Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blog lifestyle. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 maja 2026

Ballada o pustej rolce po papierze toaletowym i innych porannych katastrofach...


Mam chyba zawieszkę. Taką blogową. Nie jakąś tam elegancką, artystyczną pauzę twórczą, podczas której człowiek w lnianej koszuli popija sobie kawę z alternatywnej palarni i kontempluje sens życia, patrząc melancholijnie przez okno na krople deszczu spływające po szybie niczym łzy niespełnionego poety. Nie, nie. U mnie to bardziej przypomina psychiczne leżenie twarzą w kałuży codzienności przy wtórze odkurzacza, korków ulicznych i chichotu losu.

Proza życia i zajęcie zarobkowe pochłonęły mnie bowiem z siłą czarnej dziury, która najpierw pożera człowiekowi czas, potem energię, a na końcu jeszcze godność i ostatnią czystą pidżamę. Moja miłość do blogowania nie osiągnęła jeszcze poziomu himalajskiego szaleństwa, bym zarywała noce niczym natchniona artystka karmiąca się kofeiną, marzeniami i samotnością twórczą. Nie jestem tym typem blogerki, która o drugiej nad ranem siedzi przy laptopie w świetle świec zapachowych i pisze tekst o duchowym znaczeniu fermentowanych buraków.

Około dwudziestej drugiej jestem już człowiekiem mentalnie wyłączonym z eksploatacji. Leżę w pozycji horyzontalnej niczym zwłoki odnalezione po tygodniu w serialu kryminalnym, tyle że w pidżamce w misie i z błogim wyrazem twarzy. Morda mi się cieszy do poduszki, bo oto nadeszła chwila święta - cisza nocna. Żadnych pytań. Żadnych telefonów. Żadnych decyzji. Tylko ja, kołderka, lampka nocna i ten luksusowy stan psychiczny, w którym człowiek nie chce już od życia sukcesu, podróży ani samorealizacji. Chce jedynie, żeby nikt go, do cholery, nie wołał.

Ale noc mija szybko. Zdecydowanie za szybko. Mam wręcz teorię, że sen ludzi pracujących trwa realnie jakieś czternaście minut, reszta to reklamy i loading systemu nerwowego.

Nadchodzi więc poranek, a wraz z nim moje codzienne igrzyska śmierci. Człowiek jeszcze dobrze oka nie otworzy, jeszcze jedna noga tkwi mentalnie w świecie snów, a już rzeczywistość z rozmachem kopie go w zadek niczym wykidajło pod remizą.

Wypełzam z łóżka jak stara jaszczurka po zimowaniu i pierwsze kroki kieruję do toalety. Oczywiście miejscówka przeznaczona dla papieru toaletowego świeci pustką, a samotna tekturowa rolka kiwa się lekko niczym wyschnięty krzew na pustyni. Zawsze mnie fascynuje ten fenomen. Dlaczego faceci nie potrafią założyć nowej rolki papieru? Czy w ich mózgach istnieje jakiś biologiczny mechanizm obronny, który powoduje paraliż kończyn górnych w kontakcie z papierem toaletowym? 

Sięgam więc siedząc na klozecie do zapasów papieru, wyginając się przy tym jak wkurzona skolopendra, i już wtedy wiem, że dzień będzie miał charakter wybitnie edukacyjny dla mojego układu nerwowego.

Potem kuchnia.

Wyciągam puszkę z kawą i oczywiście rozsypuję pół zawartości po blacie oraz podłodze. Kawa rozpryskuje się malowniczo niczym prochy w słabym filmie wojennym. I człowiek stoi nad tym od rana, patrzy w tę brazylijską arabikę walającą się po fugach i myśli:

„Tak. Dokładnie tak wygląda moje życie”. Zamiatam więc tę kawę z godnością kobiety, która już niczemu się nie dziwi. Bo rano człowiek nie sprząta dlatego, że lubi porządek. Rano człowiek sprząta, żeby nie zacząć płakać.

Szczęśliwie udaje mi się zrobić kawę. Nawet mleko się znalazło, co w moim domu jest wydarzeniem niemal mistycznym. Mieszkam bowiem z nocnym wypijaczem mleka. To nie jest zwykły człowiek. To jest mleczny terminator. Istota, która o drugiej trzydzieści siedem nad ranem potrafi wstać i wychłeptać litr mleka z takim skupieniem, jakby ratowała tym ludzkość przed zagładą. Na szczęście pustych kartonów po mleku w lodówce nie zostawia, choć wiem od znajomych kobiet, że istnieją osobniki zdolne wypić kefir, śmietankę czy sok do ostatniej kropli, po czym z namaszczeniem odstawić opakowanie z powrotem do lodówki. Prawdopodobnie liczą, że w warunkach chłodniczych nastąpi cud rozmnożenia nabiału czy innego wyżartego produktu.

