Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mężczyźni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mężczyźni. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Gdy chłop mówi „niedaleko”, szykuj frytki, lawetę i narzędzie zbrodni...

W niedzielę - jakże urokliwą, słoneczną i od samego rana podejrzanie optymistyczną - wybrałam się z osobistym chłopem domowym na rower.

I tutaj pierwsza przestroga: nigdy nie ufajcie mężczyźnie, który regularnie jeździ na rowerze i mówi: „Nie pojedziemy daleko”. „Niedaleko” w męskim systemie miar jest pojęciem równie precyzyjnym jak „zaraz wracam”, „wypiję tylko jedno piwo” oraz „spokojnie, wiem, co robię”. Może oznaczać trzy kilometry, może granicę województwa, a może Bratysławę, jeśli wiatr będzie sprzyjający.

Ja oczywiście uwierzyłam. W swej naiwności i okresowym bezmózgowiu jechałam przed siebie, pedałując radośnie niczym skowronek na dopingu. Kompletnie nie przyszło mi do głowy, że każda droga ma również wersję powrotną. Geografia nigdy nie była moją mocną stroną, ale żeby człowiek w moim wieku dopiero po czterdziestu kilometrach odkrył istnienie drogi w przeciwnym kierunku, to już nie luka edukacyjna, tylko gigantyczne zaniedbanie systemowe.

Początkowo było nawet przyjemnie. Słońce świeciło, ptaszki świergoliły, okoliczności przyrody prezentowały się jak folder reklamowy gminy, a my sunęliśmy przed siebie, udając ludzi aktywnych i mających kontrolę nad własnym życiem. Był też postój w Żabce - pocieszajka w postaci loda sorbetowego i jakiegoś napoju, czyli pełnowartościowy posiłek sportowca, który nie wie jeszcze, że za kilka godzin będzie negocjował z własnymi nogami warunki dalszej współpracy.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym po drodze nie zaistniała w dla siebie właściwy sposób...

Omijając balustradę blokującą przejazd samochodom, zahaczyłam o krawężnik i wykonałam widowiskowy manewr przejścia z pozycji pionowej do poziomej. Gleba była efektowna, choć jury techniczne mogłoby odjąć punkty za lądowanie. Na szczęście skończyło się na niewielkich obiciach, sztuk dwie, za co dziękuję aniołom stróżom, leśnym szaptuchom oraz producentowi kasku. Mam już bowiem za sobą dwa operowane barki wyposażone w tytanowe śrubki oraz nadgarstek zaopatrzony w blaszkę o wdzięcznej nazwie „Baby Foot”. Nazwa brzmi jak krem złuszczający do pięt albo kapela dziecięca występująca na festynie parafialnym, tymczasem jest to kawał metalu zamontowany w człowieku na stałe. I nie, proszę sobie nie wyobrażać, że kolekcjonowanie tytanowych gadżetów we wnętrzu organizmu stanowi moje hobby. Nic z tych rzeczy. Nie zbieram całej serii i nie interesuje mnie nagroda za skompletowanie szkieletu.

Po upadku otrzepałam więc godność, sprawdziłam, czy wszystkie części ciała nadal znajdują się mniej więcej tam, gdzie rano, i ruszyliśmy dalej.

Marian tymczasem był w znakomitej formie. Pruł w siną dal jak husaria, tyle że w spodenkach rowerowych. Gdyby go nie powstrzymać, zapewne wieczorem wysłałby mi zdjęcie spod czeskiej granicy z podpisem: „No widzisz, przecież niedaleko”.

Na szczęście resztki mojego rozumu, które dotychczas jechały z tyłu i najwyraźniej podziwiały widoki, wreszcie dogoniły peleton. Spojrzałam na licznik. Ponad czterdzieści kilometrów. Spojrzałam na Mariana. Spojrzałam w stronę domu, którego oczywiście nie było widać nawet przy bardzo bujnej wyobraźni. I wtedy dotarła do mnie informacja szokująca: trzeba jeszcze wrócić. Ogłosiłam zatem koniec ekspedycji. Zawrócilim.

W tym momencie moja dupa bolała już tak, jakby siedziała nie na rowerowym siodełku, lecz na kostce brukowej obitej kaktusem. Co kilka kilometrów zmieniałam pozycję, ale możliwości były zasadniczo dwie: bolało albo bolało inaczej.

