Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zakupy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 grudnia 2025

Krótki kurs antropologii stosowanej w markecie, czyli społeczeństwo w koszyku...

Od czasu do czasu nachodzi nas potrzeba uzupełnienia zapasów żywnościowych, wynikająca – dajmy na to – z obecności w naszej lodówce niejadalnej materii, jaką jest światło. Światło zimne, bezlitosne i w żaden sposób niekrzepiące. Wyruszamy więc na zakupy: do marketu, a jeśli ktoś ma żyłkę do luksusu i przepychu – do supermarketu. I właśnie tam, między regałem z makaronami a paletą z wodą mineralną, rozgrywa się prawdziwy teatr społeczny. Dramat, komedia, czasem horror klasy B.

Pozwoliłam sobie poczynić pewne analizy terenowe, a nawet – idąc o krok dalej – dokonać nazewnictwa zaobserwowanych osobowości. Oto krótki przegląd typów, które każdy z nas zna, choć nie każdy chciałby znać aż tak dobrze.


STOJACZ PRZEDOTWARCIOWY

Czasy PRL-u dawno się skończyły, kartki przeszły do historii, a mimo to potrzeba kolejkowania w narodzie nie zmarniała i ma się zaskakująco dobrze. Stojacz przedotwarciowy pojawia się pod drzwiami marketu na długo przed godziną zero, jakby obawiał się, że zabraknie… wszystkiego.

To wyznawca promocji absolutnej, prorok okazji jedynej i niepowtarzalnej. Gotów jest stać w chłodzie i deszczu dla odzieży wakacyjnej w środku zimy, pięciu kilogramów mięsa mielonego mieszanego (3,99 zł za 400 g!) albo przedmiotów domowo-ogrodowo-piwnicznych, których przeznaczenia nikt do końca nie rozumie, ale „za taką cenę to grzech nie brać”. Stojacz ma w oczach błysk zwycięzcy, który wie, że dziś wygra z systemem. Nawet jeśli system wygra z nim.


WYMACYWACZ KOLEKCJONER

Zanim dokona życiowego wyboru – na przykład białego, męskiego podkoszulka – musi rozpakować i obmacać przynajmniej kilka identycznych egzemplarzy. Każdy z osobna. Dokładnie. Metodycznie. Jakby szukał tego jedynego, z którym połączy go metafizyczna więź.

W końcu, po długim procesie decyzyjnym, wybiera właściwy odcień bieli (bo przecież „biały białemu nierówny”) i odchodzi, pozostawiając po sobie krajobraz po przejściu huraganu. Rozbebeszone opakowania, porzucone kartoniki, chaos. Tu niestety – z przykrością odnotowuję – prym wiodą kobiety, choć czynią to z miną pełną niewinności i estetycznej misji.


NAPIERACZ KOLEJKOWY

Scenka klasyczna. Człowiek wyładował już towar na taśmę, stoi grzecznie, czeka na zeskanowanie i moment zapłaty, aż nagle zaczyna odczuwać delikatne, acz stanowcze napieranie koszyka na swój tyłek.

To napieracz kolejkowy – osobnik przekonany, że im bliżej podejdzie, tym szybciej kolejka ruszy. Jego koszyk wwierca się w nasze plecy z uporem godnym lepszej sprawy. Być może wyraża w ten sposób zniecierpliwienie, być może pragnie zapłacić za nasze zakupy. To drugie jednak zdarza się równie często, co wygrana w totolotka bez kuponu.

Napieracz zazwyczaj nie patrzy na nas, tylko na kasjerkę, jakby to ona była winna temu, że świat nie działa szybciej.


OPÓŹNIACZ KOLEJKOWY

Tu mamy do czynienia z klasyfikacją bardziej złożoną, bo opóźniacz występuje w dwóch odmianach: zeskanowanej i niezeskanowanej.

Zeskanowany charakteryzuje się spowolnioną reakcją na bodźce. Towar już dawno przeskanowany, paragon się drukuje, a on nadal stoi i patrzy, jakby liczył, że zakupy same zapakują się do toreb. Najpewniej wierzy w magię lub outsourcing odpowiedzialności. Z moich obserwacji wynika, że w tej kategorii zdecydowanie dominują mężczyźni.

