Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 sierpnia 2026

Rozmnażać się każdy może, czyli dziecko to nie paprotka z marketu...

Od czasu do czasu społeczeństwo dochodzi do wniosku, że należy zainteresować się cudzym układem rozrodczym. Najczęściej dzieje się to podczas świąt, wesel, chrzcin, pogrzebów oraz innych uroczystości, na których człowiek chciałby spokojnie zjeść sałatkę jarzynową, ale zamiast tego musi zdawać egzamin ustny z jajników, nasieniowodów i planów prokreacyjnych na najbliższą pięciolatkę.

- A wy kiedy dziecko? - pyta ciocia, nabijając na widelec marynowanego grzybka i patrząc człowiekowi głęboko w macicę.

Jak to: trzydzieści lat, stała praca, dwa pokoje z aneksem, ekspres do kawy, samochód na kredyt i ani jednego potomka? Przecież to tak, jakby ktoś kupił komplet garnków, lecz bezczelnie nie ugotował bigosu. Albo postawił garaż i trzymał w nim rower. Marnotrawstwo infrastruktury!

Po przejrzeniu internetowych dyskusji doszłam do wniosku, że człowiek może nie nadawać się do prowadzenia samochodu, hodowania pitbulla, obsługi wózka widłowego ani sprzedaży zapiekanek na festynie, ponieważ do wszystkiego potrzebuje badań, zezwoleń, kursów, instrukcji i gaśnicy. Żeby natomiast powołać na świat drugiego człowieka, wystarczy wieczór lub poranek (ewentualnie środek nocy lub dnia), odrobina biologicznego entuzjazmu oraz przekonanie babci, że „jakoś to będzie”.

„Jakoś to będzie” jest zresztą jednym z najpopularniejszych modeli wychowawczych w Polsce. Zaraz obok „mnie tak wychowano i żyję” oraz „tablet mu daj, bo próbuję rozmawiać”.

Pytanie nie brzmi więc, czy każdy może zostać rodzicem. Biologia bywa pod tym względem hojna jak automat rozdający ulotki. Pytanie brzmi: czy każdy powinien?

I tu zaczyna się problem, ponieważ społeczeństwo traktuje rodzicielstwo jak kolejny poziom gry pod tytułem „Dorosłość”. Najpierw szkoła, potem praca, kredyt, ślub, dziecko, drugie dziecko, działka, grill, nadciśnienie i awantura z sąsiadem o tujki. Wszystko ma następować w odpowiedniej kolejności, niczym procesja, tylko zamiast baldachimu niesie się fotelik samochodowy i mokre chusteczki.

Na forach regularnie pojawiają się ludzie, którzy przyznają, że zdecydowali się na dzieci nie dlatego, że naprawdę pragnęli być rodzicami, lecz dlatego, że wszyscy znajomi już nimi byli, rodzina naciskała, zegar biologiczny tykał, a życie wymagało odhaczenia następnego kwadracika. Jedna z matek pisała wprost, że zawsze robiła to, co człowiek „powinien”: odpowiednia szkoła, odpowiednia praca, odpowiedni związek, a potem dziecko, bo przecież tak się robi. Dziecko okazało się jednak nie kwadracikiem, lecz całodobowym człowiekiem, który nie znika po prawidłowym wypełnieniu formularza.

To odkrycie bywa dla niektórych równie wstrząsające jak informacja, że kot z reklamy karmy nie gotuje obiadu.

Dziecko bowiem nie jest pakietem startowym rodzinnego szczęścia. Nie przychodzi z gwarancją spokojnego snu i numerem infolinii, na której konsultant powie:

- Proszę przytrzymać przycisk „drzemka” przez dziesięć sekund, a następnie zresetować trzylatka.

Nie jest też żywym medalem za prawidłowe wejście w dorosłość. Tym bardziej nie powinno być klejem do związku. A jednak wciąż można spotkać przekonanie, że para, która od trzech lat komunikuje się głównie za pomocą trzaskania szafkami, powinna „postarać się o dziecko”, gdyż potomek ich zbliży. Owszem, zbliży. Najczęściej o drugiej trzydzieści jeden, kiedy oboje pochylą się nad łóżeczkiem, próbując ustalić, kto tym razem obsługuje bąbelka. Nic tak nie cementuje małżeństwa jak wspólna bezsenność, kolka i dyskusja o tym, czy zdanie „przecież ty jesteś na macierzyńskim” można uznać za okoliczność łagodzącą podczas procesu karnego.

