piątek, 12 lutego 2021

Pasta z makreli co się sama pcha do gardzieli!

Tak sobie umyślałam, że raz w tygodniu będzie o jedzeniu. Może się oczywiście zdarzyć, że będzie częściej co jest bezpośrednio związane z faktem wielkiego uwielbienia dla jadła właścicielki tego miejsca. Ostatnio pojawiły się buły orkiszowe, no ale samych bułek nikt jeść nie będzie, więc dziś dorzucam pastę - smarowidło dla wielbicieli makreli.

Składniki:

- 1 duża, wędzona makrela - obrać z ości, mięso rozgnieść widelcem

- 1 mały, naturalny serek wiejski - 200g

- pęczek pietruszki - drobno posiekać

- kawałek pora - drobno pokroić

- 2 łyżki oleju lnianego - można zastąpić innym

- sól i pieprz do smaku - pieprz najlepiej świeżo zmielony

Wszystkie składniki mieszamy dokładnie w misce; można je również zblendować, wtedy uzyskamy kremową konsystencję. Pasta najlepiej smakuje ze świeżym, pełnoziarnistym pieczywkiem i ogórkiem kiszonym. Marianowi na ten przykład smakuje najlepiej sama wyjadana cichaczem z michy, tak żebym nie widziała 😉 A potem się nazywa, że ja to zjadłam tylko nie pamiętam kiedy, bo w pewnym wieku to pojawia się wybiórcza amnezja spożywcza 😉



Smacznego 🙂

poniedziałek, 8 lutego 2021

Dzieci w kuchni i grzyb atomowy gotowy!

Grafika: www.cafeleniwiec.pl

W dzieciństwie urządzaliśmy sobie z bratem, tak zwane, kuchenne niespodzianki. Zabawa polegała na tym, że wytypowany zamykał się w kuchni i przyrządzał „danie” dla drugiej osoby. Oczywiście wszystko się odbywało pod nieobecność rodziców. Z racji na to, że w tamtych czasach (lata 80-te) niewiele było w lodówce specjałów to nasze kuchenne szaleństwo ograniczało się do kruchych ciastek z dziurką posypanych cukrem i dżemu domowej roboty o smaku truskawkowym, podanych na milion sposobów. Były więc:
- kanapka z kruchych ciastek z dżemem w środku,
- kruszone kruche ciastka z kleksem z dżemu,
- torcik z kruchych ciastek z kremem dżemowym,
- gniecione kruche ciastka wymieszane z dżemem,
- dżem z posypką z kruchych ciastek.
Na zmianę zamykaliśmy się w tej kuchni i przygotowywaliśmy te mistrzowskie „dania” z dużym namaszczeniem. Oczekujący na degustację koczował w przedpokoju i najczęściej bawił się papierem toaletowym hurtowo nagromadzonym w mieszkaniu; budowało się z tego wieżę, na którą należało siąść i zrobić pierdut! Cała radocha była w tym upadku i masakrowaniu rolek cennego surowca. Niestety nie spotykało się to ze zrozumieniem ze strony rodzicieli. Wróćmy do ciastek… Niespodziankę przygotowaną przez „kucharza” należało spożyć z uśmiechem na ustach. Po kilku kolejkach takich eksperymentów kończyło się to tak, jak skończyć się powinno, czyli w otchłaniach porcelanowej muszli klozetowej ;)

Inny wyczyn kulinarny stworzony w duecie z braciszkiem to produkcja krówek domowej roboty: schajcowaliśmy wtedy część półki wiszącej nad zlewem ratując palącą się patelnię. Od tego czasu wiem, że palącej się patelni zawierającej tłuszcz nie zalewa się wodą, ponieważ uzyskujemy efekt grzyba atomowego. 

