Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 stycznia 2026

Wspólny adres nie chroni przed samotnością...

Zanim zaczęliśmy milczeć, mieliśmy swój język: drobne znaki, którymi człowiek mówi „jesteś”, nawet gdy nie wypowiada słowa. Gwizd czajnika był obietnicą herbaty i zgody, rozrzucone skarpetki — śmieszną wojną domową, z której zawsze wracaliśmy do siebie. W tamtym czasie dom nie był adresem; był zdaniem pisanym na bieżąco, z poprawkami, ale wspólną ręką.

Potem wprowadził się trzeci lokator. Nie miał kluczy, nie płacił czynszu, a jednak zajął najwygodniejsze miejsce: między nami. Nazywał się „zaraz”, „muszę”, „tylko dokończę”.

Zorientowałam się pewnego wieczoru, gdy wrócił późno. Stałam w kuchni, kroiłam cebulę, łzy były zbyt łatwe do wytłumaczenia.

— Cześć — rzucił, już z twarzą oświetloną ekranem telefonu.

— Cześć — odpowiedziałam.

Byliśmy w tym samym pomieszczeniu, a jednak rozmawialiśmy jak przez ścianę.

Później usiadł na kanapie, odchylił głowę. Telewizor grał sam dla siebie. Ja sprzątałam naczynia, choć były już czyste, bo ruch w rękach udawał, że nie drży we mnie nic ważnego.

— Jak minął dzień? — zapytałam w końcu.

Zawahał się, jakby próbował przypomnieć sobie, co to znaczy „dzień” poza listą zadań.

— Normalnie. — Uniósł wzrok na sekundę. — A u ciebie?

To „u ciebie” było uprzejme, ale puste, jak koperta bez listu.

— Też normalnie — skłamałam, a słowo wpadło mi do gardła jak drobna ość.

Tydzień później zaskoczyłam siebie tym, że zaczęłam słuchać, czy oddycha. Nie po to, by zasnąć spokojniej, tylko żeby mieć pewność, że obok leży człowiek, a nie tylko ciepło, które nie zna mojego imienia. Samotność w związku ma inny smak niż ta zwykła: jest jak pragnienie przy pełnym stole.

Najgorsze nie były nawet wieczory. Najgorsze były poranki, kiedy wychodził z domu i mówił:

— Pa.

A ja odpowiadałam:

— Pa.

Tak się żegnają ludzie, którzy nie chcą niczego popsuć. Tylko że my nie psuliśmy niczego gwałtownie. My się ścieraliśmy, powoli, aż do przezroczystości.

W sobotę, kiedy nie było wymówek pod tytułem „zaraz spotkanie”, zrobiłam kawę, mocną, jakby mogła dodać mi odwagi. Usiadłam przy stole i czekałam, aż przyjdzie. Kiedy wszedł, wyglądał na zaskoczonego moją powagą — jakby w domu nie wypadało mieć twarzy bez uśmiechu.

— Coś się stało? — zapytał, sięgając po kubek.

Pomyślałam, że jeśli powiem „tak”, uzna to za awarię do usunięcia. Jeśli powiem „nie”, zostanę z tym sama. Więc powiedziałam prawdę.

— Stałam się niewidzialna.

Zmarszczył brwi.

— Co ty mówisz?

— To, co słyszysz. — Splotłam dłonie tak mocno, że pobielały mi knykcie. — Mieszkamy razem, ale ja… żyję obok ciebie. Jak w poczekalni. Zawsze czekam, aż wrócisz, aż skończysz, aż odłożysz telefon. Czekam na ciebie, będąc z tobą.

Widziałam, jak w nim narasta obrona; znałam ją, ten mechanizm ratunkowy.

— Przecież jestem. — Rozejrzał się po kuchni, jakby chciał przywołać dowody: stół, krzesła, kubki. — Nie zdradzam cię, nie znikam. Po prostu… pracuję.

