Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurd. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 lipca 2026

Nocne prykanie utrudnia zasypianie, czyli dlaczego nie należy lekceważyć warzyw po godzinie dwudziestej trzeciej...

Sobotni, późny wieczór należał do tych, które człowiek chciałby zakonserwować w słoiku, postawić na najwyższej półce spiżarni i odkręcać wyłącznie wtedy, gdy dorosłe życie zaczyna za bardzo szarżować z rachunkami, obowiązkami oraz innymi atrakcjami dla ludzi, którzy kiedyś myśleli, że dorosłość polega głównie na jedzeniu lodów przed obiadem. Za oknem panował taki upał, że nawet komary sprawiały wrażenie stworzeń pogodzonych z losem, latały wolniej, bez przekonania, jakby przed każdym ukąszeniem musiały najpierw usiąść i przemyśleć sens własnej egzystencji. W mieszkaniu unosiło się to ciężkie, letnie powietrze, którego nie da się przewietrzyć, schłodzić ani przekupić, gdyż ono po prostu wisi nad człowiekiem jak urzędnik nad źle wypełnionym formularzem.

Mój osobisty chłop domowy już od dłuższego czasu romansował z Morfeuszem w pokoju obok, czyniąc to z oddaniem godnym człowieka, który nie zamierzał przejmować się ani temperaturą, ani inflacją, ani faktem, że gdzieś na świecie ludzie nadal próbują zrobić zdrowy deser, który nie smakuje jak kara za grzechy. Z sypialni dochodziło jego cichutkie pochrapywanie, całkiem zresztą niewinne, bardziej przypominające próbę generalną małej lokomotywy niż pełnoprawny koncert tartaku. Znam Mariana już kilka dobrych lat i przez ten czas życie wykształciło we mnie zdolności, których nie wpisuje się do CV, choć w razie potrzeby mogłyby okazać się bezcenne dla kryminalistyki; gdyby ktoś ustawił przede mną rząd chrapiących chłopów domowych, obcych, półobcych i całkiem przypadkowych, bez wahania wskazałabym właściwego, albowiem są takie akustyczne szczegóły wspólnego życia, które kobieta zapamiętuje nawet wbrew własnej woli.

Ja natomiast rozłożyłam się na kanapie niczym rasowa jaszczurka na rozgrzanym kamieniu, bez kołdry, bez koca i bez najmniejszej chęci przykrywania się czymkolwiek, ponieważ przy tej temperaturze nawet prześcieradło mogłoby zostać uznane za narzędzie tortur. Miałam na sobie coś, co producent prawdopodobnie nazwał piżamą, chociaż równie dobrze mogłaby to być letnia wersja stroju negocjacyjnego z własnym potem. W telewizji leciał jakiś film, którego fabułę porzuciłam po kilku minutach, bo Internet, jak zawsze, podsunął mi temat ważniejszy, głębszy i bardziej niebezpieczny dla psychiki, czyli przepisy na desery z mąki kokosowej.

Nie wiem, jak to się dzieje, ale Internet ma w sobie coś z nadgorliwej ciotki na weselu, która raz usłyszy, że człowiek lubi sernik, i od tej pory prześladuje go sernikiem we wszystkich możliwych wydaniach. Wystarczyło, że jeden jedyny raz zainteresowałam się kokosankami z mąki kokosowej bez cukru, a algorytm natychmiast uznał, że odkryłam powołanie, misję życiową oraz nową religię. Kokosanki bez cukru, placuszki kokosowe bez cukru, brownie kokosowe bez cukru, chleb kokosowy bez sensu, naleśniki kokosowe bez nadziei, a gdybym przewinęła jeszcze trochę niżej, zapewne znalazłabym kurs stolarski „Zbuduj altankę z mąki kokosowej”. Mąka kokosowa zaczęła mnie prześladować z takim zapałem, jakby podpisała ze mną umowę abonamentową i teraz miała prawo wyskakiwać z każdego zakątka ekranu, lodówki oraz sumienia.

