piątek, 25 września 2015

Strach się bać... Kobietoskopowe przebłyski ;)

Ostatnio coś mi po drodze z baranami było, a jak powszechnie wiadomo takie baraniaste stworzenia po halach się włóczą. Czasu wolnego mają sporo, no bo co one tam ciekawego robią? Żrą, łażą i kombinują jak tu z tej hali zwiać i wiatru wolności się nawąchać. Za dużo trawy się najadłam, albo ta trawa czym skażona była lub wąchanie wiatru wolności mi zaszkodziło, gdyż nowe przebłyski mnie nawiedziły. Niegroźna społecznie agresja z nich nieśmiało wyziera, ale to tylko pozory. Bowiem baraniaste to niby takie puchate, niewinne, słodko beczące, ale jak się dobrze rozpędzi i wyceluje to zadek boli tydzień po spotkaniu z baraniastym ;) 



Grafika: Eve Daff

niedziela, 20 września 2015

Diabelskie ciasto czekoladowe z kremem kokosowym i nutą likieru Malibu...

Czekoladowe ciasto z kremem kokosowym i nutą likieru Malibu

Czekoladowa rozpusta i kokosowe marzenie dla każdego łasucha i wielbiciela czekolady oraz smaku kokosowego. To ciasto zajmuje na mojej liście jedno z pierwszych miejsc. Doskonałe do aromatycznej, czarnej kawy. Wystarczy mały kawałeczek, by popaść w zachwyt i stracić rozum buszując w czekoladowej krainie rozkoszy. Diabelskie ciasto czekoladowe z kremem kokosowym i nutą likieru Malibu wiedzie nas wprost do kulinarnego raju: czarne jak smoła, a w środku przepyszny krem, no i ta polewa…

Inspirowałam się przepisem pochodzącym ze strony: http://www.mojewypieki.com

Składniki na ciasto czekoladowe:
55 g gorzkiej czekolady 70%
85 g kakao
200 ml wrzącej wody
140 g mąki pszennej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
90 g masła
150 g cukru pudru
50 g brązowego cukru (można zastąpić cukrem pudrem)
2 duże jajka (temperatura pokojowa)
250 ml mleka kokosowego (temperatura pokojowa)

Kakao i połamaną na kostki czekoladę wrzucam do miski i zalewam wrzącą wodą. Mieszam do rozpuszczenia się czekolady i powstania gładkiej masy. Całość studzę. Mąkę, sodę, proszek i sól przesiewam i mieszam w kolejnej misce. Cukier puder i brązowy mieszam mikserem i dodaję do nich roztopione masło. Krótko miksuję i dodaję jajka, jedno po drugim; miksuję do momentu uzyskania puszystej, jasnej masy. Powoli wlewam mleko kokosowe i dokładam przestygniętą masę czekoladowo-kakaową (na przemian); miksuję. Dodaję suche składniki i krótko miksuję, by połączyły się ze sobą.
Wykładam papierem do pieczenia (tylko dno) blaszkę o wymiarach 24 cm x 27 cm (może być okrągła lub kwadratowa o zbliżonych wymiarach); wylewam na nią gotową masę i wstawiam do piekarnika. Piekę w temperaturze 180ºC przez około 40 minut (grzanie góra i dół, bez termoobiegu). Czas pieczenia może być nieco dłuższy; należy patyczkiem sprawdzić czy ciasto jest upieczone.
Po upieczeniu wyciągam ciasto z piekarnika i studzę; można upiec dzień wcześniej.

Składniki na krem kokosowy:
około 200 ml śmietanki do ubijania 30% (mały kubeczek)
500 g serka mascarpone
1/3 szklanki cukru pudru (lub więcej, do smaku)
szklanka wiórków kokosowych
około 5 łyżek likieru kokosowego Malibu (można dodać więcej ;))

Krem można zrobić z połowy porcji.