Niezeskanowany natomiast wyłożył towar na taśmę, ale nie nadąża za ruchem własnego życia. Nie stoi przy swoich zakupach, tylko czeka – nie wiadomo na co. Produkuje tak zwane dziury taśmowe, które kasjerka próbuje wypełnić spojrzeniem pełnym rezygnacji.


UCZUCIOWY ZAWALACZ ALEJKOWY

To typ szczególnie czuły. Lubi bliski kontakt z regałami i jest emocjonalnie zespolony ze swoim koszykiem. Wózek i właściciel tworzą zwartą bryłę blokującą dostęp do towaru. Zawalacz stoi dokładnie tam, gdzie my chcielibyśmy sięgnąć po ulubiony jogurcik lub ukochaną kaszankę od chłopa.

Nie reaguje na sygnały niewerbalne, westchnienia ani uprzejme „przepraszam”. Trwa. Jak pomnik. Jakby mówił: „tu jest moje miejsce i nigdzie się nie wybieram”.


ZAPOMINACZ KARTY OSTATECZNY

Zapominacz karty nie przychodzi do kasy nieprzygotowany. On przychodzi z przekonaniem, że wszystko jest pod kontrolą. Uśmiechnięty, spokojny, pewny siebie. Dopiero pytanie kasjerki: „Ma pan/pani kartę?” powoduje subtelne pęknięcie rzeczywistości.

Najpierw jest krótka pauza – taka, w której mózg próbuje jeszcze odzyskać połączenie z pamięcią. Potem następuje klasyczny rytuał przeszukiwania kieszeni, portfela i torebki, przypominający rewizję osobistą przeprowadzaną przez samego siebie. Z każdym kolejnym ruchem rośnie napięcie kolejki i dramat Zapominacza, który nagle uświadamia sobie, że karta nie jest bytem metafizycznym i jednak trzeba ją posiadać fizycznie.

Kulminacją jest zdanie: „Ja tylko skoczę do samochodu.”

To „tylko” trwa dokładnie tyle, ile potrzeba, byśmy zaczęli żałować wszystkich decyzji życiowych, które doprowadziły nas do tej konkretnej kasy.


MANIFESTUJĄCY LICZYCIEL GROSZY 

Liczyciel groszy nie płaci – on daje świadectwo. Jego sakiewka to muzeum numizmatyki, a każda moneta ma swoją historię, którą najwyraźniej należy przypomnieć światu. Wyciąga drobne powoli, z namysłem, jakby podejmował decyzje o strategicznym znaczeniu dla gospodarki kraju.

Każda moneta zostaje położona na ladzie z osobna, policzona, przesunięta i policzona ponownie. Liczyciel nie ufa matematyce, kasom fiskalnym ani ludziom. Ufa tylko sobie. I nawet sobie nie do końca.

Gdy okazuje się, że brakuje kilku groszy, zapada cisza ciężka jak kredyt hipoteczny. Spojrzenie Liczyciela mówi jasno: „To nie ja jestem problemem. To system.”


RODZINA WYCIECZKOWA 2+3

Rodzina wycieczkowa nie robi zakupów – ona uczestniczy w wydarzeniu. Każdy członek rodziny ma tu swoją rolę, choć nikt nie zna scenariusza. Dzieci poruszają się chaotycznie, jedno płacze, drugie negocjuje zakup czegoś absolutnie niepotrzebnego, trzecie właśnie zniknęło i jest poszukiwane głosem niosącym się po całym sklepie.

Rodzice stoją przy półce i prowadzą rozmowę, która mogłaby się odbyć w domu, ale najwyraźniej wymaga obecności dwudziestu obcych osób czekających na dostęp do mleka. Każda decyzja zakupowa konsultowana jest kolektywnie, z udziałem dzieci, losu i znaków z nieba.

Do kasy podchodzą wszyscy. Naraz. Z wózkiem przeładowanym nie tylko zakupami, ale i emocjami.


