sobota, 20 czerwca 2026

Jak zostałam pośrednikiem nieruchomości dla bydła i krasnali, czyli upał robi swoje...


Upały mają swój niewątpliwy urok. Przynajmniej tak twierdzą ludzie, którzy obserwują je zza szyb klimatyzowanych biur, domów i samochodów. Wtedy faktycznie można dostrzec ich zalety. Słońce świeci, ptaszki ćwierkają, człowiek popija zimną lemoniadę i wzdycha z zachwytem nad pięknem lata. Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek sam staje się częścią tego krajobrazu, a nie jego obserwatorem.

Ja niestety należę do tej grupy ludzi, która znaczną część dnia spędza w miejscu pracy pozbawionym klimatyzacji. Kiedy więc temperatura za oknem zaczyna przypominać wyniki pomiarów z piekarnika ustawionego na termoobieg, człowiek nie pracuje już normalnie – człowiek się marynuje. Każdy dzień zaczyna się jeszcze względnie optymistycznie. Człek przychodzi do pracy, siada przy biurku i przez pierwsze pół godziny żywi złudną nadzieję, że może jednak nie będzie tak źle. Potem słońce zaczyna realizować swój plan zagłady, ściany nagrzewają się jak kafle w piecu, a powietrze w pomieszczeniu nabiera konsystencji gorącego rosołu.

W tej nierównej walce z żywiołem moim najwierniejszym sprzymierzeńcem stał się miniaturowy wiatraczek zakupiony w chińskim markecie za kwotę niewiele wyższą od ceny bułki. Jest to urządzenie tak małe, że z powodzeniem mogłoby chłodzić co najwyżej jednego chomika. Producent najwyraźniej zakładał, że użytkownik będzie miał głowę wielkości mandarynki, bo przy normalnych ludzkich gabarytach jego skuteczność jest raczej symboliczna. Mimo to traktuję go niemal jak członka rodziny. Stoi dzielnie na biurku i mieli powietrze z heroicznym poświęceniem. Efekt chłodzenia jest mniej więcej taki, jakby próbować ugasić pożar lasu pistoletem na wodę albo osuszyć Bałtyk papierowym ręcznikiem, ale psychicznie pomaga. Człowiek przynajmniej ma poczucie, że coś robi, zamiast biernie czekać, aż zamieni się w galaretę.

Po kilku godzinach takiej egzystencji zaczynam podejrzewać, że mój mózg powoli przechodzi ze stanu stałego w półpłynny. Myśli poruszają się wolniej, koncentracja przypomina sygnał internetowy w środku lasu, a inteligencja od czasu do czasu wychodzi z pomieszczenia bez słowa i wraca dopiero po przerwie obiadowej.

Nic więc dziwnego, że kiedy wreszcie docieram do domu, padam jak zwłok i znajduję sobie jakieś mało ruchliwe zajęcie; tym razem rozłożyłam się z krzyżówką i postanowiłam oddać intelektualnym rozrywkom. To znaczy plan był taki, że poćwiczę umysł. Jak zwykle nie przewidziałam jednak, że mój umysł postanowi poćwiczyć cierpliwość. Mam bowiem pewną cechę charakteru, którą jedni nazywają wytrwałością, inni determinacją, a osoby znające mnie lepiej określają znacznie trafniejszym słowem: upór. Kiedy przyczepię się do jakiegoś problemu, nie odpuszczam. Mogłabym siedzieć na pokładzie Titanica z wodą sięgającą po szyję i zamiast szukać szalupy pytać współpasażerów, czy przypadkiem nie znają siedmioliterowego określenia na gatunek mewy.

Dlatego kiedy natrafiłam na hasło „dom dla krasnali”, potraktowałam sprawę śmiertelnie poważnie. Na początku wydawało się banalne. No bo gdzie mieszkają krasnale? Przecież każdy wie. Tylko że najwyraźniej każdy oprócz mnie...

Minęło kilka minut. Potem kilkanaście. Potem tyle czasu, że gdyby krasnale rzeczywiście szukały mieszkania, zdążyłyby obejrzeć trzy nieruchomości, podpisać umowę najmu, pokłócić się z deweloperem i wystawić opinię w Internecie: „Osiedle Muchomorki – spokojna okolica, ale słaby dojazd dla wiewiórek”. Tymczasem ja nadal siedziałam nad jednym hasłem i z każdą minutą coraz bardziej przypominałam człowieka, który dobrowolnie postanowił stoczyć walkę z własnym mózgiem.

