Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wigilia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wigilia. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 grudnia 2025

Rodzinne spotkanie przy kontrolowanej dawce cudu...

W grudniu miasto zachowywało się podejrzanie grzecznie. Jakby wiedziało, że jest obserwowane przez kalendarz. Chodniki skrzypiały pod butami niczym stare kości tradycji, a w powietrzu unosił się zapach choinek, mandarynek i lekkiej paniki. Tej samej, która każe ludziom mówić: „w tym roku bez prezentów”, po czym kupować je w ilościach hurtowych.

Bohater tej opowieści, nazwijmy go Aleksandrem (bo dorosłość polega m.in. na tym, że ma się na imię jak bohater powieści, a czuje jak statysta), stał w kolejce po karpia. Karp był martwy, lecz cieszył się większym zainteresowaniem niż on sam na portalach randkowych. Aleksander uznał to za znak czasów. Przed nim mężczyzna negocjował z rybą cenę spojrzeniem, za nim starsza pani opowiadała historię swojego życia, cofając się do czasów, gdy karp był jeszcze młody.

W domu czekał stół — solidny, doświadczony, pamiętający czasy, gdy rozmowy przy nim kończyły się kłótnią o politykę, a nie o gluten. Aleksander ubierał choinkę z namaszczeniem archeologa. Każda bombka była reliktem: tu firmowa impreza, po której „już nigdy”; tam wakacyjna miłość, która nie przetrwała kontaktu z listopadem; gdzie indziej aniołek, który stracił skrzydło w 2009 roku i od tamtej pory symbolizował budżet domowy.

Rodzina przybyła punktualnie według własnej strefy czasowej. Wraz z nią wkroczyły pytania „i co u ciebie?”, zadawane z miną mówiącą „ale szybko, bo barszcz stygnie”. Były życzenia zdrowia od osób, które brzmiały jakby kaszlały alfabetem Morse’a, i prezenty, które wymagały wyjaśnienia. Najdłuższe. Z użyciem gestów.

A potem — jak co roku — wydarzył się cud. Ktoś zaśmiał się szczerze, nie ironicznie. Ktoś przyznał, że jest zmęczony, zamiast mówić, że „wszystko gra”. Barszcz wyszedł idealny: taki, który nie rozwiązuje problemów świata, ale sprawia, że świat na chwilę przestaje ich wymagać. Nawet karp zdawał się patrzeć z talerza z pewnym zrozumieniem.

Aleksander pomyślał wtedy, że Boże Narodzenie to jedyny moment w roku, kiedy dorośli pozwalają sobie być nie do końca dorosłymi. Kiedy ironia odpoczywa, ambicje milkną, a człowiek siedzi przy stole i myśli: „może nie jest idealnie, ale jest… dobrze”. I dokładnie o to chodzi.

I kiedy już opłatek skruszał w palcach, a rozmowy zeszły z wielkich planów na małe nadzieje, przyszła pora na życzenia — te prawdziwe, niewypolerowane.

Niech te Święta będą dla Was jak dobrze napisana powieść:
z humorem, który ratuje w trudnych rozdziałach,
z ironią, która nie rani, i z czułością, która zostaje
na marginesach długo po ostatniej stronie.
Niech będzie Wam dane ciepło — nie tylko z kaloryfera,
spokój — nie tylko na trzy dni,
i bliskość — taka, która nie potrzebuje instrukcji obsługi.
A jeśli Nowy Rok przyniesie niespodzianki,
niech będą one dopasowane do Waszych potrzeb i oczekiwań.
Wesołych, mądrych i naprawdę Waszych Świąt.

środa, 17 grudnia 2025

12 pierogów i jeden cud...

— Marek, czy ty wiesz, że Wigilia jest dzisiaj?! — głos Asi w telefonie brzmiał jak syrena alarmowa, która nie tyle ostrzega, co już oskarża.

Marek stał w kolejce do kasy. Przed nim choinka z krzywym czubkiem, za nim człowiek z karpiem patrzącym w wieczność. Święta przyszły nagle. Jak zawsze.

