niedziela, 23 sierpnia 2026

Małżeństwo, czyli sport ekstremalny w stroju galowym...

Powiedzmy sobie szczerze: małżeństwo jest pomysłem dość brawurowym. Dwoje ludzi, z których każde ogarnia życie według własnej fantazji, postanawia połączyć finanse, rodziny, łazienkę oraz dwa komplety starannie pielęgnowanych dziwactw. Wszystko odbywa się w odświętnych ubraniach, jakby eleganckie buty miały kogokolwiek ochronić przed konsekwencjami.

W urzędzie pytają, czy oboje chcą zawrzeć związek małżeński. Nikt natomiast nie sprawdza, czy tak samo rozumieją słowa: „zaraz”, „nic mi nie jest”, „rób, jak chcesz” oraz „nie jestem głodna”. A przecież te cztery zwroty rozwaliły więcej związków niż wszystkie biuściaste blondynki z księgowości razem wzięte.

Po ślubie kończy się wersja demonstracyjna i uruchamia pełny program, razem z błędami. Urocze roztargnienie staje się nieuleczalnym gubieniem kluczy, spontaniczność - robieniem wszystkiego bez uprzedzenia, a rozmowa małżeńska coraz częściej przypomina konferencję prasową. 😉

Jeżeli po latach dwoje ludzi nadal potrafi się dogadać, a przy tym nie planuje wzajemnej eksmisji przy każdej kłótni o pilota, to znaczy, że trafiło im się coś rzadkiego: związek, który działa. Małżeństwo mu nie zaszkodziło. Chociaż robiło, co mogło. 😉

17 komentarzy:

  1. Podjęłaś świetny temat, więc dorzucę swoje 3 grosze :D
    "Nie jestem głodna" - najczęściej kojarzy się to z sytuacją, kiedy mąż pichci coś w kuchni albo składa właśnie zamówienie na kebaba w dowozie i dobrze wie jak to się skończy - nawet jak żona niby nie jest głodna, to i tak zje :D
    Ale to byłoby zbyt proste! U nas to pytanie dotyczy również takich sytuacji, gdy mąż jest głodny i pytając mnie "przy okazji", czy i ja nie jestem, liczy po cichu na kanapkę :P Mam na to sposób: robiąc sobie kolację, bez pytania szykuję też coś dla męża. Jego radość na widok kanapki jest bezcenna xD Może już weszliśmy na wyższy level małżeństwa? Rozumiemy się bez słów! ;))
    A w kwestii jednej łazienki, to cóż... Kto pierwszy dobiegnie do wc, ten lepszy :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kanapka podana bez pytania to już małżeński doktorat; mąż zapewne nazywa to porozumieniem dusz, żona zaś znajomością programu, który od lat leci o tej samej porze. Wszystko działa bez zarzutu, dopóki obojgu naraz nie zachce się do łazienki. Wtedy doktorat traci ważność, a zaczyna się sprint w kapciach. ;)

      Usuń
  2. Sama racja, świetnie przedstawiona.
    Pamiętajmy, że przez wiele, wiele lat małżeństwo było planowane przez rodziców, to dawało dużą szansę, że młodożeńcy powtórzą to co się udało w przeszłości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapewne dawało - pod warunkiem, że rodzice potrafili odróżnić zgodność charakterów od zgodności majątków. ;) Rodzinne wzorce kopiowano jednak w całości: razem z tym, co się udało, oraz z tym, co przez dziesięciolecia jedynie bardzo przekonująco udawało sukces. Dziś przynajmniej sami wybieramy sobie człowieka i możemy bez pomocy starszyzny urządzić własną, całkiem autorską katastrofę. 😉

      Usuń
  3. Cóż, bycia razem można się nauczyć. Jeśli się chce. "Divorce? Never. Murder? Every single day"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to - bycia razem można się nauczyć, pod warunkiem że obie strony odrabiają lekcje, zamiast tylko poprawiać sobie nawzajem błędy czerwonym długopisem.