— Wiem. — Oddech miałam zbyt płytki. — Tylko że „jestem” to czasem za mało. Ty jesteś w domu, ale nie jesteś ze mną. Rozumiesz różnicę?

Milczał dłużej, niż bym chciała. Potem wypuścił powietrze, jakby zdejmował z pleców ciężar, którego nie umiał nazwać.

— Myślałem, że daję ci spokój — powiedział cicho. — Że nie narzucam się. Że… dorośli tak mają: każdy swoje.

— Spokój to nie to samo, co bliskość. — Wbiłam wzrok w blat, bo w jego oczach mogłabym się rozsypać. — Ja nie chcę, żebyś mi „dawał” czas jak resztki z dnia. Chcę być częścią dnia, nie nagrodą po nim.

Otworzył usta, zamknął. Zobaczyłam w tym ruchu coś z bezradności, której wcześniej u niego nie dostrzegałam.

— Czy ty… chcesz odejść? — zapytał w końcu. Pytanie wypadło z niego szybko, jakby się bał, że jeśli nie powie go teraz, usłyszy odpowiedź w ciszy.

— Ja nie chcę odchodzić od ciebie. — Podniosłam wzrok. — Ja się boję, że odchodzę od siebie. I że ty nawet nie zauważysz.

To było zdanie bez ozdobników, nagie, a jednak prawdziwe. Prawda nie musi być piękna, żeby poruszać; wystarczy, że trafia w miejsce, które człowiek skrzętnie omija.

Oparł łokcie o stół. Telefon leżał obok, jak mały, czarny świadek.

— Nie wiedziałem, że jest aż tak źle — powiedział. — Nie… nie umiałem tego zobaczyć.

— Bo nie patrzyłeś.

Słowo zabrzmiało ostrzej, niż planowałam, ale nie cofnęłam go. Wreszcie przestaliśmy mówić w zawoalowany sposób, a to bolało i jednocześnie przynosiło ulgę.

Przesunął telefon na bok, jakby odsuwał od nas przedmiot niebezpieczny.

— Dobrze. — Kiwnął głową, powoli. — Powiedz mi konkretnie. Czego potrzebujesz?

To „konkretnie” mogło brzmieć jak rozkaz z pracy, a jednak było w nim coś ważnego: gotowość. Ugryzłam wargę, żeby nie wpaść w listę życzeń i pretensji.

— Potrzebuję, żebyś wracał do mnie, a nie tylko do mieszkania. — Mówiłam spokojniej. — Żebyś mnie pytał naprawdę i słuchał odpowiedzi. Żebyśmy mieli chociaż jeden kawałek dnia, który jest nasz. Bez telefonu. Bez „zaraz”.

— A jeśli nie dam rady? — zapytał. Nie jak ktoś, kto szuka wymówki, tylko jak ktoś, kto boi się własnej niewydolności.

— To powiedz. — Przechyliłam głowę. — Tylko nie znikaj w milczeniu. Milczenie mnie zabija wolniej, ale skuteczniej.

W jego oczach pojawiło się coś szczerego, jakby zrozumiał, że nie walczę z nim, tylko o nas.

— Ja też się czasem czuję… pusty — przyznał. — Wracam i mam wrażenie, że wszystko ze mnie wyciekło. Boję się, że jak zacznę mówić, to się rozsypię.

— To się rozsyp. — Mój głos zadrżał. — Wreszcie w domu, nie w pracy. Ja też się sypię. Tylko robię to po cichu.

Usiadł bliżej. Nie dotknął mnie od razu. To zawahanie było bardziej czułe niż szybki uścisk, bo oznaczało szacunek do tej kruchości, którą właśnie wyjęliśmy na stół między filiżanki.

— Przepraszam — powiedział wreszcie. — I nie chcę, żebyś była „dzielna”. Nie musisz.

Wtedy dopiero poczułam łzy; przyszły nie jak kapitulacja, tylko jak dowód życia.