Do napisania powyższych wspomnień zainspirowała mnie opowieść znaleziona na www.forum.gazeta.pl, autorstwa - teresa104:
„Kiedyś jako dzieci wróciliśmy z bratem z kolonii, były wakacje, rodzice w pracy. I zapragnęliśmy odtworzyć wspaniały kolonijny przysmak, nieznany nam z domu, czyli pampuchy (drożdżowe kluski na parze). Wzięliśmy "Kuchnię polską" i tam z przepisu próbowaliśmy wyrobić te kluski i jakoś wciąż nie mogliśmy utrafić z konsystencją. Wreszcie wyszła cała mąka, jaka była w domu, brat poszedł zatem z moimi pieniędzmi zaoszczędzonymi na koloniach kupić surowca. Mojego majątku wystarczyło jeszcze na 3 kg mąki i drożdże. Kiedy ojciec wrócił z pracy, ujrzał na kuchennym blacie wielką górę suchych kłaków, których już nie byliśmy w stanie z bratem wyrobić naszymi siłami (ja ledwo nad ten blat wystawałam). Trudna rada, stary zdjął koszulę i wyrobił olbrzymią gulę ciasta, wciąż zresztą powiększającą się od drożdży. Resztę dnia wycinaliśmy szklankami kluski, które leżały na ściereczkach w całym domu, na balkonie, na szafkach, na stołach i partiami parowaliśmy je w garnkach na wszystkich palnikach. Powiem Wam... wreszcie najadłam się pampuchów. Na słodko, na słono, z masłem, z cukrem, z zupą, z kiełbasą, odgrzewane, na zimno, smażone, dopiekane, ojciec do pracy codziennie zabierał, matka też się starała, chociaż klusek nie lubi.”

Opis bardzo zadziałał na moją wyobraźnię i suszyłam zęby opluwając monitor. Najbardziej wzruszył mnie fragment dotyczący poświęcenia oszczędności, by surowiec zakupić potrzebny na pampuchy.

Pozostając w klimatach słodkości i zbliżającego się, wielgachnymi, pączkowymi krokami, tłustego czwartku zapraszam w wolnej chwili na post wspominkowy z wytryskiem w roli głównej - Gdy pączek atakuje cnotliwą kobietę... 😁

piątek, 5 lutego 2021

Czasami człowiek musi, bo inaczej się udusi...

Wiecznie siedzieć w domu nie można, nawet jak się ma obniżoną odporność i połyka się wory prochów. Dla zdrowotności psychicznej musowo było łeb wywietrzyć i udać się w jakieś zadziczone miejsce. No może nie do końca zadziczone, bo trochę ludzi wpadło na podobny pomysł. Zapakowaliśmy zatem zadki z Marianem i udaliśmy się w kierunku Rzeczki - wsi położonej w gminie Walim. Celem wyprawy była przebieżka po Parku Krajobrazowym Gór Sowich. To może tytułem wstępu kilka mądrości na ten temat, nie mojego autorstwa, żebyśmy wszyscy o tym miejscu garść informacji liznęli...
Park Krajobrazowy Gór Sowich o łącznej powierzchni 8140,7 ha, leży na terenie czterech powiatów: kłodzkiego, wałbrzyskiego, dzierżoniowskiego i ząbkowickiego, a jego zachodnia część, o powierzchni 784,09 ha znajduje się w granicach gminy Walim. Park obejmuje szczytowe partie Gór Sowich, chroniąc Puszczę Sudecką – lasy z udziałem buka, wiązu i modrzewia. Park położony jest w Sudetach Środkowych. 
Góry Sowie, zbudowane z prekambryjskich skał gnejsowych, przez wielu uważane są za najstarsze góry w Polsce, a nawet w Europie. Ich wiek ocenia się na 2,5 miliarda lat.
Najwyższe szczyty to, w północnej części gór Wielka Sowa (1025 m n.p.m.) wraz z sąsiednią Małą Sową (972 m n.p.m.) oraz na południu Kalenica (964 m n.p.m.) z sąsiednim szczytem – Słoneczną (949 m n.p.m.). (Źródło: walim.pl)


Na miejscu powitał nas wiatr, który najbardziej szalał na parkingu, co nieco ostudziło nasze podekscytowanie piękną zimą rozciągającą się dookoła. Wiatr na szczęście przestał wiać po wejściu na szlak i zrobiło się całkiem przyjemnie. 


Wędrówka początkowo szła opornie i nawet zadyszka się pojawiła, co mnie wcale nie zdziwiło, bo od prawie czterech miesięcy siedzę w domu i mało co się ruszam; aż dziwne, że nie padłam jak mops u wrót parku ;) Oczywiście spacer w śniegu zmusza mięśnie do większego wysiłku, czego efekty pojawiły się już następnego dnia w postaci dotkliwego bólu w łydkach. Ale czego się nie robi dla takich widoków...