Dziecko nie jest żywicą epoksydową. Jeżeli związek przecieka przed jego narodzinami, po narodzinach może przeciekać nadal, tylko człowiek nie ma już czasu podstawić wiadra.

Kolejnym niezwykle szlachetnym powodem powoływania człowieka do życia jest troska o pierwsze dziecko, które rzekomo „musi mieć rodzeństwo”. Według rodzinnej komisji do spraw cudzej płodności skazany jest bowiem na egoizm, samotność i nieumiejętność dzielenia się chrupkami. Należy więc wyprodukować mu brata lub siostrę, najlepiej szybko, żeby różnica wieku nie przeszkodziła im w jednoczesnym darciu się o ten sam plastikowy traktor.

Na forach można znaleźć historie osób, które zgodziły się na drugie dziecko głównie pod naciskiem partnera albo otoczenia, po czym odkryły, że rodzeństwo nie zawsze zostaje drużyną zgodnych aniołków z katalogu odzieży dziecięcej. Czasem zostaje po prostu dwojgiem osobnych ludzi, którzy mają odmienne charaktery, potrzeby i wyjątkowo zbieżne zainteresowanie ostatnim naleśnikiem.

Rodzeństwo może być wielkim darem. Może być również osobą, której przez piętnaście lat pożyczamy bluzki bez pytania, a przez następne trzydzieści kłócimy się o podział porcelany po babci. Nie warto więc powoływać człowieka do istnienia wyłącznie po to, żeby pierwszy człowiek miał towarzystwo. Od towarzystwa są jeszcze rówieśnicy, kuzyni, pies i zajęcia z ceramiki. Żadne z nich nie wymaga porodu.

Idźmy dalej... Nieśmiertelnym argumentem pozostaje oczywiście:

- A kto ci poda szklankę wody na starość?

Ach, ta szklanka wody! Święty Graal polskiej prokreacji. Człowiek ma wychowywać potomka przez ćwierć wieku, ponieść koszty liczone w setkach tysięcy złotych, przeżyć ząbkowanie, ospę, wywiadówki i dojrzewanie, aby w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat otrzymać dwieście mililitrów kranówki. To najdroższy abonament na nawodnienie w historii ludzkości.

Dzieci nie są prywatnym ubezpieczeniem opiekuńczym. Nie rodzą się z podpisaną umową, że w zamian za pieluchy, mleczko, kaszkę i korepetycje z matematyki będą przez ostatnie dwadzieścia lat życia rodzica pełnić funkcję pielęgniarki, kierowcy, psychologa i dostawcy mineralnej. W internetowych dyskusjach dorosłe dzieci często protestują przeciwko takiemu myśleniu, przypominając rzecz dość podstawową: to rodzice zdecydowali o ich narodzinach, nie odwrotnie.

Jeszcze bardziej fascynuje mnie argument, że dziecko „nadaje życiu sens”. Naturalnie może nadać. Podobnie jak miłość, praca, sztuka, nauka, pomaganie innym, hodowanie pomidorów, ratowanie jeży albo tropienie człowieka, który od tygodnia zostawia reklamówki ze śmieciami obok osiedlowego kontenera. Problem zaczyna się wtedy, gdy dorosły nie ma własnego sensu, więc produkuje sobie małego człowieka i wręcza mu etat sensodawcy.

- Jesteś całym moim światem - mówi później matka do córki, co w romantycznym opisie brzmi pięknie, lecz w praktyce oznacza, że córka nie może wyjechać na studia do Gdańska bez wywołania rodzinnego kataklizmu, gdyż cały świat matki właśnie pakuje skarpetki do walizki.

Dziecko nie powinno być lekarstwem na pustkę, samotność, niespełnione ambicje i inne fanaberie dorosłych. Nie jest również wersją demonstracyjną rodzica, którą można zaprogramować tak, by została pianistą, lekarzem albo skoczkiem narciarskim, ponieważ tatuś w dzieciństwie miał słabe kolana, a mamusi zabrakło słuchu.

Na forach rodzice opisują innych rodziców, którzy próbują wtłoczyć dzieci w przygotowane wcześniej szablony, realizując za ich pomocą własne marzenia. Dziecko ma osiągać wyniki, zdobywać medale i rozwijać talenty, najlepiej jednocześnie, bo przecież grafik między angielskim, robotyką a tenisem ma jeszcze trzydzieści siedem minut luzu.

