piątek, 14 sierpnia 2026
Zęby w opozycji, apetyt przy władzy, czyli PESEL może sobie pogadać...
poniedziałek, 10 sierpnia 2026
Gdy chłop mówi „niedaleko”, szykuj frytki, lawetę i narzędzie zbrodni...
W niedzielę - jakże urokliwą, słoneczną i od samego rana podejrzanie optymistyczną - wybrałam się z osobistym chłopem domowym na rower.
I tutaj pierwsza przestroga: nigdy nie ufajcie mężczyźnie, który regularnie jeździ na rowerze i mówi: „Nie pojedziemy daleko”. „Niedaleko” w męskim systemie miar jest pojęciem równie precyzyjnym jak „zaraz wracam”, „wypiję tylko jedno piwo” oraz „spokojnie, wiem, co robię”. Może oznaczać trzy kilometry, może granicę województwa, a może Bratysławę, jeśli wiatr będzie sprzyjający.
Ja oczywiście uwierzyłam. W swej naiwności i okresowym bezmózgowiu jechałam przed siebie, pedałując radośnie niczym skowronek na dopingu. Kompletnie nie przyszło mi do głowy, że każda droga ma również wersję powrotną. Geografia nigdy nie była moją mocną stroną, ale żeby człowiek w moim wieku dopiero po czterdziestu kilometrach odkrył istnienie drogi w przeciwnym kierunku, to już nie luka edukacyjna, tylko gigantyczne zaniedbanie systemowe.
Początkowo było nawet przyjemnie. Słońce świeciło, ptaszki świergoliły, okoliczności przyrody prezentowały się jak folder reklamowy gminy, a my sunęliśmy przed siebie, udając ludzi aktywnych i mających kontrolę nad własnym życiem. Był też postój w Żabce - pocieszajka w postaci loda sorbetowego i jakiegoś napoju, czyli pełnowartościowy posiłek sportowca, który nie wie jeszcze, że za kilka godzin będzie negocjował z własnymi nogami warunki dalszej współpracy.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym po drodze nie zaistniała w dla siebie właściwy sposób...
Omijając balustradę blokującą przejazd samochodom, zahaczyłam o krawężnik i wykonałam widowiskowy manewr przejścia z pozycji pionowej do poziomej. Gleba była efektowna, choć jury techniczne mogłoby odjąć punkty za lądowanie. Na szczęście skończyło się na niewielkich obiciach, sztuk dwie, za co dziękuję aniołom stróżom, leśnym szaptuchom oraz producentowi kasku. Mam już bowiem za sobą dwa operowane barki wyposażone w tytanowe śrubki oraz nadgarstek zaopatrzony w blaszkę o wdzięcznej nazwie „Baby Foot”. Nazwa brzmi jak krem złuszczający do pięt albo kapela dziecięca występująca na festynie parafialnym, tymczasem jest to kawał metalu zamontowany w człowieku na stałe. I nie, proszę sobie nie wyobrażać, że kolekcjonowanie tytanowych gadżetów we wnętrzu organizmu stanowi moje hobby. Nic z tych rzeczy. Nie zbieram całej serii i nie interesuje mnie nagroda za skompletowanie szkieletu.
Po upadku otrzepałam więc godność, sprawdziłam, czy wszystkie części ciała nadal znajdują się mniej więcej tam, gdzie rano, i ruszyliśmy dalej.
Marian tymczasem był w znakomitej formie. Pruł w siną dal jak husaria, tyle że w spodenkach rowerowych. Gdyby go nie powstrzymać, zapewne wieczorem wysłałby mi zdjęcie spod czeskiej granicy z podpisem: „No widzisz, przecież niedaleko”.
Na szczęście resztki mojego rozumu, które dotychczas jechały z tyłu i najwyraźniej podziwiały widoki, wreszcie dogoniły peleton. Spojrzałam na licznik. Ponad czterdzieści kilometrów. Spojrzałam na Mariana. Spojrzałam w stronę domu, którego oczywiście nie było widać nawet przy bardzo bujnej wyobraźni. I wtedy dotarła do mnie informacja szokująca: trzeba jeszcze wrócić. Ogłosiłam zatem koniec ekspedycji. Zawrócilim.