— Oczywiście, że wiem… tylko zapomniałem — odpowiedział spokojnie.

— Ty zawsze coś „zapominasz”. Ojca, prezentów, rozmów, emocji…

— Ale karpia mam.

— Gratuluję. Ojciec karpia nie przytuli.

Rozłączyła się. Marek spojrzał na karpia. Karp spojrzał na Marka. Byli na tym samym etapie egzystencjalnego pogodzenia.

W domu czekała już mała domowa apokalipsa w wersji świątecznej. W powietrzu unosił się zapach mąki, barszczu i rodzinnych pretensji podgrzewanych od kilku pokoleń.

— Kto mi ukradł wałek?! — ryknęła babcia z kuchni, w fartuchu dowódcy.

— To nie był wałek, tylko narzędzie tortur — mruknął ojciec, obejrzawszy swoje dłonie po kolejnej turze lepienia pierogów.

Asia siedziała na blacie, obierała pomarańcze i rozsypywała wokół siebie zapach dzieciństwa.

— Marek, pocałuj mnie na dzień dobry, zanim wszyscy zwariujemy.

Pocałował.

— Cud! — krzyknęła babcia. — On żyje emocjonalnie!

Do drzwi zapukał pan Zbyszek, sąsiad od wiecznych „chwileczek”. Miał minę człowieka, który wyszedł tylko po sól, a wróci po Nowym Roku.

— Przyniosłem śledzia. I żonę. Żona w trybie oszczędzania energii, proszę obchodzić się delikatnie.

Za nim rzeczywiście pojawiła się żona — drobna, w szalu owiniętym jak kokon, uśmiechnęła się nieśmiało i skinęła głową, jakby mówiła: potwierdzam, dziś tylko na niskich obrotach.

Zza jego pleców wyłoniła się wtedy niespodziewanie pani Krysia z klatki obok, w swetrze z reniferem tak wielkim, że wyglądał, jakby chciał przejąć mieszkanie.

— Przyniosłam makowiec. I dobrą nowinę.

— Jaką? — zapytał ojciec.

— Że żyjemy. Reszta to dodatki.

Stół rósł. Naprawdę rósł. Jak zaczarowany mebel z dziecięcej bajki. Dochodziły kolejne talerze, krzesła, ludzie i historie. Ktoś przyniósł barszcz, ktoś opowieść o złamanym sercu, ktoś tylko śmiech, który nagle zaczął się rozchodzić po domu jak ciepło od kaloryfera.

Nawet pies sąsiadów znalazł miejsce pod stołem i też postanowił świętować po swojemu, najwyraźniej uznając, że to najlepsze miejsce na obserwację cudów.

— No dobra — powiedziała babcia, łamiąc opłatek z miną polityka wygłaszającego mowę narodu. — Życzmy sobie mądrze. Bez banałów.

— Ja chcę spokoju — mruknął ojciec.

— Ja szczęścia — powiedziała cicho Asia, już mniej zaczepnie, bardziej prawdziwie.

— Ja, żeby Marek w końcu dorósł — dorzucił pan Zbyszek.

— A ja — odezwała się pani Krysia, poprawiając reniferowy róg na swetrze — żebyśmy za rok znowu byli nieidealni. Bo idealni ludzie się nie śmieją.

Cisza rozlała się po stole. Taka dobra. Ciężka od wzruszeń, ale miękka jak światło świec.

Marek spojrzał na nich wszystkich: na dłonie w mące, na oczy błyszczące od śmiechu, na serca w rozsypce, które jakimś cudem nadal trzymają się razem. I wtedy zrozumiał, że Boże Narodzenie nie zawsze przychodzi z nieba. Czasem przychodzi z kuchni. Z klatki schodowej. Z czyjegoś podobieństwa do naszego chaosu.

— Wiecie co? — powiedział cicho. — Ja wam życzę odwagi. Takiej, która pozwala zostać dobrym, nawet gdy świat wcale tego nie ułatwia.