Po drodze pożarłam jeszcze frytki w popularnym fast foodzie, ponieważ ilość spalonych kalorii zaczęła przybierać rozmiary niedopuszczalne. Człowiek musi reagować, zanim organizm wpadnie na pomysł, żeby schudnąć. Frytki zjadłam więc nie z łakomstwa, lecz odpowiedzialności. Była to interwencja medyczna, tylko podana w papierowym opakowaniu i posypana solą.

Trzymałam się długo. Naprawdę długo. Nie płakałam, nie jęczałam, nie groziłam Marianowi rozwodem ani porzuceniem jego zwłok w przydrożnym rowie po wcześniejszym odrąbaniu wszystkich wystających elementów. Byłam spokojna, dzielna i zadziwiająco zrównoważona, czyli zupełnie do siebie niepodobna.
Sielanka trwała do chwili, kiedy moje nogi zaczęły tracić czucie. Najwyraźniej dolna połowa organizmu zwołała zebranie związkowe i jednogłośnie uchwaliła przerwanie pracy. Wtedy - jak to określa osobisty chłop domowy - odpaliła mi się rasowa „drama queen”. Nie jakaś tam skromna księżniczka dramatu. Pełnoprawna cesarzowa, z dworem, orkiestrą, wirtualną siekierą i prawem do wypowiadania wojen.

Zsiadłam z roweru, rozsiadłam się na krawężniku jak zdetronizowana monarchini i przybrałam minę zdolną uśmiercić wszelkie formy życia w promieniu pięćdziesięciu metrów. Podejrzewam, że mleko w pobliskim sklepie skwaśniało bez otwierania lodówki.

- Dalej nie jadę - oznajmiłam tonem człowieka, który podjął decyzję ostateczną i właśnie żegna się ze światem.

Marian zapewne rozważał wezwanie taksówki, lawety albo księdza, ale zachował się rozsądnie i milczał. Po mniej więcej piętnastu minutach cudownie odzyskałam czucie w nogach, chęć życia oraz zdolność do dalszego pedałowania. Drama queen zeszła ze sceny, choć zrobiła to niechętnie.

Do domu dotarłam szczęśliwie. Ostatnie metry przejechałam siłą woli i wizji kanapy. Po przekroczeniu progu miałam ochotę go pocałować, objąć framugę i obiecać całemu domostwu, że już nigdy go nie opuszczę. Przynajmniej nie na rowerze.

Jaki z tego morał?

Jeżeli rowerzysta mówi: „Nie pojedziemy daleko”, należy natychmiast zapytać: „Daleko według mapy czy według twojej pokręconej psychiki?”. Warto też pamiętać, że czterdzieści kilometrów w jedną stronę nie oznacza czterdziestu kilometrów wycieczki. Oznacza osiemdziesiąt kilometrów oraz gruntowną rewizję związku.

A poza tym człowiek może mieć tytan w barkach, blaszkę w nadgarstku i stalowy charakter, lecz ostatnie słowo i tak zawsze należy do dupy. ;)

czwartek, 26 marca 2026

Smycz, kapcie i wirtualny penis, czyli krótki traktat o tresurze mężczyzn...

Jest piąta rano. Ta godzina, o której człowiek przy zdrowych zmysłach przewraca się na drugi bok, mamrocze coś do poduszki i poprawia sobie życiorys w trakcie sennych marzeń. Tymczasem ja siedzę przy klawiaturze jak nocny stróż własnych myśli, za oknem jakiś zbłąkany ptaszor trzepie skrzydłami na balkonie, a w mojej głowie - nie wiedzieć czemu - znowu plącze się temat mężczyzn. Czy to już starość? Bardzo możliwe. Podobno starzy ludzie nie śpią. Jeśli tak, to wygląda na to, że moje wejście w wiek średni odbywa się bez fanfar, za to z bezsennością, ptactwem i rozważaniami społecznymi o piątej rano.

A temat, który od jakiegoś czasu regularnie włazi mi do łepetyny, brzmi mniej więcej tak: dlaczego tyle kobiet mówi dziś z rozczulającą powagą, że faceta trzeba sobie wychować? Ułożyć. Ustawić. Utemperować. Najlepiej jeszcze trzymać na smyczy z regulowanym dozownikiem długości, żeby broń Boże nie wyskoczył za daleko poza wyznaczony kojec. Taki osobisty chłop - według tej szkoły tresury - nie może samodzielnie obejrzeć meczu z kolegami, wyskoczyć do knajpy, pojechać na weekend, a już wieczór kawalerski kumpla jawi się niczym brama piekieł, przez którą w jednej chwili wyfruwa z człowieka moralność, rozsądek i bielizna.