Śmietanka i serek mascarpone powinny być schłodzone. Śmietankę ubijam na sztywno, dodaję serek mascarpone i delikatnie mieszam. Następnie dorzucam wiórki, cukier puder oraz likier i mieszam mikserem do połączenia się składników.
Ciasto kroję długim nożem wzdłuż i przekładam kremem kokosowym. Na wierzch wykładam polewę. Blaty ciasta można skropić likierem Malibu przed nałożeniem kremu.

Składniki na polewę czekoladową:
100 ml mleka kokosowego
100 g gorzkiej czekolady 70%

Mleko kokosowe wlewam do garnuszka i doprowadzam do wrzenia; zdejmuję z kuchenki i dorzucam do niego połamaną czekoladę. Mieszam do całkowitego rozpuszczenia się czekolady i powstania gładkiej, błyszczącej masy. Studzę ją do temperatury pokojowej i wykładam na ciasto. Można ją artystycznie „podrapać” patyczkiem do szaszłyków w celu uzyskania fantazyjnych wzorów. 
Ciasto najlepiej smakuje podane w temperaturze pokojowej. Poza tym samo ciasto, bez kremu, również jest pyszne. Krem można wykorzystać do innych ciast, podobnie jak polewę.

Smacznego :)

I oczywiście krótka fotorelacja:
Ciasto wyłożone na blachę, gotowe do pieczenia
W piekarniku...
Przełożone kremem kokosowym i polane polewą
Kawałeczek słodkości w towarzystwie ziaren kawy
Grafika: Eve Daff

sobota, 19 września 2015

Matka, żona i kochanka... Kobietoskopowe przebłyski ;)

Dzisiaj jest sobota. W wielu domostwach to czas radosnych podrygiwań ze szmatą, mopem i odkurzaczem. Najczęściej podryguje strażniczka domowego ogniska w postaci matki, żony i kochanki. Kobieta w momencie narodzin jest wyposażona w oprogramowanie pt. urządzenie wielofunkcyjne, któremu w mniejszym lub większym stopniu się poddaje. Oczywiście buntowniczki są na pokładzie, ale każdą z nas w końcu szlag trafia i na widok panoszącego się po domu bajzlostwa pospolitego, poczynionego przez domowników, uruchamia się program w trybie turbo ;) U bardziej agresywnych strażniczek może się włączyć program: opierdalantus z agresorem w tle i wtedy wszystkie organizmy żywe, z gatunku Homo sapiens, spokrewnione ze strażniczką w obawie o swoje zdrowie i życie biorą szmaty w zęby i przykładnie pucują wszystkie kąty ;)