Potem dwunastolatek jest zmęczony jak górnik po nocnej zmianie, a rodzic mówi:

- Nie wiem, po kim on taki nerwowy.

Być może po kalendarzu Google...

Nie znaczy to oczywiście, że rodzicielstwo jest wyłącznie pasmem nieszczęść, podczas którego dorośli brodzą po kolana w klockach Lego, a ich dawna osobowość odchodzi w siną dal, machając im z autobusu. Wielu rodziców opisuje ogromną miłość, radość i satysfakcję, podkreślając jednak, że sami chcieli dzieci i byli psychicznie przygotowani na zmianę życia. I właśnie w tym tkwi sedno.

Nie róbmy z rodzicielstwa piekła, a bezdzietności nie przedstawiajmy jako nieustanne popijanie prosecco na Malediwach w białym szlafroku. Ludzie bez dzieci również mają kredyty, hemoroidy, chore koty, starzejących się rodziców i sąsiada, który wierci w niedzielę o siódmej rano. Brak dziecka nie zamienia życia w folder biura podróży. Podobnie jak jego posiadanie nie zamienia automatycznie człowieka w świętą istotę o głębokiej duszy, która odnalazła prawdę o wszechświecie między sterylizatorem a koszem na pieluchy.

Niewygodna prawda jest jednak taka, że niektórzy rodzice żałują swojej decyzji. W dwóch polskich badaniach żal z powodu rodzicielstwa deklarowało około 10,7 i 13,6 procent badanych. Wiązał się on między innymi z wypaleniem rodzicielskim, podatnością na ocenę społeczną, trudną sytuacją życiową oraz gorszym zdrowiem psychicznym i fizycznym.

Można kochać własne dziecko i jednocześnie żałować, że zostało się rodzicem. Te dwa uczucia nie wykluczają się bardziej niż miłość do kogoś i pragnienie, by przestał wreszcie mlaskać. Internetowe wyznania pokazują ludzi, którzy troszczą się o swoje dzieci, dbają o nie i nie zamierzają ich porzucać, ale gdyby mogli cofnąć czas, podjęliby inną decyzję.

Społeczeństwo nie chce tego słyszeć, ponieważ rodzicielstwo ma być krainą wiecznej szczęśliwości, w której pachnące niemowlę uśmiecha się z bawełnianego kocyka, matka ma delikatny makijaż, a ojciec w lnianej koszuli czule podaje butelkę. Nikt nie pokazuje, że pięć minut wcześniej matka płakała w łazience, ojciec szukał w internecie informacji, czy można umrzeć od niewyspania, a niemowlę zwymiotowało na psa.

Rodzicielstwo może być cudowne. Ale „może” nie znaczy „musi”, „zawsze” ani „dla każdego”. Sama zdolność do rozmnażania nie jest kwalifikacją wychowawczą. Plemnik nie jest certyfikatem kompetencji, owulacja nie zastępuje dojrzałości, a pozytywny test ciążowy nie instaluje automatycznie cierpliwości, empatii i umiejętności stawiania cudzych potrzeb ponad własnym ego.

Oczywiście nikt nie jest idealnie przygotowany. Nie istnieje rodzic, który przed narodzinami dziecka ukończył wszystkie możliwe kursy, uporządkował każdą traumę, zabezpieczył finanse do 2074 roku i osiągnął buddyjskie panowanie nad sobą podczas wylewania kakao na świeżo upraną kanapę.

Nie trzeba być idealnym.

Trzeba jednak naprawdę chcieć podjąć tę rolę. Nie dla babci. Nie dla partnera. Nie dla związku. Nie dla nazwiska, zegara, społeczeństwa, Instagrama ani przyszłej szklanki wody.

Dlatego na pytanie: „Czy każdy powinien zostać rodzicem?” odpowiedź brzmi: Absolutnie nie. 

Każde dziecko zasługuje na rodzica, który naprawdę chciał zostać rodzicem. Ale żaden dorosły nie ma obowiązku tworzyć dziecka tylko dlatego, że ciocia spojrzała znacząco znad półmiska z jajkami w majonezie.

środa, 4 lutego 2026

Matka Polka, czyli jak zostać dyktatorem w kapciach...

