Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2026

Starzeć się co roku? Bez przesady!


Dopóki człowiek jest młody, rozdaje lata jak ulotki przed marketem. „Mam dwadzieścia sześć” - obwieszcza światu, jakby właśnie nabył apartament w Sopocie, choć na stanie ma głównie debet, pryszcza przed ważnym spotkaniem oraz przekonanie, że po trzydziestce ludzie zaczynają interesować się zniczami. Później cyfry tracą urok i zamiast dumnie maszerować przodem, zaczynają skradać się za człowiekiem w płaszczu przeciwdeszczowym.

Maria Czubaszek słusznie radziła, żeby wiek ustalić i już się go trzymać. Najlepiej wybrać wiek wygodny, dobrze skrojony i niewymagający prasowania, a następnie nosić go tak długo, aż otoczenie nabierze szacunku albo zmęczy się dochodzeniem.

Zresztą metryka podaje wyłącznie datę rozpoczęcia działalności. Nie odnotowuje, ile razy właścicielka była remontowana, kiedy wymieniała instalację nerwową ani dlaczego w poniedziałek ma lat osiemdziesiąt sześć, a w sobotę wieczorem trzydzieści dwa i zamiar zatańczenia na stole. 😉

piątek, 14 sierpnia 2026

Zęby w opozycji, apetyt przy władzy, czyli PESEL może sobie pogadać...


Z wiekiem człowiek nie traci apetytów. Co najwyżej zaczyna kroić je drobniej, popijać tabletką na zgagę oraz weryfikować, czy lokal ma krzesła z oparciem i serwuje mieszankę ziół dedykowaną mózgowi z odpowiednim stażem.
Największe nieporozumienie to fakt, że otoczenie zaczyna proponować człowiekowi spokój, jakby był deserem firmowym. A spokój, umówmy się, bywa mdły. Po dwóch łyżeczkach chce się czegoś z pieprzem: wyjazdu bez planu, czerwonej szminki we wtorek, rozmowy do rana albo faceta, o którym rozsądek mówi „absolutnie nie”.

Zęby mogą mieć inne zdanie. Kolana zresztą też. Organizm po pięćdziesiątce zaczyna przypominać wspólnotę mieszkaniową: każdy organ osobno zgłasza usterkę, nikt nie chce płacić za remont i wszyscy domagają się zebrania. Apetyt zaś nie uznaje kworum. Robi swoje.
Chce się nadal wszystkiego, tylko mądrzej? A skąd! Czasem chce się dokładnie tak samo głupio jak dawniej. Różnica polega jedynie na tym, że człowiek potrafi lepiej przewidzieć skutki, po czym z pełną świadomością robi swoje. Tyle że przed spontanicznym wyjazdem sprawdza prognozę pogody, dostępność łazienki i czy w torebce leży ibuprofen oraz inne medykamenty pierwszej potrzeby. Szaleństwo nie znika - po prostu nosi okulary do czytania i pamięta o ładowarce.

Starość może i posiada inne uzębienie, ale apetyt wciąż ma bezczelnie młody. Jeśli czegoś nie da się już ugryźć jak dawniej, zawsze można to rozczłonkować gustownym tłuczkiem nabytym na pobliskim jarmarku. 😉

piątek, 9 września 2016

Spowiedź publiczna, czyli moje zapędy w kierunku Bridget Jones ;)