Grafika: Eve Daff

czwartek, 17 września 2015

Zostałam przemytnikiem, bo zupa była niesłona…

Grafika: www.kuchnia.wp.pl

Ja, prawa obywatelka przyznaję się bez bicia, iż zostałam przemytnikiem - przemytnikiem przypraw, które to przemycam w zakupionym, specjalnie do tego celu, dozowniku, który ukrywam w tylnej kieszeni spodni. Przemycam, bo uprawiam ten znienawidzony przez społeczeństwo zawód charakteryzujący się ogólnym nicnierobieniem, posiadaniem wiecznych wakacji, a jak już przypadkiem trafię do roboty to pracuję 18 godzin w tygodniu i dostaję na rękę cztery tysiące polskich złotych, a nawet pięć tysięcy, podobnież. Tak, tak, jestem nauczycielką. I dawno temu przestałam reagować na to błoto, którym jest obrzucana ta profesja, choć zawsze mnie zastanawiał fakt takiej dogłębnej znajomości specyfiki tego zawodu przez polskie społeczeństwo; nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek mądrzyła się na temat tajników pracy farmaceuty, kierowcy, pielęgniarki czy jakiejkolwiek innej. 
A przemytem się zajęłam, ponieważ na stołówkach szkolnych od 1 września 2015 roku dostajemy dania, które smakują jak trawa, nie obrażając trawy, bo jej w sumie nigdy nie jadłam. Nasze kochane ministerstwo wpadło na kolejny genialny pomysł, bo nasze ministerstwo tylko na takie pomysły wpada i w ten wyszukany sposób postanowiło odchudzić grube, przepraszam, puszyste dzieci. 
Ja, szary obywatel wnioskuję, by pani minister oświaty sama spożyła niesłone kartofle, niesłoną zupę i inne tam takie i z uśmiechem na ustach orzekła, że jest to pyszne. A więc, nie jest to pyszne. Chciałam też donieść, iż dzieci jedzące na stołówce też przemycają sól i inne przyprawy, a ja jako buntownik z wyboru wcale im tego nie zabraniam, bo wychodzę z prostego założenia, że lepiej jak zjedzą trochę posolone niż nie zjedzą wcale. Na temat cukru w napojach się nie wypowiadam, bo nie słodzę ich od dziecka, ale racuchy, naleśniki czy knedle bez cukru też nie smakują dobrze. Porady pani minister pod tytułem: kompot można słodzić miodem czy też doprawiać dania wyszukanymi przyprawami może sobie pani minister w buty wsadzić – będzie wyższa. Miód kosztuje, przyprawy też, a szkoła nie chce podnosić cen obiadów, więc nie ma kompociku słodzonego miodkiem, jest woda niegazowana – bez miodku. 
I tak to uprawiamy ten przemyt zbiorowy. Obawiam się również, że niebawem pojawią się dealerzy zajmujący się dystrybucją słodkości i innych oblechów spożywczych, gdyż jak wiecie pani minister zabroniła sprzedaży w sklepikach szkolnych wszelakiego zła tego świata. Nie wiem czy pani minister tego nie wie, ale poza terenem szkoły w każdej wsi i mieście są sklepy, w których to uczeń może nabyć owe zabronione produkty podczas drogi do szkoły jak i ze szkoły, a ja nie jestem w stanie śledzić każdego swojego ucznia, by go na tym czynie karygodnym przyłapać. Także nie tędy droga moja pani! Tu pracy u podstaw trza i namolnego edukowania rodzicieli, żeby własnym przykładem wpłynęli na postawę swych pociech, żeby te nie jadły świństw i nie tuczyły się na potęgę. Poza tym rodzicieli edukować trzeba w kierunku takim, żeby pociechy dupska ruszyły i zamiast siedzieć przed komputerami to np. pograły w to czy tamto na podwórku. Ja w dzieciństwie spędzałam większość czasu na dworze i ciężko mnie było z tego dworu wołami ściągnąć. Biegałam, grałam w gumę, podchody, chowanego i nawet jak się nażarłam (mówiąc brzydko) za dużo to te kalorie spożyte wymordowałam w terenie.
Szkoła to moje życie zawodowe od kilkunastu dobrych lat. Przeżyłam wiele: powstanie gimnazjów, wysłanie sześciolatków do szkół i mnóstwo innych zwalających z nóg fantastycznych pomysłów ministerstwa. Zawsze wiedziałam, że to się nie uda, że to są reformy zazwyczaj pozbawione sensu, ale ktoś mądrzejszy, kto nie ma pojęcia o szkolnej rzeczywistości, oczywiście wiedział lepiej. Ale nie będę się tutaj rozwodzić na temat, bo i tak moje nędzne jestestwo niewiele zmieni w tej materii, a ministrem i tak nie mam zamiaru zostać.
To "mówiłam" ja – przemytniczka soli ;)

Aaa… I nie jestem odosobnionym przypadkiem trudniącym się przemytem, jest nas więcej, patrz tutaj: http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,34862,18746519,szkolne-stolowki-bez-soli-jedzenie-uczniom-nie-smakuje.html

Miłego dnia i pamiętaj: 
Jest coś takiego jak "złoty środek" i zawsze warto go poszukać, a nie popadać w skrajności :)

wtorek, 15 września 2015

Optymistyczne oblicza garderoby... Kobietoskopowe przebłyski ;)