Nie byłabym sobą, gdybym się nie rzucała do fotografowania obiektów mijanych po drodze i tak uzbierała się spora kolekcja zdjęć. Modele i modelki trafili się wyborni, ładnie pozowali i nawet żaden nie darł japy o zapłatę ;)






Było magicznie, malowniczo i od razu człowiekowi się lepiej zrobiło jak pohasał po śniegu niczym bielutki zajączek polarny; znaczy się w moim przypadku niczym czarna owca podhalańska co widać na pierwszej fotografii. Skusiłam się nawet po drodze na gorącą czekoladę prosto ze schroniska, co w przypadku nie picia takich trunków od października było jak uczta w czasach dobrobytu i beztroski, gdy w Rzeczypospolitej panowali królowie z saskiej dynastii Wettynów. 
Także polecam te rejony Polski - i zimą, i latem jest pięknie, a szlaki nie są wcale wymagające; warto poszukać takich szlaków, gdzie nie ma tłumów i wtedy mamy prawdziwą przyjemność z wycieczki.

Na koniec tego bajdurzenia, żeby nie było tak biało to się pochwalę faktem, iż stworzyłam, w końcu, logo dla Kobietoskopu. Jak się można było domyślić jest kolorowe, bo takie jest to miejsce i taki jest jego cel - kolorowy świat na przekór wszystkim i wszystkiemu. Oczy też się pojawiają, bo jestem obserwatorem rzeczywistości; są oczy gada, ptaka i człowieka jako obraz sposobu patrzenia na to i owo. A mój avatar to literka K z kobietą w tle, bo tak Marian podpowiedział, a ja jak przystało na kobietę niezwykle ugodową uległam tej sugestii ;) 


czwartek, 4 lutego 2021

Emeryt-dziad, czyli świetlana przyszłość żwawej babuni tirówki...


Dziś me tory myślowe tragikomicznie wybiegły w daleką, daleką przyszłość… Emerytura… Zainspirowała mnie do tego rozmowa ze znajomą, która po 35 latach pracy dostaje na rękę 1380 zł emerytury; nie wiem czy śmiać się czy płakać...
Spojrzałam dość brutalnie, realistycznym okiem, na tenże czas: zapewniono mi zajęcie, póki co, do sześćdziesiątego roku życia, ale jestem optymistką i cichaczem liczę na to, że ten lub kolejny fantastyczny rząd wydłuży mój wiek emerytalny o minimum 20 lat. Oszczędzi mi tym samym żałosnego żywota emeryta dziada, który trzęsącą się dłonią, na początku każdego miesiąca, będzie skrupulatnie rozdzielał na co tym razem wydać dzierżoną w łapie bajońską sumę. 

Emeryci przyszłości będą ludźmi bardzo kreatywnymi; pomimo starczego mózgu wykazującymi się ogromną inwencją twórczą, aby dotrwać do następnej wypłaty. ZUS i państwo zastawią na nich pułapki, więc przetrwają tylko najsilniejsze jednostki - o ile przetrwanie będzie miało jakikolwiek sens…

A zatem puśćmy wodze fantazji… 

1. Czynsz i inne opłaty domowe… Emeryt może zamieszkać w ziemiance lub jaskini – tutaj ukłon w kierunku żywota człowieka pierwotnego; wykopanie ziemianki lub znalezienie odpowiedniej jaskini i wywalczenie sobie do niej dostępu powinno skutecznie osłabić emeryta, więc jest szansa na dość szybkie pozbycie się go z grona ziemskich istot żywych.

2. Odzienie wierzchnie… Zmienia się klimat, emeryci mogą zasilić rzesze nudystów, oporni mogą się okrywać roślinnością lub innymi nadającymi się do tego niepotrzebnymi przedmiotami; gdyby jednak klimat się drastycznie nie zmienił to coroczna fala mrozów powinna wspomóc nasze państwo w pozbywaniu się emeryciego balastu.

