Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lenistwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lenistwo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 października 2026

Dziś jestem leniwcem i proszę mnie nie szturchać, czyli sobota pod znakiem majestatycznego zwisu...

Sobota.

Syndrom piżamowca pospolitego dopadł mnie dziś z całą bezwzględnością i najwyraźniej nie zamierza odpuścić. Piżama przejęła władzę nad moim ciałem, umysłem oraz wszelkimi planami rozwojowymi - o ile takie w ogóle zaistniały. Włóczę się więc bez składu i ładu po chałupie, wykonując ruchy pozorowane między kuchnią, kanapą a łazienką i ze zdumieniem obserwuję, jak czas przecieka mi między palcami szybciej niż pieniądze po wypłacie.

Jest dopiero… właściwie już… nieważne która godzina. Mam niejasne przeczucie, że za chwilę ocknę się w niedzielę wieczorem z przysłowiową ręką w nocniku, stertą niewykonanych obowiązków i świadomością, że poniedziałek właśnie ostrzy sobie na mnie zęby.

Nic sensownego dziś nie zrobię. Już to wiem.

Przeprowadziłam nawet kilka poważnych rozmów sama ze sobą. Były argumenty, kontrargumenty, próby perswazji, drobny szantaż emocjonalny i wizja poniedziałkowego biegu do roboty z wywalonym jęzorem. Bez rezultatu. Organizm odmówił współpracy. Wyszło ze mnie prawdziwe dzikie zwierzę... Leniwiec. Brakuje mi tylko stosownej gałęzi, kawałka tropikalnego lasu oraz biologicznego przystosowania pozwalającego przeżyć kilka godzin bez konieczności robienia sobie herbaty. Mogłabym wtedy zawisnąć majestatycznie pod konarem, przyjąć minę istoty całkowicie pogodzonej z bezsensem ludzkiej gonitwy i zabijać wzrokiem liście „szalejące” na wietrze, którego nie ma. Od czasu do czasu przekręciłabym głowę. Powoli. Żeby się nie przemęczyć.

Miałam sprzątać. Oczywiście. Ubrania porzucane tu i ówdzie podczas minionego tygodnia zaczynają już tworzyć własne struktury społeczne. Te z krzesła patrzą na mnie z wyrzutem. Te z fotela najwyraźniej pogodziły się z losem. Jedna skarpeta od dwóch dni wystaje spod łóżka i sprawia wrażenie, jakby próbowała uciec. Wszystkie liczą na akt łaski. Szafa albo pralka. Nie jestem jednak dziś człowiekiem zdolnym do podejmowania tak doniosłych decyzji.

Po podłodze walają się tak zwane koty. Jeszcze nie miauczą, ale dajmy im czas. Jeśli dalej będę je ignorować, być może do jutra wykształcą układ nerwowy, zaczną reagować na imię i trzeba będzie kupować karmę.

Na stole nastąpiło natomiast cudowne rozmnożenie wszelakiej maści dupereli. Są papiery, paragony, gumki do włosów, długopisy, ładowarki, kubek, który nie pamięta już swojej pierwotnej funkcji, i kilka przedmiotów, o których pochodzeniu nie wiem absolutnie nic. Podejrzewam działalność sił nadprzyrodzonych. Nie ma przecież możliwości, żebym sama to wszystko tam położyła.

W zlewie Armagedon talerzowo-garczano-sztućcowy. Gdyby perfekcyjna pani domu weszła teraz do mojego mieszkania, zapewne najpierw zbladłaby, potem zrobiła znak krzyża, następnie zadzwoniła po odpowiednie służby, a na końcu zażądała dla mnie publicznej egzekucji ku przestrodze innych niewiast.

Moje poczucie estetyki, o dziwo, nie cierpi szczególnie. Od czasu do czasu tylko odzywa się mały wyrzut sumienia. Muszę dziada czymś ogłuszyć. Najlepiej słodkim. Czekolada ma tę cudowną właściwość, że po jej spożyciu wyrzuty sumienia nie znikają, ale człowiek przestaje się nimi szczególnie przejmować.