Kiedy zegar przekroczył jedenastą, doszłam do wniosku, że dalsze udawanie osoby aktywnej społecznie, intelektualnie i kulinarnie nie ma najmniejszego sensu, ponieważ mój organizm przeszedł właśnie w tryb „nie pytaj, nie wymagaj, śpij”. Dokonałam więc wieczornych ablucji, które w tym upale bardziej przypominały próbę odświeżenia ogórka zostawionego na parapecie, po czym wsunęłam się do łóżka właściwego z nadzieją, że za chwilę dołączę do Mariana w krainie snów, gdzie być może panuje klimat umiarkowany, a mąka kokosowa nie ma dostępu do Wi-Fi.

Nie zdążyłam jednak porządnie ułożyć głowy na poduszce i wejść w ten przyjemny stan, w którym człowiek jeszcze niby istnieje, ale już nie odpowiada za swoje myśli, kiedy usłyszałam odgłos tak osobliwy, że mój mózg natychmiast przerwał procedurę zasypiania i włączył tryb śledczy. Nie był to huk, stukot ani trzask, nie brzmiał też jak coś, co powinno wymagać telefonu do administracji, straży pożarnej lub egzorcysty. Był to dźwięk cichy, stłumiony i nieśmiały, coś pomiędzy pękającą bańką mydlaną a miniaturowym wyznaniem winy.

Po kilku sekundach odezwał się ponownie, potem raz jeszcze, już z pewną dozą bezczelności, jakby pierwszy odgłos tylko wybadał teren, a kolejne uznały, że skoro nikt nie protestuje, można kontynuować działalność. Leżałam nieruchomo, z oczami utkwionymi w ciemność, usiłując nadać temu zjawisku nazwę godną dorosłej kobiety, ale język polski, ze swoją całą poetyckością, chrząszczami brzmiącymi w trzcinie i deszczami jesiennymi, w tej konkretnej sytuacji nie pozostawiał mi szerokiego pola manewru.

To było pryknięcie, tylko w wersji demonstracyjnej, kieszonkowej, jakby ktoś zamówił je z katalogu dla początkujących i nie odważył się jeszcze przejść na pełny pakiet.

Pierwszym podejrzanym, z przyczyn całkowicie naturalnych i zgodnych z wieloletnią praktyką domową, został oczywiście Marian. Oddaliłam jednak ten trop niemal natychmiast, ponieważ znałam możliwości mojego osobistego chłopa domowego na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że to nie był jego styl, jego tonacja ani jego skala wykonawcza. Marian, gdyby już miał w tej dziedzinie zaistnieć, zrobiłby to z rozmachem człowieka, który nie bawi się w półśrodki, podczas gdy tutaj miałam do czynienia z czymś skromnym, filigranowym, prawie pensjonarskim. To było pryknięcie, które mogłoby nosić kapelusik, przepraszać za kłopot i pytać, czy może wejść.

Zaczęłam więc nasłuchiwać dalej, a moja wyobraźnia, jak zwykle w sytuacjach wymagających spokoju, postanowiła wejść na scenę w cekinach i przejąć całe przedstawienie. Przez chwilę rozważałam, czy przypadkiem nie mamy myszy, co samo w sobie byłoby już wystarczająco nieprzyjemne, ale myszy wydające z siebie dyskretne pierdnięcia otwierały zupełnie nowy, niepokojący rozdział zoologii domowej. Wyobraziłam sobie małą gryzoniową rodzinę siedzącą gdzieś za szafką po wspólnej, obfitej kolacji z resztek znalezionych tu i ówdzie; w tej wizji ojciec-mysz z powagą mówi do dzieci: „Cicho, bo usłyszy”, po czym wszyscy solidarnie zawodzą własnym układem pokarmowym.