3. Emeryt może sobie dorobić… No nikt mu nie zabrania! Więc:

a. Co żwawsze babunie mogą roztaczać swoje wdzięki przy leśnych drogach jako tirówki, kategoria trzecia w promocji; gratis do usługi seksualnej - koszyczek świeżo uzbieranych jagód lub grzybów.

b. Fascynaci surowców wtórnych z pewnością zrealizują swoje skrywane od dzieciństwa pragnienia i bez skrępowania będą mogli przegrzebywać osiedlowe śmietniki. 

c. W szalonym, zapracowanym świecie, gdzie rodzice nie mają czasu dla dzieci, emeryt będzie mógł się oddać do komisu i zostać sprzedany lub wynajęty jako babunia-zabawka lub dziadunio-zabawka; oczywiście tutaj też rząd liczy na dość szybki zgon w wyniku wyeksploatowania przez odpowiednio w tym celu szkolone dzieciątka.

d. Drastycznie wzrośnie liczba emerytów przestępców i żebraków – to profesje dla odważnych i zdeterminowanych; emeryci złapani na gorącym uczynku będą publicznie pozbawiani emerytury i skazywani na prace społeczne w charakterze układacza towarów na półkach w marketach.

4. Leczenie emerytów będzie bezpłatne!!! Oczywiście czas oczekiwania na wizyty u specjalistów zostanie celowo wydłużony, aby emeryta skutecznie zniechęcić do luksusu darmowej służby zdrowia; będzie natomiast kierowany na darmowe kursy rozpoznawania, zbierania i przyrządzania mikstur z roślin trujących, aby miał szansę skrócić swoje cierpienia w zgodzie z naturą.

5. Rodzina emeryta nie będzie się nim interesować; będzie pochłonięta zarobkowaniem; poza tym Ministerstwo Edukacji i Nauki od przedszkola wprowadzi program edukacyjny: Znieczulica. 

A tak poważnie rzecz biorąc to chyba najlepiej nie myśleć o tym aspekcie życia… Człeka pusty śmiech ogarnia ;)


poniedziałek, 1 lutego 2021

A gdzie to pani takie bułki kupiła!?!


A pokłuję w oczy i się pochwalę jakie buły ostatnio zrobiłam. Pierwszy raz wzięłam się za produkcję pieczywa w domowym zaciszu. Sprawa okazała się banalnie prosta i mistrzem wyrobów piekarskich nie trzeba być, żeby taką radość kulinarną sobie sprawić. 
Oczywiście jak tylko się te moje osobiste buły upiekły rzuciłam się na jeszcze ciepłe. Przy końcówce pieczenia, gdy zapach rozsierdził mój zmysł powonienia, Marian trzymał mnie za lewą łydkę, żebym łba do piekarnika nie wsadziła i nie pałaszowała nie zważając na poparzenia każdego stopnia. Kto próbował świeżych wypieków ten wie, że to zguba i przekleństwo. Tylko zdrowy rozsądek powstrzymał mnie, by nie zeżreć wszystkiego, a ciężko się było powstrzymać. Marian też zżerał, żeby nie było, że tylko ja taka pazerna. Dobrze, że kilograma masła przy okazji nie wchłonęliśmy, tylko pół kilograma 😉 
Poniżej zostawiam przepis, gdyby komuś się zachciało i nie zdzierżył po obejrzeniu mych fotografii.

Bułeczki orkiszowe bez drożdży z pestkami dyni 😊

Składniki:
- 2 szklanki mąki razowej orkiszowej
- około 250 g jogurtu naturalnego
- 1 łyżka ksylitolu (można dodać cukier zwykły lub trzcinowy)
- 1 płaska łyżeczka soli
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 2 łyżki oleju rzepakowego dobrej jakości
- pestki dyni - około 1 szklanki

Wszystkie składniki zagniatamy na jednolite ciasto; formujemy kulki i lekko spłaszczamy; posypujemy pestkami dyni. Bułki układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiamy do nagrzanego piekarnika na około 20-25 minut, 180 stopni (grzanie góra i dół, bez termoobiegu), pieczemy na złocisto-brązowy kolor.

Smacznego 🙂

środa, 27 stycznia 2021

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia...