Zamierzałam też zrobić parę rzeczy papierzanych do roboty. Ale na tym polu moja piżama również wykazuje zdecydowany brak zainteresowania współpracą. Poza tym jest sobota. A kto przy zdrowych zmysłach produkuje papiery w sobotę? Papiery muszą dojrzeć. Leżą więc cierpliwie i czekają na lepsze czasy albo na pojawienie się znanego od wieków systemu motywacyjnego zwanego nożem na gardle. Jest to metoda niezwykle skuteczna. Nagle człowiek odkrywa w sobie pokłady energii, o których istnieniu wcześniej nie miał pojęcia, potrafi wykonać trzydniową robotę w dwie godziny i jeszcze zrobić sobie kawę. Na razie jednak nóż znajduje się gdzieś daleko. Możliwe, że nawet w innym województwie. Nie ma więc powodów do gwałtownych ruchów.

Planowałam iść na basen. Naprawdę planowałam. Strój przygotowany, dobre chęci teoretycznie gdzieś były, nawet przez chwilę widziałam siebie oczami wyobraźni jako kobietę aktywną i wysportowaną. Potem spojrzałam za okno. Deszcz. No i kto idzie na basen, kiedy pada? Rozumiem, że z logicznego punktu widzenia jedno z drugim nie ma absolutnie nic wspólnego. Basen jest przecież pomieszczeniem zamkniętym, a człowiek i tak zamierza dobrowolnie wejść do wody. Ale mój system nerwowy nie był dziś w stanie poskładać tych dwóch zjawisk w symbiotyczną całość. Deszcz oznacza przecież, że jest mokro. Basen także oznacza, że jest mokro. Dwa razy mokro jednego dnia? Nie szalejmy. Zadowolę się popołudniowym prysznicem. Poranny właśnie odjechał ostatnim autobusem, bo na zegarze za chwilę będzie 14.30, a piżama nadal przylega do mnie z determinacją bluszczu wspinającego się po ruinach starego zamczyska.

W planach było też napisanie posta… O! I proszę. To mi się chyba udało. Może więc dzień nie jest całkowicie stracony? Dobra. Koniec tych pobożnych życzeń. Nie posprzątam dziś mieszkania, nie popełnię prania, nie wypoleruję rodowych sreber. Nie przepłynę iluś tam basenów, nie uporządkuję papierów w segregatorach i nie rozpocznę nowego życia od godziny 15.00. Będę natomiast snuła się po domu w piżamie, zaglądała do lodówki bez wyraźnego powodu, piła to i owo, jadła coś, czego nie planowałam jeść, i od czasu do czasu spoglądała na bałagan rozmyślając o złotej rybce spełniającej trzy życzenia, która specjalizuje się w domowych bajzlach. Czyli zrobię dokładnie to, czego domaga się dziś mój wewnętrzny leniwiec. 

Mam tylko nadzieję, że moje sobotnie lenistwo zostanie mi kiedyś wybaczone na Sądzie Ostatecznym. A jeśli istnieje reinkarnacja, to za karę nie zostanę ponownie zesłana na Ziemię jako perfekcyjna pani domu. Tego już sobie nie wyobrażam, a wyobraźnię mam bujnie rozrośniętą. Ja o szóstej rano z uśmiechem prasująca kolorowe ścierki i planująca etapy porządkowania kuchennych szafek? O nie! Są jednak granice ludzkiego cierpienia. Poza tym każdemu od czasu do czasu należy się dzień, w którym największym osiągnięciem jest przejście z kanapy do kuchni bez konieczności odpoczynku po drodze. I nazwijmy go jak chcemy: Dzień lenia. Dzień piżamy. Dzień majestatycznego zwisu. 😉

piątek, 30 września 2016

Orka na ugorze i tylko głupi może ;)

Grafika: przepastne internety ;)