TELEFONISTA KASOWY

Telefonista nie przerywa rozmowy nawet wtedy, gdy świat wokół niego wyraźnie próbuje się z nim skomunikować. Skanowanie produktów traktuje jak tło dźwiękowe do opowieści o tym, jak bardzo jest zajęty i jak pilne są jego sprawy.

Kasjerka zadaje pytania, Telefonista odpowiada półsłówkami albo gestami, które niczego nie rozwiązują. Płatność kartą? Oczywiście, ale jedną ręką, bo druga trzyma telefon i sens życia.

Telefonista wychodzi ze sklepu z poczuciem dobrze wykorzystanego czasu. Kolejka – z poczuciem, że właśnie uczestniczyła w czyimś call center.


APOKALIPTYCZNY CZYTACZ SKŁADÓW 

Czytacz składów ma misję. On nie kupuje jedzenia – on demaskuje. Każda etykieta to potencjalne zagrożenie, każdy składnik to wróg publiczny numer jeden. Czyta długo, dokładnie, z miną kogoś, kto właśnie odkrywa spisek międzynarodowych koncernów.

Odkłada produkt z obrzydzeniem, bierze kolejny, marszczy brwi jeszcze mocniej. W końcu wybiera coś, co jest „najmniej złe”, bo ideału i tak nie ma. Wózek pozostaje prawie pusty, ale moralna wyższość została osiągnięta.

Czytacz opuszcza sklep głodny, ale czysty duchowo.


BLOKOWACZ DRZWI WEJŚCIOWYCH

Blokowacz wchodzi do sklepu i natychmiast traci orientację w czasoprzestrzeni. Staje dokładnie tam, gdzie absolutnie nie powinien, i zaczyna się rozglądać, jakby teleportował się do obcego kraju.

Za nim tworzy się korek, ludzie próbują go ominąć, ale Blokowacz jest niewzruszony. On musi się zastanowić. Przypomnieć sobie listę zakupów. Życie. Sens istnienia.

Dopiero po chwili rusza dalej, zostawiając za sobą falę frustracji i jedną, niewypowiedzianą myśl: „Dlaczego akurat tutaj?”


SELEKCJONER NAJLEPSZYCH BUŁEK 

Selekcjoner nie wierzy w przypadek. Każda bułka jest potencjalnie tą jedyną – ale tylko do momentu, aż zostanie dotknięta kolejna. Testuje sprężystość, wagę, strukturę, jakby wybierał materac na resztę życia.

Rękawiczki są zbędne. Kontakt musi być bezpośredni, cielesny, prawdziwy. Bułki wracają na półkę już „po przejściach”, ale Selekcjoner nie widzi w tym problemu. On tylko szuka najlepszej.

W końcu wybiera. Zawsze. I zawsze mamy wrażenie, że żadna z nich na tym nie skorzystała.


I tak, wychodząc ze sklepu z siatką w ręku i lekkim drżeniem powieki, uświadamiamy sobie jedno: market to nie miejsce zakupów. To przekrój społeczeństwa w pigułce. Lustro, w którym każdy z nas – z przerażeniem lub rozbawieniem – może dostrzec samego siebie. Bo najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że każdy z opisanych typów zawsze wydaje się nam kimś innym. I tylko czasem, bardzo rzadko, przy kasie… zaczynamy się zastanawiać...

To oczywiście tylko skrót moich obserwacji poczynionych w sklepach dużych i małych. Materiał badawczy jest niewyczerpany, a kolejne typy osobowości czekają na odkrycie między mrożonkami a chemią gospodarczą. Jedno jest pewne: idąc na zakupy, nigdy nie jesteśmy sami. Towarzyszy nam cały przekrój społeczeństwa – z koszykiem, wózkiem i bardzo wyraźną osobowością.

środa, 10 grudnia 2025

Święta na sterydach, czyli jak nie zdążyć przed Wigilią...

Grudzień nie nadchodzi. Grudzień spada z impetem, jak sanie Mikołaja bez hamulców. Jeszcze wczoraj człowiek był zwyczajnie zmęczony życiem, a dziś już ma obowiązek być radosny, pachnieć piernikiem, mieć czyste okna i magiczne wnętrza. Nagle wszyscy muszą. Muszą kupić. Muszą posprzątać. Muszą się wzruszyć. Muszą być Merry. Choćby ich od środka skręcało.

