niedziela, 8 listopada 2015

Hipopotamy w rui i wypasione indyki na zachętę - może zostanę Arnoldem?

Grafika: www.muscleinfo.pl

Na siłownię, taką nieco nietypową, o której pisałam tutaj, chadzam nie z własnej woli – kazali mięśnie wzmacniać po operacjach, no to z pewną dozą niezadowolenia wzmacniam. Siłownia nigdy nie była dla mnie miejscem kultu i przeżywania wielokrotnego orgazmu z powodu wyrzeźbienia sobie kolejnego zarysu elementu układu mięśniowego. 
Nie wspominając o tym wyżywieniu nadmuchanym odżywkami białkowymi, które dla siłownianych maniaków jest niczym moherowy beret dla wyznawczyń Rydzyka, mającym napompować mnie na podobieństwo Arnolda Schwarzeneggera w szczycie formy. 
Chodzę więc na wspomnianą siłownię i czasami mam niezły ubaw, a że tam nie ma zmiłuj i trzeba solidnie orać to taki ubaw skutecznie osłabia moją kondycję i muszę go zduszać w zarodku, by nie paść na plecy ze śmiechu na podłogę i niczym żuczek leśny machać łapkami w rozpaczliwym akcie kończącego się żywota. 
Bawią mnie sapiący panowie, z których trzewi płyną dźwięki godne rasowego aktora filmu porno, który po kilkudziesięciu wytryskach wydaje ostatnie tchnienie na planie i pada z potężną erekcją na puszysty dywanik udziergany z króliczego futerka. Ja wiem, że na siłowni oddech jest ważny, ale litości - wysłuchiwanie sapań, jęków i wzdychań, których hipopotam nilowy w okresie rui, by się nie powstydził to już przesada. Mnie jakoś udawanie hipopotama w rui z wielką erekcją na karku nie jest potrzebne do walki z kilogramami. 
Kolejna sprawa to motyw tak zwanego lansu z elementami przypadkowego wyprężania tego i owego. Niczym indory solidnie tuczone na Święto Dziękczynienia napinają się te chłopiny w trakcie ćwiczeń w jakiś rozpaczliwych pozach mając nadzieję, że ktoś padnie z zachwytu. No ja na pewno nie padnę, także daremne trudy ;) 
Ostatnio trafili mi się jeszcze zakompleksieni intelektualiści, po czterdziestce, z przypadłością przerostu formy nad treścią. Prowadzili rozmowę, którą słyszeli wszyscy ćwiczący – prawdopodobnie słyszący mieli się zaślinić na śmierć słuchając tych wywodów na temat ilości mamony jaką panowie obracają w ciągu tygodnia. Ale to nie wszystko: dowiedziałam się również, że panowie, poza tym, że są odpowiednio sytuowani, to i kariery naukowe robią przepuszczając przez swoje łapy niezliczone ilości doktorantów i magistrantów. Opatrzności dziękuję Ci i z pełnym zaangażowaniem liżę stopy Twe, że ja na takich nie trafiłam na swojej uczelni ;)
I tak ćwiczę sobie, dokonuję obserwacji i chcąc, nie chcąc słucham tych głodnych kawałków; czasami pusty śmiech niepokojąco drażni moje wnętrze, innym razem mój poziom irytacji osiąga niebezpieczne rejony. Ale ma to wszystko swoje niewątpliwe plusy: czas szybciej mi mija, a jak się solidnie poirytuję to mam takie osiągi na tej siłowni, że aż sprzęt się pali ;) Także jest szansa na Arnolda ;)

22 komentarze:

  1. Ale masz pole obserwacyjne, no no! Kiedyś z koleżanką miałyśmy postanowienie pochodzić na siłownię dla zdrowia i "urody". Poszukałyśmy takiej blisko domu, wzięłyśmy stosowny strój, wchodzimy... w recepcji słodka blondynka opalana w solarium, pytamy o sale dla pań, spojrzała jak na UFO, wzruszyła ramionami i wskazała głową na prawo. Mijamy szatnię, wchodzimy na salę, a tam same Arnoldy. Obok salka, gdzie panie ćwiczą aerobik. Pytamy dalej, a jeden Arnold mówi, że są tylko atlasy, ale on może pokazać co i jak, a dla pań to tylko aerobik, w dodatku na sali gdzie także jakiś sprzęt stoi, więc panie tak ćwiczą kątem. No sorry, ale bicepsów na atlasie to ja nie chcę...
    I tak skończyła się moja przygoda z siłownia, bo przecież nie pojadę do dużego miasta szukać siłowni dla pań...
    A co do Twojej energii, to wiadomo, że nic tak nie daje pałera, jak wściekłość... najlepiej na głupotę :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta moja siłownia jest też dla pań - sporo tam kobiet, ale kwiatki w postaci sapiących chłopów też się zdarzają; na takiej zwykłej siłowni byłam kilka razy i to ponad mój system nerwowy jest :) W sumie to aż dziwne, że nie ma siłowni tylko dla kobiet, a może są tylko mało się o nich mówi.

