Pokazywanie postów oznaczonych etykietą perfekcyjna pani domu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą perfekcyjna pani domu. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 lutego 2026

Porządek zbawi świat, czyli jak nie zostać świętą od fug...

Była kiedyś taka postać medialna – ukochana przez miliony – która jednym uśmiechem potrafiła sprawić, że człowiek dostawał wyrzutów sumienia, bo dziś nie wypolerował kranu na poziom: blask brylantu. Perfekcyjna Pani Domu miała rady na wszystko  caluśki pakiet: jak żyć, jak szorować, jak oddychać między jedną ściereczką a drugą. Program już sobie dawno odleżał swoje w archiwach, ale internet jest jak szuflada „przyda się” – nic nie ginie. I właśnie tak na to trafiłam: na pakiet jej „najlepszych” porad, wyciągnięty z odmętów sieci i podany jak ponadczasowa instrukcja obsługi kobiety domowej.

No i zrobiłam to, co zawsze robię: zamiast przejść obok i oszczędzić sobie rozkmin, postanowiłam się temu przyjrzeć bliżej. Oczywiście z przymrużeniem oka – nie jednego, a dwóch. Bo ja naprawdę nie mam nic przeciwko temu, żeby w domu było czysto. Ja mam coś przeciwko temu, żeby czystość stała się formą moralności. Żeby kurz na półce oznaczał upadek cywilizacji, a zlew bez połysku był sygnałem, że kobieta nie stanęła na wysokości zadania.

W tym pakiecie znalazłam filozofię, która brzmi pięknie, dopóki nie wstaniesz z kanapy i nie spojrzysz na swoją kuchnię. Zasada jest prosta: w domu powinny być tylko rzeczy piękne, pożyteczne albo pamiątkowe. Pamiątkowe najlepiej zamknąć w pudełku wspomnień – koniecznie zrobionym samemu, bo dopiero własnoręcznie sklejona tektura nadaje życiu sens, a najlepiej jeszcze, jak klej zwiąże razem z twoją godnością. Tylko ja mam pytanie praktyczne: mam stanąć nad każdą butelką płynu do WC i rozważać, czy ona jest piękna? Bo pożyteczna to ona jest, owszem, ale czy pożyteczność liczy się wtedy, gdy jednocześnie psuje estetykę? A może powinnam ją ozdobić wstążką, żeby przeszła do kategorii „piękne”? Czy proszek do prania jest pamiątkowy, jeśli pamiętam, jak go kupiłam na promocji w 2025 i wtedy było mi trochę lepiej? Widzę to jasno: wyciągam wszystko z szafek, oglądam, klasyfikuję, wzruszam się nad otwieraczem do puszek, bo jest „pamiątkowy” (przetrwał ze mną trzy przeprowadzki i kilka diet), po czym odkładam… i mam bałagan większy niż był. Tylko teraz bałagan jest „świadomy”. A pudełko wspomnień? Oczywiście już biegnę w podskokach. Najpierw zrobię jedno, potem drugie na rzeczy, które nie zmieszczą się do pierwszego, a potem trzecie na wyrzuty sumienia, że w ogóle powstały dwa pierwsze.

Kolejna wjeżdża metoda, którą ja nazywam „sprzątanie rozproszone, czyli cierpienie w ratach”: sześć razy w tygodniu po piętnaście minut zamiast raz w tygodniu przez kilka godzin. I to jest ten moment, kiedy matematyka staje się moim największym wrogiem, bo sześć razy piętnaście to dziewięćdziesiąt minut, czyli półtorej godziny. Nie wiem jak inni, ale ja w półtorej godziny całej chaty porządnie nie ogarnę, chyba że mój dom składa się z jednego krzesła i poczucia winy. A te piętnaście minut to najgorsza jednostka czasu na sprzątanie: za krótko, żeby zrobić porządek, za długo, żeby udawać, że to nic takiego. Ja wolę raz w tygodniu oddać się tej fascynującej czynności z rozmachem: ponarzekać, pojęczeć, poodkurzać z pasją i poczuć tę błogą ciszę po, kiedy człowiek pada na kanapę i mówi: „dobrze, dziś wygrałam z chaosem”. A nie psuć sobie cały tydzień takim kwadransowym popierdywaniem.