Nie było wielkiego pojednania z filmów, żadnych triumfalnych obietnic. Była umowa niewypowiedziana wprost: spróbujemy być obecni, nawet jeśli to niewygodne. Wieczorem zaproponował spacer. Krótki, zwyczajny, w zimnym powietrzu, które szczypało w policzki i budziło.

— Zaczniemy od dziś — powiedział. — Nie od poniedziałku.

A ja pomyślałam, że czasem ratunek wygląda właśnie tak: ktoś przestaje odkładać człowieka na później.

W nocy, już w łóżku, jego dłoń odnalazła moją pod kołdrą, nie z przyzwyczajenia, lecz z decyzji. W tym geście była obietnica mała, ale ciężka od znaczeń: jestem. widzę. wracam.

Samotność nie zniknęła natychmiast. Jest cierpliwa, wraca w zmęczeniu, w pośpiechu, w gorszych dniach. Ale od tamtej soboty miała wreszcie przeciwnika: nasze słowa, choć nieporadne, i naszą odwagę, by nie zasypiać na granicy dwóch osobnych światów.

Najtrudniejsze w miłości nie jest powiedzieć „kocham”. Najtrudniejsze jest nie zgubić siebie w milczeniu, kiedy obok ktoś oddycha, a mimo to wydaje się daleki jak światło w oknie naprzeciwko. I zrozumieć, że obecność bywa czynem — codziennym, cichym, wymagającym — a nie tylko faktem, że ktoś zostawił buty w przedpokoju.

piątek, 2 stycznia 2026

Tam, gdzie różnica staje się mostem - opowieść, która nie pyta o metrykę...

Miała czterdzieści pięć lat i ten rodzaj urody, który dojrzewa jak wino — nie krzyczy, lecz zostaje w pamięci. W jej ruchach była pewność, w spojrzeniu – ciepło połączone z ironią. Nauczyła się żyć w zgodzie ze sobą, a przynajmniej tak lubiła o sobie myśleć. Do czasu, gdy do jej życia wszedł on — dwudziestodziewięcioletni Michał, z niefrasobliwością w uśmiechu i niepokojem w oczach.

Poznali się w bibliotece, przy półce z kryminałami. On sięgał po książkę, ona już ją trzymała. Przez sekundę ich dłonie dotknęły grzbietu okładki, jakby przypadek miał własne poczucie humoru.

— Proszę — powiedziała, oddając mu tom.

— A może… przeczytamy ją razem? — odparł z uśmiechem, który wyraźnie nie należał do świata grzecznych konwenansów.

Pomyślała: odważny.

Pomyślała też: młody.

A potem — ku własnemu zdziwieniu — zgodziła się na kawę.

Już przy pierwszym spotkaniu wyczuła między nimi iskrę — nie tę krzykliwą, lecz jak napięcie w powietrzu przed burzą. On mówił szybko, z pasją, czasem przerywał sam sobie, jakby życie biegło szybciej niż jego zdania. Ona słuchała, jak ktoś, kto widział już kilka końców świata i wie, że większość z nich okazuje się tylko początkiem czegoś nowego.

— Wiesz, że ludzie pomyślą, że jestem twoją ciotką? — rzuciła półżartem.

— Niech myślą, co chcą. Ja wiem, kim jesteś — odpowiedział bez zawahania.

Coś w niej drgnęło...

Miasto mówiło różnymi głosami.

W kawiarni przy stoliku obok ktoś szeptał, ktoś się domyślał, ktoś dopowiadał brakujące wersy. A jednak oni uczyli się od siebie nawzajem: ona — jego świeżości, on — jej spokoju. Śmiali się z drobnych różnic: ona pamiętała kasety VHS, on dorastał ze smartfonem w dłoni. Ona mówiła: „kiedyś”, on — „kiedy będziemy”.

Bywały sytuacje absurdalnie zabawne. Kelnerka spytała kiedyś Michała:

— Dla mamy latte, tak?

Odpowiedział spokojnie:

— Dla mojej partnerki. I proszę dwa espresso. Będziemy potrzebować energii.

Zamilkła. A oni parsknęli śmiechem jak dzieci uciekające przed deszczem.