W tym momencie moja dupa bolała już tak, jakby siedziała nie na rowerowym siodełku, lecz na kostce brukowej obitej kaktusem. Co kilka kilometrów zmieniałam pozycję, ale możliwości były zasadniczo dwie: bolało albo bolało inaczej.
Po drodze pożarłam jeszcze frytki w popularnym fast foodzie, ponieważ ilość spalonych kalorii zaczęła przybierać rozmiary niedopuszczalne. Człowiek musi reagować, zanim organizm wpadnie na pomysł, żeby schudnąć. Frytki zjadłam więc nie z łakomstwa, lecz odpowiedzialności. Była to interwencja medyczna, tylko podana w papierowym opakowaniu i posypana solą.
Trzymałam się długo. Naprawdę długo. Nie płakałam, nie jęczałam, nie groziłam Marianowi rozwodem ani porzuceniem jego zwłok w przydrożnym rowie po wcześniejszym odrąbaniu wszystkich wystających elementów. Byłam spokojna, dzielna i zadziwiająco zrównoważona, czyli zupełnie do siebie niepodobna.
Sielanka trwała do chwili, kiedy moje nogi zaczęły tracić czucie. Najwyraźniej dolna połowa organizmu zwołała zebranie związkowe i jednogłośnie uchwaliła przerwanie pracy. Wtedy - jak to określa osobisty chłop domowy - odpaliła mi się rasowa „drama queen”. Nie jakaś tam skromna księżniczka dramatu. Pełnoprawna cesarzowa, z dworem, orkiestrą, wirtualną siekierą i prawem do wypowiadania wojen.
Zsiadłam z roweru, rozsiadłam się na krawężniku jak zdetronizowana monarchini i przybrałam minę zdolną uśmiercić wszelkie formy życia w promieniu pięćdziesięciu metrów. Podejrzewam, że mleko w pobliskim sklepie skwaśniało bez otwierania lodówki.
- Dalej nie jadę - oznajmiłam tonem człowieka, który podjął decyzję ostateczną i właśnie żegna się ze światem.
Marian zapewne rozważał wezwanie taksówki, lawety albo księdza, ale zachował się rozsądnie i milczał. Po mniej więcej piętnastu minutach cudownie odzyskałam czucie w nogach, chęć życia oraz zdolność do dalszego pedałowania. Drama queen zeszła ze sceny, choć zrobiła to niechętnie.
Do domu dotarłam szczęśliwie. Ostatnie metry przejechałam siłą woli i wizji kanapy. Po przekroczeniu progu miałam ochotę go pocałować, objąć framugę i obiecać całemu domostwu, że już nigdy go nie opuszczę. Przynajmniej nie na rowerze.
Jaki z tego morał?
Jeżeli rowerzysta mówi: „Nie pojedziemy daleko”, należy natychmiast zapytać: „Daleko według mapy czy według twojej pokręconej psychiki?”. Warto też pamiętać, że czterdzieści kilometrów w jedną stronę nie oznacza czterdziestu kilometrów wycieczki. Oznacza osiemdziesiąt kilometrów oraz gruntowną rewizję związku.
A poza tym człowiek może mieć tytan w barkach, blaszkę w nadgarstku i stalowy charakter, lecz ostatnie słowo i tak zawsze należy do dupy. ;)
czwartek, 6 sierpnia 2026
Otwór otworowi nierówny, czyli zanim skoczysz, sprawdź, czy to nie szambo...
Optymista to osobnik, który na hasło „jakoś to będzie” spokojnie dopija kawę. Pesymista w tym czasie robi kopię dokumentów, ładuje powerbank i sprawdza, gdzie znajduje się najbliższe prosektorium.
Pierwszy wchodzi w nieznane z entuzjazmem labradora, który zobaczył otwartą lodówkę. Drugi podchodzi do życia jak saper zatrudniony na umowie śmieciowej - ostrożnie, bez wiary w jutro i z przekonaniem, że premii raczej nie będzie.
Nie wiem, który ma lepiej. Optymista częściej obija sobie tyłek, ale przynajmniej rusza z miejsca. Pesymista wprawdzie nie spada, bo nigdzie nie wchodzi, za to pół życia siedzi obok drabiny i tłumaczy wszystkim, że szczeble od początku wyglądały podejrzanie.