      Usuń
  4. małżeństwo: jedna osoba, która nic nie rozumie podpisuje umowę z drugą osobą, która też nic nie rozumie, po czym wszyscy składają im gratulacje, bo też nic nie rozumieją...
    ale najlepsze jest powtórne małżeństwo: sytuacja, która oznacza, że ktoś kompletnie nic nie zrozumiał...
    natomiast dogadanie się jest szalenie ważne, zwłaszcza przed rozwodem, żeby był jasność, kto bierze kota, a kto kosiarkę do trawy... zaś tuż po rozwodzie wspaniale smakuje "Pruszków", zwany też "Szarlotką", czyli żubrówka z sokiem jabłkowym spożywane we dwoje w kawiarni nieopodal gmachu sądu...
    p.jzns :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powtórne małżeństwo dowodzi raczej, że człowiek potrafi wyciągnąć wnioski z doświadczenia, a następnie - wiedziony nadzieją - starannie odłożyć je na bok. Kot i kosiarka są zresztą nader symbolicznym podziałem wspólnego dorobku: jedno chodzi własnymi drogami, drugie odzywa się głównie warkotem. ;)

      Usuń
  5. Dwa komplety dziwactw, które muszą jak koła zębate zazębić się, by zegar wspólnego życia tykał jak należy,..Powody rozwodów mamy podane od ręki: - jedno koło może nie mieć zębów, oba koła są ich pozbawione, wiec prześlizgują się przez wspólne życie lub korzystają z poślizgu pierwszego ,,pchnięcia,,( skojarzenia dowolnie sprośne), lub obie ,,zębatki,, są inaczej rozstawione i stąd te wszystkie zgrzyty w związku. Zegarmistrz przy takiej maszynerii może tylko rozłożyć ręce....Samą sprężyną by taki związek ,,nakręcić, nic się nie zdziała. Ot...co....trzeba postarać się o właściwy zgryz...w maszynerii małżeńskiej.to i zgryzoty w związku znikną :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ pięknie rozebrana ta małżeńska maszyneria - niemal do ostatniej śrubki. Kłopot w tym, że przed ślubem każde z kół przedstawia się jako element szwajcarskiego mechanizmu, a po latach wychodzi na jaw, że jedno pochodzi z budzika, drugie z młynka do kawy, oba zaś mają pretensje, że nie wygrywają kurantów. Zegarmistrz rzeczywiście może tylko rozłożyć ręce - zwłaszcza gdy zamiast właściwego zgryzu pozostało już wyłącznie zgrzytanie zębami. 😉

      Usuń
    2. Idąc tym tokiem rozumowania, można też przyjąć, że aby uzyskać właściwy zgryz - trzeba się dotrzeć w toku doświadczeń życiowych. Ale....jak zwykle....obie /wszystkie strony muszą tego chcieć....Bo takich kół zębatych i innych figur bardziej kanciastych mamy we własnym otoczeniu sporo...chwilowo-zawodowo-towarzystkich. :-)

      Usuń
  6. Mój eksmąż twierdzi w rozmowach z innymi, że rozwiodłam się z nim z powodu klapy od sedesu (której oczywiście nie zamykał). Szkoda, że nie zauważył przy okazji takiej drobnostki jak to, że znęcał się nade mną psychicznie i próbował robić to samo z córką, ale w porę to przerwałam.
    Uważam, że dobre małżeństwo nie jest złe i znam sporo takich. Ale złe małżeństwo to koszmar, horror i kupa łajna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Historia o klapie od sedesu jest dla niego wygodną wersją wydarzeń, ponieważ pozwala sprowadzić przemoc psychiczną do błahej sprzeczki i uniknąć odpowiedzialności. Najważniejsze, że znalazłaś siłę, by przerwać tę sytuację i ochronić także córkę. Masz rację: dobre małżeństwo może być źródłem szczęścia, złe zaś - prawdziwym piekłem. Odejście z niego nie jest porażką, lecz aktem odwagi.

      Usuń
  7. Po 42 latach razem cóż mogę napisać? niektóre nasze wady i wzajemne relacje, to teraz świetne anegdoty do opowiadania na rodzinnych spotkaniach :-)
    Może miałam szczęście, a może dotarliśmy sie w końcu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czterdzieści dwa lata to już staż, przy którym małżeńskie wady tracą moc rażenia, a zyskują wartość estradową. To, co kiedyś podnosiło ciśnienie, dziś zbiera śmiech przy rodzinnym stole - i chyba właśnie tak wygląda zwycięstwo nad codziennością. Szczęście mogło Wam sprzyjać, lecz czterdziestu dwóch wspólnych lat nie wygrywa się na loterii. 🙂

      Usuń
  8. Pięknie i z dużą dawką humoru o tym, że małżeństwo to nie bajka, tylko codzienna przygoda, w której najważniejsze są miłość, cierpliwość i umiejętność śmiania się razem (czasem również z siebie 😉). Jeśli mimo tych wszystkich „zaraz”, „nic mi nie jest” i walk o pilota nadal wybiera się siebie każdego dnia, to chyba właśnie jest prawdziwy sukces ❤️

    OdpowiedzUsuń

KTO POSTY KOMENTUJE TEN POMNIKI, DLA POTOMNYCH, ZE SŁÓW BUDUJE :)