Spodnie na gumce, zwłaszcza te dresowe, to rzeczywiście moja ulubiona część garderoby niosąca powiew optymizmu - nic nie gniecie, nic nie wyłazi, bałwany tłuszczowe nie zwisają smętnie przyduszone zbyt ciasnym paskiem od spodni. 
A ubrania typu oversize... Po prostu ubraniowa poezja - nawet jak człowiek odstawi się w takie przyduszające brzuch spodnie to elegancko można ukryć sporą część mankamentów pod swetrami czy tunikami tego typu. Warto zaopatrzyć swoje szafy w takie optymistyczne oblicza, bo jak wiadomo z naturą i jej prawami nie wygrasz: za cały ogrom łez wylanych przez kobiety, które o poranku w dzikim szale usiłują się wbić w ulubione spodnie, sukienki czy też spódnice, odpowiedzialne są małe, wredne organizmy zwane kaloriami, które specjalizują się w dyskretnym zwężaniu naszych ubrań, zwłaszcza nocą, ale to temat na inne przebłyski ;)



Grafika: Eve Daff

niedziela, 13 września 2015

"Szepty dzieciństwa" nie milkną...


Książka „Szepty dzieciństwa” jest inna niż wcześniejsze pozycje Anny Sakowicz. Pozostawia miejsce, między innymi, na refleksje i spojrzenie na swoje poczynania w roli rodzica. Uświadamia jak niewiele potrzeba, by zepsuć własne dziecko i takie okaleczone puścić w świat. Nawet jeżeli odnajdzie szczęście w dorosłym życiu to nie uwolni się od szeptów dzieciństwa, które nie tak łatwo odpuszczają i milkną. Zalęgają się w mózgu i drążą tam swoje korytarze wypełzając, od czasu do czasu, na światło dzienne. Baśka, główna bohaterka powieści, to kobieta, której los rzuca pod nogi „niespodzianki” dnia codziennego; o większość z nich się potyka i dostaje bolesne lekcje. Zwyczajna babka z mężem, którego trzeba kopać w dupsko na życiowy rozpęd, dwójką dzieciaków niczym nie wyróżniających się z tłumu i ojcem pijakiem, który wlecze za sobą ducha zmarłej żony to mieszanka, po której możemy się spodziewać wielu życiowych „atrakcji”. Całość to opowieść o życiu trzydziestokilkulatki, które zostało napiętnowane nieszczęśliwym dzieciństwem, zimną matką i ojcem, który nigdy nie tupnął, nie potrząsnął sobą i kobietą, którą wybrał na żonę i matkę swoich dzieci, by ta wreszcie zrozumiała, że jest złym człowiekiem. Bo jak nazwać kogoś kto określa swoje nienarodzone dziecko „larwą” i bardziej przejmuje się wyglądem niż losem dziecka. W książce znajdziemy cały ogrom emocji i przeżyjemy z główną bohaterką sporo życiowych zakrętów. Polecam na jesienne wieczory towarzystwo „Szeptów dzieciństwa”. 

Z okładki książki "Szepty dzieciństwa"
Grafika: Eve Daff

piątek, 11 września 2015

Gdy potrzebujesz zaskoku wpadaj do Kobietoskopu :)

Grafika: Eve Daff

Wczoraj spotkała mnie przemiła niespodzianka - poczułam się jak dobro narodowe na eksport gotowe :) Joasia, z bloga: http://paniodbiblioteki.blogspot.com, napisała o mnie i tym, co wyczyniam na Kobietoskopie świetny wierszyk. W życiu bym nie wymyśliła, że kiedykolwiek doczekam takiej chwili :) Chwalę się tym, a co tam - w  końcu nie o każdym wiersze piszą :) Za zgodą autorki go publikuję, a wszystkich zapraszam w gościnne progi Joasi - kobitka wie jak pisać i co pisać, więc wpadajcie do niej i komentarze zostawiajcie :)

"Dręczy" nas ciągle zdjęciami
przysmaków słodkich, deserów,
rozpala nam wyobraźnię, 
więc smakołyków łakniemy.