No ale nic. Kawa wypita. Owsianka zjedzona. Czas doprowadzić twarz do stanu względnej używalności społecznej.

Idę więc do łazienki zrobić makijaż. I tu właśnie los postanawia przejść od lekkiej złośliwości do regularnej działalności terrorystycznej... Licho mnie podkusiło, żeby użyć pudru w kulkach. Puder w kulkach to, moi drodzy, kosmetyczny odpowiednik granatu odłamkowego. Dopóki stoi spokojnie na półce - wszystko jest dobrze. Ale wystarczy jeden fałszywy ruch i następuje eksplozja...Tak go sprytnie wyjmowałam, że kulki rozsypały się po całej łazience niczym paciorki różańca rozsypane przez egzorcystę podczas walki z demonem. Pod pralkę. Pod szafkę. Gdzieś pod kaloryfer. Reszta prawdopodobnie opuściła lokal i obecnie żyje własnym życiem w innym województwie. Teraz człowieku zbieraj to wszystko o szóstej rano. Klęczę więc na podłodze w pidżamie, z włosem sterczącym jak antena satelitarna podczas wichury, i zbieram te kulki z miną kobiety, która jeszcze pięć minut temu miała ambicje by być spokojnym, zrównoważonym człowiekiem. Wyrzucam resztki pudru do muszli klozetowej i patrzę z rozpaczą, jak kosmetyk za niemałe pieniądze kończy żywot w kanalizacji miejskiej.

I niech mi ktoś powie, że przedmioty martwe nie są złośliwe! Te cholery doskonale wiedzą, kiedy zaatakować. One czekają. Obserwują. Analizują słabości przeciwnika. Kubek spada zawsze wtedy, gdy człowiek jest ubrany na biało. Torebka rozsypuje się wyłącznie na parkingu przed supermarketem, najlepiej przy świadkach. A słuchawki plączą się w kieszeni z takim zaangażowaniem, jakby nocami trenowały makramę.

Pomimo tych wszystkich zamachów na moje zdrowie psychiczne udało mi się finalnie wydostać z domu i dotrzeć do pracy. A potem już było nawet znośnie. Znaczy pewnie wydarzyły się jeszcze jakieś katastrofy, ale po porannych atrakcjach mój układ nerwowy osiągnął stan kompletnego zobojętnienia. Taki wewnętrzny zwis emocjonalny spuszczający wszystko w wirtualnym klozecie. Myślę, że gdyby wtedy ulicą przemaszerował pawian w szlafroku, z wałkami na głowie i paragonem z Biedronki w zębach, a za nim jechał borsuk na hulajnodze elektrycznej, wioząc na plecach kurę z chowu klatkowego i bukiet sztucznych piwonii, spojrzałabym tylko tępo przed siebie i powiedziała:

- No tak. Czwartek.

sobota, 27 grudnia 2025

Jak poszłam na zabieg upiększający i wróciłam jak bohaterka programu „997”, czyli kosmetyczna komedia grozy...

Bywają w życiu takie chwile, kiedy człowiek stoi na rozdrożu i ma dwa wyjścia: albo zostać w domu, nałożyć maseczkę z drogerii za piętnaście złotych i żyć długo oraz szczęśliwie, albo zaufać koleżance, która z błyskiem w oku oznajmia, że odkryła cud estetyki, medycyny i kosmicznej technologii w jednym, a nazywa się to karboksyterapia i sprawia, że człowiek wygląda młodziej, świeżej i bardziej „wow”. I oczywiście, jak na rozsądną, dorosłą kobietę przystało, wybrałam opcję numer dwa, bo przecież co może pójść nie tak, skoro brzmi naukowo, profesjonalnie i jest wykonywane w miejscu, które ma w nazwie słowo „klinika”.