Po chwili uznałam jednak, że nawet jak na moje mieszkanie byłoby to zbyt dziwne i przerzuciłam się na hipotezę sąsiedzką. Bloki mają przecież akustykę, która potrafi z człowieka zrobić mimowolnego uczestnika cudzych dramatów, remontów, kłótni małżeńskich, ćwiczeń na orbitreku i rozmów telefonicznych prowadzonych tonem odprawy wojskowej. Niewykluczone więc, że sąsiad z góry zjadł późną kolację złożoną z fasolki, cebuli i życiowych błędów, a nasz strop, zamiast zachować się jak przyzwoita przegroda budowlana, postanowił zrobić mi transmisję na żywo z jego prywatnej walki o przetrwanie.

Im dłużej leżałam, tym bardziej czułam się jak bohaterka kryminału klasy B, w którym nie ginie człowiek, tylko nie wiadomo co, a główny trop prowadzi przez jelita, wentylację i kuchnię. W głowie odtwarzałam plan mieszkania, analizowałam kierunek rozchodzenia się dźwięku, porównywałam natężenie kolejnych pryknięć i zaczynałam już niemal żałować, że nie mam notesu, latarki oraz takiego skupionego wyrazu twarzy, jaki mają detektywi w serialach, kiedy pochylają się nad śladem buta w błocie. W moim przypadku śladu buta nie było, błota również, za to gdzieś w ciemności co kilka sekund rozlegało się „pryk”, które z każdą chwilą nabierało charakteru osobistej zniewagi.

I wtedy mnie olśniło z taką siłą, że gdyby w pokoju była kamera, można by ten moment wykorzystać w programie popularnonaukowym jako przykład nagłego triumfu ludzkiego rozumu nad absurdem.

Cieciorka.

Przecież w kuchni od kilku godzin moczy się pół kilograma cieciorki, ponieważ mój osobisty chłop domowy zapowiedział na jutro produkcję pasztetu. Ciecierzyca, zwana również grochem włoskim, choć nie mam pojęcia, co Włosi zrobili, żeby wplątać ich w tę historię, leżała sobie w garnku, chłonęła wodę, pęczniała, naprężała skórki i najwyraźniej co pewien czas któreś ziarno przeżywało własny mały przełom egzystencjalny.

Wszystko zaczęło układać się w całość tak logiczną, że przez chwilę byłam z siebie dumna. Nie każdy potrafi w środku nocy rozwiązać zagadkę akustyczną przy pomocy wiedzy o roślinach strączkowych, zwłaszcza będąc półprzytomnym, przegrzanym i świeżo po kontakcie z mąką kokosową. Poczułam się jak Sherlock Holmes w wersji kuchennej, który zamiast lupy ma zmęczenie, zamiast doktora Watsona śpiącego Mariana, a zamiast zbrodni garnek pełen bezczelnych ziaren.

Niestety, radość z odkrycia trwała krótko, ponieważ do głosu doszedł mój umysł ścisły, który zazwyczaj milczy całymi tygodniami, żeby potem obudzić się w najgorszym możliwym momencie i zadać pytanie, po którym człowiek już wie, że nie zaśnie. Pół kilograma cieciorki to przecież nie jest kilka sztuk, które można by personalnie upomnieć i poprosić o ciszę nocną. To jest całe osiedle. Miasteczko. Strączkowa aglomeracja z pełną infrastrukturą, radą mieszkańców i zapewne własnym regulaminem wspólnoty.

Nie miałam pojęcia, ile ziaren mieści się w pięciuset gramach, ale intuicja podpowiadała mi, że stanowczo zbyt wiele jak na porę po jedenastej. Jeśli każde z nich zamierzało choć raz zakomunikować światu, że właśnie pękła mu skórka, czekał mnie koncert na kilkaset, a może kilka tysięcy solowych występów. Co gorsza, zaczęłam zastanawiać się, czy każde ziarno robi to tylko raz, czy może istnieją egzemplarze bardziej ekspresyjne, które pękają etapami, z dramaturgią, w trzech aktach i z bisem. A jeśli są tam ziarna dominujące, typy przebojowe, liderzy opinii, które zaczęły pierwsze, żeby dać przykład reszcie? A jeśli właśnie w garnku trwa zebranie wspólnoty cieciorkowej pod hasłem „Pękajmy razem, siostry i bracia, niech ta baba z sypialni wie, że żyjemy”?