Próbowałam wszystkiego. Krasnale umieszczałam kolejno w grzybkach, muchomorach, dziuplach, norkach, budkach, pieńkach i wszystkich innych miejscach, które choć odrobinę pachniały bajką. Gdyby ktoś zajrzał wtedy do mojej głowy, zobaczyłby biuro nieruchomości dla stworzeń baśniowych. Jeden krasnal oglądałby kawalerkę w muchomorze, drugi negocjowałby czynsz za dziuplę, a trzeci pytałby, czy w pniu drzewa jest światłowód.

Najgorsze było jednak to, że wszystkie pozostałe hasła pasowały idealnie. Krzyżówka wręcz demonstracyjnie pokazywała mi, że problem nie leży po jej stronie. To było trochę tak, jakby dziewiętnastu ekspertów jednogłośnie potwierdzało poprawność rozwiązania, a ten dwudziesty siedział w kącie, patrzył na mnie z pogardą i od czasu do czasu szyderczo się uśmiechał.

W końcu postanowiłam wspomóc się Internetem. W dzisiejszych czasach Internet odpowiada na wszystko. Potrafi wyjaśnić, dlaczego kot o trzeciej nad ranem dostaje nagłego przypływu energii i galopuje po mieszkaniu jak opętany. Potrafi podpowiedzieć, jak odkamienić czajnik, usunąć plamę z buraków i naprawić pralkę przy pomocy śrubokręta, taśmy klejącej oraz modlitwy. Byłam więc przekonana, że kwestia miejsca zamieszkania krasnali zostanie rozwiązana w ciągu kilkunastu sekund. Otóż nie. Internet najwyraźniej uznał, że do pewnych rzeczy człowiek powinien dochodzić sam.

Im dłużej siedziałam nad tym hasłem, tym bardziej byłam przekonana, że wiedza o krasnoludkach w naszym społeczeństwie leży i kwiczy. W szkołach mówi się o fotosyntezie, o budowie atomu i o pantofelku, ale nikt nie przygotowuje człowieka na sytuację, w której trzeba błyskawicznie wskazać adres zamieszkania krasnala. A potem przychodzi dorosłość i takie braki wychodzą na jaw.

Po dobrej pół godzinie byłam już psychicznie zmaltretowana przez grupę fikcyjnych stworzeń mających po trzydzieści centymetrów wzrostu. Patrzyłam tępo na kartkę, aż niespodziewanie wydarzyło się coś niezwykłego. Mój wzrok przesunął się po haśle jeszcze raz. Potem drugi. Potem trzeci. I nagle poczułam, jak wszystkie neurony jednocześnie zatrzymują się w pół kroku...

Bo tam nie było napisane „dom dla krasnali”.

Tam było napisane... „dom dla krasuli”.

KRASULI.

Krowy.

Bydła rogatego.

Zwierzęcia ważącego pół tony.

Istoty, którą od dobrych trzydziestu minut próbowałam zakwaterować w muchomorze.

Przez chwilę siedziałam w kompletnej ciszy. Takiej ciszy, jaka zapada po wysłaniu wiadomości do niewłaściwej osoby. Albo po tym, jak człowiek serdecznie pomacha komuś na ulicy, a po chwili odkrywa, że ten ktoś machał do osoby stojącej trzy metry za nim.

Naprawdę siedziałam i próbowałam dopasować warunki mieszkaniowe dla krowy do infrastruktury przeznaczonej głównie dla krasnoludków, elfów i okazjonalnie dzięciołów.

Oczywiście odpowiedź była natychmiastowa.

Obora.

I nagle wszystko pasowało.

Każda literka.

Każde hasło.

Cała krzyżówka.

Miałam ochotę jednocześnie otworzyć szampana, zapisać się do okulisty i wystąpić o częściowe ubezwłasnowolnienie.

Ostatecznie jednak uznałam, że winę ponosi upał. To bardzo wygodne rozwiązanie. Upał nie protestuje, nie tłumaczy się i można mu przypisać praktycznie wszystko. Rozdrażnienie? Upał. Zmęczenie? Upał. Próba zakwaterowania półtonowej krowy w muchomorze? Oczywiście też upał.

Wieczorem, kiedy emocje już nieco opadły, postanowiłam podzielić się, z osobistym chłopem domowym, innym wielkim odkryciem dnia...

