Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autoironia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autoironia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 grudnia 2025

Jak poszłam na zabieg upiększający i wróciłam jak bohaterka programu „997”, czyli kosmetyczna komedia grozy...

Bywają w życiu takie chwile, kiedy człowiek stoi na rozdrożu i ma dwa wyjścia: albo zostać w domu, nałożyć maseczkę z drogerii za piętnaście złotych i żyć długo oraz szczęśliwie, albo zaufać koleżance, która z błyskiem w oku oznajmia, że odkryła cud estetyki, medycyny i kosmicznej technologii w jednym, a nazywa się to karboksyterapia i sprawia, że człowiek wygląda młodziej, świeżej i bardziej „wow”. I oczywiście, jak na rozsądną, dorosłą kobietę przystało, wybrałam opcję numer dwa, bo przecież co może pójść nie tak, skoro brzmi naukowo, profesjonalnie i jest wykonywane w miejscu, które ma w nazwie słowo „klinika”.

Klinika wyglądała jak świątynia piękna: sterylna biel, delikatne oświetlenie, przyjemna muzyka w tle przypominająca dźwięki harfy w chmurach, zapach luksusu unoszący się w powietrzu jak obietnica nowego życia, a ja, siedząca w fotelu, czułam się jak bohaterka filmu o metamorfozie, która zaraz przejdzie z kategorii „zmęczona, trochę sfatygowana” do poziomu „bogini, która wyspała się przez trzy poprzednie wcielenia”. Leżę więc spokojnie, oddycham, staram się wyglądać jak osoba, która ma wszystko pod kontrolą, podczas gdy w środku modlę się, żeby to faktycznie było przyjemne, delikatne i najlepiej prawie bezbolesne, bo tak właśnie to opisywała koleżanka, której teraz, z perspektywy czasu, powinnam była nadać tytuł Ambasadorki Manipulacji Estetycznej.

I wtedy zaczęło się przedstawienie. Pierwsze wkłucie — lekki szok, uczucie niepokoju, taki subtelny sygnał od organizmu w stylu „hej, to nie jest peeling kawitacyjny, przygotuj się psychicznie”. Drugie wkłucie — mózg zaczyna zadawać pytania egzystencjalne, na przykład: „dlaczego to robię?” albo „czy ja przypadkiem nie byłam już wystarczająco ładna?”. Trzecie wkłucie — dusza pakuje walizki i wychodzi na papierosa przed budynek, zostawiając ciało na fotelu jak ofiarę dobrowolnego eksperymentu medycznego. Czuję się jakby ktoś postanowił nadmuchać moją twarz pompką do pontonu w wersji industrialnej, od środka, bez zapowiedzi, bez litości i bez możliwości zgłoszenia reklamacji, podczas gdy mój słynny „wysoki próg bólu” postanowił w tym samym momencie wyjechać do innego kraju i zmienić nazwisko.

Leżę nieruchomo, wyglądając jak osoba, która udaje odważną, ale jednocześnie wewnętrznie recytuje testament, a pani kosmetolog mówi swoim spokojnym, anielskim głosem: „Jeszcze chwileczkę…”, co brzmi jak zapowiedź łagodnej procedury, ale w mojej głowie zamienia się w dźwięk odliczania do detonacji. W pewnym momencie spogląda mi wnikliwie na twarz, analizuje każdy mięsień, każdy mikroskurcz nerwowy, po czym z pełną szczerością stwierdza: „Widzę po pani minie, że raczej już pani do nas nie wróci”, a ja w duchu myślę, że wrócić to ja nie wrócę nawet myślami, bo moja mimika w tym momencie opowiada historię o bólu, rozczarowaniu i utracie zaufania do cywilizacji.

Zabieg się kończy, wstaję, podchodzę do lustra i widzę… nową wersję siebie. Ale nie taką, która wygląda jak po luksusowym spa na Bali, tylko raczej jak po nieudanej bijatyce z wyższymi siłami, w której brałam udział głową i to wielokrotnie. Twarz czerwona jak rasowy burak, lekko spuchnięta, pulsująca, pełna dramatyzmu i wrażeń, które chciałabym wymazać z pamięci. Gdybym w tym momencie pojawiła się w programie „997 – poszukiwani, ukryci, zaczerwienieni”, zapewne od razu zostałabym bohaterką odcinka specjalnego.

Drogę do domu pokonuję przemykając się, na szczęście nie było daleko. Czarne ubranie, kaptur, kominiarka, aura tajemniczości i rozpaczliwa nadzieja, że nikt mnie nie rozpozna, chociaż w tej wersji mojej twarzy nawet ja sama miałam z tym problem. Poruszałam się jak postać z niskobudżetowego kryminału, mijając witryny sklepów bokiem, przyklejona do murów niczym profesjonalny złodziej emocjonalnie zdruzgotanej estetyki, a każdy człowiek, który spojrzał w moim kierunku, wydawał mi się zagrożeniem dla mojego poczucia godności.

Po kilku dniach skóra faktycznie się ogarnęła, wyglądałam świeżej, młodziej, na bardziej „zadbaną”, a ludzie mówili mi, że promienieję, podczas gdy ja wiedziałam, że jest to blask hartowany w cierpieniu i wspomnieniu igieł. I choć efekt końcowy okazał się przyzwoity, to wewnętrznie czuję, że moja psychika już zawsze będzie nosić bliznę w kształcie słowa „karboksyterapia”.