A jednak nocą, kiedy gasły światła i zostawała tylko cisza, rodziły się pytania.

Czy pewnego dnia on zatęskni za kimś „w swoim wieku”?

Czy ona zdoła nie liczyć lat jak kroków w stronę przepaści?

Czy ich historia to lot… czy spadochron?

— Boję się — powiedziała któregoś wieczoru, bardziej do siebie niż do niego.

— Ja też — odpowiedział szczerze. — Ale bardziej boję się życia, w którym cię nie ma.

Nie obiecywał jej wieczności — obiecywał obecność. I to było więcej warte.


Pewnego wrześniowego wieczoru wyjechali nad morze. Po sezonie plaża była pusta, wiatr niósł smak soli i dawne historie. Słońce topiło się w horyzoncie, a fale podchodziły do ich stóp z uporem kogoś, kto nie chce odejść.

— Wiesz — powiedział — kiedy jesteś obok, czas nie znika. On po prostu przestaje mnie gonić.

Chciała odpowiedzieć czymś mądrym, „na miarę swoich lat”. A wyszło tylko:

— Kocham cię...

Zostali na tej plaży dłużej, niż pozwalała logika. Rozmawiali o drobiazgach, o marzeniach, o lękach, które przestawały być straszne, kiedy wypowiadało się je na głos. Noc pachniała obietnicą.


Kilka tygodni później życie postanowiło ich sprawdzić.

Dostał propozycję pracy za granicą. Wielki projekt, wielka szansa, słowo „kariera” błyszczało jak neon.

Ona słuchała w milczeniu.

— Jeśli wyjedziesz — powiedziała spokojnie — zrozumiem. Nie wolno nam wiązać sobie skrzydeł.

— A jeśli zostanę? — zapytał.

Zamilkła. Bała się, że każde „zostań” zabrzmi jak klatka.

— Wtedy… zostań dla siebie — wyszeptała.

Tej nocy długo nie spał. Przewracał przyszłość w dłoniach jak kamień, który nagle stał się cięższy. Nad ranem podjął decyzję.


W niedzielę pojechali na wzgórze za miastem — to samo, na które kiedyś chodzili „oddychać dalej, kiedy świat był za ciasny”. Wiatr pachniał trawą i zapowiedzią deszczu.

— Odmówiłem — powiedział cicho.

Spojrzała na niego długo. Nie triumfalnie. Nie z ulgą. Z czułością, która bolała.

— Dlaczego? — zapytała.

— Bo po raz pierwszy w życiu czuję, że nie muszę uciekać, żeby iść naprzód — odparł. — A ty… jesteś moim kierunkiem, nie kotwicą.

Jej oczy wypełniły się łzami — jasnymi jak rzeka po roztopach. Usiedli obok siebie. Jego dłoń w jej dłoni. Prosto. Pewnie. Jak dom.


Z czasem świat przestał komentować.

Przyzwyczaił się. Albo odpuścił. A może po prostu zrozumiał, że tej historii nie da się zmierzyć ani numerem PESEL, ani cudzym oczekiwaniem.

Ich codzienność nie potrzebowała wielkich deklaracji. Była w porannej kawie. W jesiennych spacerach. W ciszy, która nie bolała, lecz koiła.

Pewnego wieczoru siedzieli na balkonie, patrząc na dachy rozświetlone ciepłym światłem. Ona położyła głowę na jego ramieniu.

— Myślisz… że to potrwa? — spytała półgłosem, bardziej z czułej obawy niż z wątpliwości. To nie było pytanie o gwarancję. To było pytanie o nadzieję.

— To już trwa — odpowiedział. — A reszta… jest naszym wspólnym jutrem.

I to wystarczyło.

Bo nie każda miłość musi obiecywać „na zawsze”. Niektóre trwają w zupełnie inny sposób — w dotyku dłoni, wspólnym milczeniu, w oddechu wieczoru, który pamięta ich obecność.