Osobiście wybieram wariant mieszany: entuzjazm optymisty oraz podejrzliwość kobiety, która choć raz zamówiła sukienkę ze zdjęcia w internecie. Świat może i stoi otworem, ale zanim człowiek rzuci się w niego z rozwianym włosem i nadzieją w zębach, dobrze sprawdzić, czy prowadzi do przygody, czy do szamba. Jedno i drugie bywa głębokie - tylko wspomnienia pachną zupełnie inaczej. 😉
wtorek, 14 lipca 2026
Szef, teściowa i inne zjawiska atmosferyczne, czyli wizualizacja ratunkowa...
środa, 4 lutego 2026
Matka Polka, czyli jak zostać dyktatorem w kapciach...
Bywają w życiu role, które człowiek przyjmuje z godnością: kierowca w korku, klient w urzędzie, petent w kolejce po sens istnienia. I jest też rola Matki Polki. Rola tak potężna, że mogłaby mieć własną rubrykę w dowodzie osobistym. Nie „mam dziecko”, tylko: sprawuję władzę. Nie „urodziłam”, tylko: zostałam namaszczona. I to namaszczenie potrafi robić z mózgiem rzeczy, przy których instrukcja obsługi miksera wygląda jak literatura piękna.
Uprzedzam: nie każda matka przechodzi metamorfozę w stronę „Wielkiego Inkwizytora Drzemki”. Wiele kobiet zostaje przy zdrowych zmysłach, nie zmienia się im osobowość w mobilny regulamin BHP, nie wyrasta im trzecie oko do skanowania otoczenia pod kątem zagrożeń typu: łyżeczka dotknęła talerza i wygenerowała hałas. Są matki normalne: śmieją się, oddychają, mają zdanie, a nie tylko listę zakazów. Ale są też te drugie – matki, które rodzą dziecko i razem z nim na świat przychodzą: święta cisza, święty spokój oraz święta racja Matki.
Miałam okazję obcować z Matką Polką terrorystką. Na wyposażeniu: niemowlę w wieku „jeszcze nie mówi, ale już rządzi” oraz mina, którą dałoby się kroić w plastry i sprzedawać jako przysmak dla wampirów. Dziecko kilkumiesięczne, a z psychologii manipulacji mogłoby prowadzić szkolenia dla zarządu. Taki mały człowiek, a już potrafi uruchamiać w rodzicach najstarszą technikę świata: szantaż emocjonalny. W wersji premium, bo z płaczem, bez argumentów i bez trybu odwoławczego.
I teraz pewnie ktoś uniesie brew: „Co ty możesz wiedzieć o macierzyństwie, skoro nie masz dzieci?”. Otóż tyle, ile wie każdy, kto stał kiedyś obok: żeby zauważyć absurd, nie trzeba być pilotem – wystarczy widzieć, że samolot leci do góry nogami, bo kapitan ma „własne metody”. Zresztą, logika jest jak pogoda: nie musisz jej produkować, żeby zauważyć, że nagle spadł grad.
Matka terrorystka miała żądania. Nie prośby. Żądania. Najważniejsze: cisza absolutna, bo Dzidzia śpi. Cisza taka, jakbyśmy przenieśli się do muzeum, gdzie eksponatem jest drzemka, a przewodnikiem – groźne spojrzenie. Nagle człowiek odkrywa, że widelec może być narzędziem zbrodni, a talerz – instrumentem perkusyjnym wymagającym natychmiastowej konfiskaty. Śniadanie zamienia się w balet pantomimy: każdy ruch sztućcem trzeba konsultować z sumieniem.
Tymczasem świat – ten bezczelny, głośny i najwyraźniej nieprzystosowany do drzemek – ma w zwyczaju… istnieć. A istniejąc, wydaje dźwięki. Dziecko prędzej czy później spotka autobus, klakson, wiertarkę sąsiada, psa, który uważa, że jego misją jest komentowanie wszystkiego, i ludzi, którzy śmieją się bez konsultacji z Matką. Jeśli niemowlę ma wejść w życie, to chyba lepiej, żeby poznało decybele wcześniej niż w wieku lat piętnastu, kiedy na pierwszej imprezie szkolnej dozna olśnienia i zrozumie, że świat nie został zaprojektowany przez dział „Rodzicielstwo i Lęk”.