— Ooo, filozof nam się włączył — prychnęła Asia.

— To przez karpia — westchnęła babcia. — On zawsze działa refleksyjnie.

Śmiali się długo. Po szybach powoli spływała zima. W kubkach parowała herbata. W sercach coś się rozwiązywało, prostowało, zaczynało od nowa.

I choć nikt nie zobaczył anioła, wszyscy wiedzieli jedno: Cud się wydarzył. Bo znowu byli razem.

"Nie chodzi o to, by świat był idealny. Chodzi o to, byśmy czasem byli dla siebie wystarczający."

środa, 10 grudnia 2025

Święta na sterydach, czyli jak nie zdążyć przed Wigilią...

Grudzień nie nadchodzi. Grudzień spada z impetem, jak sanie Mikołaja bez hamulców. Jeszcze wczoraj człowiek był zwyczajnie zmęczony życiem, a dziś już ma obowiązek być radosny, pachnieć piernikiem, mieć czyste okna i magiczne wnętrza. Nagle wszyscy muszą. Muszą kupić. Muszą posprzątać. Muszą się wzruszyć. Muszą być Merry. Choćby ich od środka skręcało.

Sklepy pękają jak dojrzałe granaty. Koszyki walczą o przetrwanie, ludzie taranują drogę pomidorami z promocji i karpiem z lokalnej hodowli, a ja jak co roku naiwnie sądzę, że „pójście rano” po proste, spożywcze zakupy uratuje mnie przed tłumem. Nie ratuje. Rano tłum też jest. I to w wersji bojowej. Wersja bojowa ma w oczach szał, w rękach promocje, a w sercu kredyt.

Parking pod marketem wygląda jak zlot tajnych agentów motoryzacji. Cały rok obłożenie marne lub średnie, a w grudniu – proszę – wszyscy nagle przypominają sobie, że mają cztery kółka i potrzebę intensywnego parkowania  na przykład na dwóch miejscach naraz. Gdzie te samochody są przez resztę roku? Zakopane pod ziemią? Przechowywane w słoikach?

Wyprzedaże omijam jak miejsca skażone. Nie będę się bić o sweter, który jeszcze wczoraj był brzydki, a dziś – dzięki czerwonej kartce z napisem „-50%” – nagle stał się towarem pierwszej potrzeby. Wyrosłam z kolekcjonowania takich okazji. 

A sprzątanie… Sprzątanie to jest osobna religia. Misterium szorowania, kult czystej szyby, sekta wybłyszczonej lodówki. Nagle każdy detal w domu zostaje oskarżony o współpracę z brudem. Szafki kuchenne patrzą na mnie złośliwie, dokładnie wiedząc, że plan „ogarnę je przed świętami” jest równie realny jak mój debiut baletowy. W środku czai się archeologia: talerze z różnych epok, pokrywki bez garnków, garnki bez sensu, szklanki po wszystkim. Rusz to – a runie.

Najgorsze nie jest jednak to obłąkańcze bieganie. Najgorsze jest to zbiorowe udawanie. Że to wszystko jest takie piękne. Takie ważne. Takie jedyne w swoim rodzaju. A ja mam coraz częściej wrażenie, że ta magia gdzieś się wyprowadziła – pewnie w lipcu, gdy w markecie pojawiły się pierwsze bombki.

Pamiętam święta, kiedy czekało się na zapach pomarańczy jak na cud objawienia, a jedna mandarynka potrafiła wywołać ekstazę porównywalną z wygraną w totolotka. Prezenty były skromne, ale człowiek kochał je jak skarby narodowe. Śnieg był biały, ręce zmarznięte, kolana wiecznie mokre, a radość – bez promocji. I nikt nie miał presji, żeby być szczęśliwym na zawołanie.