Leżałam więc w tym upale, otoczona nocą i własnym obłędem, coraz wyraźniej rozumiejąc, że zostałam jedynym świadkiem wydarzenia, którego nikt normalny nie uznałby za warte uwagi, a jednak ja nie mogłam już go zignorować. Człowiek może udawać, że jest ponad pewne rzeczy, może czytać książki, płacić podatki, interesować się światem, a potem przychodzi noc, garnek zaczyna prykać i cała cywilizacyjna fasada odpada z niego jak źle położony tynk.

W końcu niechętnie zwlekłam się z łóżka, z tym rodzajem cierpienia, jaki zna każdy, kto właśnie znalazł w miarę chłodne miejsce na prześcieradle i musi je opuścić z powodu roślin strączkowych. Powędrowałam do kuchni, starając się zachować powagę osoby dorosłej, choć trudno o godność, gdy idzie się przez mieszkanie po to, żeby uciszyć cieciorkę. Garnek stał dokładnie tam, gdzie go zostawiliśmy, niewinny, spokojny, wręcz zwyczajny, jakby nie organizował właśnie nocnego festiwalu akustycznego dla jednej zirytowanej kobiety.

Pochyliłam się nad nim i przez chwilę patrzyłam na tę beżową masę ziaren zanurzonych w wodzie, które wyglądały tak niewinnie, że gdyby nie dowody dźwiękowe, można by im jeszcze współczuć. W środku jednak trwało prawdziwe życie towarzyskie. Co kilka sekund któreś ziarenko najwyraźniej dochodziło do wniosku, że to jest jego moment, jego scena, jego szansa na zaistnienie w historii domowej gastronomii, po czym wydawało z siebie kolejne cichutkie „pryk”, niepozorne, ale wystarczająco irytujące, by kobieta w środku nocy zaczęła rozważać, czy strączki mają świadomość i czy można im grozić konsekwencjami.

Moja interwencja była szybka, stanowcza i godna służb porządkowych wyspecjalizowanych w zamieszkach roślinnych. Nałożyłam pokrywkę na garnek, zamknęłam drzwi do kuchni i uznałam, że skoro cieciorka musi się artystycznie realizować, niech robi to w warunkach kameralnych, bez udziału publiczności z sypialni. Nie będę przecież negocjować z grochem włoskim o ciszę nocną, zwłaszcza że nie miałam pewności, czy mówi po polsku, włosku, czy tylko w języku krótkich emisji gazowych.

Wróciłam do łóżka z poczuciem dobrze wykonanej misji, choć muszę przyznać, że przez kilka minut nadal nasłuchiwałam, czy za drzwiami kuchni nie wybuchnie bunt. Wyobrażałam sobie, jak cieciorka, oburzona nałożeniem pokrywki, zwołuje nadzwyczajne posiedzenie, podczas którego najbardziej napęczniałe ziarno wchodzi na łyżkę i przemawia do reszty: „Towarzysze, próbują nas uciszyć, ale nie po to moczymy się od sześciu godzin, żeby teraz milczeć”. Na szczęście kuchnia zachowała względną dyskrecję, Marian dalej spał snem człowieka, którego ominęło najważniejsze śledztwo dekady, a ja w końcu odpłynęłam, choć z poczuciem, że granica między spokojnym wieczorem a absurdem jest cienka jak skórka na namoczonej ciecierzycy.

Następnego dnia z tej wyjątkowo wygadanej cieciorki powstał pasztet tak dobry, że Marian, po pierwszej kromce, przybrał minę zawodowego degustatora, który właśnie odkrył produkt zdolny zakończyć kilka konfliktów zbrojnych, po czym oznajmił, że wszystkie sklepowe pasztety powinny natychmiast przejść na emeryturę, najlepiej bez prawa do odprawy. Trudno było się z nim nie zgodzić, bo niektóre przemysłowe wyroby pasztetopodobne wyglądają tak, jakby do maszynki trafiała nie tylko świnia, ale również pół chlewa, fragment ciągnika, dwóch rolników, przypadkowy geodeta, worek trocin i jeszcze ktoś z działu księgowości, żeby masa miała odpowiednią strukturę.