– Widziałam w Lidlu takie nowe kiełbaski grillowe – oznajmiłam z entuzjazmem. – Małe, białe, mocno przyprawione. Wyglądały naprawdę interesująco. Może kupię?

Chłop domowy spojrzał na mnie w sposób, który od razu wzbudził mój niepokój.

– Jakie nowe?

– No te nowe.

– Przecież my je już jedliśmy.

Przez chwilę próbowałam znaleźć rozsądną odpowiedź. Niestety wszystkie rozsądne odpowiedzi były akurat zajęte śmianiem się z historii o krasuli.

– No dobrze... może jedliśmy. Ale dla mnie są nowe.

– Jak coś może być nowe, skoro już to jadłaś?

– Bardzo prosto. Dzięki tej wyjątkowej umiejętności każdego dnia odkrywam świat na nowo.

– To nie jest odkrywanie świata.

– Nie?

– Nie.

– A co?

– Zaniki pamięci? Początki Alzheimera?

– Przesadzasz.

– Wcale nie.

– Przesadzasz bardzo.

– Kobieto... Ty dziś przez ponad pół godziny próbowałaś urządzić krowie kawalerkę w muchomorze. Ja naprawdę nie czuję się kompetentny do dalszego uczestniczenia w tej dyskusji.

Trudno było mi znaleźć kontrargument...

A mogło być tak pięknie. Już prawie widziałam siebie jako wielką odkrywczynię nowych produktów spożywczych, Krzysztofa Kolumba działu mięsnego, kobietę przecierającą szlaki między lodówką a grillem. Niestety rzeczywistość po raz kolejny brutalnie sprowadziła mnie na ziemię. Chociaż z drugiej strony... jeśli nadal będzie tak gorąco, to całkiem możliwe, że jutro znowu odkryję te same kiełbaski ;)

20 komentarzy:

  1. Wstaw ostrzeżenie - nie czytać w miejscach publicznych. Mój śmiech, a właściwie rechocze, niósł się po okolicznych działkach i podejrzewam, że sąsiedzi będą na mnie dziwnie patrzeć. Tak jak po historii z puszkiem na nartach 🤣🤣🤣

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, bardzo się cieszę, że udało mi się dostarczyć kolejną porcję rechotu! A tak w ogóle to wszystko przez upały ;)

      Usuń
    2. Podpisuję się pod tym! Rechotałam jak nie wiem co :D Całe szczęście, że byłam w domu i tylko mąż się na mnie dziwinie patrzył xD

      Usuń
  2. co do ukrytych założeń zaszytych w produktach z chińskich stronek wysyłkowych ciekawym eksperymentem jest zakup bielizny z takowej... niekoniecznie fikuśnej, może być dowolna... koniecznie największy rozmiar, czyli L, bo litera X to po chińsku Ś... teraz trzeba to założyć na siebie... i w tym momencie każda kobieta, niezależnie od figury, postury, typu sylwetki, gabarytów etc, etc dowiaduje się, co czuje baleron...
    zaś co do krzyżówek to naprawdę pojawiły się jakieś poprawnie zmontowane?... bo ostatnie takie to ja pamiętam z peerelu, potem zaczęto produkować... kupę /eufemizm taki/...
    p.jzns :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chińska rozmiarówka to chyba osobna gałąź filozofii - człowiek zamawia L, a dostaje egzystencjalny kryzys w paczkomacie. 😉 A krzyżówki? Mam wrażenie, że część współczesnych powstaje według zasady: najpierw hasło, potem logika, a na końcu już tylko modlitwa o wyrozumiałość czytelnika ;)

      Usuń
    2. a z krasnalami moje pierwsze moje skojarzenie jest ze "śmiesznymi grzybkami", bo tak je się czasem nazywa... więc te krasnale najpierw mieszkają na łące, a potem... w głowie... przez 4 - 6 godzin... aczkolwiek znałem głowy w których krasnale zamieszkały na stałe mocno je przemeblowując, LOL...