Bywają w życiu role, które człowiek przyjmuje z godnością: kierowca w korku, klient w urzędzie, petent w kolejce po sens istnienia. I jest też rola Matki Polki. Rola tak potężna, że mogłaby mieć własną rubrykę w dowodzie osobistym. Nie „mam dziecko”, tylko: sprawuję władzę. Nie „urodziłam”, tylko: zostałam namaszczona. I to namaszczenie potrafi robić z mózgiem rzeczy, przy których instrukcja obsługi miksera wygląda jak literatura piękna.

Uprzedzam: nie każda matka przechodzi metamorfozę w stronę „Wielkiego Inkwizytora Drzemki”. Wiele kobiet zostaje przy zdrowych zmysłach, nie zmienia się im osobowość w mobilny regulamin BHP, nie wyrasta im trzecie oko do skanowania otoczenia pod kątem zagrożeń typu: łyżeczka dotknęła talerza i wygenerowała hałas. Są matki normalne: śmieją się, oddychają, mają zdanie, a nie tylko listę zakazów. Ale są też te drugie – matki, które rodzą dziecko i razem z nim na świat przychodzą: święta cisza, święty spokój oraz święta racja Matki.

Miałam okazję obcować z Matką Polką terrorystką. Na wyposażeniu: niemowlę w wieku „jeszcze nie mówi, ale już rządzi” oraz mina, którą dałoby się kroić w plastry i sprzedawać jako przysmak dla wampirów. Dziecko kilkumiesięczne, a z psychologii manipulacji mogłoby prowadzić szkolenia dla zarządu. Taki mały człowiek, a już potrafi uruchamiać w rodzicach najstarszą technikę świata: szantaż emocjonalny. W wersji premium, bo z płaczem, bez argumentów i bez trybu odwoławczego.

I teraz pewnie ktoś uniesie brew: „Co ty możesz wiedzieć o macierzyństwie, skoro nie masz dzieci?”. Otóż tyle, ile wie każdy, kto stał kiedyś obok: żeby zauważyć absurd, nie trzeba być pilotem – wystarczy widzieć, że samolot leci do góry nogami, bo kapitan ma „własne metody”. Zresztą, logika jest jak pogoda: nie musisz jej produkować, żeby zauważyć, że nagle spadł grad.

Matka terrorystka miała żądania. Nie prośby. Żądania. Najważniejsze: cisza absolutna, bo Dzidzia śpi. Cisza taka, jakbyśmy przenieśli się do muzeum, gdzie eksponatem jest drzemka, a przewodnikiem – groźne spojrzenie. Nagle człowiek odkrywa, że widelec może być narzędziem zbrodni, a talerz – instrumentem perkusyjnym wymagającym natychmiastowej konfiskaty. Śniadanie zamienia się w balet pantomimy: każdy ruch sztućcem trzeba konsultować z sumieniem.

Tymczasem świat – ten bezczelny, głośny i najwyraźniej nieprzystosowany do drzemek – ma w zwyczaju… istnieć. A istniejąc, wydaje dźwięki. Dziecko prędzej czy później spotka autobus, klakson, wiertarkę sąsiada, psa, który uważa, że jego misją jest komentowanie wszystkiego, i ludzi, którzy śmieją się bez konsultacji z Matką. Jeśli niemowlę ma wejść w życie, to chyba lepiej, żeby poznało decybele wcześniej niż w wieku lat piętnastu, kiedy na pierwszej imprezie szkolnej dozna olśnienia i zrozumie, że świat nie został zaprojektowany przez dział „Rodzicielstwo i Lęk”.

Najbardziej wzruszający w tej operze jest jednak małżonek. Biedny Tatuś – człowiek, który jeszcze niedawno mógł mieć imię, hobby i godność. Teraz jest głównie funkcją. Jak czajnik: ma być, stać, działać, nie pytać. Na każde skinienie Matki Polki powinien pozostawać w pełnej gotowości bojowej, najlepiej w pozycji „na baczność, z chusteczką”. Staje się osobistym lokajem Jej Wysokości i małego księcia, który jeszcze nie umie chodzić, ale już wie, że wystarczy odpowiednio modulować płacz, a dwór się zbiegnie.