Sklepy pękają jak dojrzałe granaty. Koszyki walczą o przetrwanie, ludzie taranują drogę pomidorami z promocji i karpiem z lokalnej hodowli, a ja jak co roku naiwnie sądzę, że „pójście rano” po proste, spożywcze zakupy uratuje mnie przed tłumem. Nie ratuje. Rano tłum też jest. I to w wersji bojowej. Wersja bojowa ma w oczach szał, w rękach promocje, a w sercu kredyt.

Parking pod marketem wygląda jak zlot tajnych agentów motoryzacji. Cały rok obłożenie marne lub średnie, a w grudniu – proszę – wszyscy nagle przypominają sobie, że mają cztery kółka i potrzebę intensywnego parkowania  na przykład na dwóch miejscach naraz. Gdzie te samochody są przez resztę roku? Zakopane pod ziemią? Przechowywane w słoikach?

Wyprzedaże omijam jak miejsca skażone. Nie będę się bić o sweter, który jeszcze wczoraj był brzydki, a dziś – dzięki czerwonej kartce z napisem „-50%” – nagle stał się towarem pierwszej potrzeby. Wyrosłam z kolekcjonowania takich okazji. 

A sprzątanie… Sprzątanie to jest osobna religia. Misterium szorowania, kult czystej szyby, sekta wybłyszczonej lodówki. Nagle każdy detal w domu zostaje oskarżony o współpracę z brudem. Szafki kuchenne patrzą na mnie złośliwie, dokładnie wiedząc, że plan „ogarnę je przed świętami” jest równie realny jak mój debiut baletowy. W środku czai się archeologia: talerze z różnych epok, pokrywki bez garnków, garnki bez sensu, szklanki po wszystkim. Rusz to – a runie.

Najgorsze nie jest jednak to obłąkańcze bieganie. Najgorsze jest to zbiorowe udawanie. Że to wszystko jest takie piękne. Takie ważne. Takie jedyne w swoim rodzaju. A ja mam coraz częściej wrażenie, że ta magia gdzieś się wyprowadziła – pewnie w lipcu, gdy w markecie pojawiły się pierwsze bombki.

Pamiętam święta, kiedy czekało się na zapach pomarańczy jak na cud objawienia, a jedna mandarynka potrafiła wywołać ekstazę porównywalną z wygraną w totolotka. Prezenty były skromne, ale człowiek kochał je jak skarby narodowe. Śnieg był biały, ręce zmarznięte, kolana wiecznie mokre, a radość – bez promocji. I nikt nie miał presji, żeby być szczęśliwym na zawołanie.

Dziś szczęście jest w pakiecie świątecznym: stosowna ilość dań na stole, instagramiarskie dekoracje, zapas pożywienia na apokalipsę i obowiązkowy uśmiech do zdjęcia. A potem wszyscy patrzą w te telefony przy stole, jakby tam właśnie miała się objawić prawdziwa gwiazda betlejemska.

Czasem łapię się na tym, że brzmię jak własna babcia w wersji HD. „Kiedyś to było…” – i przewracam oczami. Ale coś w tym „kiedyś” jest, bo dzisiaj w tym całym blasku lampek dziwnie dużo zmęczenia, nerwów i jakiejś takiej chorej ambicji, by święta wygrać.

Więc ja chyba w tym roku wygrać nie zamierzam. Nie będę mistrzynią porządku, nie zdobędę złota w zakupach, nie ulepię perfekcyjnej magii. Usiądę z bliskimi, wypiję coś ciepłego i pozwolę sobie na luksus bycia nieidealnie świąteczną.

Bez szału. Bez presji. Bez dzwonków na sterydach.

Bo jeśli magia ma jeszcze wrócić, to raczej po cichu. A nie w promocji.

niedziela, 3 października 2021

Buszujący w warzywach i adopcja sklepowa...