Poznaliśmy się kilka tygodni temu, nieco powierzownie, bo chęci na głębsze poznanie nie było. Brak przysłowiowej chemii zrobił swoje. Bezduszne, plastikowe, bynajmniej z wierchu, urządzenie, które ktoś nazwał tabletem graficznym było dla mnie kolejnym gadżetem, z którym nie wiadomo co uczynić. Bo kto to widział, by tworzyć cokolwiek za pomocą piórka, którym mażemy po czarnym ekranie! Gdzie tu dusza artysty i inne dyrdymały! Porzucony w kącie niechciej czekał na lepsze czasy. No i się doczekał! Wczoraj wzięłam toto spontanicznie w łapy, pogryzmoliłam trochę i chyba się zakochałam - w ciągu 15 minut, bo tyle mi zajęło wykonanie tej grafiki zamieszczonej w tym poście. 
Rozwarły się przede mną wrota z nieskończoną ilością artystycznych możliwości, które muszę poznać, bo na tym etapie to mam status nowicjusza. Zgadzam się z tym, że tablet graficzny nieco ułatwia życie twórcy bohomazów, ale samo urządzenie nic nie wyprodukuje, jeśli kierownik kompletnie rysować nie potrafi. 
Jeśli ktoś z Was zastanawia się czy zaopatrzyć się w takiego cudaka to szczerze namawiam. Odpada mnóstwo roboty związanej z tradycyjnym rysowaniem czy malowaniem, odpada bałagan, który przy tym powstaje, choć może ma to swoje uroki. Mamy do dyspozycji mnóstwo opcji do tworzenia, które odpowiednio wykorzystane dają możliwości powoływania do życia niepowtarzalnych grafik.

wtorek, 26 stycznia 2021

Gdy nudne wiedziesz życie w kuchni, warzywka czasami chrupnij...


Surówki robi każdy i chyba każdy je lubi. Polecam te z kiszonej kapusty, gdzie możemy popuścić wodze fantazji i dorzucić oprócz kapusty rozmaite dodatki jak komu owa fantazja pozwoli popłynąć szerokim strumieniem szaleństwa. Poza tym kapusta kiszona to skarbnica zdrowia mająca cudowne działanie na nasze jelita i układ odpornościowy. Ja swoją nabywam u pana w budce, gdzie to ów pan kapustę robi wyśmienitą - podobno całe miasto się zjeżdża, żeby ten produkt nabyć. Rzeczywiście jest bardzo jędrna, ma wyważone smaki: kwaśny, słony i słodki. Pan od kapusty nie żałuje też marchewki, przypraw i pewnie serca, które wkłada w wyprodukowanie tego cuda. Kapusta ze sklepów typu markety może co najwyżej postać z boku i powzdychać lub popłakać z żalu, że tak nie smakuje. 

Na fotografiach suróweczka, która powstała z następujących składników:

- pół marchewki - zetrzeć na tarce o grubych oczkach

- kawałek pora - pokroić w cienkie paski

- kapusta kiszona - ilość wedle uznania

- pół jabłka - zetrzeć na tarce o grubych oczkach

- natka pietruszki - drobno posiekać

- łyżka miodu - najlepiej z pasieki

- trzy łyżki oleju rzepakowego - dobrej jakości

- sól, pieprz - do smaku

Wszystkie składniki należy wymieszać; odstawić na pół godziny i gotowe. Oczywiście wypadałoby dorobić do tego jeszcze resztę obiadu, na przykład proponowanego w poście Kacze piersi w objęciach kuchennego szaleństwa Kobietoskopowego ;)
Polecam dodawanie miodu do każdej surówki - podkręca smak i powoduje, że nasza mieszanka warzywna jest charakterna :) Warto poszukać miodu, który jest naprawdę miodem, a nie miodopodobnym tworem; ja swoje miody kupuję u sprawdzonych sprzedawców na allegro. 
Gdy już uporamy się ze wszystkimi elementami obiadu możemy zasiąść do konsumpcji i bez skrępowania podziwiać swoje apetyczne i kolorowe dzieła. Smacznego :)


Grafika: Eve Daff

piątek, 22 stycznia 2021

Pokaż kotku, co masz w środku...

Jakiś czas temu byłam na rezonansie magnetycznym głowy. Kto czytał post Obecność mózgu stwierdzono! dowiedział się, że to niezwykle interesujące doznanie, jeżeli rozpatrujemy je pod kątem doznań słuchowych. Niestety nie jest to atrakcja dla ludzi ze skłonnościami ku klaustrofobii. Każde badanie ma to do siebie, że po jakimś czasie dostajemy wynik tegoż procederu. Dostałam, więc, opis i płytkę z nagraniem. Opis na szczęście zawierał informacje jak najbardziej pozytywne: zmian patologicznych nie stwierdzono; odkryto tylko drobne niedociągnięcia w mojej głowie, ale nie będę na ten temat truć. 

