Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 lipca 2016

Refleksje z psią nutą w tle...


Grafika: Eve Daff

Życie pisze swoje scenariusze i nic odkrywczego w tym nie ma. Potrafi zaskakiwać i z dziką rozkoszą radośnie wystawia na próbę nasz system nerwowy. Wichry i zakręty życiowe sprawiły, że nie mam na co dzień kontaktu z moim (a może już nie moim...) psem. Nie jest to miłe, łatwe, ani przyjemne. Ktoś powie: to tylko zwierzę... Tylko zwierzę... Fakt. Nie do końca się z tym zgodzę. To zwierzę znam od szczeniaka, brałam udział w jego wychowaniu i z trudem odganiam od siebie myśli, że nie ma go już w moim życiu. Została tęsknota... To "tylko zwierzę" mocno zagościło w moim sercu, umyśle i nie wyobrażam sobie, że mogłabym tak po prostu zapomnieć i wyrzucić je do kosza wspomnień.  
Częściowo jestem sobie w stanie wyobrazić co czują ludzie, którzy po rozstaniu ze swoim partnerem nie mają pełnego kontaktu z dziećmi, mogą je widywać w weekendy, święta; nie zazdroszczę... Czasami zastanawiamy się dlaczego ktoś zrywa całkowicie kontakt i "odpuszcza" nawet te nieszczęsne weekendy. Może tak jest łatwiej, może to egoizm, a może coś innego wypełza na światło dzienne, żeby zagłuszyć ból tęsknoty za kimś kogo się kocha. Dlatego zanim osądzimy czyjąś postawę zastanówmy się co kieruje taką osobą. Dopóki sami nie znajdziemy się w podobnej sytuacji nie powinniśmy naklejać etykiety i pokazywać paluchem na osobnika, który zionie samym złem i jest nieodpowiednim ogniwem w łańcuchu społeczeństwa. 
A psiaki... Czyż one nie są kochane? :) 

Grafika: Eve Daff

środa, 15 lipca 2015

Może morze? A może morze i może pies?

Były jeziora, czas na morze i to nie byle jakie, bo sam Bałtyk. Grzechem by było nie odwiedzić naszej krajowej, słonej wody będąc zaledwie 100 km od niej. Poza tym nasza psica osobista nie widziała jeszcze morza, więc ten argument był oczywiście decydujący. Wybór padł spontanicznie na miejscowość Dębki. Niewielki kurorcik, ale jak to nad morzem - budek z goframi i smażalni ryb było tam pod dostatkiem. Nie byłabym sobą, gdybym się nie pochwaliła co spożyłam :) Tym razem w moich trzewiach zaległy: smażony filet z turbota w towarzystwie surówek oraz gofr (nie gofer - sprawdzałam w słowniku) z bitą śmietaną i owocami sezonowymi pod postacią jagód, malin i truskawek. Pogoda jak to pogoda nas nie zawiodła: duło tak, że skalpy i futra trzeba było trzymać mocno, a słońce od czasu do czasu wyzierało zza chmur. Nasza Pyśka, opiwszy się morskiej wody i wytaplawszy futro w przepastnych falach Bałtyku oszołomiona nadmierną ilością jodu, zgodziła się udostępnić kilka zdjęć z tej jednodniowej wyprawy, co niniejszym czynię i krótką fotorelację poniżej zamieszczam. 







 






Grafika: Eve Daff

środa, 13 maja 2015

Kleszcze i ultradźwiękowy odstraszacz, czyli poszukiwania skutecznej broni...