A tu robi się jeszcze ciekawiej, bo Matka terrorystka ma teorię o tatusiach: tatuś się nie nadaje do usypiania. Nie zrozumcie mnie źle – nie że ma dwie lewe ręce. Po prostu jego istnienie nie ma certyfikatu. Tylko Ona, Matka przez wielkie M, potrafi „odpowiedzialnie” ululać dziecko. Ona ma ręce, w których jest tajemna moc, jakby karmiła nie mlekiem, tylko magią. A jednocześnie potrafi z wyrzutem powiedzieć: „Ty się w ogóle nie interesujesz dzieckiem”. Czyli: masz być obecny, ale tak, żeby nie przeszkadzać. Masz działać, ale nie po swojemu. Masz pomagać, ale w sposób niewidoczny, cichy i najlepiej telepatyczny.

To jest to słynne koło absurdu: oboje biegają jak chomiki, tylko że chomiki mają kołowrotek, a tu jest niemowlę dyrygujące za pomocą płaczu. Jasne: dziecko wywraca świat do góry nogami. Pytanie brzmi, czy dorośli muszą udawać, że to nowa konstytucja i nie ma od niej odstępstw.

Jest jeszcze jedna rzecz, której Matka terrorystka nie widzi: w jej narracji wszystko jest usprawiedliwione. Każdy zakaz to „dla dobra dziecka”, każda kontrola to „troska”, każda groźna mina to „zmęczenie”. A słowa „bo ja jestem matką” działają jak immunitet – społeczny i absolutny.

Tymczasem ktoś kiedyś mądrze powiedział (i to jest jedna z tych mądrości, które mają więcej sensu niż cała literatura poradnikowa): w wychowaniu dziecka trzeba czasem być nastawionym na siebie. Trzeba mieć kawałek życia, który nie jest listą zadań, drzemek i temperatur mleka. Trzeba mieć przyjemności, rozmowy, spacery bez liczenia pieluch, chwilę, w której jesteś człowiekiem, a nie robotem do obsługi potrzeb. Bo inaczej dziecko rośnie w domu pełnym frustracji, a rodzice zamieniają się w maszynę: działa, ale nie żyje. I wtedy – zupełnie zgodnie z prawami psychologii i dojrzewania – nastolatek pewnego dnia weźmie ten cały „poświęcony trud” i odda go rodzicom w formie komentarza. Pięknego, kwiecistego, niecenzuralnego. Takiego, po którym matka może poczuć, że cisza absolutna była jednak luksusem.

Może więc – zanim mózg zamieni się w papkę podporządkowaną dziecku, zanim w domu wprowadzi się stan wyjątkowy i zakaz używania widelców – warto sobie zadać proste pytanie: czy ja wychowuję dziecko, czy dziecko tresuje mnie? Czy moje macierzyństwo jest relacją, czy systemem politycznym? Czy w tym domu można się śmiać, czy śmiech budzi Dzidziusia? Czy mój partner jest człowiekiem, czy dodatkiem do wózka?

Bo Matka Polka nie musi być terrorystką. Może być kobietą, która ma dziecko – i nadal ma siebie. Może dbać o malucha i jednocześnie nie robić z otoczenia muzeum ciszy. Może pozwolić tatusiowi być ojcem, a nie pomocnikiem do zadań pobocznych. Może zaakceptować, że świat jest głośny, a dziecko nie jest porcelanową figurką, tylko człowiekiem w miniaturze, który musi nauczyć się funkcjonować w rzeczywistości, nie pod kloszem.

A jeśli mimo wszystko ktoś bardzo pragnie ciszy absolutnej… polecam bibliotekę. Albo klasztor. Cisza absolutna bywa piękna. Tylko że w rodzinie zwykle oznacza, że wszyscy już chodzą na palcach – i nikt nie wie po co.

środa, 24 grudnia 2025

Rodzinne spotkanie przy kontrolowanej dawce cudu...

W grudniu miasto zachowywało się podejrzanie grzecznie. Jakby wiedziało, że jest obserwowane przez kalendarz. Chodniki skrzypiały pod butami niczym stare kości tradycji, a w powietrzu unosił się zapach choinek, mandarynek i lekkiej paniki. Tej samej, która każe ludziom mówić: „w tym roku bez prezentów”, po czym kupować je w ilościach hurtowych.

