wtorek, 17 marca 2015

Maltretowani uczniowie, pani Anielica i mysie zwłoki...

Grafika: www.wykop.pl ("odznaczenie", które nosili wybrańcy ;))

Jakiś czas temu po telewizyjnych i radiowych kanałach krążyły wieści o strasznej nauczycielce, która zaklejała biednym dzieciom usta taśmą klejącą, krzyczała, nie pozwalała wyjść do toalety i tak w ogóle to zła kobieta była. Wszyscy na niej psy wieszali: Spalić! Ukamienować! Wbić na pal i wystawić na rynku! Oczywiście nie pochwalam tego jak się zachowała ta przedstawicielka ciała pedagogicznego, ale nasunęła mi się taka refleksja związana z moim pobytem w szkole podstawowej w charakterze ucznia. Jak sobie przypomnę te „fachowe” metody wychowawcze, które prawdopodobnie nie wyrządziły mi, aż tylu krzywd jak mi się pierwotnie zdawało, no bo na ludzi wyszłam, to pusty, ironiczny śmiech mnie ogarnia. Prawdopodobnie sporą część nauczycieli uczących dzieci w latach osiemdziesiątych należałoby zamknąć w więzieniach i już z nich nie wypuścić. Dlaczego? No przecież postępowali znacznie gorzej niż ta współczesna belferka. Ile to razy człowiek dostał w dupsko kijem plastikowym czy kablem? Ile razy usłyszał soczyste słowa skierowane do jego inteligencji, a właściwie jej braku? Ile razy dostał w łeb kredą rzuconą spod tablicy, zeszytem, dziennikiem czy innym przedmiotem nadającym się do tego czynu? Wymieniać można bez końca. I gdzie tu było poszanowanie godności osobistej ucznia? A jak się człowiek w domu poskarżył to, przy dobrych wiatrach, matka z ojcem jeszcze dorzucili swoje „fachowe” metody wychowawcze ;)
Ze szczególnym sentymentem wspominam panią od biologii, która w dużym stopniu przyczyniła się do zdefiniowania moich preferencji dotyczących przyszłego kierunku kształcenia ;) (Dla młodszego pokolenia wtrącę tylko mały rys historyczny: w tych czasach nie było gimnazjów, a podstawówka miała osiem klas). Jako mała dziewczynka, która wstąpiła w progi czwartej klasy i dowiedziała się, że w szkole jest dużo przedmiotów, których się trzeba uczyć, poznałam panią Aniołową nauczającą biologii. Wszyscy się jej w szkole bali – legendy na jej temat znało się już od momentu pierwszego dotknięcia klamki drzwi prowadzących do  podstawówki. Pani Aniołowa miała w szufladzie swojego biurka czekoladki. Były to trzy plastikowe kije, którymi często wymierzała swoją sprawiedliwość. Ofiara sprawiedliwości mogła sobie, w ramach dobroci i miłosierdzia dla ucznia, wybrać długość kija. Pani Aniołowa lubiła również ciągnąć za policzki – człowiek po takiej procedurze miał czerwoną facjatę przez cały dzień. Natomiast ja panią Aniołową zapamiętałam wyjątkowo dobrze… Pewnego razu byłam dyżurną klasową, której obowiązkiem było wykonanie kilku czynności, które w sali biologicznej musiały zostać wykonane: przygotowanie pomocy naukowych do zajęć, wytarcie tablicy, podlanie kwiatków i nakarmienie licznie bytujących w tej sali zwierząt. Weszłam, więc, na przerwie do klasy, ponieważ dyżurny owe czynności robił właśnie wtedy, a tu pani Anielica od progu ryczy: Dziecko! Myszy wpadły do akwarium i się utopiły – trzeba je zakopać w ogródku szkolnym! Nie muszę chyba pisać co poczuła, niespełna dziesięcioletnia, dziewczynka słysząc taki wyrok. Smakowite, PRL-owskie śniadanie zjedzone w domu, podeszło mi pod samo gardło, skóra na twarzy niebezpiecznie zzieleniała, ale cóż było robić? Anielica kazała, trzeba podjąć wyzwanie. Wyłowiłam palcami te mysie zwłoki – sztuk trzy, zapakowałam w kartki z zeszytu, wsadziłam do kieszeni fartuszka i poszłam pochować biednych przedstawicieli świata fauny pośród grządek szkolnego ogrodu.
Przygoda z panią Anielicą trwała pięć lat (od klasy czwartej do ósmej). Zostałam jej „ulubienicą” i "asystentem". Jak sobie to wszystko przypominam to mi się gorąco robi, natomiast moja młoda psychika została tak napiętnowana biologią, że poszłam ją studiować :D

