Upały mają swój niewątpliwy urok. Przynajmniej tak twierdzą ludzie, którzy obserwują je zza szyb klimatyzowanych biur, domów i samochodów. Wtedy faktycznie można dostrzec ich zalety. Słońce świeci, ptaszki ćwierkają, człowiek popija zimną lemoniadę i wzdycha z zachwytem nad pięknem lata. Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek sam staje się częścią tego krajobrazu, a nie jego obserwatorem.
Ja niestety należę do tej grupy ludzi, która znaczną część dnia spędza w miejscu pracy pozbawionym klimatyzacji. Kiedy więc temperatura za oknem zaczyna przypominać wyniki pomiarów z piekarnika ustawionego na termoobieg, człowiek nie pracuje już normalnie – człowiek się marynuje. Każdy dzień zaczyna się jeszcze względnie optymistycznie. Człek przychodzi do pracy, siada przy biurku i przez pierwsze pół godziny żywi złudną nadzieję, że może jednak nie będzie tak źle. Potem słońce zaczyna realizować swój plan zagłady, ściany nagrzewają się jak kafle w piecu, a powietrze w pomieszczeniu nabiera konsystencji gorącego rosołu.
W tej nierównej walce z żywiołem moim najwierniejszym sprzymierzeńcem stał się miniaturowy wiatraczek zakupiony w chińskim markecie za kwotę niewiele wyższą od ceny bułki. Jest to urządzenie tak małe, że z powodzeniem mogłoby chłodzić co najwyżej jednego chomika. Producent najwyraźniej zakładał, że użytkownik będzie miał głowę wielkości mandarynki, bo przy normalnych ludzkich gabarytach jego skuteczność jest raczej symboliczna. Mimo to traktuję go niemal jak członka rodziny. Stoi dzielnie na biurku i mieli powietrze z heroicznym poświęceniem. Efekt chłodzenia jest mniej więcej taki, jakby próbować ugasić pożar lasu pistoletem na wodę albo osuszyć Bałtyk papierowym ręcznikiem, ale psychicznie pomaga. Człowiek przynajmniej ma poczucie, że coś robi, zamiast biernie czekać, aż zamieni się w galaretę.
Po kilku godzinach takiej egzystencji zaczynam podejrzewać, że mój mózg powoli przechodzi ze stanu stałego w półpłynny. Myśli poruszają się wolniej, koncentracja przypomina sygnał internetowy w środku lasu, a inteligencja od czasu do czasu wychodzi z pomieszczenia bez słowa i wraca dopiero po przerwie obiadowej.
Nic więc dziwnego, że kiedy wreszcie docieram do domu, padam jak zwłok i znajduję sobie jakieś mało ruchliwe zajęcie; tym razem rozłożyłam się z krzyżówką i postanowiłam oddać intelektualnym rozrywkom. To znaczy plan był taki, że poćwiczę umysł. Jak zwykle nie przewidziałam jednak, że mój umysł postanowi poćwiczyć cierpliwość. Mam bowiem pewną cechę charakteru, którą jedni nazywają wytrwałością, inni determinacją, a osoby znające mnie lepiej określają znacznie trafniejszym słowem: upór. Kiedy przyczepię się do jakiegoś problemu, nie odpuszczam. Mogłabym siedzieć na pokładzie Titanica z wodą sięgającą po szyję i zamiast szukać szalupy pytać współpasażerów, czy przypadkiem nie znają siedmioliterowego określenia na gatunek mewy.
Dlatego kiedy natrafiłam na hasło „dom dla krasnali”, potraktowałam sprawę śmiertelnie poważnie. Na początku wydawało się banalne. No bo gdzie mieszkają krasnale? Przecież każdy wie. Tylko że najwyraźniej każdy oprócz mnie...
Minęło kilka minut. Potem kilkanaście. Potem tyle czasu, że gdyby krasnale rzeczywiście szukały mieszkania, zdążyłyby obejrzeć trzy nieruchomości, podpisać umowę najmu, pokłócić się z deweloperem i wystawić opinię w Internecie: „Osiedle Muchomorki – spokojna okolica, ale słaby dojazd dla wiewiórek”. Tymczasem ja nadal siedziałam nad jednym hasłem i z każdą minutą coraz bardziej przypominałam człowieka, który dobrowolnie postanowił stoczyć walkę z własnym mózgiem.
Próbowałam wszystkiego. Krasnale umieszczałam kolejno w grzybkach, muchomorach, dziuplach, norkach, budkach, pieńkach i wszystkich innych miejscach, które choć odrobinę pachniały bajką. Gdyby ktoś zajrzał wtedy do mojej głowy, zobaczyłby biuro nieruchomości dla stworzeń baśniowych. Jeden krasnal oglądałby kawalerkę w muchomorze, drugi negocjowałby czynsz za dziuplę, a trzeci pytałby, czy w pniu drzewa jest światłowód.
Najgorsze było jednak to, że wszystkie pozostałe hasła pasowały idealnie. Krzyżówka wręcz demonstracyjnie pokazywała mi, że problem nie leży po jej stronie. To było trochę tak, jakby dziewiętnastu ekspertów jednogłośnie potwierdzało poprawność rozwiązania, a ten dwudziesty siedział w kącie, patrzył na mnie z pogardą i od czasu do czasu szyderczo się uśmiechał.