- Pani zabierze tego dzieciaka! Nie widzi Pani, że towar niszczy?!? - słyszę za plecami, zajęta oglądaniem półki sklepowej z przyprawami (w Lidlu).
- Ale to nie mój dzieciak! - prawie morduję babę wzrokiem.
- Aha! Taki podobny to myślałam, że Pani!
Zwracająca uwagę odchodzi, a ja z zaciekawieniem przyglądam się dzieciakowi, którego chciano mi gratisowo przysposobić. Chłopczyk, kilkulatek, z dużym zaangażowaniem grzebie w warzywach i wydłubuje z plastikowego pojemnika pieczarki, a następnie tworzy z nich jakąś kosmiczną układankę na podłodze. Całość przyozdabia kolorowymi papryczkami z sąsiedniej półki. Wokół nie ma nikogo dorosłego, oprócz mnie. Podchodzę do małolata i pytam:
- A Ty tak sam zakupy robisz? Gdzie mamusia?
- Nie ma mamusi! I nie robię zakupów, tylko puzluję!
- Hmm… A może babcia z Tobą przyszła? Tata? - ciągnę dalej wątek.
- Nie, sam jestem i puzluję! A Ty masz fajną siatkę! Możesz ze mną w siatce puzlować! 
- Wiesz... nie mam czasu puzlować, ale dziękuję za zaproszenie! - uśmiecham się dyplomatycznie i cichaczem znikam za regałem. 
Domyśliłam się, że puzlowanie to pewnie układanie… No, Bożesz Ty mój, jeszcze na starość puzlowania w siatce mi trzeba ;) Nawiedzona przez obywatelski obowiązek poszłam poszukać obsługi sklepowej. Za winklem znalazłam jakąś babkę w stosownym uniformie i mówię:
- Na dziale warzywno-owocowym macie nieletniego dewastatora warzyw - dokonał już lekkiego spustoszenia w pieczarkach i papryce i twierdzi, że jest sam w sklepie - chyba warto się tym zainteresować?
Pani, z uśmieszkiem, podziękowała i poszła w kierunku chłopczyka. Po chwili znalazła się mamusia Puzlowacza zwabiona dziwnym poruszeniem wokół jej dziecka, o którym sobie nagle przypomniała. 
Oczywiście wszystko skwitowała tekstem:
- I o co tyle hałasu?! Człowiek w spokoju dresów nie może pooglądać! Za warzywa zapłacę! Chodź Pawełku!
Pawełek poszedł z mamusią, ale po chwili już intensywnie buszował w serach, pozostawiony sam sobie. Mamusia dalej w amoku przegrzebywała ciuszki z aktualnej gazetki promocyjnej. Obsługa sklepowa znowu interweniowała, a buszująca w szmatach z obrażoną miną, ciągnąc Pawełka za rękę, udała się w kierunku kasy. Małolat natomiast krzyczał na cały głos:
- Gupia matka! Gupia matka! Ja chcę do tej pani z siatką!  Do paaaaaaaaaaaaani z siatką! Chcę puzlować! 
Wycie nieletniego dewastatora długo jeszcze roznosiło się po sklepie… Ja - pani z siatką, postanowiłam się nie ujawniać i zajęłam się analizą jakościowo-ilościową jaj kurzych z wolnego wybiegu w rozmiarze M i L ;)

Kiedyś zdarzyła mi się podobna sytuacja - odezwałam się do jakiegoś dzieciątka w sklepie i na tyle przypadłam mu do gustu, że nie chciało iść z rodzicami, tylko trzymało mój kosz zakupowy i ani rusz - wrzeszcząc, że znalazło lepszą mamusię i woli tą lepszą od starej mamusi ;) 

