Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lato. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lato. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lipca 2026

Letnia mina biologiczna, czyli natura też ma poczucie humoru ;)


Tekst inspirowany wieloletnim doświadczeniem autorki, która z pazernością ma relację długą, burzliwą i sezonowo odnawialną ;) 

Czereśnie to owoce, które udają wakacyjną przyjemność, a w rzeczywistości są sezonowym testem na chciwość, naiwność i odległość do najbliższej toalety. Leżą na straganie jak rubiny dla klasy średniej po wypłacie, błyszczą bezwstydnie, kosztują tyle, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy w cenie jest chociaż konsultacja z sadownikiem albo mały akt własności gałęzi, po czym i tak kupuje kilogram lub więcej, bo najwyraźniej rozsądek też ma sezon urlopowy. 

Czereśnia nie ma w sobie uczciwości niedojrzałego agrestu, który od razu wali po twarzy kwasem i mówi: „Będzie nieprzyjemnie, mała!”. Nie ma charakteru porzeczki, po której człowiek czuje, że obcuje z owocem wychowanym twardą ręką. Czereśnia udaje pluszową przekąskę dla ludzi w lnianych koszulach, po czym po cichu organizuje w brzuchu posiedzenie sztabu kryzysowego. Czereśnia to słodka cwaniara w czerwonym lakierze, owocowy odpowiednik osoby, która na początku randki mówi, że „nie lubi dram”, a po dwóch godzinach płacze w łazience i pisze do byłego.

Najpierw zjadasz jedną, oczywiście kontrolnie, bo przecież trzeba ocenić jakość towaru. Potem drugą, ponieważ pierwsza mogła być statystycznym wyjątkiem. Potem trzecią, ciemniejszą, bardziej obiecującą, z tym głupim ogonkiem sterczącym jak antenka nadająca sygnał: „No chodź, słodziaku!”. W pewnym momencie miska zaczyna pustoszeć szybciej niż konto po wizycie w aptece, a ty nadal udajesz, że to nie jest obżarstwo, tylko kontakt z naturą.

Najbardziej bezczelne w czereśniach jest to, że człowiek nie potrafi ich jeść normalnie. Nikt rozsądny nie siada przy stole i nie mówi: „Spożyję teraz dwanaście sztuk, a następnie zakończę czynność”. Nie. Czereśnie żre się w transie, półświadomie, z ręką pracującą jak taśma produkcyjna w zakładzie przetwórstwa głupoty. Pestki lądują w misce, ogonki na stole, sok na palcach, a w brzuchu powoli otwiera się oddział interwencyjny pod hasłem: „Kto wpuścił tę czerwoną hołotę?”.

Czereśnia, choć wygląda jak niewinne maleństwo z reklamy zdrowego lata, w większej ilości zachowuje się jak lokator, który najpierw mówi, że będzie cicho, a po północy wnosi perkusję, kuzyna z akordeonem i dmuchany basen. Fruktoza robi swoje, błonnik dokłada od siebie, sorbitol puka w rury, a jelita zaczynają dyskutować tak głośno, że człowiek przez chwilę sprawdza, czy przypadkiem nie połknął dożynkowej orkiestry dętej z Kraśnika Dolnego.

I wtedy, w szczycie tej biochemicznej farsy, przychodzi pomysł genialny jak zakup białych spodni na grilla: „Popiję wodą!”.

Życzliwe donoszę, że woda po czereśniach nie jest niewinnym napojem. To nie jest wsparcie trawienia ani elegancki gest człowieka dbającego o nawodnienie. To jest naciśnięcie wielkiego, czerwonego guzika z napisem: „Uruchom procedurę błotnego odrzutu”. Człowiek jeszcze siedzi, jeszcze próbuje wyglądać jak obywatel stabilny wewnętrznie, ale jego brzuch już drukuje bilety w jedną stronę, a łazienka nagle przestaje być pomieszczeniem sanitarnym i staje się strategicznym punktem ewakuacji ludności cywilnej.

Najgorsze, że czereśnie mają opinię porządnego owocu. Przy chipsach przynajmniej wiadomo, że podpisujesz cyrograf z tłuszczem i solą. Przy kebabie o pierwszej w nocy nikt nie udaje, że bierze udział w programie profilaktyki zdrowotnej. A czereśnie? Proszę bardzo: sezonowe, polskie, naturalne, pełne słońca, dzieciństwa i innych kłamstw, którymi człowiek smaruje sobie sumienie, gdy wciąga trzecią garść i zaczyna słyszeć w jelitach marsz wojsk pancernych.