Dziś szczęście jest w pakiecie świątecznym: stosowna ilość dań na stole, instagramiarskie dekoracje, zapas pożywienia na apokalipsę i obowiązkowy uśmiech do zdjęcia. A potem wszyscy patrzą w te telefony przy stole, jakby tam właśnie miała się objawić prawdziwa gwiazda betlejemska.

Czasem łapię się na tym, że brzmię jak własna babcia w wersji HD. „Kiedyś to było…” – i przewracam oczami. Ale coś w tym „kiedyś” jest, bo dzisiaj w tym całym blasku lampek dziwnie dużo zmęczenia, nerwów i jakiejś takiej chorej ambicji, by święta wygrać.

Więc ja chyba w tym roku wygrać nie zamierzam. Nie będę mistrzynią porządku, nie zdobędę złota w zakupach, nie ulepię perfekcyjnej magii. Usiądę z bliskimi, wypiję coś ciepłego i pozwolę sobie na luksus bycia nieidealnie świąteczną.

Bez szału. Bez presji. Bez dzwonków na sterydach.

Bo jeśli magia ma jeszcze wrócić, to raczej po cichu. A nie w promocji.

wtorek, 22 grudnia 2020

Gdyby Święta mogły mówić...

Gdyby Święta mogły mówić…

Zapytałyby: Czy warto się tak gubić...?

W galeriach, wśród regałów sklepowych?

Gnać z obłędem po drogach krajowych?

Patrzeć wilkiem na sąsiada z bloku,

któremu finansowego nie dotrzymujemy kroku?

Pomstować na tkwienie w kuchni od świtu,

by naprodukować świątecznych potraw bez liku?

Wyrzucać wory jedzenia po świętach?

Stara lodówka takiego wypasu nie pamięta…

Karmić się pozorami i świętami z banerów reklamowych,

bo inne są nieatrakcyjne, wszyscy spragnieni kolorowych…

Gdzie tu miejsce na drugiego człowieka…?

Biedak stoi zahukany w kącie i czeka…

Aż ktoś go zauważy tak zwyczajnie, 

i w myśli swe egoistyczne przygarnie… 

Zapatrzeni tylko w wypasione EGO,

nie mamy w sobie nic świątecznego…


Magicznego Bożego Narodzenia Wam życzę,

spojrzenia na siebie i innych inaczej niż do tej pory,

miłości i zdrowia, bo to w życiu najważniejsze,

więcej szczerości i odwagi, by mówić prawdę,

mniej egoizmu zakrzykującego dobro, 

które jeszcze zostało i czeka na lepsze czasy...

Wesołych Świąt!


Grafika: evedaff

czwartek, 24 grudnia 2015

Ewka i jej drugie dno ;)

Grafika: www.kevintaylorart.com

24 grudnia - Dzień Raju, Wigilia, a poza tym, imieniny Ewy :) 
Wszystkim swoim imienniczkom życzę odnalezienia prawdziwego Raju w życiu :)

Natomiast czytelnikom Kobietoskopu życzę Wesołych Świąt :) 

Niech magia Świąt Bożego Narodzenia 

ukryta w blasku gwiazd przypomina,
że czasem wystarczy tylko wypowiedzieć życzenie…

Spełnienia wszystkich świątecznych życzeń!



Garść informacji o imieniu Ewa:
(zaczerpnięte ze strony: www.ksiegaimion.com)

Znaczenie imienia Ewa
Ewa to odpowiedzialna i rozsądna kobieta, która posiada naturę pełną czułości i miłości. Niezwykle poświęca się w każdej pracy i przykłada do powierzanych jej obowiązków. Jest zdecydowaną realistką o wzniosłych ideałach. Bywa, iż wiele sił i czasu poświęca potrzebującym. Najczęściej kieruje się dobrem innych i najważniejsza jest dla niej radość dawania. Ceni sobie jednak swoją nietykalność, czy czasami wręcz samotność. Jest przy tym dość skryta i zdarza jej się zamykać w sobie. Pozostaje mimo to pewną siebie i zdecydowaną osobą. Nie lubi narzucać się ludziom, zawsze jednak jest gotowa służyć radą i pomocą. To wierna i prawdziwa przyjaciółka, na której można polegać w każdej sytuacji.