Grafika: Eve Daff

Wypadałoby, po tych wszystkich wyznaniach typu: poszłam sobie zrobić brazylijskie pośladki i te inne takie, dokonać spowiedzi publicznej ;) A zatem… Brazylijskie pośladki na czas wakacyjny porzuciłam, znaczy się nie zdemontowałam sobie zadku w akcie desperacji, tylko jakoś tak czasu nie było, by dupę osobistą katować. Ale… kochana pani instruktorko obiecuję, że wrócę i padnę w progu całując Twoje stopy, że te moje poślady jako tako zaczęły dzięki tej katorżniczej pracy wyglądać. 
Idźmy dalej… Taniec brzucha! Tu poczyniłam też postępy, nawet udało mi się „tańczyć” z woalem i nie zginąć śmiercią tragiczną ;) Woal to taki kawał barwnej płachty, którą się wymachuje z wdziękiem na prawo i lewo. W moim przypadku aspekt wdzięku jest sprawą kontrowersyjną, ale nie pochylajmy się tutaj nad drobnostkami ;) No więc, taniec brzucha rozpocznę z rozmachem ponownie w najbliższym czasie. 
Detoks cukrowy, o którym pisałam tutaj na początku tego roku zwinęłam w widowiskowy kłębek i sprzedałam mu solidnego kopa. No ni chu chu nie nadaję się do detoksów cukrowych, po prostu cierpię, bardzo cierpię i to moje cierpienie przysłania mi sens mego żywota. Ale bez obaw, nie zapuściłam się w odmęty wypasu i nie wrzuciłam na siebie dodatkowych 30 kg w ramach sławetnego efektu jojo. Dzięki pewnej kobiecie, która od lat znosi, przez telefon i na żywo, moje wywalanie tego co mi na wątrobie siedzi (padam Aleksandro do Twych stóp w podzięce mojej osobistej), zostałam zarażona tak zwanym zdrowym odżywianiem się i powiem Wam, że niezły egzemplarz się ze mnie zrobił w sensie ujemnie-wagowym oczywiście, bo inne sensy pozostawię bez komentarza ;) Do tego dorzućmy sporą dawkę ruchu, głównie oram na basenie, gdyż chcę się dobrze nauczyć pływać i przepis na ciało 20-to latki gotowy ;) W nawiązaniu do ciała 20-to latki to ostatnio dziecko, które nauczam uwaliło mi komplement taki, że mnie prawie wbiło w sufit. Dobrze, że nie wbiło, bo szkoda by było marnować taki potencjał i ginąć śmiercią tragiczną ;) Otóż, oceniło mój wiek na 10 lat mniej – no kurde nic tylko się szczerzyć i radośnie machać skrzydełkami, których nie posiadam ;) W tym miejscu chciałam uspokoić wszystkich zgorszonych moim językiem, którym się posługuję na tym blogu, iż nie nauczam języka polskiego, a poza tym wychodzę z założenia, że w polskiej szkole barwne motyle jak najbardziej powinny hasać, bo życie jest wystarczająco szare, bure i nijakie, żeby Wasze ukochane latorośle były nauczane przez babiny bez polotu w plisowanych spódnicach i białych bluzkach agresywnie potraktowanych krochmalem ;) Także, ludziska, bez nerw, znam normy społeczne i potrafię je stosować w praktyce ;) 
Co jeszcze… Usłyszałam ostatnio tekst, że ja to taka polska Bridget Jones ;) I tu mam dylemat, bo cóż autor miał na myśli? Hmmm… No posunięta wiekowo faktycznie jestem, pozytywna głupota mi często towarzyszy, męża i gromadki rozkosznie rozwrzeszczanych potomków się nie dorobiłam (panowie jak coś to można składać CV i list motywacyjny ;)), mam sporą tendencję do popełniania różnych dziwnych czynów, niekoniecznie w akcie desperacji ;), ale to akurat nic nowego, zwłaszcza dla czytelników tego bloga ;) Więc może faktycznie mam coś z tej Bridget ;) 
Na tym spowiedź zakończę, w końcu dziś piątunio ;) Jak przystało na kandydatkę na polską Bridget Jones idę się rzucić w odmęty rozpaczy z butlą wina, by los kobiety skomplikowanej odpowiednio uczcić ;) 
Aaaa... jeszcze się pochwalę :) Dnia 3 września roku aktualnego mój instruktor nurkowania uznał, iż można mi wydać licencję nurka OWSD PSAI, wobec czego mam papiery na szwędanie się pod wodą. Panie instruktorze, przysięgam uroczyście na tym blogu: sama się szwędać nie zamierzam; potęga przyrody, zwłaszcza wodnej, robi na mnie spore wrażenie, wobec czego grzecznie będę doskonalić nabyte umiejętności, żeby nie doprowadzić do sytuacji trudnych z trupem mojej osoby w roli głównej, który zbezszcześci piękno podwodnego świata rozsiewając nieodpowiednią woń podczas rozkładu 20 metrów (czy o zgrozo głębiej) pod taflą jeziora ;)



 Grafika: Heliox i kolega P.