Grafika: www.kleszcze.org

Dzisiaj taki pościk z innego kapelusza. Często i gęsto urządzam sobie wędrówki po łąkach, lasach i innych przybytkach zielonych. Kto buszuje w zieleninie ten wie, że kleszcze to prawdziwa zmora - ludzi i futrzaków. Można się wypsikać tymi wszystkimi wynalazkami o mało atrakcyjnym zapachu, lepiącymi się niemiłosiernie, a dziady i tak się przypętają i bezczelnie, jak na rasowe pasożyty przystało, pałaszują naszą krew. O chorobach przenoszonych przez te niesympatyczne bezkręgowce wspominać nie będę - każdy pewnie słyszał, na przykład, o boreliozie.
Jakiś czas temu trafiłam na sprytne urządzenie (TickLess) odstraszające kleszcze; taki mały plastikowy dupslik, który można przypiąć do ubrania lub artystycznie uwiesić sobie na szyi. Testuję ten wynalazek od kilku dni łajdacząc się po krzakach i póki co, kleszczy na sobie nie odkryłam. Podobny gadżet można sprawić swojemu pupilowi - tutaj mogę coś więcej rzec w kwestii skuteczności - podobno działa i psy kleszczy nie łapią - tak zeznawały zaznajomione ze mną kobitki - właścicielki psów, które od marca to stosują. 

"Urządzenie działa na zasadzie emisji ultradźwięków o zmiennej częstotliwości, które nie są szkodliwe ani uciążliwe dla ludzi i zwierząt domowych. Działają natomiast odstraszająco na kleszcze i trzymają je z dala od nas.
Sygnał z urządzenia powoduje zakłócanie odbioru jakichkolwiek bodźców przez kleszcze. Zatem osoba mająca na sobie to urządzenie staje się niewidzialna dla pasożyta, jego receptory są bowiem całkowicie zablokowane. Zasięg działania to około 3 metrów i jest on w zupełności wystarczający aby działać skutecznie."

Więcej szczegółów technicznych można znaleźć, na przykład, tutaj:




Aaaa... Nikt mi nie płaci za reklamę tych wynalazków :) Dzielę się wiedzą zdobytą i zastosowaną w praktyce; może kogoś zainteresują te urządzonka. Zanim sama to zakupiłam poszperałam w niezawodnym Internecie i zachęciły mnie pozytywne opinie na temat tego odstraszacza. Wiadomo jednak, że najlepiej na własnej skórze przetestować. Moja psina, póki co, nie nosi tego, ponieważ świetnie się sprawdza zastosowany u niej Advantix - środek, którym się zakrapia psa raz w miesiącu. Kleszcze się naszego wielkiego futrzaka nie imają. Niestety jest to chemia i dlatego zastanawiam się nad zastosowaniem u niej tego ultradźwiękowego dzyndzelka :)

piątek, 6 marca 2015

Łaaaaa! Niedźwiedź! Niedźwiedź idzie!

Grafika: Kobicina Miejska

Pies… Istota pozbawiona wstydu i bezpardonowo rozkoszująca się życiem, smakująca żywot wielkimi garściami, przepraszam, wielkimi łapami. Nasza suka to kobieta z charakterem ;) Z racji na cechy rasy, z której się wywodzi nie wykazuje typowych cech psich, np. nie aportuje, ale za to potrafi inne „sztuczki” wyczyniać. Czasami muszę się za nią niestety wstydzić… Zwierz w tej swojej włochatej łepetynie zakodował sobie ciekawy zwyczaj podpierdywania, zwłaszcza jak nasz dom goście nawiedzają. Po wyemitowaniu zabójczej mieszanki gazów ucieka z miejsca zbrodni, licząc prawdopodobnie na to, że o zbrodnię zostanie posądzony ktoś inny, patrz: przybyli goście, co już nie raz jej się udało. Ubóstwia również kradzieże – o kradzieży gaci i biustonoszy pisałam tutaj, poza tym zwierz kradnie papier toaletowy, serwetki i chusteczki, które przerabia na coś w rodzaju wacików. Tutaj upatruję pierwiastka kobiecości – psina może się chce odpowiednio zhigienizować przy użyciu dostępnych dla niej środków. Tylko czekać jak podprowadzi krem na zmarszczki, chusteczki do higieny intymnej czy też balsam na cellulit. 
Z uporem maniaka wyraża swoje wielkie niezadowolenie widząc kuriera z firmy X: kurier przybywa pod blok, sunia leży na balkonie i zaczyna się wielkie, widowiskowe obszczekiwanie biedaka. Pan kurier X wykazuje się dość sporą dawką poczucia humoru, bo zawsze kieruje w stronę zwierza słowa takowe: Poczekaj no! Ty cholero jedna! Jak będę miał dla was paczkę to nie przyniosę! Zwierz spogląda, niby ze zrozumieniem, po czym swój szczek kontynuuje, nie dowierzając groźbom mikrej postury kuriera.