      Usuń
  2. :) Jak chodziłyśmy z koleżanką na siłownię zwykłyśmy na takich mawiać "misiaczki".Było wiele misiaczkowatych egzemplarzy, ale każdy miał inne "hobby" Misiaczki prezentowały swe wdzięki wchodząc w drzwi bokiem, ze niby normalnie się nie mieszczą, misiaczki nosiły przyciasne gatki z uwypukleniem niczym alergiczna opuchlizna po ugryzieniu przez pszczołę prezentującym się gorzej niż facet tańczący w balecie, misiaczki niewiele ćwiczyły, więcej się puszyły, misiaczki były chętne doradzać i niemalże stały się naszymi osobistymi trenerami, misiaczki udzielały rad jak ćwiczyć a jak nie,
    Poza tym że testosteronem im zarosły fałdy mózgowe odpowiedzialne za rozsądek reszta była bez zarzutu
    Hłe hłe .... .Coś Ci faceci ostatnio za skórę zaleźli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo plastycznego opisu Misiaczków dokonałaś :) Dlatego ja na zwykłą siłownię nie chodzę, bo mój system nerwowy nie zdzierżyłby takiej ilości Misiaczków przesiąkniętych testosteronem zgromadzonych na tak małej powierzchni ;)

      Usuń
  3. Muszę powiedzieć, że tak plastycznie opisałaś ćwiczących panów, że śmiałam się do rozpuku. Na siłownię nie chodzę, bo przeraża mnie smród potu, brak świeżego powietrza i przyglądający się panowie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka rasowa siłownia to prawdziwe wyzwanie :) Dziękuję za pochwały - starałam się jak mogłam :)

      Usuń
  4. Daj żyć biedakom. Babska aktywność spycha ich z kolejnych pól, to się chociaż na siłowni próbują wykazać. Ronię łzy nad ich losem... :D Twoja plastyczna typologia jest całkiem przekonującym powodem (jedynym), żeby pójść na siłownię. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani S. nie ma co płakać nad dziadami ;) Niech lepiej mózgownicę trenują zamiast mięśni :)

      Usuń
  5. Witam, i to od razu z uśmiechem. Żłuję, ze na siłownienie chodzę, toć to istna kopalnia różnorakich charakterów. Ale nic straconego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie - nic straconego, a atrakcje czekają ;)

      Usuń
  6. Ooooo, wesoło masz z tymi panami:) Ale nie wpsominasz o efekcie:czy bark po operacji ma się już lepiej?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, mam wesoło :) A barki jak nowe - gdybym mogła to stratuję w podnoszeniu ciężarów na zawodach międzynarodowych ;)

      Usuń
  7. Grunt to odnaleźć się w najbardziej nietypowym miejscu i dobrze się ubawić. Świetnie się czyta. Mam ubaw razem z Tobą i od razu łatwiej mi patrzeć na ten świat :)
    http://eksperyment-przemijania.blog.onet.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami taki ubaw pozwala inaczej spojrzeć, na przykład, na deszczowy, rozmemłany dzień - taki mam za oknem i zastanawiam się jak uciec z pracy i zakopać się z książką i dobrą kawą w pościelach ;)

      Usuń
  8. Kurcze, jak tak czytam, to nabrałam ochoty na siłkę. Szkoda tylko, że mam słomiany zapał :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z moim zapałem też różnie bywa, ale mus to mus; często idę tam jak skazaniec na ścięcie ;)

      Usuń
  9. Ha, ha :) A ja, kiedy byłam ostatnio na siłowni, obserwowałam tylko wypięte i naprężone to i owo, bo nikt niczym innym się nie chwalił. :) :)

    OdpowiedzUsuń
  10. za ten wpis Cię lubię jeszcze bardziej, mam niestety podobne wrażenia...dlatego na siłownię nie chodzę ;) trudno, niemodna jestem, sflaczała i taka jakaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja chodzę, bo kazali, ale też nie pałam wielką miłością :)

      Usuń

KTO POSTY KOMENTUJE, TEN POMNIKI, DLA POTOMNYCH, ZE SŁÓW BUDUJE :)