W tym modelu relacji mężczyzna jest stworzeniem chwiejnie pionizowanym, które należy stale nadzorować. Coś pomiędzy labradorem, nastolatkiem po energetyku a skazanym na dozór elektroniczny. Sam nie może, bo zrobi głupotę. Z kolegami nie może, bo wiadomo: koledzy to siedlisko zła. Na mecz nie może, bo tam piwo, emocje i jeszcze mu się przypomni, że kiedyś miał wolną wolę. Do baru nie może, bo każda kobieta siedząca przy stoliku automatycznie zamienia się w syrenę z portowego burdelu. Na kawalerski nie może, bo jak wiadomo, każdy męski wieczór kończy się rzekomo katastrofą obyczajową, zbiorowym ogłupieniem i tańcem na granicy rozwodu.

I tak sobie myślę: może ja jestem durna, może naiwna, może niedzisiejsza jak kryształowa cukiernica po ciotce, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby tresować faceta. Owszem, można z kimś rozmawiać, ustalać granice, mieć zasady, można się na coś zgadzać albo nie zgadzać. Ale wychowywać? Smycz zakładać? Dawać przepustki? Odbierać przywileje za złe sprawowanie? Przecież to nie jest pies, syn ani recydywista po warunkowym. To ma być partner, a nie projekt resocjalizacyjny.

Zresztą nie oszukujmy się: jeżeli dorosły człowiek będzie chciał wprowadzić jakąś głupotę w życie, to naprawdę nie powstrzyma go żadna smycz. Co najwyżej nauczy go lepiej kłamać. Taki gagatek nie pójdzie oficjalnie na piwo, tylko nagle zacznie mieć „trudny projekt”, „niespodziewane zebranie”, „delegację”, „kryzys w zespole” albo „awarię systemu”, choć jedyna awaria będzie dotyczyła jego kręgosłupa moralnego. Atrakcja i tak zostanie zrealizowana, tylko pod innym szyldem. Bo zakaz nie produkuje cnót. Zakaz produkuje logistykę, alibi i ukrywanie telefonu ekranem do dołu.

Są oczywiście kobiety, które uwielbiają dzierżyć w dłoni wirtualnego penisa i traktują ten gadżet jak berło władzy absolutnej. Ich życiowa filozofia sprowadza się do przekonania, że miejsce męża czy partnera jest pod kapciem. Nie obok. Nie z przodu. Nie z tyłu. Pod. Najlepiej głęboko i bez prawa głosu. Spod wyznaczonego kapcia biedak może wysunąć fragment swojej egzystencji wyłącznie po złożeniu odpowiedniego podania, najlepiej w dwóch egzemplarzach, z uzasadnieniem, celem wyjścia i przewidywaną godziną powrotu. Dobrze widziane są również załączniki: mapa trasy, lista uczestników, grupa krwi i podpis dwóch świadków.

Nie wiem dlaczego, ale gdy słyszę ten cały ton „ja to sobie mojego ustawiłam”, natychmiast stają mi przed oczami hieny. U hien rządzi samica, wyposażona przez naturę w narzędzie, które wygląda jak bardzo zuchwała karykatura męskiego przyrodzenia. I ilekroć widzę te ludzkie dominatorki, takie napuszone swoją wszechmocą, z tym symbolicznym, wirtualnym penisem wycelowanym w świat, to mam przed oczami właśnie hienę: dziarsko maszerującą po sawannie własnego ego, miotającą rozkazy i pokazującą nieposłusznym samcom, gdzie jest ich miejsce. A miejsce to zwykle bywa gdzieś między szafką na buty a psychicznym parterem.

Rzecz jasna, bywają panowie, którym rola kapciowego wyraźnie służy. Są mężczyźni, którzy bez zalegania pod paputkiem czują egzystencjalny niepokój. Taki osobnik nie tyle szuka partnerki, ile etatowej przełożonej. Gdy nikt nim nie zarządza, biedaczysko zaczyna się chwiać jak źle skręcony regał z marketu. On potrzebuje komendy, instrukcji i harmonogramu. Sam nie wie, czy ma ochotę na rosół czy na śmierć, więc z ulgą oddaje stery kobiecie z donośnym głosem i talentem do wydawania poleceń. Owszem, tacy też istnieją. Natura jest bogata i czasem miewa bardzo osobliwe poczucie humoru.