Ale prawdziwe złoto zaczyna się tam, gdzie sprzątanie wchodzi w małżeństwo, wchodzi na poziom sakramentu. Weźmy szklanki i kufle do piwa. Tylko ciepła woda. Żadnego płynu do naczyń. Zmywarka? Niech was wszelka moc broni! Bo szkło może się porysować albo potłuc przy wkładaniu i wyciąganiu – dramat, tragedia, klęska narodu. Płyn hamuje powstawanie pianki, a pianka jest przecież fundamentem związku. Mąż z pewnością się z nami rozwiedzie, jeśli popełnimy taką gafę. Mój już parę razy straszył mnie rozwodem, bo niechcący umyłam kufle płynem i – uwaga – za bardzo je wypolerowałam. Zbyt śliska powierzchnia działa niekorzystnie na powstawanie odpowiedniej pianki. Czyli nawet szkło musi mieć tarcie, żeby miłość się pieniła jak należy. Piękne. Wzruszające. Prawie jak „Listy do M.”, tylko z domieszką płynu Ludwik.

Potem jest sugestia, że sprzątanie to przyjemność. Szczególnie wtedy, kiedy wracasz z imprezy. Podobno nie powinnaś odmawiać sobie chwili relaksu przed snem i… posprzątać łazienkę. Bo osady z wody, bo mydło, bo powierzchnie narażone, bo odpowiednie produkty czekają w kątku. Kochaniutkie, ja zawsze, jak wracam ściaprana z przyjęcia, to pierwsze kroki kieruję do łazienki. W trakcie załatwiania potrzeby fizjologicznej poleruję zlew i podłogę – na tyle, na ile mogę sięgnąć siedząc na muszli. Podczas szybkiego prysznica poleruję kabinę, wykorzystując naturalne materiały – może być pupa – bo przy okazji trenuję mięśnie pośladkowe i ud. Wychodząc, wnikliwie przyglądam się fugom; jeśli zauważę choć cień brudu, natychmiast go usuwam. Nie zasnę, dopóki cichutko nie zetrę mopem podłogi. I wtedy dopiero mogę spać. W białych rękawiczkach. Z lęku. Bo prawdziwa przyjemność to jest, jak człowiek po imprezie zamiast wspomnień ma wypolerowane fugi i moralną satysfakcję, że nie pozwolił, aby woda zostawiła ślad.

No i deski do krojenia – temat, który niby jest o higienie, ale kończy się zakupami jak w programie o budżecie państwa. Nie wolno używać jednej deski do różnych produktów, bo bakterie się „wymieszają”. Rozwiązanie? Kup trzy deski. Koniecznie w różnych kolorach. Czerwoną do mięsa, zieloną do warzyw i niebieską do innych produktów, czyli do wszystkiego, czego nie umiesz zakwalifikować, bo zasada 3xP już spaliła ci procesor. Ja oczywiście mam tyle desek, że mogłabym otworzyć muzeum deskarstwa. Z każdego koloru po trzy sztuki, do tego inne kolory, bo deski są fantastyczną ozdobą w kuchni. W wolnych chwilach je pucuję, bo nic tak nie dodaje blasku prawdziwej pani domu jak wypolerowane deski do krojenia w kolorach tęczy. Ładnie kontrastują z moim nieskazitelnie białym fartuszkiem, który zakładam na czas sprzątania, żeby sąsiedzi wiedzieli, że u mnie higiena ma certyfikat, a bakterie zgłaszają się na audyt.

I na koniec ta scena, która jest czystą poezją: odkurzanie w obcasach. W białej spódnicy. Z uśmiechem. I z olejkiem eterycznym wlanym do worka odkurzacza, żeby w mieszkaniu unosił się przyjemny zapach. Nie wiem jak wy, moje Drogie, ale ja każdego dnia dbam o to, aby mój odkurzacz emitował inny aromat – dziś będzie „Dzika Afryka”. Gdy mój mężczyzna wróci z pracy, uderzy go fala egzotyki już od progu, a ja – w obcasach, przebrana za szamankę z plemienia Ubululu – rzucę się na niego, by odkurzaczem czyścić jego ubranie z plam, zanim je wypiorę. Potem podam mu zimne piwo w kuflu umytym tylko wodą, żeby piana była perfekcyjna. A na deser pokażę mu pudełko wspomnień, w którym poukładałam pamiątkowe przedmioty: paragon z 2012, guzik nie wiadomo z czego i resztki mojej wolnej woli po wiosennych porządkach.

Teraz zupełnie poważnie: czy to ma jakikolwiek sens, żeby się w tym zatracać? Bo sprzątanie ma sens. To jest po prostu czynność, którą trzeba wykonać, żeby robaki się nie przyprowadziły i żeby człowiek nie żył w smutku, kiedy szuka skarpetki w warstwie kurzu z zeszłego miesiąca. Porządek uspokaja głowę, a jak wszystko lśni, to przez chwilę czujesz się jak dorosła osoba, która panuje nad swoim życiem. Tylko że w pewnym momencie ta perfekcja zaczyna zjadać życie. Zamiast robić porządek w domu, zaczynasz robić porządek w głowie, ale w ten najgorszy sposób: przez kontrolę nad fugą. Jakby brud nie był brudem, tylko dowodem na twoją niewydolność emocjonalną. Jakby kurz na półce oznaczał, że zawiodłaś jako człowiek, a nie że po prostu masz inne rzeczy do roboty niż polerowanie klamek do poziomu lustra w windzie.