Dla dzieci i trochę starszych
wiernych swych czytelników
napisze i namaluje,
pomysłów u niej bez liku.

W ciekawym KOBIETOSKOPIE
jak w czarodziejskim zwierciadle,
odnajdziesz pasję i humor,
odnajdziesz to czego pragniesz.

Psich cudnych portretów parę,
zabawne i zmyślne posty, 
"przebłyski"dowcipem skrzące
i damsko-męskie różności.

Gdy nos spuszczony na kwintę
i potrzebujesz zaskoku -
zajrzyj choćby na chwilkę 
do Eve i KOBIETOSKOPU.

Miłego dnia :)

środa, 9 września 2015

Prawdziwa kobieta... Kobietoskopowe przebłyski ;)

Kobieta... Stworzenie, które pojawiło się na Ziemi by siać zamęt, by mężczyźni nie popadli w życiowy marazm i nie utknęli pod górą nieposegregowanych skarpet; istota robiąca dziesięć rzeczy na raz, podążająca zawiłymi ścieżkami życia, wyposażona w skomplikowany sposób dobierania słów i konstruowania zdań nieczytelnych dla płci przeciwnej, zauroczona wędrówkami po sklepach i namiętnie polująca na promocje oraz bogatego kandydata na męża, potrafiąca odróżniać kilkanaście odcieni czerwieni, walcząca od szkoły podstawowej z cellulitem, nadwagą, zbędnym owłosieniem i całym tym przekleństwem, którego wytwórcami są te niereformowalne gady w męskich skórach ;) 
A co ja tam będę więcej pisać! Jaka kobieta jest, każdy widzi ;)



Grafika: Eve Daff

wtorek, 8 września 2015

Kruche ciasto z budyniową pianką i owocami zachwyca niebiańskimi walorami :)


Dziś propozycja nie do odrzucenia: kruche ciasto z budyniową pianką i owocami :) To pyszne ciasto zachwyca swoją lekkością i kruchością; znajdziemy w nim nuty maślane, śmietankowe i waniliowe, a całość przełamana kwaśnym smakiem owoców. Polecam :)
Inspirowałam się przepisem pochodzącym ze strony: www.mojewypieki.com

Składniki na kruche ciasto:
2,5 szklanki mąki pszennej 
220 g zimnego masła  
2 łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżki cukru pudru
5 żółtek
szczypta soli

Wszystkie składniki szybko mieszam i zagniatam. Następnie dzielę na dwie części – jedna ciut większa (około 60% i 40 %). Każdą część zawijam w folię spożywczą i wkładam do zamrażalnika. Ciasto przygotowuję zazwyczaj dzień wcześniej wieczorem. Okrągłą blachę o średnicy około 27 cm (może być prostokątna) wykładam papierem do pieczenia. Na tarce (grube oczka) ścieram większą część zamrożonego ciasta, wyrównuję i lekko przygniatam. Piekę na złoty kolor w temperaturze 190ºC przez około 15-20 minut (grzanie góra i dół, bez termoobiegu). Spód odstawiam do całkowitego wystygnięcia. 

Składniki na budyniową piankę:
5 białek
1 szklanka cukru pudru
1 opakowanie cukru wanilinowego lub cukru z prawdziwą wanilią
2 opakowania budyniu śmietankowego bez cukru
około 5 łyżek oleju rzepakowego (może być słonecznikowy)
szczypta soli

Dodatki:
około 500 g owoców (użyłam mieszanki owoców z Hortexu 400g: truskawki, maliny, czarna porzeczka, wiśnie); mogą być świeże owoce, np. maliny; ze świeżymi owocami jest lepsze :)
cukier puder do oprószenia upieczonego ciasta