Jaki z tego wniosek? Większość współczesnych dzieci jest po prostu, tak zwyczajnie, spragniona zainteresowania, choćby minimalnego, ze strony dorosłych, a zwłaszcza własnych rodziców :)

niedziela, 31 stycznia 2021

Migawki z życia kobiety... Epizod 6: Zakupy


- No ile można na was czekać! Zdążyłam przeanalizować pół życia! – radośnie powitałam mamunię i ciotkę Ankę, specjalistkę od serialu „Masters of sex”, co to na imieninach mamuni gorylem furorę zrobiła.
Zgodnie z obietnicą stawiłam się o poranku mustangiem, który na co dzień robił jako pełnoletni renault megane, by zabrać mamunię na zakupy. Na okrasę była ciotunia od seksu, także zapowiadała się wypasiona wyprawa.
- I czego to się zaognia? Czego? Musiałam się wyszykować na te zakupy bieliźniane przecie. Anka kazała mi nogi golić i obok majtek pola uprawne, a i pachy, a że ja już stara i giąć się jak joginka nie potrafię to nam zeszło – mamunia w ramach usprawiedliwienia opisała poranne przeżycia.
Nie wnikałam w temat trzebienia pól uprawnych; wizja oglądania matki i ciotki w skąpym odzieniu wymachujących maszynkami do golenia napawała mnie nie małym przerażeniem.
- Czyli co dziewczynki? Najpierw sklep z bielizną, potem jaki obuwniczy zaliczymy, a na koniec obowiązkowo cynamonowe drożdżóweczki i latte macchiato w naszej kafejce! – ciotka Anka plan miała zwarty i gotowy.
- Znowu nie będę mogła was odkleić od tych cynamonówek! Ostatnio po trzy sztuki żeście zżarły i awanturowały się o dwie następne! Wstydźcie się matko i ciotko!
- Oj tam! Oj tam! Jakie po trzy zżarły i jakie się o dwie awanturowały? Już nie przesadzaj Klarcia, bo sama się odkleić nie mogłaś! – ciotunia spojrzała na mnie wzrokiem triumfatorki.
Po piętnastu minutach jazdy mustangiem, wysłuchaniu tysiąca porad drogowych, jednej mini awanturze na temat fryzury Antoniego, dotarłyśmy szczęśliwie na parking galerii handlowej ”Kwadraty”.
- Dobra, wysiadać baby! Tylko mi się zachowujcie w tych sklepach! – z szyderczym uśmieszkiem zwróciłam się do rozochoconych seniorek.
Eleganckim krokiem posuwistym przekroczyłyśmy bramy zakupowego raju…
- O! Jest! Jest! Bielizna z brafittingiem! Salon "Biustella"! Janka trza ci dobrać też biustonosz, a i mnie, i Klarci przyda się fachowa obróbka!
Włos mi się zjeżył na czaszce… Oczami wyobraźni widziałam już ten kabaret w przymierzalni, choć sama byłam ciekawa jak taka porada brafitterki wygląda, bo nigdy nie korzystałam z jej usług.
- Matka! Najpierw zajmijmy się zakupem piżamy i szlafroczka na wyjazd z Antonim, a potem będziemy się brafittingować. Patrz jaki cudny lawendowy komplecik! – popadłam w zachwyt przekładając w paluchach przyjemnie śliski materiał.
- Cudny! No cudniutki Janinko! Szlafroczek z dodatkiem koronki, a piżamka bardzo zgrabnie uszyta! – Anka wyraźnie się napaliła na komplecik. – A ja też go wezmę! Możemy sobie potem urządzić lawendowe piżama party!
- Taaa… Narozrzucamy suszonej lawendy i będziemy się tarzać w tych habaziach; można też zawody urządzić, do której się więcej habazi poprzyklejało, he, he! To żeś ciotka wymyśliła imprę, że normalnie nie zasnę dziś z wrażenia na samą myśl!
Sprzedawczyni patrzyła na dwie panie w podeszłym wieku i na mnie, niestety również, z wyraźnie ukrywanym uśmieszkiem, ale dzielnie przeszła etap wyboru rozmiaru lawendowych szat dla mamuni i ciotki Anki. Następnym punktem programu były biustonosze.
- To niech panie podadzą rozmiary biustonoszy jakie nosiły do tej pory. Potem zmierzymy panie w obwodach i nauczymy się dobierać właściwy rozmiar stanika – brafitterka zabrała się za pomiary w biuście i pod biustem. Po tym jak usłyszała jakie nosimy rozmiary to prawie popełniła samobójstwo wieszając się na koronkowych stringach o barwie burgundowej zawisających na pobliskim wieszaczku. Szybko jednak doszła do siebie stymulowana rechotem ciotki Anki i zabrała się za instruktaż brafittingowy, który szczegółowo omówiła z wykorzystaniem barwnych ilustracji oraz własnego ciała.