Ale z własnego żywota wiem jedno: zabranianie nie prowadzi do niczego dobrego. W latach młodości miałam szlabany na prawie wszystkie atrakcje tego świata, choć byłam dzieckiem raczej grzecznym niż rozbójniczym. Nie podpalałam stodół, nie rabowałam kiosków, nie hodowałam grzechu w doniczce. A mimo to kontrola była taka, jakbym co najmniej dowodziła osiedlowym gangiem. I cóż się wtedy rodziło w moim niewinnym serduszku? Skrucha? Posłuszeństwo? Urocza wdzięczność? Ależ skąd. Rodziła się przekora. Płomienna, uparta, kreatywna przekora, napędzana poczuciem niesprawiedliwości. Zakazy łamałam z partyzancką precyzją, a swoje „fantastyczne” pomysły realizowałam tym chętniej, im bardziej były zabronione. Nie dlatego, że były mądre. Często były głupie jak but z odklejoną podeszwą. Ale były moje.

I dokładnie tak samo działa wielu panów, którym usiłuje się urządzić życie metodą smyczy i zakazu. Im mocniej zaciskasz pętlę, tym bardziej marzy im się wiatr wolności. Wystarczy moment nieuwagi, lekkie poluzowanie nadzoru i chłopina, dotąd stateczny jak regał z książkami, nagle zaczyna oddychać pełną piersią, odzyskuje błysk w oku i zachowuje się tak, jakby właśnie uciekł z hodowli klatkowej. Nie dlatego, że każdy mężczyzna to urodzony idiota. Tylko dlatego, że każdy człowiek źle znosi bycie własnością.

Bo cała ta opowieść o „wychowywaniu faceta” jest, prawdę mówiąc, dość ponura. Ładnie się to może sprzedaje w babskich pogadankach i internetowych mądrościach z brokatem, ale pod spodem siedzi zwykła pogarda. Pogarda przebrana za troskę, kontrola udająca miłość, dominacja pusząca się jak paw w czerwonych szpilkach. Jakby mężczyzna był z definicji półgłówkiem, którego trzeba pilnować, bo inaczej zeżre pilota, zgubi portfel i zapłodni pierwszą lepszą kelnerkę. To obraża nie tylko jego. To obraża również kobietę, która najwyraźniej uważa, że jedyne, czym może utrzymać związek przy życiu, jest kaganiec, monitoring i system kar administracyjnych.

A przecież relacja to nie obóz poprawczy. Miłość to nie tresura fok. Partnerstwo nie polega na tym, że jedno chodzi na dwóch nogach, a drugie na krótkiej smyczy. Można się z kimś nie zgadzać. Można czegoś nie akceptować. Można postawić granicę i powiedzieć: tego nie chcę w swoim życiu. Ale to jest zupełnie co innego niż urządzanie komuś egzystencji niczym kierowniczka internatu z problemem kontroli.

I jeszcze jedno: kobieta, która z dumą opowiada, że „mój to bez pozwolenia nigdzie nie pójdzie”, wcale nie brzmi jak zwyciężczyni życia. Brzmi raczej jak strażniczka zakładu zamkniętego, która pomyliła związek z wartownią. To nie jest triumf. To jest zmęczenie przebrane za władzę. Bo umówmy się - pilnowanie dorosłego człowieka przez całą dobę nie jest przejawem siły. To jest robota na pełen etat, tylko bez urlopu, premii i szacunku.

Dlatego, moje drogie panie, jeśli wasz wirtualny penis urósł już do rozmiarów groteskowych i zaczyna wam się niebezpiecznie bujać nad głową, to może pora spuścić z niego trochę powietrza. Naprawdę nie trzeba wymachiwać symbolicznym fallusem nad każdym obiadem, wyjściem na mecz i piwem z kolegami. Czasem warto zejść z tronu, odłożyć pejcz, odkleić papuciaka od podeszwy krwistoczerwonego obuwia i spojrzeć na niego łaskawszym okiem. Być może pod tym kapciem nie leży egzemplarz do tresury, tylko zwyczajny dorosły człowiek, który chciałby oddychać bez składania podania w trzech kopiach.

A jeśli mimo całej wolności, zaufania i zdrowego rozsądku zrobi jakąś głupotę? Cóż. Wtedy przynajmniej będzie to jego głupota, a nie wasz wspólny projekt wychowawczy zakończony widowiskową kompromitacją. Bo człowieka można kochać, można z nim być albo z nim nie być. Ale naprawdę nie trzeba go prowadzić na smyczy jak niesfornego jamnika z kryzysem męskości.