Jadłam ten pasztet z mieszanymi uczuciami, ponieważ z jednej strony był naprawdę pyszny, a z drugiej miałam świadomość, że każda kromka zawiera historię nocnych występów, których byłam jedyną, nieproszoną i stanowczo zbyt trzeźwą publicznością. Marian zachwycał się konsystencją, smakiem i przyprawami, a ja patrzyłam na talerz z miną człowieka, który wie o tej potrawie zdecydowanie za dużo i ma poważne podejrzenia, że przed trafieniem na chleb prowadziła bogatsze życie towarzyskie niż niejeden emeryt na turnusie w Ciechocinku ;)

środa, 25 lutego 2026

Włosy ujędrnione, mózg rozrzedzony, czyli raport z niżowego frontu...

Koleżanka z pracy, tonem właściwym dla komunikatów o zagrożeniu meteorologicznym, oznajmiła mi, że dziś nad całym krajem rozlało się potężne niskie ciśnienie, i w tym momencie wszystko stało się boleśnie zrozumiałe, bo nagle zyskałam naukowe wyjaśnienie faktu, że od rana funkcjonuję jak istota, której ktoś zamiast mózgu zainstalował w czaszce wór trocin, po czym dla lepszego efektu zaczął tym wszystkim energicznie potrząsać.

Jako niskociśnieniowiec nie tyle reaguję na niż, ile zamieniam się w żywy eksperyment atmosferyczny, a że od lat podejrzewam, iż w środku głowy mam nie tyle centrum dowodzenia, ile legendarny sznurek podtrzymujący uszy, to przy takich warunkach pogodowych pozostaje mi wyłącznie modlić się, żeby konstrukcja nośna wytrzymała do wieczora i żaden element nie odpadł przy gwałtowniejszym skręcie szyi.

Katastrofa rozpoczęła się wcześnie i z przytupem godnym dnia, który najwyraźniej od świtu planował mnie skompromitować.

W łazience, działając na porannym autopilocie, myłam włosy z przekonaniem, że wszystko przebiega zgodnie z procedurą, dopóki nie dotarło do mnie, że coś tu nie gra, bo zapach jest dziwnie mało „włosowy”, konsystencja jakby z działu „ujędrnianie i walka z grawitacją”, a całość daje efekt, który sugeruje raczej pielęgnację ud niż fryzury; kiedy spojrzałam na opakowanie, okazało się, że z pełnym zaangażowaniem zafundowałam sobie mycie głowy balsamem ujędrniającym do ciała, co samo w sobie jest osiągnięciem, choć trudno powiedzieć, w jakiej dyscyplinie. Na szczęście zorientowałam się w porę, zanim przeszłam do suszenia, bo mogłabym wyjść z domu z fryzurą przypominającą polakierowany hełm i miną kobiety, która sama sobie zrobiła zabieg „lifting objętościowy” preparatem do pośladków.

Naturalnie ta kosmetyczna innowacja wprowadziła lekkie opóźnienie w porannym harmonogramie, czyli w moim prywatnym projekcie logistycznym pod tytułem „dotrzeć do pracy i nie wzbudzać nadmiernego zainteresowania”.

Z łazienki przemieściłam się do kuchni, kierowana jedyną myślą, która o tej porze ma we mnie jakąkolwiek moc sprawczą, mianowicie kawą, a dokładniej kawą z mlekiem; rozpoczęłam więc poszukiwania mleka, znalazłam kartonik i przez ułamek sekundy poczułam triumf, po czym zrozumiałam, że trzymam w ręku pustą atrapę, dowód nocnego rabunku dokonanego przez domowego Misia płci męskiej, który nie tylko wyżarł zapasy, ale nawet nie zdobył się na minimalną przyzwoitość w postaci ukrycia zwłok po produkcie. Kartonik stał na widoku jak eksponat na wystawie: „Tu było mleko. Powodzenia dalej”.