Ostatnio bredziłam coś o dniu leniwca chyba… No to mię pokarało i ten tydzień przeorałam solidnie niczym rasowy dziobak. Co prawda nie do końca wiem jak rasowy dziobak orze, ale coś mi mówi, że jak się takiż weźmie do roboty to cała Australia stoi, patrzy, podziwia i gęby rozdziawia ;) Dla tych co nie wiedzą co to jest dziobak to śpieszę wyjaśnić, iż to taki ssak stekowiec żyjący na australijskim padole. Ja biolog jestem i zboczenia w tym kierunku są zmorą mego żywota ;) W imię tejże nauki dokonałam mordu na ponad trzystu dżdżownicach w rozmiarze XXL, które to nabywałam w sklepie wędkarskim, więc nie ma ze mną żartów ;) 
Ale wróćmy do tematu zasadniczego, czyli kieratu... Nie było zmiłuj! Codziennie pobudka przed szóstą rano i dawaj w imię Polski Ludowej. Dobrze, że mnie nikt rano nie musi oglądać jak latam toczona obłędem bez składu i ładu, w jednej dłoni dzierżąc kawę, w drugiej suszarkę do włosów i jedną nogą stojąc w brodziku. Tylko cud powoduje, że nie ginę śmiercią tragiczną rażona prądem pochodzącym ze wspomnianej suszarki, która widowiskowo ląduje w brei wodno-kawowej, kiedy to ja tracę równowagę poślizgnąwszy się na kapciu króliczku, który postanowił zemścić się na mnie za lata poniewierki ;) Chociaż myślę, że ten stan o poranku jest znany większości społeczeństwa ;)
Wczoraj po dyskotece z okazji Dnia Chłopca, którą musiałam radośnie zaliczyć w towarzystwie dziesięciolatków padłam jak polski emeryt co to obejrzał wysokość swej podwyżki - całe złoty trzy, kiedy to umyłam swe zacne członki i poczułam zapach i miękkość łoża. Wiecie jak fantastiko jest na takiej imprezie? Mniej więcej czuję się tam tak jak ten metalowy element w budziku co to się obija o te metalowe dekle ;) Żyć nie umierać ;) Człowiek po takim obijactwie to generalnie niewiele wie o otaczającej go rzeczywistości i można zrobić z nim prawie wszystko ;) 
Tak się zastanawiam na ile lat starczy mi cierpliwości i samozaparcia, by uczestniczyć w tym radosnym szkolnym cyrku. Ja i moi współpracownicy zgodnie orzekliśmy, że w wieku lat: sześćdziesiąt i plus, wymordujemy nasze kochane szkolne dziecięcia i będzie nam wszystko jedno czy nas zamkną na trzy czy cztery dożywocia w zakładzie karnym o podwyższonym rygorze ;) Jak się można zorientować pętając się po tym blogu to ja optymistyczna postać jestem i pozytywna głupota nie jest mi obca, więc współczuję tym co tych cech nie mają i uprawiają ten zacny zawód. 
Mój optymizm jest długi i szeroki, ale opatrzności wszelakiej maści!?! – czy ja zdzierżę do sędziwej starości ten swój kierat i nie zwariuję? Tego to nawet najstarsi górale nie wiedzą ;) Pocieszam się faktem, że wcześniej ogłuchnę i oślepnę i sami mnie wywalą na bruk polskiej edukacji narodowej ;) I wtedy segregacja surowców wtórnych, śmietniki i bliskie kontakty ze składnicami złomów będą moim drugim domem ;)
Póki co trzymam się dzielnie, mieszczę się w normach społecznych i z radosnym wyrazem twarzy przekraczam progi mej placówki. Dlatego też zajęłam się nurkowaniem. Pod wodą panuje taka cisza i spokój, człowiek jest odcięty od tego świata nad wodą i zapada się w rodzaj bytu nie z tej ziemi ;) Dzięki temu może mój system nerwowy w jako takiej formie dobrnie do wieku emerytalnego i kaftany bezpieczeństwa nie będą potrzebne ;) 
A z drugiej strony czyż żywot wariata nie jest radosny? Przywdzieję sobie kokardę ze starej firanki, szydełkową kiecę w kolorach tęczy, złote balerinki z różowymi kokardami, wylegnę na trasę szybkiego ruchu i będę udawać ekran dźwiękoszczelny dzierżąc w dłoni pęk baloników w kształcie Minionków ;)

Zbaczając z tematu to wszystkim chłopakom dużym, średnim i małym, z okazji ich Święta, 
życzę nieustającego entuzjazmu i zadowolenia z życia :) 
Dzięki Wam żywot każdej kobiety jest nietuzinkowy, a ja mam o czym pisać na tymże blogu ;)