O tym, jakie fajne to studia były pisałam tutaj: TO NIE ODBYT! - proszę pani... ;)

12 komentarzy:

  1. Każdy z nas ma w swojej biografii takie szkolne smaczki. Ty poszłaś na biologię "dzięki " pani Anielicy, a ja chyba zostałam bibliotekarzem, żeby obalić mit bibliotekarki z koczkiem, z chustą na ramionach i w grubych okularach, która patrzy na czytelnika złym okiem, bo zaraz jej na półkach bałagan zrobi, jeszcze przepytuje z treści itp. Tez jestem za tym, żeby czarne owce w każdym zawodzie eliminować, bo robią krecia robotę tym, którzy są O.K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czarne owce oczywiście należy piętnować, ale często zastanawia mnie ta nienawiść skierowana na środowisko szkolne - jeżeli ktoś zazdrości tego miodu jaki się leje strumieniami tym, którzy pracują w szkole to przecież zawsze można iść i uprawiać ten "łatwy" zawód :)

      Usuń
  2. Wiesz, ja nienawidziłam szkoły właśnie dlatego. Nie miałam najmniejszych problemów z nauką, ale byłam wolnym duchem i zetknięcie z nauczycielami, którzy wrzeszczeli i ograniczali moją wolność, wspominam jak najgorzej. Nie przeszło mi do dzisiaj. Lubiłam zawsze "zamordystów", ale takich, którzy szanowali moją godność. Tych wspominam jak najlepiej. Ale byli tacy, którym chętnie powiedziałabym, co o nich myślę. To nie jest kwestia krzyku, ale tego, co się pod nim kryje i jak często go używasz. Te nagrania mnie przeraziły. Szczególnie dlatego, że dotyczyły naprawdę małych dzieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, najprościej zastraszyć by osiągnąć posłuszeństwo, ale w dzisiejszym świecie wszystko, prędzej czy później, wyjdzie na jaw; w prl-u było na to przyzwolenie i kto chciał to korzystał.

      Usuń
  3. Myślę, że gdyby to była szkoła miejska, to pani uczycielka nie odważyła by się zastosować takich kar. A na wiosce można wszystko. Dzieci tu bardziej skryte i nie lecą na skargę do rodziców. Ale wspomnienia młodości zawsze są fajne, nawet jak się dostawało linijką po łapach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam rodzinę na wsi i faktycznie tam wygląda to inaczej; nauczyciele cieszą się większym szacunkiem niż w miastach i mają swoje "wiejskie" przywileje. Pamiętam jak zdziwił mnie proceder wynoszenia przez moje kuzynki siat wypełnionych bombonierkami, które dostały przy okazji pierwszej komunii - siaty niosły do szkoły dla pani wychowawczyni :)

      Usuń
  4. Ja linijką po łapach dostawałam, raz klęczałam pod tablicą i raz się posikałam ze strachu w szkole, jak stłukłam doniczkę. Oczywiście to były niewielkie kary w porównaniu do innych, bo ja grzeczna byłam, tylko czasami coś wyszło nie tak jak chciałam. Postępowania nauczycielki nie pochwalam, wydaje mi się, że jest to wyjątek. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoła w tamtych czasach miała swoje "prawa" - nauczyciele robili co chcieli i nikt się nie przyczepił. Natomiast współczesna szkoła jest skrzywiona w inną stronę - stawiając na piedestale nietykalność ucznia po części wychowuje gromadę rozwydrzonej dziatwy. Ja też postępowania nauczycielki nie pochwalam - z pewnością się nie nadaje do tego zawodu, który trzeba kochać i mieć nerwy ze stali ;)

      Usuń
  5. Ja miałem podobnie z tym, że z nauczycielką matematyki. Co prawda na wyposażeniu nie miała linijki ani innych narzędzi tortur, ale i tak wszyscy przed nią drżeli. Ja ją natomiast wspominam jako najlepszą nauczycielkę z tego okresu. Fakt była surowa i wymagała i czasem nie szczędziła słów gdy ktoś sobie nie radził z czymś banalnie prostym, ale ja miałem u niej taryfę ulgową. Większość zadań robiłem przed innym i później chodziłem po klasie i pomagałem innym dzieciakom, gdy przychodziła moja kolej do pójścia do tablicy to zawsze znalazło się tam trudniejsze zadanie do rozwiązania :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, to jak kija nie było i innych gadżetów to nie w pełni doświadczyliście matematycznej miłości ;)

      Usuń
  6. Strasznie wrażliwe teraz są te dzieci, można by rzec - niedotraumatyzowane ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niczym wierzbowe listki drżące na wietrze ;)

      Usuń

KTO POSTY KOMENTUJE, TEN POMNIKI, DLA POTOMNYCH, ZE SŁÓW BUDUJE :)