W końcu postanowiłam wspomóc się Internetem. W dzisiejszych czasach Internet odpowiada na wszystko. Potrafi wyjaśnić, dlaczego kot o trzeciej nad ranem dostaje nagłego przypływu energii i galopuje po mieszkaniu jak opętany. Potrafi podpowiedzieć, jak odkamienić czajnik, usunąć plamę z buraków i naprawić pralkę przy pomocy śrubokręta, taśmy klejącej oraz modlitwy. Byłam więc przekonana, że kwestia miejsca zamieszkania krasnali zostanie rozwiązana w ciągu kilkunastu sekund. Otóż nie. Internet najwyraźniej uznał, że do pewnych rzeczy człowiek powinien dochodzić sam.
Im dłużej siedziałam nad tym hasłem, tym bardziej byłam przekonana, że wiedza o krasnoludkach w naszym społeczeństwie leży i kwiczy. W szkołach mówi się o fotosyntezie, o budowie atomu i o pantofelku, ale nikt nie przygotowuje człowieka na sytuację, w której trzeba błyskawicznie wskazać adres zamieszkania krasnala. A potem przychodzi dorosłość i takie braki wychodzą na jaw.
Po dobrej pół godzinie byłam już psychicznie zmaltretowana przez grupę fikcyjnych stworzeń mających po trzydzieści centymetrów wzrostu. Patrzyłam tępo na kartkę, aż niespodziewanie wydarzyło się coś niezwykłego. Mój wzrok przesunął się po haśle jeszcze raz. Potem drugi. Potem trzeci. I nagle poczułam, jak wszystkie neurony jednocześnie zatrzymują się w pół kroku...
Bo tam nie było napisane „dom dla krasnali”.
Tam było napisane... „dom dla krasuli”.
KRASULI.
Krowy.
Bydła rogatego.
Zwierzęcia ważącego pół tony.
Istoty, którą od dobrych trzydziestu minut próbowałam zakwaterować w muchomorze.
Przez chwilę siedziałam w kompletnej ciszy. Takiej ciszy, jaka zapada po wysłaniu wiadomości do niewłaściwej osoby. Albo po tym, jak człowiek serdecznie pomacha komuś na ulicy, a po chwili odkrywa, że ten ktoś machał do osoby stojącej trzy metry za nim.
Naprawdę siedziałam i próbowałam dopasować warunki mieszkaniowe dla krowy do infrastruktury przeznaczonej głównie dla krasnoludków, elfów i okazjonalnie dzięciołów.
Oczywiście odpowiedź była natychmiastowa.
Obora.
I nagle wszystko pasowało.
Każda literka.
Każde hasło.
Cała krzyżówka.
Miałam ochotę jednocześnie otworzyć szampana, zapisać się do okulisty i wystąpić o częściowe ubezwłasnowolnienie.
Ostatecznie jednak uznałam, że winę ponosi upał. To bardzo wygodne rozwiązanie. Upał nie protestuje, nie tłumaczy się i można mu przypisać praktycznie wszystko. Rozdrażnienie? Upał. Zmęczenie? Upał. Próba zakwaterowania półtonowej krowy w muchomorze? Oczywiście też upał.
Wieczorem, kiedy emocje już nieco opadły, postanowiłam podzielić się, z osobistym chłopem domowym, innym wielkim odkryciem dnia...
– Widziałam w Lidlu takie nowe kiełbaski grillowe – oznajmiłam z entuzjazmem. – Małe, białe, mocno przyprawione. Wyglądały naprawdę interesująco. Może kupię?
Chłop domowy spojrzał na mnie w sposób, który od razu wzbudził mój niepokój.
– Jakie nowe?
– No te nowe.
– Przecież my je już jedliśmy.
Przez chwilę próbowałam znaleźć rozsądną odpowiedź. Niestety wszystkie rozsądne odpowiedzi były akurat zajęte śmianiem się z historii o krasuli.
– No dobrze... może jedliśmy. Ale dla mnie są nowe.
– Jak coś może być nowe, skoro już to jadłaś?
– Bardzo prosto. Dzięki tej wyjątkowej umiejętności każdego dnia odkrywam świat na nowo.
– To nie jest odkrywanie świata.
– Nie?
– Nie.
– A co?
– Zaniki pamięci? Początki Alzheimera?
– Przesadzasz.
– Wcale nie.
– Przesadzasz bardzo.
– Kobieto... Ty dziś przez ponad pół godziny próbowałaś urządzić krowie kawalerkę w muchomorze. Ja naprawdę nie czuję się kompetentny do dalszego uczestniczenia w tej dyskusji.
Trudno było mi znaleźć kontrargument...
A mogło być tak pięknie. Już prawie widziałam siebie jako wielką odkrywczynię nowych produktów spożywczych, Krzysztofa Kolumba działu mięsnego, kobietę przecierającą szlaki między lodówką a grillem. Niestety rzeczywistość po raz kolejny brutalnie sprowadziła mnie na ziemię. Chociaż z drugiej strony... jeśli nadal będzie tak gorąco, to całkiem możliwe, że jutro znowu odkryję te same kiełbaski ;)
