wspomnienie na całe życie.

Jeżeli więc jacyś rodzice martwią się, że mają dziwne dziecko, niech odetchną. Dziwność bywa po prostu młodocianą odmianą wyobraźni. Czasem owija się w papier toaletowy, czasem organizuje konkurs piękności o kiełbasę, czasem kończy nocą przy muszli klozetowej, ale zazwyczaj jakoś z tego wyrasta.

Ze mnie wyrosła kobieta w miarę ogarnięta. A przynajmniej na tyle, by wiedzieć, że nieświeżej kiełbasy nie należy jeść, papier toaletowy ma zastosowanie raczej użytkowe niż wieczorowe, a dzieciństwo - nawet to szare, chropowate i reglamentowane - potrafi po latach zaszeleścić w pamięci jak najdziwniejsza suknia świata ;)

wtorek, 17 marca 2015

Maltretowani uczniowie, pani Anielica i mysie zwłoki...

Grafika: www.wykop.pl ("odznaczenie", które nosili wybrańcy ;))

Jakiś czas temu po telewizyjnych i radiowych kanałach krążyły wieści o strasznej nauczycielce, która zaklejała biednym dzieciom usta taśmą klejącą, krzyczała, nie pozwalała wyjść do toalety i tak w ogóle to zła kobieta była. Wszyscy na niej psy wieszali: Spalić! Ukamienować! Wbić na pal i wystawić na rynku! Oczywiście nie pochwalam tego jak się zachowała ta przedstawicielka ciała pedagogicznego, ale nasunęła mi się taka refleksja związana z moim pobytem w szkole podstawowej w charakterze ucznia. Jak sobie przypomnę te „fachowe” metody wychowawcze, które prawdopodobnie nie wyrządziły mi, aż tylu krzywd jak mi się pierwotnie zdawało, no bo na ludzi wyszłam, to pusty, ironiczny śmiech mnie ogarnia. Prawdopodobnie sporą część nauczycieli uczących dzieci w latach osiemdziesiątych należałoby zamknąć w więzieniach i już z nich nie wypuścić. Dlaczego? No przecież postępowali znacznie gorzej niż ta współczesna belferka. Ile to razy człowiek dostał w dupsko kijem plastikowym czy kablem? Ile razy usłyszał soczyste słowa skierowane do jego inteligencji, a właściwie jej braku? Ile razy dostał w łeb kredą rzuconą spod tablicy, zeszytem, dziennikiem czy innym przedmiotem nadającym się do tego czynu? Wymieniać można bez końca. I gdzie tu było poszanowanie godności osobistej ucznia? A jak się człowiek w domu poskarżył to, przy dobrych wiatrach, matka z ojcem jeszcze dorzucili swoje „fachowe” metody wychowawcze ;)
Ze szczególnym sentymentem wspominam panią od biologii, która w dużym stopniu przyczyniła się do zdefiniowania moich preferencji dotyczących przyszłego kierunku kształcenia ;) (Dla młodszego pokolenia wtrącę tylko mały rys historyczny: w tych czasach nie było gimnazjów, a podstawówka miała osiem klas). Jako mała dziewczynka, która wstąpiła w progi czwartej klasy i dowiedziała się, że w szkole jest dużo przedmiotów, których się trzeba uczyć, poznałam panią Aniołową nauczającą biologii. Wszyscy się jej w szkole bali – legendy na jej temat znało się już od momentu pierwszego dotknięcia klamki drzwi prowadzących do  podstawówki. Pani Aniołowa miała w szufladzie swojego biurka czekoladki. Były to trzy plastikowe kije, którymi często wymierzała swoją sprawiedliwość. Ofiara sprawiedliwości mogła sobie, w ramach dobroci i miłosierdzia dla ucznia, wybrać długość kija. Pani Aniołowa lubiła również ciągnąć za policzki – człowiek po takiej procedurze miał czerwoną facjatę przez cały dzień. Natomiast ja panią Aniołową zapamiętałam wyjątkowo dobrze… Pewnego razu byłam dyżurną klasową, której obowiązkiem było wykonanie kilku czynności, które w sali biologicznej musiały zostać wykonane: przygotowanie pomocy naukowych do zajęć, wytarcie tablicy, podlanie kwiatków i nakarmienie licznie bytujących w tej sali zwierząt. Weszłam, więc, na przerwie do klasy, ponieważ dyżurny owe czynności robił właśnie wtedy, a tu pani Anielica od progu ryczy: Dziecko! Myszy wpadły do akwarium i się utopiły – trzeba je zakopać w ogródku szkolnym! Nie muszę chyba pisać co poczuła, niespełna dziesięcioletnia, dziewczynka słysząc taki wyrok. Smakowite, PRL-owskie śniadanie zjedzone w domu, podeszło mi pod samo gardło, skóra na twarzy niebezpiecznie zzieleniała, ale cóż było robić? Anielica kazała, trzeba podjąć wyzwanie. Wyłowiłam palcami te mysie zwłoki – sztuk trzy, zapakowałam w kartki z zeszytu, wsadziłam do kieszeni fartuszka i poszłam pochować biednych przedstawicieli świata fauny pośród grządek szkolnego ogrodu.
Przygoda z panią Anielicą trwała pięć lat (od klasy czwartej do ósmej). Zostałam jej „ulubienicą” i "asystentem". Jak sobie to wszystko przypominam to mi się gorąco robi, natomiast moja młoda psychika została tak napiętnowana biologią, że poszłam ją studiować :D

O tym, jakie fajne to studia były pisałam tutaj: TO NIE ODBYT! - proszę pani... ;)