Pochodzenie imienia Ewa 
Ewa to imię pochodzenia hebrajskiego, od słów hajja (być) lub hawwa (wzięta od męża albo dająca życie). Według Biblii jest to imię pierwszej kobiety stworzonej z żebra Adama. Przypuszcza się również, że może ono pochodzić od imienia najwyższej bogini przedhebrajskich mieszkańców Kanaanu. W dawnych czasach imię to było źle widziane – ciążył na nim grzech pramatki Ewy, która złamała zakaz Boży.


Rodzina i miłość
Ponieważ Ewa poświęca się dla innych oraz bardzo przykłada do wykonywanej pracy – często nie ma czasu na zakładanie rodziny. Nie jest jednak z tego powodu nieszczęśliwa, rekompensują jej to wdzięczni podopieczni i oddani przyjaciele. Jeśli uda jej się stworzyć dom i zaufać wybrankowi, ujawni swą pełną czułości i miłości naturę. Należy pamiętać, iż częste przejawy zazdrości czy nawet zaborczości, wynikają u niej nie tyle z braku zaufania do bliskich, ile z chęci chronienia ich przed przewidywanym niebezpieczeństwem. Dla Ewy najważniejsza w uczuciach jest radość dawania – i tak jak w pracy, tak i w domu, daje z siebie wszystko.

Życie towarzyskie
Ewa nie jest osobą przesadnie towarzyską. Ceni sobie swoją nietykalność, czy wręcz samotność. Jest skryta i zdarza jej się zamykać w sobie. Ostro protestuje jedynie, gdy się z czymś nie zgadza bądź reaguje na czyjąś krzywdę. Ewa nie stara się błyszczeć wśród znajomych, raczej delikatnie zaznacza swoją obecność. Jest nieufna wobec ludzi skupiających na sobie uwagę innych. Jeśli ktoś pragnie prawdziwej przyjaźni, pełnej oddania, zaangażowania oraz trwającej na dobre i na złe – Ewa warta jest wyboru. Na niej można zawsze polegać, gdyż to zdecydowana altruistka, a jej działania napędza miłość do drugiego człowieka.

Praca i kariera zawodowa
Ewa to odpowiedzialna i rozsądna kobieta, do tego zdecydowana w swych działaniach i pewna siebie. Otoczenie może uważać, że wszystko przychodzi jej z łatwością i za cokolwiek się weźmie – to w mig wykona. Nic bardziej błędnego! Ewa niezwykle poświęca się każdej pracy i przykłada do wykonywanych działań. Tylko ona sama wie, ile trudu kosztuje ją stanięcie na wysokości zadania! Pomimo dobrej intuicji – nie kieruje się nią – woli utarte, sprawdzone rozwiązania niż ryzyko (nawet ryzyko przygody). Jest realistką o wzniosłych ideałach, dzięki mądrości i inteligencji osiąga znaczące sukcesy zawodowe. W swym postępowaniu ma na uwadze dobro innych, dlatego wymarzonymi miejscami zatrudnienia dla niej będzie szkoła lub szpital.

Predyspozycje zawodowe
Ewa spełni się jako nauczycielka, laborantka, lekarka, pielęgniarka, bizneswoman.

czwartek, 12 listopada 2015

Ja pierniczę! Ty pierniczysz! Rozpusta pełną gębą! ;)

Piernik z powidłami śliwkowymi i polewą czekoladową

Dawno nie było o ciastach :) No to biję czołem o posadzkę w ramach pokuty i śpieszę z przepisem na fantastyczny piernik z powidłami śliwkowymi i polewą czekoladową. To idealne ciasto na czas Świąt Bożego Narodzenia i nie tylko. Piernik jest aromatyczny, prosty do zrobienia - robiłam pierwszy raz i jestem nim zachwycona.

