W sklepie...
Stoję sobie grzecznie w kolejce na dziale mięsnym. Cel mam prosty, klarowny i życiowo uzasadniony: dziesięć plasterków salami A i dziesięć plasterków salami B. Misja specjalna od osobistego chłopa domowego, który rzucił tylko lakoniczne:
– Zjadłbym jakieś dobre salami…
Jakie? Ile? Czym się różni od złego salami? Tego już osobisty chłop domowy nie był w stanie doprecyzować, bo po co ułatwiać życie kobiecie. W każdym razie stoję. Czekam. Mentalnie już widzę siebie w domu, jak z triumfem wręczam zdobycz i słyszę:
– Ooo, właśnie o takie mi chodziło.
Albo:
– A nie było tego drugiego?
Przede mną kolejka jak z castingu do filmu obyczajowego klasy średniej: kobieta w dziwnej czapce przypominającej połączenie beretu z pokrowcem na czajnik, pani w kraciastym czymś i ON. Mężczyzna z łysiną połyskującą pod marketowym oświetleniem niczym kula dyskotekowa bieda edition.
Ekspedientka pyta:
– Co dla pana?
I wtedy zaczyna się spektakl.
– Jakąś wędlinkę chciałem… dobrą…
Aha.
No tośmy se postali.
Bo „jakaś dobra wędlinka” to nie jest zamówienie. To jest filozofia życia. To jest temat na trzytomową sagę. To jest hasło wywoławcze dla całego asortymentu mięsnego od Podlasia po Bieszczady.
Pani zza lady zaczyna więc prezentację.
Tu szynka.
Tu baleron.
Tu salceson.
Tu kiełbasa sucha.
Tu kiełbasa mokra.
Tu taka wędzona.
Tu taka mniej wędzona.
Tu „nasza najlepsza”.
Tu „ludzie chwalą”.
Tu „mąż bierze do domu”.
A pan z łysiną ogląda. Gałki oczne pracują. Analizuje. Jakby kupował mieszkanie pod inwestycję, a nie trzydzieści deko mielonki.
– A ta to jakaś taka tłusta…
– A ta za chuda…
– A ta jakaś blada…
– A ta droga…
– A tamta wygląda podejrzanie…
Panie kochany, to nie casting na żonę. To plaster szynki.
A ja stoję z tym swoim skromnym marzeniem o dwudziestu plasterkach salami i czuję, jak opuszcza mnie wola życia. Człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego niektórzy ludzie medytują w górach. Oni po prostu wcześniej stali w kolejce do mięsnego za facetem bez sprecyzowanych oczekiwań.
Może się czepiam. Może jestem upierdliwa. Może układ nerwowy już dawno wypisał mi umowę o pracę i przeszedł na działalność gospodarczą. Ale jak widzę chłopa w sklepowej kolejce, to zaczynają mnie swędzieć cycki. I nie, absolutnie nie z ekscytacji. To jest reakcja obronna organizmu. Bo doświadczenie nauczyło mnie jednego: facet w kolejce oznacza kłopoty. Zawsze. No może... prawe zawsze. To jest wręcz fizyka kwantowa handlu detalicznego.
Facet albo:
– nie wie, co chce kupić,
– wie, ale dopiero przy kasie zaczyna się zastanawiać,
– stoi jak sarna na autostradzie,
– pakuje zakupy z prędkością emeryta rozwiązującego sudoku,
– nagle przypomina sobie o „jeszcze jednej rzeczy”,
– szuka portfela jak archeolog zaginionej cywilizacji,
– albo odkrywa przy terminalu, że jednak „chyba nie ma środków”.
I wtedy zaczyna się widowisko pod tytułem: „To może ja przeleję z oszczędności…” A kolejka za nim starzeje się biologicznie.
Najgorszy jest jednak moment pakowania zakupów. Kobieta przy kasie działa jak jednostka specjalna: skan, pak, karta, dziękuję, do widzenia. Trzydzieści siedem sekund i człowieka nie ma. Facet natomiast przeżywa przy kasie osobistą podróż duchową. Najpierw stoi i patrzy, jak kasjerka skanuje. Potem nagle orientuje się, że trzeba pakować. Wtedy zaczyna wkładać produkty do torby pojedynczo, z namysłem godnym jubilera układającego diamenty.
Jogurt.
Przerwa.
Ser.
Rozważenie sytuacji.
Papryka.
Lekki kryzys egzystencjalny.
Paragon.
I oczywiście torba zawsze okazuje się za mała. Albo jej nie ma. Bo po co zabierać torbę do sklepu, skoro można później dramatycznie pytać:
– A reklamówka płatna?
Nieee, dziś gratis. W prezencie od Ministerstwa Chaosu i Kolejkowej Rozpaczy.
Oczywiście – żeby było sprawiedliwie w osądach – kobiety też potrafią człowieka doprowadzić do stanu przedzawałowego. Szczególnie te, które przy kasie nagle przypominają sobie:
– OJ JEZU, JA JESZCZE ŚMIETANY NIE WZIĘŁAM!
I znikają. Po prostu znikają. Zostawiają wózek, męża, dzieci i pół biedronkowego dobytku narodowego na środku przejścia. Ale mimo wszystko mam wrażenie, że skala zjawiska jest jednak mniejsza. Albo po prostu mój układ nerwowy wybiórczo rejestruje męskie grzechy sklepowo-kolejkowe.
W każdym razie wyszłam z tego sklepu po czterdziestu minutach, psychicznie starsza o siedem lat, bogatsza o salami i biedniejsza o resztki cierpliwości.
A osobisty chłop domowy spojrzał na zakupy i mówi:
– Oooo… a nie było może jeszcze takiego z zielonym pieprzem?