Interesująco reagują również ludzie, których mijamy podczas spacerów… 
Kiedyś wychodzimy zza winkla i wpadamy na grupkę dzieci. Po czym słychać piski i dzikie okrzyki typu: Łaaaaaaaaaaaa! Niedźwiedź! Niedźwiedź idzie! 

Kolejni próbują dociec co to za rasa:
Mija nas chłopczyk na rowerze, któremu towarzyszą rodzice - również na rowerach. 
Zaciekawiony widokiem psiny, zatrzymuje rower i zwraca się do mamy: 
- Mamusiu! Ale superowski pies! Co to za rasa? Bo wygląda rasowo!
- Nie wiem, ale możesz panią zapytać...
Chłopiec nie pyta... Za to pada odpowiedź, która wywołuje mój uśmiech, od ucha do ucha :)
- Aaaa... Już wiem - to jest husky, tylko taki jakiś nieuczesany!

(wyjaśnienie dla niewtajemniczonych: suczka to mastif tybetański, wiek: 3 lata, waga: około 55 kg :))

Grafika: Kobicina Miejska

poniedziałek, 9 lutego 2015

Po prostu jest i kocha...

Grafika: kadr z filmu "Mój przyjaciel Hachiko"

Wszystkim tym, którzy mają chwilę, na zbyciu, w te zimowe wieczory, polecam film: Mój przyjaciel Hachiko… Propozycja dla każdego, niezależnie od wieku, płci, wyznania, upodobań. 
Nie potrafię tego filmu obejrzeć bez morza łez… Byłam żelazną damą, która nigdy na filmach nie płakała… dopóki nie obejrzała tego, może nie najwyższych lotów filmowych, dzieła… Wiem, że to tylko film… tylko film… Ale film i historia, która rozbiera na atomy najtwardsze serca. Nie znałam takiego oddania i miłości, jakie zobaczyłam oglądając historię Hachiko. To tylko zwierzę - bohater filmu opartego na faktach, które nie potrafi mówić, nie musi - psie oczy mówią w każdym języku. 
Nie raz widziałam łzy i rozpacz człowieka, który stracił swojego przyjaciela - psa. Odkąd mam psa i odkąd widziałam ten film, wiem, że miłość na czterech łapach jest tak wielka, jak wielka prawdziwa miłość być potrafi. Ktoś powie: Kobieto, puknij się w czoło! Ludzie dzieci tracą! Żony, mężów tracą! - to jest dopiero powód do rozpaczy! Zgadzam się i podpisuję pod tym rękami, nogami i czym tam się da podpisać, ale widziałam reakcję innych ludzi na ten film. Najgorszy łobuz, drań płakał jak bóbr. A to tylko film - o zwykłym psie. Który z ludzi potrafi czekać: na mrozie, wietrze, deszczu, upale, przez 9 czy 10 lat, do ostatnich swoich dni - na osobę, którą pokochał najbardziej na świecie…?!? Nie znam… A Wy znacie?
A muzyka w tym filmie... Posłuchajcie...