Gdy spód wystygnie ubijam białka ze szczyptą soli. Po ubiciu na sztywno dodaję cukier puder i cukier waniliowy, cały czas ubijam na dużych obrotach. Następnie przechodzę na małe obroty i wsypuję budynie śmietankowe. Po wymieszaniu strużką wlewam olej i miksuję chwilę. Pianę wykładam na podpieczony spód ciasta. Na niej układam owoce lekko je wpychając w nią. Na wierzch ścieram resztę zamrożonego ciasta i wkładam do piekarnika. Piekę około 45 minut w temperaturze 190ºC (grzanie góra i dół, bez termoobiegu). Gdy wierzch ciasta jest złoto-brązowawy wyjmuję ciasto, studzę i posypuję cukrem pudrem.
Ciasto można modyfikować, np. dodając kakao do kruchego ciasta, zmieniając smak budyniu czy też używając innych owoców, które raczej powinny być kwaskowate, ponieważ ciasto i pianka są słodkie.

Smacznego :)

Poniżej fotografie poszczególnych etapów:


Przygotowany do pieczenia spód kruchego ciasta

Upieczony spód

Pianka wraz z owocami na podpieczonym spodzie

Wierzchnia warstwa ciasta dodana, czas do piekarnika

Upieczone ciasto posypane cukrem pudrem

Jeszcze dobrze nie wystygło... ;)
 Grafika: Eve Daff

sobota, 5 września 2015

Kobiety, wino, sushi i agresywne mewy...

Grafika: www.ekologia.pl

Moja sąsiadka to urocze dziewczę, o szerokich horyzontach, z wielowymiarowym spojrzeniem na świat, posiadające męża i kilkuletnie dziecko. Pomimo sporej różnicy wieku między nami nadajemy na podobnej częstotliwości. I tak się złożyło, że ostatnio w tym samym czasie zostałyśmy słomianymi wdowami. Chłopy nasze osobiste udały się w celach służbowych w północne rejony Polski. No to co było robić? Telefon raz, telefon dwa i babski wieczór zaplanowany. Jesteśmy patologicznymi wielbicielkami sushi, więc zamówiłyśmy odpowiedniej wielkości porcję na wieczór, dorzuciłyśmy do tego białe wino i impreza się wyklarowała, że mucha nie siada. Po obgadaniu wszelakich spraw bieżących, wypiciu prawie dwóch butelek wina i pożarciu ogromu sushi opatrzność czuwająca nad odpowiednim prowadzeniem się dwóch niewiast zsyła nam kataklizm. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, spada na nasze bezcenne głowy karnisz, który zamontowany jest/był nad oknem tuż nad kanapą, na której siedzimy. Na szczęście nie ma ofiar w ludziach. Znak to z niebios czy co? – jesteśmy oburzone i zdegustowane. To już nawet w spokoju napić się nie można? Przecież my grzecznie, kulturalnie i bez ekscesów imprezę odbywamy. Owszem – wino jest! Ale śpiewu nie ma! O chłopach nie wspominając! I niech mi ktoś powie, że Bóg nie jest szowinistyczną męską świnią?!? Pewnie mu się nie podobało, że kobity się zmówiły i dobrze bawią z winem i żarełkiem. On to nas widział z mopami jak ochoczo polerujemy podłogi, najpierw u mnie, potem u niej w lokalu. Ciekawe czy tym naszym chłopom osobistym też na łby karnisze zrzucał? Znając potencjał tych osobników to cały sufit im na czerepy spaść powinien ;) 
***
Następnego dnia nie obudziłam się sama… Wszędzie były zwierzęta. Podłe zwierzęta. Rzuciły się pazernie na mój łeb i łażą po nim tam i z powrotem. Tupot białych mew też pewnie ten Bóg zapatrzony w męski ród na mnie zesłał i wytresował gadzinę stosownie, żeby upierdliwa do granic możliwości była ;) 

Udanego weekendu :)