Klinika wyglądała jak świątynia piękna: sterylna biel, delikatne oświetlenie, przyjemna muzyka w tle przypominająca dźwięki harfy w chmurach, zapach luksusu unoszący się w powietrzu jak obietnica nowego życia, a ja, siedząca w fotelu, czułam się jak bohaterka filmu o metamorfozie, która zaraz przejdzie z kategorii „zmęczona, trochę sfatygowana” do poziomu „bogini, która wyspała się przez trzy poprzednie wcielenia”. Leżę więc spokojnie, oddycham, staram się wyglądać jak osoba, która ma wszystko pod kontrolą, podczas gdy w środku modlę się, żeby to faktycznie było przyjemne, delikatne i najlepiej prawie bezbolesne, bo tak właśnie to opisywała koleżanka, której teraz, z perspektywy czasu, powinnam była nadać tytuł Ambasadorki Manipulacji Estetycznej.

I wtedy zaczęło się przedstawienie. Pierwsze wkłucie — lekki szok, uczucie niepokoju, taki subtelny sygnał od organizmu w stylu „hej, to nie jest peeling kawitacyjny, przygotuj się psychicznie”. Drugie wkłucie — mózg zaczyna zadawać pytania egzystencjalne, na przykład: „dlaczego to robię?” albo „czy ja przypadkiem nie byłam już wystarczająco ładna?”. Trzecie wkłucie — dusza pakuje walizki i wychodzi na papierosa przed budynek, zostawiając ciało na fotelu jak ofiarę dobrowolnego eksperymentu medycznego. Czuję się jakby ktoś postanowił nadmuchać moją twarz pompką do pontonu w wersji industrialnej, od środka, bez zapowiedzi, bez litości i bez możliwości zgłoszenia reklamacji, podczas gdy mój słynny „wysoki próg bólu” postanowił w tym samym momencie wyjechać do innego kraju i zmienić nazwisko.

Leżę nieruchomo, wyglądając jak osoba, która udaje odważną, ale jednocześnie wewnętrznie recytuje testament, a pani kosmetolog mówi swoim spokojnym, anielskim głosem: „Jeszcze chwileczkę…”, co brzmi jak zapowiedź łagodnej procedury, ale w mojej głowie zamienia się w dźwięk odliczania do detonacji. W pewnym momencie spogląda mi wnikliwie na twarz, analizuje każdy mięsień, każdy mikroskurcz nerwowy, po czym z pełną szczerością stwierdza: „Widzę po pani minie, że raczej już pani do nas nie wróci”, a ja w duchu myślę, że wrócić to ja nie wrócę nawet myślami, bo moja mimika w tym momencie opowiada historię o bólu, rozczarowaniu i utracie zaufania do cywilizacji.

Zabieg się kończy, wstaję, podchodzę do lustra i widzę… nową wersję siebie. Ale nie taką, która wygląda jak po luksusowym spa na Bali, tylko raczej jak po nieudanej bijatyce z wyższymi siłami, w której brałam udział głową i to wielokrotnie. Twarz czerwona jak rasowy burak, lekko spuchnięta, pulsująca, pełna dramatyzmu i wrażeń, które chciałabym wymazać z pamięci. Gdybym w tym momencie pojawiła się w programie „997 – poszukiwani, ukryci, zaczerwienieni”, zapewne od razu zostałabym bohaterką odcinka specjalnego.

Drogę do domu pokonuję przemykając się, na szczęście nie było daleko. Czarne ubranie, kaptur, kominiarka, aura tajemniczości i rozpaczliwa nadzieja, że nikt mnie nie rozpozna, chociaż w tej wersji mojej twarzy nawet ja sama miałam z tym problem. Poruszałam się jak postać z niskobudżetowego kryminału, mijając witryny sklepów bokiem, przyklejona do murów niczym profesjonalny złodziej emocjonalnie zdruzgotanej estetyki, a każdy człowiek, który spojrzał w moim kierunku, wydawał mi się zagrożeniem dla mojego poczucia godności.

Po kilku dniach skóra faktycznie się ogarnęła, wyglądałam świeżej, młodziej, na bardziej „zadbaną”, a ludzie mówili mi, że promienieję, podczas gdy ja wiedziałam, że jest to blask hartowany w cierpieniu i wspomnieniu igieł. I choć efekt końcowy okazał się przyzwoity, to wewnętrznie czuję, że moja psychika już zawsze będzie nosić bliznę w kształcie słowa „karboksyterapia”.

A koleżanka, która mnie tam wysłała? Oczywiście, że nadal ją lubię, ale kiedy słyszę, jak wypowiada zdanie: „Znalazłam kolejny genialny zabieg, musisz spróbować”, wtedy uśmiecham się spokojnie, jak człowiek, który był na wojnie i przeżył, i w myślach sprawdzam, czy w domu mam zapasową kominiarkę na wszelki wypadek ;)