Niektóre miłości po prostu się dzieją — intensywnie, prawdziwie, z pełnym zaangażowaniem — i w tym właśnie jest ich piękno: w zgodzie na to, że tu i teraz potrafi być całym światem.

niedziela, 7 grudnia 2025

Tyle co nic, a jednak wszystko...

Kiedy pobierali się przed laty, wszyscy mówili jej, że małżeństwo to sztuka kompromisu. Brzmiało to jak rada dotycząca wyboru dywanu: weź taki, który nie będzie się za szybko brudził.

Nikt natomiast nie wspomniał, że kompromisem bywa również pogodzenie się z faktem, że mąż potrafi zostawić skarpetki w miejscach bardziej nieoczekiwanych niż fabuła telenoweli, a ona sama ma niezbywalną zdolność rozpoczynania poważnych rozmów dokładnie w chwili, gdy on walczy z masłem na kromce chleba — co dla niego najwyraźniej jest czynnością wymagającą pełnej koncentracji.

Ich wspólne życie nie było poematem o miłości. Bardziej długim, skomplikowanym serialem, z odcinkami, które chce się oglądać w nieskończoność, i takimi, w których ma się ochotę wyrzucić pilota przez okno.

A jednak serial trwał — z przerwami, zwrotami akcji i cichymi scenami, które rozgrywały się pod osłoną codzienności.

Kiedy dzieci dorosły, dom nagle zrobił się większy. Za duży na jedno „przepraszam”, za pusty na niewypowiedziane „kocham cię”. Tak jakby echo powtarzało ich własne myśli, które przez lata odkładali na później.

I wtedy nadeszła ta zwyczajna sobota. Ta, która miała trwać jak wszystkie inne — aż zrobiła coś odwrotnego.

Kobieta stała w kuchni, patrząc na kubek od kawy po raz kolejny porzucony w zlewie niczym artefakt po nieznanej cywilizacji.

— Ile razy mam prosić?! — krzyknęła w stronę salonu.

— To tylko kubek od kawy! — odparł. — Wyluzuj! Jest sobota!

Zacisnęła usta. Znakomicie. Jest sobota, a ona nadmiernie pochyla się nad zawartością zlewu. Ale tym razem poczuła, że ten kubek nie jest tylko kubkiem. Jest wszystkim, co się nazbierało — pretensją udającą troskę, bólem udającym obojętność, tęsknotą zakopaną pod zmęczeniem.

Usiadła przy stole i opuściła głowę. Nie płakała. To było bardziej jak powolne osuwanie się duszy na kolana.

Wszedł do kuchni.

Stanął w drzwiach, a gdy spojrzał na nią, coś w jego twarzy się wygładziło — jakby nagle odłożył wszystkie swoje racje, argumenty i drobne urazy.

— Hej — powiedział cicho. — To nie o ten kubek, prawda?

Pokręciła głową.

— Tęsknię — wyszeptała. — Za nami sprzed lat. Za rozmowami, za dotykiem, który nie był formalnością. Za tym, że teraz jesteśmy jak współlokatorzy z umową na czas nieokreślony.

Usiadł obok. Nieśmiało wziął jej dłoń — jak ktoś, kto dotyka czegoś cennego, czego nie chce uszkodzić.

— Myślę… że zapomnieliśmy, iż miłość nie jest czymś, co się ma. Tylko czymś, co się tworzy. Codziennie. I że to praca dla dwojga — nie dla dwóch samotnych wysp.

Uśmiechnęła się przez łzy.

— Ja chyba nie jestem łatwa.

— Nie jesteś łatwa — zgodził się poważnie. — Ty jesteś wersją premium. Z dodatkowymi funkcjami, które trzeba umieć obsługiwać.

Parsknęła.

— Jesteś idiotą.

— To prawda. Ale twoim idiotą.

Cisza, która spadła między nich, była inna niż ta sprzed kłótni. Ta była miękka, pojednawcza, jak ciepła chusta zarzucona na zmarznięte ramiona. W tej ciszy oboje zrozumieli, że choć życie ich przetrzebiło, wciąż mają w sobie niewyczerpane pokłady „chcę cię w moim życiu”.