Najbardziej wzruszający w tej operze jest jednak małżonek. Biedny Tatuś – człowiek, który jeszcze niedawno mógł mieć imię, hobby i godność. Teraz jest głównie funkcją. Jak czajnik: ma być, stać, działać, nie pytać. Na każde skinienie Matki Polki powinien pozostawać w pełnej gotowości bojowej, najlepiej w pozycji „na baczność, z chusteczką”. Staje się osobistym lokajem Jej Wysokości i małego księcia, który jeszcze nie umie chodzić, ale już wie, że wystarczy odpowiednio modulować płacz, a dwór się zbiegnie.
A tu robi się jeszcze ciekawiej, bo Matka terrorystka ma teorię o tatusiach: tatuś się nie nadaje do usypiania. Nie zrozumcie mnie źle – nie że ma dwie lewe ręce. Po prostu jego istnienie nie ma certyfikatu. Tylko Ona, Matka przez wielkie M, potrafi „odpowiedzialnie” ululać dziecko. Ona ma ręce, w których jest tajemna moc, jakby karmiła nie mlekiem, tylko magią. A jednocześnie potrafi z wyrzutem powiedzieć: „Ty się w ogóle nie interesujesz dzieckiem”. Czyli: masz być obecny, ale tak, żeby nie przeszkadzać. Masz działać, ale nie po swojemu. Masz pomagać, ale w sposób niewidoczny, cichy i najlepiej telepatyczny.
To jest to słynne koło absurdu: oboje biegają jak chomiki, tylko że chomiki mają kołowrotek, a tu jest niemowlę dyrygujące za pomocą płaczu. Jasne: dziecko wywraca świat do góry nogami. Pytanie brzmi, czy dorośli muszą udawać, że to nowa konstytucja i nie ma od niej odstępstw.
Jest jeszcze jedna rzecz, której Matka terrorystka nie widzi: w jej narracji wszystko jest usprawiedliwione. Każdy zakaz to „dla dobra dziecka”, każda kontrola to „troska”, każda groźna mina to „zmęczenie”. A słowa „bo ja jestem matką” działają jak immunitet – społeczny i absolutny.
Tymczasem ktoś kiedyś mądrze powiedział (i to jest jedna z tych mądrości, które mają więcej sensu niż cała literatura poradnikowa): w wychowaniu dziecka trzeba czasem być nastawionym na siebie. Trzeba mieć kawałek życia, który nie jest listą zadań, drzemek i temperatur mleka. Trzeba mieć przyjemności, rozmowy, spacery bez liczenia pieluch, chwilę, w której jesteś człowiekiem, a nie robotem do obsługi potrzeb. Bo inaczej dziecko rośnie w domu pełnym frustracji, a rodzice zamieniają się w maszynę: działa, ale nie żyje. I wtedy – zupełnie zgodnie z prawami psychologii i dojrzewania – nastolatek pewnego dnia weźmie ten cały „poświęcony trud” i odda go rodzicom w formie komentarza. Pięknego, kwiecistego, niecenzuralnego. Takiego, po którym matka może poczuć, że cisza absolutna była jednak luksusem.
Może więc – zanim mózg zamieni się w papkę podporządkowaną dziecku, zanim w domu wprowadzi się stan wyjątkowy i zakaz używania widelców – warto sobie zadać proste pytanie: czy ja wychowuję dziecko, czy dziecko tresuje mnie? Czy moje macierzyństwo jest relacją, czy systemem politycznym? Czy w tym domu można się śmiać, czy śmiech budzi Dzidziusia? Czy mój partner jest człowiekiem, czy dodatkiem do wózka?
Bo Matka Polka nie musi być terrorystką. Może być kobietą, która ma dziecko – i nadal ma siebie. Może dbać o malucha i jednocześnie nie robić z otoczenia muzeum ciszy. Może pozwolić tatusiowi być ojcem, a nie pomocnikiem do zadań pobocznych. Może zaakceptować, że świat jest głośny, a dziecko nie jest porcelanową figurką, tylko człowiekiem w miniaturze, który musi nauczyć się funkcjonować w rzeczywistości, nie pod kloszem.
A jeśli mimo wszystko ktoś bardzo pragnie ciszy absolutnej… polecam bibliotekę. Albo klasztor. Cisza absolutna bywa piękna. Tylko że w rodzinie zwykle oznacza, że wszyscy już chodzą na palcach – i nikt nie wie po co.