Z wykształcenia jestem biologiem i jak na biologa przystało zainteresowałam się nagraniem, którego głównym bohaterem jest mój mózg. Przeglądając kolejne ujęcia natknęłam się na kilka niebanalnych obrazów, które mocno pobudziły moją wyobraźnię i nieco mnie przeraziły... A jednak mam kumpli, nie jestem sama... W zakamarkach mojej czaszki ukryło się kilka podejrzanych dziwaków...

Spójrzmy na zdjęcie powyżej... Postać jak najbardziej sugeruje brak kontaktu z rzeczywistością; gałki oczne skierowane ku górze i rozwarty otwór gębowy mogą wskazywać również na brak przytomności czy też wariactwo, które osiągnęło stadia końcowe. Ewentualnie można się tutaj doszukać wiecznie głodnego osobnika nastawionego na pochłanianie żywności, co akurat w moim przypadku pasuje jak ulał patrząc na moje umiłowanie do żarcia, a zwłaszcza do żarcia ciastek.

Zajmijmy się kolejną fotografią...

Pamiętacie serial animowany "Simpsonowie"? No czyż nie wyglądam tu jak Homer Simpson - ojciec rodu? Martwi mnie tylko ta zamurowana szczelina, która służy do przyjmowania pokarmów i mówienia. Może to przesłanie...? Kiedyś mnie los pokara i zlikwidują mi gębę, żebym tyle nie kłapała i nie wyjadała tych wszystkich dobroci świata doczesnego. Pocieszające jest to, że mam pofałdowaną powierzchnię mózgu, więc jest dobrze. Zawsze się martwiłam, że ta powierzchnia jest jak marynowana pieczarka i można po niej zjeżdżać na sankach.

Ujęcie nr 3...

To mnie przeraziło najbardziej! Straszna potworzina w tym łbie się zalęgła! Prawdopodobnie odpowiada za moją mroczą, nieujarzmioną stronę, która czasami wypełza i straszy ludzi. Do tego ma jakieś takie koślawe gałki oczne i wąsy - obym nie zmutowała w kierunku zezowatego mężczyzny.

Przejdźmy, po tych niezbyt miłych przeżyciach, do zdjęcia nr 4...

Słodziutki potwór wstydziaszek, który łapkami zakrywa sobie oczka. Niepokojąca jest ta nadmierne rozbudowana obręcz barkowa i muskulatura, która ją pokrywa... Czyżbym skrywała w sobie zapędy do zostania kulturystą? Znowu ten facet wyłania się zza winkla. Pozostając w klimatach słodziakowatości zerknijmy na ostatnie ujęcie - nr 5, bo przecie nie będę Was zanudzać hordą fotosów z mych wnętrz.


Taki słodziutki niuniuś ze skłonnościami do turkucia podjadka - tak mi się to bynajmniej kojarzy. Ewentualnie jakiś wodny skorupiak lub nieogarnięty mięczak, a może trochę morda żółwia...?

Jak widać wędrówki po ludzkim łbie mogą stać się niezłą gimnastyką dla wyobraźni. I dają odpowiedź na nurtujące nas pytanie - czy jesteśmy sami? No nie jesteśmy! Nikt z nas nie jest sam, każdy ma takich fajnych kumpli w środku; trzeba ich tylko poznać i odpowiednio wykorzystywać ;) 

wtorek, 19 stycznia 2021

Rzęsy jak firanki...


Dzisiaj mała odsłona poradnika cioci Ewy, która jak wiadomo specjalistką od nowinek z wielkiego świata kosmetyków nie jest, ale czasami ponosi ją fantazja i udzierga post zupełnie nie pasujący do niej ;) Poza tym jak już narysowała taką grafikę o tych rzęsach to żal jej nie wykorzystać. A zatem... Która z nas nie marzy o rzęsach jak firanki? No przyznać się! Każda :) Jeżeli komuś matka natura poskąpiła w tym zakresie to polecam gorąco dwa produkty przyczyniające się w dużym stopniu do stania się posiadaczką najpiękniejszych rzęs w całej Galaktyce:

1. FEG, Eyelash Enhancer (Odżywka wzmacniająca rzęsy i stymulująca ich wzrost). Efekty są naprawdę zauważalne; należy tylko zakupić oryginalną odżywkę - na rynku jest mnóstwo podróbek. Szczerze polecam!