Inspirowałam się przepisem pochodzącym ze strony: http://www.kwestiasmaku.com

Składniki na ciasto:
125 g masła 
250 g brązowego cukru (może być zwykły)
3 łyżki miodu 
2 łyżki powideł śliwkowych 
4 łyżeczki przyprawy piernikowej 
1 łyżeczka cynamonu 
2 łyżki kakao 
2 łyżeczki sody oczyszczonej 
2 pełne łyżki kawy zbożowej (użyłam INKI) 
250 ml mleka 
2 jajka 
300 g mąki pszennej tortowej 

Do przełożenia piernika:
kilka łyżek powideł śliwkowych lub więcej - wedle uznania (w Biedronce są dobre powidła ze śliwek węgierek) 

Polewa: 
pół szklanki śmietany kremówki (30%-36%) 
100 g mlecznej czekolady 
1 łyżka kawy zbożowej INKI 
4 łyżki alkoholu (użyłam whisky o posmaku miodowym) 

Piekarnik nagrzałam do 1800C – grzanie góra i dół bez termoobiegu. W garnku, na małym ogniu, roztopiłam masło, następnie dodałam cukier i wymieszałam. Kolejno dołożyłam miód, powidła śliwkowe, przyprawę korzenną, cynamon i kakao. Podgrzewałam jeszcze minutkę na minimalnym ogniu cały czas mieszając. Gorącą masę zdjęłam z ognia, odczekałam minutę i dodałam kolejno sodę, kawę zbożową, mleko oraz roztrzepane jajka. Wszystko energicznie wymieszałam łyżką. Stopniowo dodawałam mąkę i mieszałam dalej, aż masa zrobiła się gładka – bez grudek z mąki. 
Masę wylałam do formy keksówki (o wymiarach 15 cm x 25 cm); nie smarowałam jej niczym, ponieważ ciasto do niej nie przywiera, ale można posmarować tłuszczem i obsypać np. mąką czy otrębami. Wstawiłam do piekarnika i piekłam około 60 minut (sprawdzałam patyczkiem czy się upiekło). Po upieczeniu wyjęłam z piekarnika, wystudziłam i przekroiłam na pół. Następnie przesmarowałam obydwie połówki powidłami śliwkowymi i skleiłam. Polewę zrobiłam następująco: w garnuszku zagotowałam śmietankę, odstawiłam z ognia, dodałam kawę i wymieszałam do rozpuszczenia; następnie dołożyłam połamaną na kawałeczki czekoladę i mieszałam aż całkowicie się rozpuści. Na koniec dodałam alkohol, ostudziłam polewę i wysmarowałam piernik.

Zdjęcia nie wyszły widowiskowo, ale ciemno było :)

Grafika: Eve Daff

piątek, 12 grudnia 2014

Przedświąteczny szał ciał, czyli opętani przez Merry Christmas...

Grafika: www.facebook.com

Zaczęło się… Wystartowali… Przedświąteczny szał ciał, szał macicy i nie tylko na ulicy, w sklepie, w domu… Raj dla zakupoholików, wszystkich perfekcyjnych pań domu, wyprzedażowiczek, okazjowiczek przedświątecznych i innych napalonych na Christmas time osobników. Patrząc na to, co się ostatnio dzieje na ulicach, w sklepach, w domach stwierdzam, że większość została zainfekowana wirusem świątecznego wariactwa. Dwa dni temu byłam przypadkiem w markecie w godzinach przedpołudniowych, myślę sobie – zrobię zakupy jak biały człowiek, ludzi nie będzie, spokojnie przetoczę się przez alejki sklepowe, ale gdzie tam… Już na parkingu zauważyłam, że ludzi jak mrówek… Niby wszyscy tyle pracują, zamęczeni, orają do późnej nocy w tych korporacjach, firmach, nauczycielom-nierobom zazdroszczą, że nic nie robią, a tu takie tłumy, o takiej porze – dziwne… 

Ruch na ulicach jest również mocno wzmożony, okazuje się, że polskie społeczeństwo ukrywa na co dzień swoje samochody… No właśnie gdzie? Zawsze mnie to zastanawia, gdzie oni wszyscy przechowują te swoje wehikuły? Z racji na to, że każdego dnia pokonuje do pracy około 15 km w auciku, zauważam to niesamowite poruszenie. I za każdym razem się zastanawiam, po co samochód komuś, kto go wyciąga kilka razy w roku, zapewne z garażu. 