Zrobili rzecz nieheroiczną, a jednak odważną: wyszli na spacer. Bez planu. Bez telefonu, który dyktuje rytm dnia. Po prostu wyszli — jak kiedyś, gdy byli młodzi i nie wiedzieli jeszcze, że miłość potrafi męczyć, ale też ratować.

Śmiali się z psa sąsiadów, który gonił liść jak wrogą jednostkę. 
Rozmawiali o głupstwach, a w tych głupstwach krył się powrót do siebie.

Słońce zachodziło powoli, jakby chciało dać im trochę więcej czasu.

A potem ona zatrzymała się nagle, jakby doznała olśnienia.

— Wiesz… kiedyś myślałam, że najgorsze w małżeństwie są kłótnie — powiedziała. — Ale najgorsze jest milczenie, kiedy oboje boją się powiedzieć: „zostań, bo jeszcze cię potrzebuję”.

Spojrzał jej w oczy — nie tak, jak patrzy się na żonę, z którą dzieli się rachunki, ale tak, jak patrzy się na człowieka, który jest twoją historią.

— To zostań — wyszeptał.

I została.

A on został z nią.

Nie dlatego, że tak trzeba, lecz dlatego, że tak chcieli.

Dziś ktoś patrzący z boku może widzieć zwyczajne małżeństwo. Brak w nim hollywoodzkich fajerwerków, namiętnych deklaracji, dramatycznych zerwań i jeszcze dramatyczniejszych powrotów. Ale jest w nim coś dużo cenniejszego: dwójka ludzi, którzy rozumieją, że miłość to codzienna decyzja. Czasem spektakularna jak wybaczenie, a czasem tak niepozorna jak umycie kubka, zanim stanie się powodem do kolejnej wojny.

Bo w małżeństwie zazwyczaj chodzi o drobiazgi.

Tyle co nic.

A jednak wszystko.

środa, 2 listopada 2016

Kobieto (i nie tylko)! Nadziej plusze na garb i podbijaj świat ;)

Grafika: Internety :)

Wszystkie żywe istoty na tej planecie, zwłaszcza te, z którymi stykam się walcząc o przetrwanie na łonie osobistego miejsca zarobkowania, marudzą, że ta jesień straszni są: wieje, zimno, leje, tylko brać sznur, zamontować na przydrożnej topoli i poddać się podmuchom wichru, który sponiewiera nasze umęczone jestestwo wywijając nim na prawo i lewo jak wujek Zenek, w stanie zamroczenia trunkiem nielichej mocy, ciotką Ziutą na weselu kuzynki Jadwini. Gdy już tak podyndajem w rytmach weselnych pieśni i wijących się dziko ciał wspomnianego wujka Zenka i ciotki Ziuty opadniem na glebę naszej planety zamroczeni jesienną depresją ;) 
Czy faktycznie ta pora roku musi przyginać nas do ziemi? Bardzo spodobał mi się komentarz jednej takiej pojechanej babiny, która zamieściła pod moim ostatnim postem takież oto słowa (mam nadzieję, że nie zaciągnie mnie przed oblicze sądów za dystrybucję jej myśli wyrywających się tak swobodnie z jej swobodnych połączeń mózgowych):
"Moja droga, właśnie rozpoczęła się moja ulubiona pora roku! Jest cudownie, chociaż wciąż zbyt dużo słońca, ale jestem cierpliwa... to najcudowniejszy czas, kiedy po wejściu do domu czujesz to obejmujące cię ciepło, kiedy bez zbędnych tłumaczeń zaszywasz się w ukochanym fotelu z kubkiem gorącej czekolady w ręku, i możesz nosić ogromniaste swetry i te papucie z uszami królika, i te fajne rękawiczki z perłowymi koralikami, i traperki (moje ukochane, tęskniłam od marca). Auuu...naprawdę jest super!!!!!" Autorkę tegoż wywodu można poczytać tutaj: Czarny Pieprz 
No nie powiecie, że nie ma w tym magii? :) Taki mały romans z ciemnością, ciepłem kaloryfera (szczęśliwcy mogą się romansować z kominkami), czekoladą, grzanym winem, ulubioną muzyką i tymi pluszami, które roztaczają swoje wdzięki i kuszą na wszelakie możliwe sposoby. Wiem, wiem, ktoś mi zaraz przywali tekstem typu: z czego tu się cieszyć jak człowiek sam w tej chałupie?!? Męskiej piersi włochatej czy też damskiej niewłochatej, do której się przytulić można - nie ma, wsparcia słownego - nie ma, ciepła drugiego osobnika gatunku Homo sapiens - nie ma!!! I czym tu się durna babo ekscytować?!? Fakt! Nie samym pluszem człowiek żyje, więc należy znaleźć kogoś kto zawsze jest dla nas dobry, patrzy z tym samym zachwytem każdego dnia na nasze oblicze, szanuje nasze ciało, ubóstwia to co mówimy, rozpieszcza nas na wszelkie możliwe sposoby, itp., itd. Pewnie ktoś zapyta jak to zrobić? Nie ma nic prostszego na tym padole :) Spójrz w lustro :) Gdy pokochasz siebie znajdzie się też ktoś kto uzupełni to, co stworzy tą trudną do ubrania w słowa całość i żadna jesień nie będzie straszna :) Aaa... w przypływach osłabionego stanu miłości do własnej postaci można się oczywiście wspomóc substancjami lekko odurzającymi ;) Trzymcie się pluszowo :)