A koleżanka, która mnie tam wysłała? Oczywiście, że nadal ją lubię, ale kiedy słyszę, jak wypowiada zdanie: „Znalazłam kolejny genialny zabieg, musisz spróbować”, wtedy uśmiecham się spokojnie, jak człowiek, który był na wojnie i przeżył, i w myślach sprawdzam, czy w domu mam zapasową kominiarkę na wszelki wypadek ;)

niedziela, 14 grudnia 2025

O pączkach, chmurach i sprawach ostatecznych...

13 grudnia 2025 roku postanowiliśmy – ja, mój osobisty chłop domowy oraz zaprzyjaźniona para heteryków – że zdobędziemy Szczeliniec Wielki. Decyzja zapadła raczej spontanicznie, jak to najlepsze decyzje: bez planu treningowego, za to z torbą pączków z nadzieniem w postaci marmolady owocowej oraz kruchych ciastek z dżemikiem i strategiczną dziurką. Prowiant, zgodnie z moją życiową filozofią, należało zutylizować szybko i solidarnie – najlepiej w żołądkach współtowarzyszy, zanim zdąży nabrać metafizycznego znaczenia.

Zbiórka w Pasterce. Miejscowość tonęła w mgle tak gęstej, że można ją było kroić nożem i smarować nią kanapki, ewentualnie te ciastka z dziurkami ;) Tajemnica sączyła się z każdego kąta, a my – odziani w opary wilgoci oraz stosowną odzież wierzchnią – utwierdziliśmy się w przekonaniu, że to był znakomity pomysł. Bo jeśli dzień zaczyna się mgłą, to musi skończyć się objawieniem. Innej opcji nie dopuszczaliśmy.

Droga do schroniska? „Tylko” 30 minut. Cudzysłów tu jest kluczowy i ma wagę godną tytułu naukowego. W praktyce były to długie minuty intensywnej rozmowy z własną kondycją, która – delikatnie mówiąc – od dłuższego czasu nie była zapraszana do dialogu. Nie żeby towarzystwo jakieś srodze leniwe było, ale wiadomo jak to jest  w mieście człowiek zbyt często nie pokonuje żółtych, stromych szlaków. 
Śliskie, nagie skałki, błotnista ścieżka i nachylenie terenu patrzące na nas z ironiczną pobłażliwością nie sprzyjały radosnym harcom. Szczególnie że należeliśmy do grupy demograficznej „45+ i jeszcze żyję, ale czemu tak ciężko oddycham?”.

Gdy minęła nas para czeskich seniorów, dziarskim krokiem, bez zadyszki, bez zadumy, bez śladu egzystencjalnego kryzysu, poczułam ukłucie. Nie w łydce – w duszy. Wstyd spowił mnie szczelniej niż poranna mgła. W tej właśnie chwili zrodziło się we mnie mocne postanowienie poprawy kondycji. Takie prawdziwe. Do odwołania. I w tym miejscu nie popadałabym w nadmierne zachwyty nad moimi mocnymi postanowieniami, gdyż w przeszłości bywało ich wiele i sporo z nich skończyło marnie ;)

No więc leźliśmy. Metodycznie, godnie, z godnością wyraźnie nadwyrężoną, ale wciąż obecną. Żółtym szlakiem – tym samym, który na mapie wygląda jak niewinna kreska, a w rzeczywistości okazuje się testem charakteru i kolan. Szliśmy, sapiąc w rytmie własnych myśli, i w końcu – ku zdumieniu wszystkich zainteresowanych – doleźliśmy.

Wtedy nastąpiło coś, co w filmach zwykle sygnalizuje muzyka smyczkowa i powolne zbliżenie kamery. Jakby ktoś, znudzony naszym mozołem, odsunął teatralną kurtynę zrobioną z mgły. Bez zapowiedzi, bez ostrzeżenia. Matka Natura, najwyraźniej w doskonałym humorze, wywaliła na wierzch swoje najlepsze atuty. Zero subtelności, pełna ekspozycja. Morze chmur. Ogromne, bezczelnie piękne, miękkie jak puch i falujące jakby miało własny rytm oddechu.

A my – proszę bardzo – ponad tym wszystkim. Jakbyśmy nagle awansowali do loży VIP wszechświata. Słońce lało się z nieba hojnie, bez limitu, błękit był tak intensywny, że aż podejrzany. Świat na moment przestał się spieszyć. Zegar gdzieś się zawiesił, powiadomienia zamilkły, a rzeczy ważne nagle okazały się prostsze, niż udawały na dole. Oddychaliśmy wolniej, głębiej, jakby ktoś nam przypomniał, do czego właściwie służą płuca – i życie. Razem z nami oddychał cały ten krajobraz, a my, zmęczeni, staliśmy tam z poczuciem, że oto właśnie dostaliśmy nagrodę.

I chyba dlatego czasem warto wejść na jakiś szczyt. Nie po kroki zapisane w aplikacji, nie po kalorie skrupulatnie odhaczone w ramach dobrego samopoczucia, nawet niekoniecznie po zdjęcia. Raczej po moment zatrzymania. Po to ciche „aha”, kiedy dociera, że ponad mgłą codzienności bywa jasno. Że piękno nie zawsze puka grzecznie do drzwi – czasem po prostu wchodzi, rozpychając się łokciami i zostaje w pamięci na długo. I że świat, mimo zmęczenia, zadyszki i drobnych wstydów, wciąż potrafi być zdumiewająco piękny. Wystarczy odrobina wysiłku, chwila szczerości wobec siebie i gotowość, by na moment spojrzeć ponad chmury.