Na atrakcje typu wyprzedaż czy coś w tym stylu to nawet nie idę, bo to nie na moje starcze nerwy – nie będę się przepychać, dociskać, przeciskać, ocierać w celu zdobycia gadżetu, którego zakup, po pewnym czasie, wyda mi się pozbawiony sensu. Ostatnio staram się myśleć, przez duże M, jak coś kupuję. Człowiek ma niesamowite zdolności do zaopatrywania się w produkty, z których, śmiem twierdzić, połowa jest mu niepotrzebna. Nie wspomnę tutaj o ciuchach, kosmetykach i innych dupinach. Dziś byłam w Lidlu, bo koszule dla kobiet, nie wymagające prasowania miały być… Jak się okazało wczoraj je wyłożyli na pastwę tłumu, a dziś to mogłam sobie po koszulach tylko miejscówki na półkach powąchać.

Sprzątanie przedświąteczne to osobna bajka, sąsiadki już od dwóch tygodni z wypiekami na twarzy szorują okna, piorą na potęgę i nie wiem, co tam jeszcze robią. Ja miałam ambitny plan wymycia, wyczyszczenia, odświeżenia szafek kuchennych, ale póki co, na planach się skończyło. Jak patrzę na te sterty nagromadzonych tam talerzy, talerzyków, szklanek, kubełków, kielichów, misek, miseczek, pokrywek, garnków itd. to mnie słabowitość ogarnia na myśl, że mam to wszystko przerzucać, myć, wycierać, polerować i układać od nowa. Nie cierpię tego!!! Muszę jakąś autohipnozę sobie zapodać mobilizującą w kierunku wypucowania szafek.

I tak to przedświąteczna atmosfera się zagęszcza, do świąt jeszcze trochę czasu, więc napięcie i ciśnienie na pewno jeszcze wzrośnie u niejednego. Cała magia tych świąt, gdzieś znika w produktach spożywczych, potrawach, prezentach, odświętnych kieckach i garniturach. Tylko dekoracje atakujące nas z każdego kąta natrętnie nie pozwalają nam zapomnieć o tym, że mamy być Merry Christmas! Dla mnie te święta, z roku na rok, stają się coraz bardziej pospolite, szare, nie ma już w nich tej prawdziwej gwiazdki migoczącej na nocnym niebie… Pamiętam Boże Narodzenie z dzieciństwa, kiedy człowiek czekał jak sęp na cudem zdobyte pomarańcze czy mandarynki, ślina ciekła do pasa na myśl o potrawach wigilijnych, a już na prezenty to się doczekać nie mógł i był w stanie przeszukać całe mieszkanie, przy każdej nadarzającej się okazji. I nie były to prezenty za niewiadomo jaką kasę – człowiek się cieszył z byle czego, bo w czasach PRL-u właściwie nic nie było i cokolwiek znalazło się pod choinką to stawało się najcudowniejszym świątecznym prezentem. Potem pośpiewał kolędy, pobuszował z dzieciarnią osiedlową w śniegu i cieszył się jak głupi, że do szkoły iść nie musi. Brzmię jak babulina opowiadająca o czasach drugiej wojny światowej – często się na tym przyłapuję… Jak byłam młodsza to słuchałam dziadkowych opowieści z zaciekawieniem, ale zawsze wydawało mi się to jakieś takie nierealne, a dziś sama tak mówię: za moich czasów… jak ja byłam w szkole… Brutalnie dociera do mnie wtedy fakt przemijania i upływu czasu…