środa, 31 grudnia 2025
Nowy rok, nowa ja… ale na razie zjem ciasto i pomyślę o tym jutro...
Dobrze - skoro mamy być szczerzy, to zróbmy to naprawdę „po bożemu”, czyli z ironią, dystansem i lekkim westchnieniem w stylu: „No trudno, żyjemy dalej”. Koniec roku znowu nadszedł… absolutnie punktualnie, jak zawsze - w przeciwieństwie do nas, spóźnionych od dobrych kilku lat. I tradycyjnie zaczyna się wielkie rozliczanie wszechświata: „Co osiągnęłaś?”, „Jak bardzo się rozwinąłeś?”, „Czy wreszcie stałaś się wersją premium?”. Spokojnie. Jeśli udało ci się w tym roku nie wcisnąć „drzemka” po raz piąty - to już jest medal olimpijski w kategorii „Przetrwanie”.
Bo prawda jest taka, że nikt nas z niczego nie rozlicza. Naprawdę - nie istnieje kosmiczna komisja kontrolująca poziom spełnienia celów. Żaden urzędnik nie wyśle pisma o treści: „Informujemy, że do końca kwartału musi Pani poprawić swoje życie emocjonalne oraz zacząć pić zielone koktajle”. Jedynym inspektorem jest nasz wewnętrzny krytyk - sfrustrowany pracownik działu kontroli jakości, który już dawno powinien dostać wypowiedzenie i kartę podarunkową do spa.
A ta cała noworoczna napinka? Ten doroczny maraton samodoskonalenia? Cóż za piękna tradycja społeczna. Jedni kupują karnet na siłownię, żeby przez dwa tygodnie robił za brelok do kluczy. Inni piszą listę postanowień dłuższą niż regulamin banku. Jeszcze inni zapowiadają, że „od nowego roku będą spokojni, uważni i obecni”, po czym wybuchają, bo makaron gotował się o dwie minuty za długo. I wszyscy udają, że to jest duchowa transformacja, a nie komedia obyczajowa.
Rozsądek na koniec roku? Tak - ale taki, co patrzy na nas i mówi: „Dziecko drogie, czasami największym sukcesem jest po prostu przeżyć dzień bez robienia zbędnej dramy”. Możesz niczego nie podsumowywać. Możesz zjeść ciasto, wypić wino i nie analizować, czy okruszki symbolizują twoje nieprzepracowane emocje. To jest dojrzałość - „deluxe edition”.
A kochanie siebie? Bez połyskujących sloganów i cytatów na tle morza. Czasem wygląda tak: „Tak, obiecałam, że będę medytować codziennie, a medytuję głównie nad tym, co zjeść na kolację - i jakoś funkcjonuję”. Czasem - tak: „Tak, powiedziałam, że przestanę przejmować się opiniami ludzi, ale po pięciu minutach znów analizuję, czy kasjerka w sklepie patrzyła na mnie oceniająco”. Trudno. Jesteśmy ludźmi. A ludziom wolno być niedoskonałymi.
Dodajmy jeszcze jeden wątek - ten o „odkryciach duchowych”. Co roku obiecujemy sobie „złapać balans”, „zadbać o energię”, „słuchać intuicji” - po czym kończymy scrollując Internet o 2:30 w nocy, zastanawiając się, czy przypadkiem nie kupić nowej rośliny w doniczce, która rozwiąże wszystkie nasze problemy egzystencjalne. Spoiler: nie rozwiąże. Ale przynajmniej będzie ładniej w pokoju.
Więc dobrze, stary roku - dziękujemy za lekcje, chaos, wątpliwe decyzje, małe zwycięstwa i wielkie wpadki. Przetrwaliśmy - czasem pięknie, czasem w trybie „byle do weekendu”. A w nowy rok wejdźmy bez patosu - z humorem, sarkazmem, przymrużeniem oka i z tą kojącą świadomością, że życie nie jest konkursem, projektem ani raportem do złożenia… tylko spektaklem, w którym najlepiej grać swoją rolę tak, by czasem móc zejść ze sceny do bufetu i zjeść coś dobrego bez wyrzutów sumienia.
Bo jeśli mamy już coś postanawiać - to tylko tyle: mniej presji, więcej dystansu i trochę więcej czułości dla tego niedoskonałego człowieka, którym codziennie jesteśmy.