piątek, 22 lipca 2016

Refleksje z psią nutą w tle...


Grafika: Eve Daff

Życie pisze swoje scenariusze i nic odkrywczego w tym nie ma. Potrafi zaskakiwać i z dziką rozkoszą radośnie wystawia na próbę nasz system nerwowy. Wichry i zakręty życiowe sprawiły, że nie mam na co dzień kontaktu z moim (a może już nie moim...) psem. Nie jest to miłe, łatwe, ani przyjemne. Ktoś powie: to tylko zwierzę... Tylko zwierzę... Fakt. Nie do końca się z tym zgodzę. To zwierzę znam od szczeniaka, brałam udział w jego wychowaniu i z trudem odganiam od siebie myśli, że nie ma go już w moim życiu. Została tęsknota... To "tylko zwierzę" mocno zagościło w moim sercu, umyśle i nie wyobrażam sobie, że mogłabym tak po prostu zapomnieć i wyrzucić je do kosza wspomnień.  
Częściowo jestem sobie w stanie wyobrazić co czują ludzie, którzy po rozstaniu ze swoim partnerem nie mają pełnego kontaktu z dziećmi, mogą je widywać w weekendy, święta; nie zazdroszczę... Czasami zastanawiamy się dlaczego ktoś zrywa całkowicie kontakt i "odpuszcza" nawet te nieszczęsne weekendy. Może tak jest łatwiej, może to egoizm, a może coś innego wypełza na światło dzienne, żeby zagłuszyć ból tęsknoty za kimś kogo się kocha. Dlatego zanim osądzimy czyjąś postawę zastanówmy się co kieruje taką osobą. Dopóki sami nie znajdziemy się w podobnej sytuacji nie powinniśmy naklejać etykiety i pokazywać paluchem na osobnika, który zionie samym złem i jest nieodpowiednim ogniwem w łańcuchu społeczeństwa. 
A psiaki... Czyż one nie są kochane? :) 

Grafika: Eve Daff

wtorek, 10 lutego 2015

Zmysłowe jajka sadzone i biust Magdaleny...