Po tej scenie, uzbrojona w szczątkową kofeinę i malejące zasoby cierpliwości, przystąpiłam do finału przygotowań: kurtka, berecik, torba, wszystko w porządku, aż do momentu, w którym okazało się, że rękawiczki zniknęły z powierzchni ziemi, a ja rozpoczęłam klasyczny taniec desperacji po przedpokoju, sprawdzając kieszenie, półki, torbę, drugą torbę, kieszenie ponownie, a zapewne także miejsca, w których rękawiczki z definicji nie bywają, ponieważ czas gonił, rozsądek się ulatniał, a wyjście bez nich stawało się smutną koniecznością.

Opuściłam więc mieszkanie bez rękawiczek, za to w berecie założonym nie tylko z powodów termicznych, lecz przede wszystkim konstrukcyjnych, bo jeśli sznurek pełniący dziś funkcję układu nerwowego miałby jednak odmówić współpracy, to przynajmniej uszy pozostaną zabezpieczone i nie będzie trzeba ich potem szukać pod szafką na buty.

Do pracy dotarłam, zdjęłam beret i wtedy los, który najwyraźniej od rana prowadził ze mną bardzo osobistą grę, postanowił dorzucić kolejny żeton, ponieważ na dnie beretu leżały moje zaginione rękawiczki — starannie przeze mnie ukryte, skutecznie zabezpieczone i przez cały czas transportowane w sposób, którego nie przewidział żaden producent odzieży zimowej. Trudno o bardziej kompletną porażkę organizacyjną niż wielominutowe poszukiwanie rzeczy, którą człowiek dosłownie nosi na głowie, ale trzeba przyznać, że kreatywność nadal mam imponującą, nawet jeśli używam jej wyłącznie przeciwko sobie.

W tym miejscu dopadła mnie refleksja, że mijające lata, stres, tempo pracy i ogólna intensywność codzienności najwyraźniej przyspieszyły proces zużycia zasobów poznawczych, a mój mózg, zamiast walczyć, przeszedł w tryb energooszczędny i ograniczył funkcjonalność do podstawowego pakietu: oddychanie, przemieszczanie się, sporadyczne mruganie. O samej pracy wolę się nie rozpisywać, bo wystarczająco wiele materiału kompromitującego dostarczyłam jeszcze przed pierwszą kawą, a przecież człowiek powinien jednak zostawić sobie margines godności na drugą połowę dnia.

Kiedy wreszcie wyszłam z roboty, zmęczona, lecz karmiona naiwną nadzieją, że limit atrakcji został wyczerpany, podeszłam do samochodu, nacisnęłam pilot i usłyszałam niepokojące „pstryk, pstryk”, które brzmiało raczej jak komentarz niż reakcja zamka; ponowiłam próbę, samochód odpowiedział podobnie złośliwie, drzwi pozostały zamknięte, więc zaczęłam szarpać klamkę z rosnącym przekonaniem, że dzisiejszy scenariusz przewiduje także bunt własnego mienia. Właśnie wtedy zza pleców rozległo się rozbawione, ale jednak alarmujące: „Kobieto, włamujesz się do mojego auta!”, i okazało się, że rzeczywiście usiłuję sforsować samochód koleżanki, która ma identyczny model i ten sam kolor, a mój stoi kawałek dalej, jak zwykle tam, gdzie powinien, tylko dzisiaj mój system rozpoznawania rzeczywistości pracował na wersji demonstracyjnej.

Do domu wróciłam zdeterminowana przynajmniej tym, że czeka mnie gotowy obiad, bo w niedzielę, kierowana rzadkim przypływem przezorności, ugotowałam zapas zupy krem z rozmaitości i byłam z siebie tak dumna, jakby chodziło o strategiczne rezerwy państwowe. Wyjęłam garnek, nalałam porcję do mniejszego garnuszka, postawiłam na kuchence, by podgrzać, przygotowałam dodatki z rozmachem osoby, która mimo wszystko nie rezygnuje z cywilizacyjnych standardów: odrobinę tartego żółtego sera, małą grzankę, plaster szynki parmeńskiej, czyli zestaw skromny, ale podany z godnością.