Po wszystkim przychodzi etap refleksji, czyli siedzenie bez gwałtownych ruchów i składanie sobie obietnic, których nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien traktować poważnie. Że następnym razem mniej. Że tylko miseczka. Że bez popijania. Że człowiek dorósł, zrozumiał, wyciągnął wnioski i nie da się już zmanipulować owocowi wielkości kulki z łożyska wyjętego z maszyny, która pamięta jeszcze PGR.

Co jest najgorsze? Następnego dnia znowu przejdziesz obok straganu, zobaczysz te czerwone, wypolerowane małe prowokatorki i zamiast zachować resztki instynktu samozachowawczego, zapytasz o cenę takim tonem, jakby wczorajsze wydarzenia dotyczyły kogoś słabszego psychicznie, a incydenty defekacyjne stanowiły przypadkowy element egzystencji kobiety w wieku średnim ;)

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Babskie halucynacje letnią porą ;)

Grafika: www.wikipedia.pl

Tak mi się dziś przypomniały letnie miesiące i niesamowity gość, a raczej goście nawiedzający surfinie okupujące w ilościach hurtowych moje domostwo. Pewnego słonecznego dzionka siedziałam pod parasolem w swoim pokaźnych rozmiarów ogródeczku. Pokaźne rozmiary ograniczają się do kawałka ziemi o długości rzutu beretem, który to rzut wykonał pięciolatek lichego wzrostu. Ot taka fanaberia na małym osiedlu, że każdy sobie trochę gleby przysposobił, ogrodził i stworzył namiastkę uprawy roli w środku miasta. No więc, siedzę w tym moim magicznym ogródku, podziwiam kwiecie obficie zadomowione w donicach i oczom nie wierzę... Koliber! Prawdziwy koliber atakuje moje białe surfinie! Oczywiście jak na rasowego biologa zboczeńca przystało lecę podziwiać z bliska to cudo. No co jak co, ale koliber na Śląsku to atrakcja na skalę światową! Chyba, że to słońce wywołało halucynacje i taka wielkomiejska fatamorgana ogrodowa mi się ukazała? 
Niestety koliber zniknął tak szybko jak się pojawił, a we mnie została żądza sfotografowania tej atrakcji na skalę światową. Resztki rozumu uporczywie podpowiadały mi, że w Polsce nie ma kolibrów i raczej nikt z sąsiadów nie hoduje ich w domu, żeby mogły uciekać z klatek i bezczelnie hasać po cudzych ogródkach. Jak nic to halucynacje...
Wieczorem zabrałam się za podlewanie surfinii. Nagle coś przefrunęło koło mojej twarzy! Jest! Jest koliber! Dwa! Są dwa! Nie zastanawiam się ani chwili. Lecę jak poparzona po aparat i usiłuję uchwycić któregoś w kadrze. Szybkie i sprytne to bestie są i sporo zachodu kosztuje mnie zrobienie sensownej fotografii. Ale jak nie ja to kto?!? :) Z pełnym poświęceniem skacząc jak małpa i wykonując ruchy tak zwinne, że gepard mógłby mnie zaadoptować osiągam sukces fotograficzny. Mam! Mam własnego polskiego kolibra na zdjęciach! To nic, że ciemno! To nic, że prawie nogi połamałam! Zwierza zakadrowałam! Jakość fotografii pozostawia wiele do życzenia, ale działałam w ciemnościach, w dzikiej euforii i ledwo żywa z podniecenia biologicznego :)


Grafika: Eve Daff

Niestety po bliższych oględzinach fotografii i przemyśleniu szczegółów anatomicznych głównego bohatera zdjęć prawda okazała się nieco inna: to nie koliber, ale przepiękny motyl z rodziny zawisakowatych poruszający się jak koliber, którego wygląd wprowadza w błąd chyba każdego kto po raz pierwszy zobaczy tego owada. Owad zwie się fruczak gołąbek. Podobieństwo do kolibra jest niesamowite. Życzę Wam byście mogli któregoś lata na żywo doświadczyć spotkania z tym niezwykłym stworzeniem.  
To tyle tytułem letnich wspomnień, a halucynacje miewam niezależnie od pory roku ;)