Wszystkie trzy rozdziawiłyśmy japy z wrażenia, tak że nasze jelita grube zobaczyły po raz pierwszy świat, w postaci sztucznego oświetlenia salonu "Biustella", od strony otworu gębowego.
- No popatrz, popatrz, Janka! Ja tyle lat chodzę po tym świecie i nie wiedziałam, że mam se cycki pozbierać z brzucha i spod pach, a i prawie o plecy zahaczyć!
- I po co ja te nogi goliłam?!? Anka te twoje pomysły czasami to o kant dupy! – matka się niespodziewanie zirytowała, ale fakt faktem miała rację, bo do dzisiejszych zakupów trzebienie sierści z nóg nie było potrzebne.
- Ty się teraz nad szczeciną na nogach nie pochylaj tylko zbieraj cycki z pleców jak miła pani pokazywała! Ha, ha, ha! – Anka jak zwykle nie pozostała dłużna. Odkąd rzuciła palenie to złośliwość seniorska jej się wyostrzyła co często miało zabawne oblicza.
Wszystkie trzy dzielnie walczyłyśmy z odzyskiwaniem biustu, który przed wizytą w sklepie z brafittingiem był po prostu tłuszczem i fałdami na brzuchu i plecach. I tak oto ja z rozmiaru 80B, przeszłam płynnie na 65E. Cud! Mamunia z ciotką to aż się zapowietrzyły jak się na starość zwiedziały, że takie balony mają! Oczywiście ubaw był przedni jak te cycki wpychałyśmy do tych misek. Pani instruktorka dzielnie pomagała i bawiła się równie dobrze jak my. Wyłyśmy jak dzikie hieny rodem z opuszczonego cmentarza i prawdopodobnie odstraszyłyśmy tym potencjalne klientki, które nie miały śmiałości w to stado hien wkraczać.
- Janinko a patrz no tutaj! Majtki bezszwowe! Bierzemy! Przynajmniej dziur na szwach nie będzie! 
I tak oto zostałyśmy szczęśliwymi posiadaczkami dwóch lawendowych komplecików w postaci szlafroczka i piżamy, trzech biustonoszy na wielkie balony i sześciu par gaci bez szwów.
Seniorki wyraźnie się zmęczyły tymi szaleństwami, więc do buciarni wpadłyśmy na chwilę, bo mamunia chciała tylko klapki pod prysznic nabyć. Następnie poczłapałyśmy do kafejki ”Cynamonka”, gdzie zamówiłyśmy po dwie firmowe drożdżówki i kawę na każdy łeb. Ciotce Ance jak zwykle zebrało się na gadulstwo, więc jak tylko pochłonęła pięć pierwszych kęsów ciastka zabrała się za wywody...
- A wiecie co dziewczynki… Tak mi się przypomniało przy tych cynamonóweczkach jakie ja cudaki ostatnio w sklepie widziałam na dziale mięsno-wędliniarskim; aż stałam i po trzy razy czytałam kartki z opisami towarów. Mieli salami bumerang, wędzonkę z liszek, szynkę z liściem…
- Ha, ha, ha! Ciekawe czy tym salami można rzucać po sklepie? A liszki to trochę oblechowate są, więc pewnie wędlinka mniam, mniam! Szynka z liściem! Dobre! Może z marihuanką?!? – skomentowałam wędlinkę ze sklepu ciotuni. 
- Klara! Dziecko! Ludzie nas słuchają! – mamunia spontanicznie zainteresowała się faktem w jaki sposób postrzega nas społeczeństwo zgromadzone w kawiarni.
- No i co z tego! Już i tak znają was wszyscy klienci, po tym jak wasz rechot i krzyki wydobywały się z ”Biustelli”!
- Klara, po pierwsze to nie was znają i nie wasz rechot, tylko nas i nasz! Ty nas tu nie wrzucaj do wora podpisanego: Trudny klient, bo sama darłaś japę jak ci pani kazała cycki foremkować w michach gigantach. – ciotunia zarzuciła ripostą, że ho, ho! - Wracając do tych specjałów, bo mi smarkula przerwała, to był jeszcze smakołyk puchatka i nie, nie, Klarcia, to nie była wędlina wypełniona miodem!  Ale najlepsza to była kiełbasa palcówka polska!
- A co w tym dziwnego, że palcówka polska? – mamunia się ożywiła.
- No jak co dziwnego Janka! O losie! To ty nie wiesz co to jest palcówka?!? – Anka zrobiła oczy jak wyrak z zatwardzeniem i oczywiście nie omieszkała pośpieszyć z wyjaśnieniami…- Jak ci chłopina nie potrafi zrobić dobrze lagą to może użyć palców i doprowadzić cię do orgazmu, sama se też możesz palcówkę strzelić Janka!
Mina mamuni była bezcenna, a ja zaczęłam rżeć jak obłąkany osioł, gdyż wizja mamuni siedzącej w bujanym fotelu, która wkracza w świat palcówek instruowana przez ciotunię zabiła moje poczucie wstydu i bez żadnych zahamowań śmiałam się na cały głos, a resztki przemielonej cynamonowej buły radośnie strzelały na prawo i lewo z mojej rozwartej paszczy. 