Wiem, że nigdy nie zostanę perfekcyjną panią domu. Może jestem leniem, może jestem normalna, może nie mam genu odpowiedzialnego za poświęcanie każdej wolnej chwili sprzątaniu. I przyznaję: czasami chciałabym na chwilę stać się Sprzątającą Turbobabą – miło byłoby popatrzeć, jak wszystko lśni, jakby w mieszkaniu zamieszkał Photoshop. Ale nie rozumiem, jak można kochać sprzątanie. Dla mnie to zwykłe czynności, które trzeba zrobić – nie religia, nie filozofia, nie test na moralną wartość kobiety. U mnie test białej rękawiczki oblany. Za to test człowieczeństwa zdany: pamiętam, że dom ma służyć ludziom, a nie ludzie domowi. I że życie jest trochę za krótkie, żeby po imprezie robić rekolekcje z płynu do naczyń.

A jeśli kiedyś znów wpadnę na archiwalne porady perfekcji, to pewnie znowu je przeczytam. Znowu się pośmieję. I znowu na chwilę spojrzę na zlew z myślą: „może by tak…”. Po czym zrobię to, co zawsze: umyję go normalnie. Bez kultu. Bez obcasów. I bez poczucia, że właśnie uratowałam cywilizację.

sobota, 17 września 2016

Wyszło ze mnie dzikie zwierzę, a majestatyczny zwis prowokuje do zabijania wzrokiem ;)

Grafika: www.en.wikipedia.org

Sobota. Syndrom piżamowca dopadł mnie dziś i nie chce puścić. Włóczę się bez składu i ładu po chałupie, a zagadkowo zadziwiające jest to, że czas mija tak szybko, że pewnie ocknę się w niedzielę wieczorem z przysłowiową ręką w nocniku. Nic sensownego nie zrobię, a potem będę sobie pluć w brodę jak stanie się poniedziałek i rękawy trzeba będzie zakasać biegnąc do roboty z wywalonym jęzorem. Po kilku psychologicznych analizach doszłam do wniosku, że pomimo wiszącej nade mną groźby wywalonego jęzora nie jestem w stanie uczynić chyba nic konstruktywnego w dniu dzisiejszym. Wyszło ze mnie prawdziwe, dzikie zwierzę… leniwiec ;) Brakuje mi tylko stosownej gałęzi i kawałka dżungli, by w majestatycznym zwisie zalegać i zabijać wzrokiem "szalejące" na wietrze, którego nie ma, liście ;)
Miałam sprzątać… ale jakoś mi nie po drodze. Ubrania porzucane tu i ówdzie podczas minionego tygodnia machają do mnie rozpaczliwie licząc na akt łaski z mojej strony, że w końcu wrzucę je do szafy albo do pralki. Po podłodze walają się tak zwane koty, jeszcze nie miauczą, ale wszystko przed nami. Na stole cudownemu rozmnożeniu uległy wszelakiej maści duperele odkładane na tenże stół w celach różnych i różnistych. W zlewie Armagedon talerzowo-garczano-sztućcowy. Perfekcyjna pani domu dokonałaby z pewnością na mnie publicznej egzekucji za zaistniałe okoliczności w lokalu mieszkalnym. Moje poczucie estetyki jakoś bardzo nie cierpi w związku z tym wszystkim, ale mały wyrzut sumienia nie pozwala mi na spokojną sobotnią egzystencję w piżamce ;) Muszę dziada ogłuszyć jakimiś słodkościami ;)
Miałam zrobić parę rzeczy papierzanych do roboty… ale na tym polu też mojej piżamie nie po drodze. Poza tym jest sobota, a kto przy zdrowych zmysłach produkuje papiery w sobotę? Nikt ;) Zatem papiery leżą i czekają na lepsze czasy lub motyw noża na gardle, który z pewnością się pojawi w bliżej nieokreślonej przyszłości.
Miałam iść na basen… ale kto idzie na basen jak za oknem deszcz leje ;) No jakoś mój system nerwowy tych dwóch zjawisk nie był w stanie poskładać w symbiotyczną całość. Zadowolę się popołudniowym prysznicem, bo na poranny to już raczej się nie załapię biorąc pod uwagę fakt, że ta piżama nie chcę się ode mnie odczepić, a na zegarze za chwilę będzie 14.30.
Miałam napisać post... o i to mi się chyba udało ;)
Dobra, koniec pobożnych życzeń ;) Mam nadzieję, że moje lenistwo będzie mi wybaczone na sądzie ostatecznym i za karę nie zostanę zesłana ponownie na Ziemię jako perfekcyjna pani domu - nowe wcielenie ;) 
Każdemu dzień lenia w piżamie się od czasu do czasu należy, czyż nie? ;)

niedziela, 9 listopada 2014

Baba do okien...