Tadeusz potrafił rozbijać jajka jak nikt inny… Jego dłonie, na których malowały się lata ciężkiej pracy, zdawały się być najdoskonalszym narzędziem przeznaczonym do tego celu. Podziwiała je siedząc przy kuchennym stole, na którym już zdążyły zagościć dwa białe talerze dumnie spoczywające na papierowych serwetkach. Serwetki też miały swoją historię - Tadeusz spędził dobre pół godziny, w pobliskim sklepie, szukając tych właściwych, pasujących do sobotniego śniadania. 

- Kochanie czy zechcesz podać mi paprykę? Głos Tadeusza rozbudził w niej pragnienie znalezienia najpiękniejszej papryki w całej galaktyce. Magdalena wydobyła więc z naczynia piękną, czerwoną papryczkę i eterycznym ruchem podała ją ukochanemu. Mężczyzna wyczarował z warzywa cztery plastry mające posłużyć jako ramka dla jego kulinarnego dzieła. 

Patelnia teflonowa, za sprawą zręcznych dłoni Tadka, wylądowała na kuchence, a następnie kawałek masła klarowanego zespolił się z jej teflonem w tańcu miłości ogrzanym kontrolowanym płomieniem palnika. Wydobyły się pierwsze nuty śniadaniowej symfonii. Magdalena zastygła niczym posąg, jej powieki zapomniały o odruchu mrugania, bowiem On znowu miał w swoich dłoniach jajko. Fascynowała ją perfekcja z jaką dokonywał wyboru głównego bohatera śniadania. Niczym kobra hipnotyzująca gryzonia wpatrywał się w tuzin prężących się w wytłoczce jaj. Nawet wytrawny znawca mowy ciała nie byłby w stanie doszukać się choćby drżenia jednego mięśnia. Tadeusz męskim, pewnym ruchem wyłaniał szczęśliwców, którzy mieli dziś zaspokoić, jego i Magdy, rozbudzone od tygodnia jajeczne żądze. 

- Bosko pachnie! - zakwiliła Magdalena i dyskretnym ruchem poprawiła uwierającą ją koszulę nocną. Jej biust zdawał się wykazywać tak ogromne zainteresowanie sadzonymi jajkami, że wizja strzelających guzików jej odzienia była bliska realizacji. 

Tadeusz położył na patelni cztery plastry papryki. Opiekał je z każdej strony po kilka minut. Następnie wbił do warzywnych ramek po jednym jajku, oprószył ziołami toskańskimi, solą i pieprzem. Magdalena udekorowała talerze kiełkami szczypiorku oraz pora tworząc z nich wieniec dla Tadeuszowego dzieła. Jeszcze chwila i zapadnie się w krainie boskich, sadzonych jajek… Ciekawe czy doda parmezanu? - rozmarzyła się i zganiła zarazem za to wygórowane pragnienie, które mogło dodatkowo, przez swoją kaloryczność, przyczynić się do guzikowego dramatu.

Tadzio wyłożył jajka na niebanalnie przystrojone talerze. Z błękitnej miseczki zaczerpnął łyżeczką trochę parmezanu, który o świcie starł na odpowiedniej wielkości wiórki i wypowiedział najcudowniejsze tego ranka słowa:

- Smacznego Kochanie! Jedz, bo ostygnie!

- Zrobię tylko kilka zdjęć! Proszę… Wszystko wygląda tak pięknie! Pokażę w pracy dziewczynom, jakiego mam zdolnego męża! - prośba ukochanej połaskotała i tak już przerośnięte, tego ranka, ego mężczyzny.

Tadeusz i Magdalena rozkoszowali się smakiem słodkiej papryki, jędrnej i soczystej, która utworzyła z sadzonym jajkiem związek tak doskonały jak ich własny. Spoczywające dookoła kiełki zdawały się wiwatować na ich cześć, a parmezan nieśmiało usadowił się tu i ówdzie dodając całości swoistego smaczku. 

Grafika: Kobicina Miejska

Wyjaśnienie:
Znalazłam i przetestowałam ciekawy przepis na jajka sadzone. Nie chciałam tak zwyczajnie go opisywać, więc popełniłam kulinarno - erotyczną chałturę literacką przez małe l ;)