Ciąg dalszy nastąpi… a wszelakie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe…


Klara serdecznie zaprasza na pozostałe epizody, które znajdują się tutaj.

poniedziałek, 2 lutego 2015

O swędzących cyckach na dziale mięsnym...

Grafika: www.papilot.pl

W sklepie...

Stoję w kolejce na dziale mięsnym z gorącym pragnieniem zakupienia dziesięciu plasterków salami A i dziesięciu plasterków salami B. Realizuję zamówienie osobistego Konkubinatora zwące się: „zjadłbym jakieś dobre salami.” Przede mną w kolejce oczekują: mężczyzna z łysiną, kobieta w dziwnej czapce i kobieta w kraciastym płaszczyku. Obsługiwany jest mężczyzna:
- Co dla Pana? - pyta ekspedientka.
- Jakąś wędlinkę chciałem, dobrą… - mężczyzna ze skąpym owłosieniem głowowym bardzo „precyzyjnie” werbalizuje swoje oczekiwania ;)
Hmm… Zamyślam się… No to mamy klienta: Lux malina, mucha nie siada! Teraz bedziem stać w tej kolejce dwa dni… Repertuar kryjący się pod hasłem: „jakaś dobra wędlinka” jest długi i szeroki… Nie mylę się: pani obsługująca mięsny kramik prezentuje szeroki wachlarz produktów pochodzenia zwierzęcego. Pan z łysiną dokonuje oględzin i jakoś nic nie zadowala jego męskiego wędlinianego ego - a to za tłuste, to za chude, to jakieś siwe, tamto za drogie, a toto dziwnie wygląda. A ja tylko chciałam te dwadzieścia plastrów nieszczęsnego salami… 
Może się czepiam, może upierdliwa jestem, system nerwowy wykazuje mniejszy zakres tolerancji, ale jak widzę chłopa w kolejce to mnie cycki zaczynają swędzieć… i bynajmniej nie z powodu podniecenia! Swoje wnioski wyciągam na światło dzienne, ponieważ zostały one poczynione na podstawie wieloletnich obserwacji sklepowych. Facet w kolejce równa się problem: albo taki ma jakieś opóźnione odruchy przy pakowaniu towaru, albo stoi i czeka, aż mu się samo spakuje, albo nie ma pieniędzy, albo nie ma karty płatniczej, albo nie wie, co kupić! W każdym razie skutecznie zagraca i opóźnia ruch kolejkowo-sklepowy. Może są jakieś kursy typu: "Zanim wejdziesz do sklepu…" lub "Jak się ogarnąć w sklepie?" - kurs dla początkujących. 

To tak z okazji poniedziałku ;)

Aaa... baby wywołujące przypadłość swędzących cycków też bywają, ale w mniejszej ilości, chyba...