Bohater tej opowieści, nazwijmy go Aleksandrem (bo dorosłość polega m.in. na tym, że ma się na imię jak bohater powieści, a czuje jak statysta), stał w kolejce po karpia. Karp był martwy, lecz cieszył się większym zainteresowaniem niż on sam na portalach randkowych. Aleksander uznał to za znak czasów. Przed nim mężczyzna negocjował z rybą cenę spojrzeniem, za nim starsza pani opowiadała historię swojego życia, cofając się do czasów, gdy karp był jeszcze młody.

W domu czekał stół — solidny, doświadczony, pamiętający czasy, gdy rozmowy przy nim kończyły się kłótnią o politykę, a nie o gluten. Aleksander ubierał choinkę z namaszczeniem archeologa. Każda bombka była reliktem: tu firmowa impreza, po której „już nigdy”; tam wakacyjna miłość, która nie przetrwała kontaktu z listopadem; gdzie indziej aniołek, który stracił skrzydło w 2009 roku i od tamtej pory symbolizował budżet domowy.

Rodzina przybyła punktualnie według własnej strefy czasowej. Wraz z nią wkroczyły pytania „i co u ciebie?”, zadawane z miną mówiącą „ale szybko, bo barszcz stygnie”. Były życzenia zdrowia od osób, które brzmiały jakby kaszlały alfabetem Morse’a, i prezenty, które wymagały wyjaśnienia. Najdłuższe. Z użyciem gestów.

A potem — jak co roku — wydarzył się cud. Ktoś zaśmiał się szczerze, nie ironicznie. Ktoś przyznał, że jest zmęczony, zamiast mówić, że „wszystko gra”. Barszcz wyszedł idealny: taki, który nie rozwiązuje problemów świata, ale sprawia, że świat na chwilę przestaje ich wymagać. Nawet karp zdawał się patrzeć z talerza z pewnym zrozumieniem.

Aleksander pomyślał wtedy, że Boże Narodzenie to jedyny moment w roku, kiedy dorośli pozwalają sobie być nie do końca dorosłymi. Kiedy ironia odpoczywa, ambicje milkną, a człowiek siedzi przy stole i myśli: „może nie jest idealnie, ale jest… dobrze”. I dokładnie o to chodzi.

I kiedy już opłatek skruszał w palcach, a rozmowy zeszły z wielkich planów na małe nadzieje, przyszła pora na życzenia — te prawdziwe, niewypolerowane.

Niech te Święta będą dla Was jak dobrze napisana powieść:
z humorem, który ratuje w trudnych rozdziałach,
z ironią, która nie rani, i z czułością, która zostaje
na marginesach długo po ostatniej stronie.
Niech będzie Wam dane ciepło — nie tylko z kaloryfera,
spokój — nie tylko na trzy dni,
i bliskość — taka, która nie potrzebuje instrukcji obsługi.
A jeśli Nowy Rok przyniesie niespodzianki,
niech będą one dopasowane do Waszych potrzeb i oczekiwań.
Wesołych, mądrych i naprawdę Waszych Świąt.

wtorek, 22 grudnia 2020

Gdyby Święta mogły mówić...

Gdyby Święta mogły mówić…

Zapytałyby: Czy warto się tak gubić...?

W galeriach, wśród regałów sklepowych?

Gnać z obłędem po drogach krajowych?

Patrzeć wilkiem na sąsiada z bloku,

któremu finansowego nie dotrzymujemy kroku?

Pomstować na tkwienie w kuchni od świtu,

by naprodukować świątecznych potraw bez liku?

Wyrzucać wory jedzenia po świętach?

Stara lodówka takiego wypasu nie pamięta…

Karmić się pozorami i świętami z banerów reklamowych,

bo inne są nieatrakcyjne, wszyscy spragnieni kolorowych…

Gdzie tu miejsce na drugiego człowieka…?

Biedak stoi zahukany w kącie i czeka…

Aż ktoś go zauważy tak zwyczajnie, 

i w myśli swe egoistyczne przygarnie… 

Zapatrzeni tylko w wypasione EGO,

nie mamy w sobie nic świątecznego…


Magicznego Bożego Narodzenia Wam życzę,

spojrzenia na siebie i innych inaczej niż do tej pory,

miłości i zdrowia, bo to w życiu najważniejsze,

więcej szczerości i odwagi, by mówić prawdę,

mniej egoizmu zakrzykującego dobro, 

które jeszcze zostało i czeka na lepsze czasy...

Wesołych Świąt!


Grafika: evedaff