Postanowiłam poszerzyć zakres swojej działalności artystycznej. Doszłam bowiem do wniosku, że maltretowanie gości tego przybytku wyłącznie bełkociną pisaną jest przejawem rażącego zaniedbania. Od dziś zamierzam, od czasu do czasu, znęcać się nad Wami podsuwając grafiki mojego pomysłu.
Powstają one przy ścisłej współpracy prawej kończyny górnej, mózgoczaszki oraz rozmaitych programów graficznych, które zapewne nie przewidziały w regulaminie, do jakich bezeceństw zostaną zaprzęgnięte. Efekty bywają różne, ale ponieważ w sztuce współczesnej nawet przyklejony do ściany banan może robić za dzieło, nie widzę powodu, dla którego moje poczynania miałyby wymagać jakiegokolwiek usprawiedliwienia.
Na pierwszy ogień idzie zagadnienie, które od lat spędza mi sen z powiek. A właściwie ujawnia swoje dramatyczne konsekwencje dopiero po przebudzeniu...
Nie wiem, co ja właściwie wyprawiam przez sen, ale sądząc po porannej fryzurze, prowadzę bogate życie senne ze sporą dawką ekspresji ruchowej, zwłaszcza w wykonaniu czerepu. Budzę się z aparycją skudłaconego borsuka, który najpierw przeżył porażenie prądem, a następnie został przeciągnięty tyłem przez żywopłot.
Lustro nie komentuje. I słusznie, bo nie ma sensu drażnić kobiety, która o siódmej rano wygląda, jakby właśnie uciekła z miejsca wybuchu. A przecież kładłam się spać jako całkiem przyzwoicie uczesana przedstawicielka gatunku Homo sapiens.
Ktoś powinien wreszcie zbadać, w którym momencie nocy następuje przemiana w ofiarę nieudanego eksperymentu z elektrycznością statyczną. 😉