Po kilku minutach zupa była gotowa, a ja usiadłam z poczuciem, że los wreszcie oddaje mi drobny dług, nabrałam pierwszą łyżkę, włożyłam do ust i w tej samej sekundzie zrozumiałam, że nawet tutaj wszechświat postanowił dopisać puentę, ponieważ zupa okazała się… gazowana. Nie metaforycznie, nie „dziwnie smakuje”, tylko autentycznie, musująco, biologicznie aktywnie gazowana, jakby w lodówce otworzyła własny zakład fermentacyjny i właśnie wchodziła na rynek z linią kremów premium z bąbelkami. Cała moja wizja ciepłego, domowego, bezpiecznego obiadu rozpadła się spektakularnie przy pierwszym kęsie, a ja zostałam z pytaniem, czy gar faktycznie stał w lodówce, czy może tylko przez chwilę koło niej przechodził i potem spędził pół doby w warunkach, które mikroorganizmom wydają się rajem all inclusive. Na pocieszenie została mi kromka chleba z plastrem szynki i startym żółtym serem, czyli posiłek może mało efektowny, ale przynajmniej pozbawiony ambicji enologicznych.

Ponieważ dzień jeszcze trwał, a ja coraz wyraźniej przeczuwałam, że dalsza aktywność mogłaby skończyć się wyrzuceniem brudnych ubrań do klozetu zamiast do pralki — co, niestety, nie jest wyłącznie figurą retoryczną, lecz wspomnieniem z archiwum moich osiągnięć — podjęłam jedyną rozsądną decyzję i zaległam na kanapie w trybie awaryjnym, ograniczając ruch do minimum i unikając wszelkich działań wymagających koordynacji, osądu albo kontaktu z przedmiotami, które da się pomylić z czymkolwiek. Istnieje bowiem realne ryzyko, że przy dalszym obciążaniu systemu zaatakują mnie bambosze, rybiki cukrowe przejmą zarządzanie mieszkaniem i wyrzucą mnie z domu, a ja jeszcze im za to podziękuję.

Dlatego na dziś ogłaszam kontrolowaną kapitulację i apeluję do sił wyższych, meteorologii oraz własnej anatomii: trociny proszę o opuszczenie głowy, sznurek — o utrzymanie właściwego naprężenia, uszy — o trzymanie pozycji, a ciśnienie atmosferyczne uprasza się o szybki powrót do normy, zanim zacznę myć zęby kremem do rąk, rozmrażać pilot w piekarniku i z pełnym przekonaniem parkować w cudzym garażu.

poniedziałek, 8 grudnia 2025

Marian i sprawa klamki, która żyje własnym życiem...

W naszym domu rzeczy psują się same. Kto w to nie wierzy, niech przyjdzie i zobaczy: klamka odpada w akcie nagłego zwątpienia, ściana brudzi się z nudów, a podłoga rysuje się od samego patrzenia. To moja wersja wydarzeń, natomiast według Mariana  mego osobistego chłopa domowego, za wszystkie te nieudokumentowane żadnymi dowodami szkody  ja jestem odpowiedzialna. 

— Ty to znowu zrobiłaś — mówi tonem prokuratora z telewizyjnego serialu, wskazując palcem na klamkę, która właśnie zrezygnowała z dalszego pełnienia obowiązków.

— Ja? — pytam niewinnie, choć już wiem, że proces został rozpoczęty. — Ja jej nawet nie dotykałam.

— Oczywiście — Marian wzdycha. — Klamki same odpadają i odchodzą szykować legowisko na zimę.

Patrzę na niego z tym spokojem, którego kobieta nabywa z czasem, jak odporności na przeciągi. Widzę w jego oczach błysk. Ten sam, który widziałam, gdy „przypadkiem” rozlał kawę na jasny dywan, a potem znalazł kubek po kawie w moich rękach. To jest metoda. Klasyczna. Stara jak podział na: samozwańczego właściciela pilota do telewizora i „resztę świata”.