W tym roku miałam operację barku, więc przez jakiś czas nie nadawałam się do pełnienia, jakże ważnej w domostwie, funkcji, jaką jest sprzątanie szeroko pojęte. Wszelakie obowiązki w tym zakresie wykonywał Pan K (osobisty konkubent). Dzielnie ogarniał tak skomplikowane sprzęty jak: odkurzacze, mopy, szczotki, szmatki i inne milusiaki. Aż razu pewnego padło z mych soczystych ust, równie soczyste hasło: Trzeba umyć okna, bo brudne! Oczywiście usłyszałam, że wcale nie są takie brudne. Po, o dziwo, krótkich, pertraktacjach na temat stopnia zabrudzenia, Luby wyposażony w odpowiednie gadżety, ruszył do mycia okien. Powiem szczerze, że byłam zaskoczona, z jakim zaangażowaniem gładził, pucował, wydłubywał paprochy z zakamarków, polerował okno balkonowe, które poszło na pierwszy ogień. 
Po skończeniu tegoż okna, które było umyte naprawdę dobrze, zauważyłam dziwny wyraz twarzy u Pana K, a następnie usłyszałam:
- Więcej nie myję! Znajdź babę do okien!
Leciuteńko mnie zamurowało... Moja mimika twarzy zawiesiła się na wariancie - wyrażającym duuuuże zdziwienie, ale szybko się otrząsnęłam, najpierw zamykając zdziwiony i rozdziawiony otwór gębowy, aby go, natychmiast, użyć do wyprodukowania, takiż oto, słów:
- Jaką babę do okien?!? No, umyj resztę, dobrze Ci idzie! Naprawdę! – staram się zachęcić Pana K, w zanadżu mam już ułożoną: Odę do mycia okien przez Lubego...
- Nie będę tego mył! Jak można robić coś tak durnego, upierdliwe to do granic możliwości – to dłubanie w tych futrynach, zmienianie ścierek, ręczników papierzaków i innych dupin! Nie mam do tego cierpliwości!
- Aha… a co ja mam powiedzieć, myłam te wszystkie okna do tej pory, prawie zawsze, sama!
- Ale nigdy nie mówiłaś i nie narzekałaś, że to takie bezpłciowe zajęcie jest i bez sensu…

Ooo… i to jest nasz błąd Kobiety wszelakiej maści – trzeba komunikować, nie używając oczywiście, zbyt skomplikowanego języka, o swoich potrzebach: Nawet babę do okien można mieć ;)
Baba do okien została znaleziona, okna umyła, a kiedy Pan K wrócił z pracy i obejrzał, jak umyła - to stwierdził:
- Nie… nie, żadnej baby więcej nie bierzemy, Ty najlepiej te okna myjesz! Poczekamy, aż Ci się ręce naprawią, ja mogę pomóc, jak coś…

Po raz kolejny zostawiam, męską logikę, bez komentarza…

Podchodząc do tematu mycia okien, bardziej fachowo, to polecam takie cudo, a co tam - pobawię się w Perfekcyjną Panią od okien:

Super machina do mycia okien, czyli mój przyjaciel Kärcher WV 50!

Współczesna kobieta myjąca okna może liczyć na pomoc ze strony mądrych ludzi, którzy wynajdują, takie przydatne przedmioty jak: myjka do okien WV 50 – firmy Kärcher. Obsługa tego cudeńka jest prościutka: najpierw spryskujemy szybę, lustro czy inną powierzchnię gładką za pomocą elementu wyposażonego w myjko-szmatkę; następnie sprawnymi, płynnymi ruchami pucujemy ową powierzchnię gładką i w końcu usuwamy płyn elementem ściągająco-zasysającym. Gotowe! Podczas zasysania płynu, którym myjemy szybę lub lustro nasza machina wydaje charakterystyczny odgłos, ale nieuciążliwy dla ucha. Jedyną jej wadą jest to, że niestety sama okien nie myje w całości, ale przyspiesza i zdecydowanie ułatwia ich mycie. 
Koszt to około 200-300 zł.


Ja swojego myjaka okiennego nabyłam drogą wymiany punktów z programu Payback, a więc można rzec, że mam go za darmo ;) Wzbudza powszechny zachwyt na osiedlu i jest obiektem pożądania wszystkich pań i panów domu. No dobra... głównie pań ;)