      Usuń
  3. Jak dobrze, że prawie wszystko zostało powiedziane powyżej...Mnie też upał nie przeszkadza w śmianiu , a czasem potrafi wyostrzyć język i tak dopiec intelektowi, że ten aż pali się do wyrazenia zdania o jego ....talencie.
    Sadząc po notce- Wenie upał nie doskwiera i trafnemu Dowcipowi :sytuacyjnemu-) tylko biedny przekaźnik cierpi... :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Upał potrafi rozleniwić ciało, ale językowi i poczuciu humoru często dodaje kilku koni mechanicznych. 😉 Wena najwyraźniej ma własną klimatyzację, natomiast przekaźnik od pewnego czasu prowadzi strajk włoski: działa, ale ostentacyjnie pokazuje, jak bardzo się poświęca ;)

      Usuń
  4. Odkrywanie świata na nowo ma swoje plusy, często można poczuć się młodym i spragnionym wiedzy:-)
    Pamiętam upały w szkole, wszystko kleiło się do człowieka i na człowieku przez cały dzień, a jeszcze po południu festyn dla rodziców lub rada pedagogiczna. Klima w szkole? zbędny luksus! wentylatory przynoszone z domu dawały chwilową ulgę, dzieciaki mdlały, więc wychodziło się do szkolnego ogródka posiedzieć pod drzewami...
    Dobrze, że już jestem na emeryturze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba każdy, kto choć trochę pracował w szkole, ma w pamięci takie obrazy - rozgrzane klasy, walczące o życie wentylatory i cień pod drzewem cenniejszy niż złoto. 😊 Dziś brzmi to niemal jak opowieść z innej epoki, choć wcale w wielu miejscach nie jest lepiej. Emerytura w takich okolicznościach rzeczywiście może mieć wyjątkowo słodki smak. 😉

      Usuń
  5. Padłam ze śmiechu. Padłam! Cudowny felieton :D Słów mi brak, nawet jeszcze pisząc te słowa cały czas się śmieję xD
    U nas upały to początek wojny... o drzwi wejściowe xD Podobnie jak u Ciebie, nie mamy klimy, jedynie zimną piwnicę, do której można w akcie rozpaczy wejść na chwilę i się schłodzić... Ja i jedna koleżanka walczymy o to, by drzwi były zamknięte, a rolety z jednej strony lekko opuszczone, dzięki czemu przez większość dnia jest naprawdę znośnie. Niestety, mamy godnego przeciwnika... Jedna pani ledwie przekroczy próg, a drzwi już otwarte na oścież. Caaaały dzień, bez względu na upał. Cały nasz misterny plan... idzie się paść jak Krasula w muchomory xD
    Dzięki za cudowną dawkę humoru! Serdecznie pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, ha! 😄 Widzę, że „wojna o drzwi” to zjawisko bardziej powszechne, niż mogłoby się wydawać. Najbardziej fascynuje mnie ta niezachwiana wiara niektórych osób, że jeśli na dworze jest 30 stopni, to wpuszczenie tego powietrza do środka koniecznie musi przynieść ulgę. 😉

      Usuń
    2. Dokładnie hahaha :D Tak jakby razem z wysoką temperaturą... wyparowywało też logiczne myślenie... :D

      Usuń
  6. Temperatura robi swoje. Już po wiośnie zimie zapomniało się jak to jest. Planowałem ostatnio dłuższy spacer, ale nie dałem rady przez upał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam wrażenie, że przy takiej temperaturze nawet zwykły spacer urasta do rangi sportu wyczynowego. Pozostaje czekać na trochę łaskawsze dni albo wyruszać na podbój świata o świcie. 😄

      Usuń
  7. Muszę przyznać, że dawno nie czytałem czegoś, co tak dobrze oddaje „stan przegrzania systemu operacyjnego człowieka” 😄 Upał + praca bez klimatyzacji to naprawdę osobna kategoria doświadczeń życiowych, gdzie mózg przechodzi w tryb demo i robi rzeczy absolutnie nie do obrony, ale jakoś logicznie uzasadnione w danym momencie. Ta krzyżówkowa historia z krasulą to już w ogóle poziom legendarny — i chyba każdy miał kiedyś taki moment, gdzie człowiek jest przekonany, że problem jest kosmicznie trudny, a potem okazuje się, że po prostu czytał coś zupełnie innego. Ale najlepsze jest to, że i tak się nie poddajesz, tylko idziesz w to jak Titanik w górę lodową.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że upał ma wyjątkowy talent do obnażania ludzkich słabości. 😄 Nagle okazuje się, że rzeczy oczywiste przestają być oczywiste, a najprostsze zadania nabierają cech zagadki kryminalnej.

      Usuń

KTO POSTY KOMENTUJE TEN POMNIKI, DLA POTOMNYCH, ZE SŁÓW BUDUJE :)