— Dlaczego ta ściana jest brudna? — pyta przy innej okazji, jakby prowadził długofalowe śledztwo.

— Nie wiem. Się pobrudziła?

— Znowu ironizujesz?

Zapada cisza. Taka z gatunku tych gęstych, w których można zawiesić obraz albo przynajmniej pół taczki wyrzutów sumienia. Marian spogląda na smugę na ścianie z miną detektywa, który już wie, kto zabił, ale brakuje mu „twardych dowodów”. Ja patrzę na niego jak na człowieka, który zbyt często zostaje sam na sam z odkurzaczem, a potem dziwi się, że podłoga ma traumę i rysy.

— Spójrz, porysowane — mówi kiedy indziej z ponurą satysfakcją. — To od odkurzacza.

— Ciekawe — odpowiadam. — Bo ja odkurzałam ostatnio w zeszłym stuleciu.

— No właśnie! — triumfuje. — Czyli musiało się to stać, kiedy ty jednak odkurzałaś.

Logika Mariana jest jak mebel z paczki: teoretycznie wszystko pasuje, ale w praktyce zawsze zostaje jedna śrubka i poczucie zagrożenia. I wtedy przypominamy sobie te wszystkie archeologiczne dialogi, wydobyte z najgłębszych pokładów relacji damsko-męskich...

I tak od wieków. Jaskinia, ognisko, pilot do telewizora, zmywarka. Zawsze ktoś czegoś „źle dotknął”.

Wróćmy do Mariana i klamki...

— Marian — mówię spokojnie, biorąc klamkę do ręki. — Spójrzmy prawdzie w oczy. Ona była luźna od miesięcy.

— Nieprawda. Popsułaś.

— Nie chciała współpracować. No dziad i tyle! 

Przez chwilę widzę, jak w jego głowie rodzi się teoria, według której klamka była istotą samoświadomą, a ja tylko przypadkowym świadkiem jej emancypacji.

— Dobrze — mówię wreszcie. — Załóżmy, że to ja. Co teraz?

Marian bierze klamkę, ogląda ją z każdej strony, jakby liczył, że sama się zreperuje. I wtedy następuje moment kulminacyjny: sprężynka wyskakuje, śrubka robi zgrabny sus w nieznane, a całość z hukiem ląduje na podłodze w stanie ostatecznego rozkładu.

Od tamtej pory, gdy coś się psuje, a właściwie to głównie psuje się klamka, Marian istotnie przez krótką chwilę wygląda, jakby się zastanawiał. Marszczy czoło, wzdycha, kręci klamką z namysłem godnym zegarmistrza. Przez ułamek sekundy rodzi się nadzieja. Taka mała, domowa, naiwna.

Po czym Marian podnosi wzrok.

— Nooo… to twoja wina — oznajmia spokojnie.

— Oczywiście — mówię z ulgą. — Już się bałam, że nastąpił przełom.

— Ty nie umiesz używać klamek — wyjaśnia rzeczowo. — Szarpiesz je jak zwierz. Jak… no, jak rozjuszony orangutan.

— Jak istota chaosu i co najmniej dwa rozjuszone orangutany — poprawiam.

— Właśnie — kiwa głową. — Chaos. W czystej postaci. Plus stado orangutanów.

I w tej jednej chwili cała intryga przedmiotów, cała ich emancypacja, cała filozofia rzeczy martwych, które mają własne zdanie — wszystko to zostaje zdmuchnięte jednym, spokojnym oskarżeniem. System wraca do równowagi. Świat znów jest prosty. Winna — jedna. Stała. Niezmienna.

A ja? Ja żyję dalej w tym domu jako główna podejrzana, recydywistka od klamek, postrach ścian i seryjna niszczycielka podłóg. I tylko czasem, kiedy klamka odpada sama w środku nocy, myślę sobie z czułością: spokojnie, dziecko. Rano i tak wszystko będzie na ciebie ;)