2. Regenerum, Regeneracyjne serum do rzęs i brwi ze szczoteczką, Aflofarm. W tym przypadku na efekty trzeba trochę poczekać, ale jak najbardziej warto. Poza wydłużeniem i zagęszczeniem rzęs serum spowodowało również ich przyciemnienie; wyraźnie ciemniejszą barwę uzyskały też brwi, które również traktowałam tym specyfikiem.


Na rynku jest mnóstwo tego typu preparatów; warto znaleźć taki, który zadziała akurat na nasze rzęsy. Poza tym oczywiście starym, sprawdzonym sposobem na piękne rzęsy i brwi jest olejek rycynowy, który nie tylko je wzmocni, ale też przyciemni ich barwę.

piątek, 15 stycznia 2021

Ciasteczkowe eksperymenty, które upodobniły się do pięty...

Od jakiegoś czasu znęcam się nad wypiekami i potrawami zgodnymi z zaleceniami diety, którą jestem zmuszona stosować: cukier trzeba zastąpić zamiennikami, mąkę pszenną też zastąpić innymi wariantami. Odkrywam fascynujące lądy wypieków bez cukru, mąki pszennej, drożdży i paru jeszcze innych rzeczy. Eksperymenty nie zawsze są udane o czym już pisałam wieszając psy na mące kokosowej. Ale, że ja zwierz uparty, więc nie pozwolę, żeby jakaś tam mąka kokosowa dyktowała mi warunki. I tak razu pewnego narodził się pomysł, by wyszykować ciasteczka z tejże mąki i masła orzechowego. Poszperałam w sieci, powybierałam różne przepisy i zrobiłam, jak zwykle, nieco po swojemu. Już tak mam, że gotuję i piekę zawsze nieco po swojemu. I teraz zapewne tłum znawców krzyczy: Ty durna babo! To dlatego nic ci z tej mąki i ksylitoli sensownego nie wychodzi! Mądralińska po swojemu w garach miesza i potem ma breje i inne bebła! Otóż na swoje usprawiedliwienie mogę rzec, że gotowanie i pieczenie zawsze było moją pasją i co nieco wiem na ten temat; nawet udało mi się parę rzeczy zrobić i nikt po spożyciu nie umarł (można obejrzeć w zakładce Kulinarnie na tym blogu – nie, nie ofiary mojego żywienia, tylko poczynania kulinarne). 

Natomiast na zdjęciach zamieszczono ciasteczka, które uzyskałam z wymieszania w misce za pomocą łyżki następujących składników (ich ilości podaję na oko):

- 100g mąki kokosowej

- 100g masła orzechowego

- łyżka masła

- 2 jajka

- 1 łyżka ksylitolu 

- 1 łyżeczka (płaska) proszku do pieczenia

Z tego wszystkiego należy zagnieść ciasto, z niego uformować kulki i każdą z nich delikatnie spłaszczyć, a następnie umieścić na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Ciasteczka wstawiamy do nagrzanego piekarnika do 180 stopni i trzymamy tam około 15-20 minut, aż się zrumienią (grzanie góra i dół, bez termoobiegu). 

Oczywiście ksylitol można zastąpić miodem, zwykłym lub brązowym cukrem; ciastka można wzbogacić dodając rodzynki, żurawinę czy kawałki czekolady. Ciastka są bardzo sycące i z pewnością można je nazwać zdrową i wartościową przekąską jak ktoś ciastek jest spragniony, a nie do końca może jeść takie tradycyjne wypieki.

Marian powiedział, że wyglądają jak popękane pięty pana pracującego na budowie, co to nie używał pumeksu czy drapaka co najmniej od pół roku. Po zdegustowaniu orzekł, że bez popitki mogę tym mordować niewinnych ludzi i sprzedawać jako skuteczny środek zapychający japy nieznośnym babom ;) Nie wiem o co mu chodziło – przecież uprzedzałam, że są sycące ;) Mnie tam ciastka smakowały, zwłaszcza z gorącą herbatą lub mlekiem. W każdym razie mąka kokosowa to dla mnie wciąż zagadka i pewnie niejeden bluzg wydostanie się z mego otworu gębowego zanim pokochamy się miłością bezgraniczną ;) 

Grafika: evedaff