Jeżeli ktoś ma dylemat czy mieć psa czy nie - polecam ten film… Myślę, że wszelakie wątpliwości znikną… Pies to obowiązki, problemy, dodatkowe zawracanie dupy - jak to niektórzy mówią, ale to pies ucieszy się na Wasz widok, niezależnie od wszystkiego, witając Was w drzwiach. To pies przyjdzie i położy swój łeb na Waszych kolanach, wybałuszy sarnie oczy wtedy, gdy będzie Wam źle… Pies nie pyta, nie ocenia, po prostu jest i kocha - na swój psi sposób - jedyny i niepowtarzalny…

Grafika: Kobicina Miejska

piątek, 16 stycznia 2015

Torbomajtki, sadomasochistyczne majciochy i skandal na osiedlu… ;)

Grafika: www.facebook.com

Rodzaje bielizny zna każdy. A kto słyszał o torbomajtkach, tudzież plecakomajtkach? Prawa autorskie dotyczące tych słów mogę z czystym sumieniem przypisać osobistemu Konkubinatorowi - według niego większość damskich gaci to torbomajtki. Nie wiem czy to źle czy dobrze, ale jak się człowiek w życiu nudzi to głupoty wymyśla. Wiadomo - majty kobiece, zdecydowanie częściej są wykonane z materiałów elastycznych, niż nie elastycznych, co by dobrze spakować, to co spakowane tam być powinno. Natomiast nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo są to elastyczne materiały… Jedne z moich ulubionych torbomajtek zostały na pewnej wyprawie terenowej przerobione w plecakomajtki - w ramach dowcipu sytuacyjnego Konkubinator naciągnął mi je aż po samą szyję - nie przesadzając. Do tej pory się kula po podłodze ze śmiechu, że w takich gaciach to spokojnie do marketu na zakupy mogę iść, tylko muszę je naciągać z przodu, bo mi towar trudno będzie od tyłu napychać. 

Równie urokliwa jest bielizna dla psów, a właściwie damskiej części psiego gatunku - nasza Pyśka (przed sterylizacją) nosiła takie sadomasochistyczne - duży wybór w sieci takich cudeniek jest. Zwierz ma anielską cierpliwość, więc nie protestuje, jak się ją obleka w różne dziwadła. Chociaż jednego zdarzenia to mi pewnie bidula nie wybaczy do końca swoich dni - zanim zakupiłam jej specjalistyczne gacie cieczkowe to miała zakładane stare bokserki od Pana ;) Pan wyraził zgodę, a ja śpieszę z wyjaśnieniami, w jakim celu Pan swoją bieliznę poświęcił - po prostu bokserki były wygodne - szerokie nogawice, luźna gumka i miały otwór już zrobiony na psi ogon. Któregoś ranka, zwleczona brutalnie przez gada budzika, mało przytomna, zabrałam ją na spacer na pobliską łąkę... psina się usadowiła do obsikania sympatycznej kępki trawnej… Patrzę… O, Matko! Toż ja jej galot nie zdemontowałam przed spacerem! I tak moja ukochana Misiołaczka miała niepowtarzalną (mam nadzieję) okazję zlania się w gacie. Dobrze, że nie zaczęła toalety porannej od poważniejszych tematów. Potem musiałam sprytnie ją z tego balastu uwolnić, a bokserki cichaczem wyrzuciłam do pobliskiego śmietnika. Mam nadzieję, że nikt nas nie widział… Zdjęć na fejsbuku nie było z dużą ilością zalajkowań, na szczęście! Tytułów w lokalnej prasie typu: „Wariatka z psem w bokserkach spaceruje po osiedlach!”, „Niezrównoważona kobieta i pies w męskiej bieliźnie!” nie było! 

Ekscesy bieliźniane z udziałem psa odbywają się również w domostwie: Pyśka to towarzyski zwierz i ma dobre serce - lubi się dzielić, z bliźnimi nawiedzającymi chałupę, zwłaszcza nie swoimi rzeczami - na pewnej uroczystości, nie suto zakrapianej trunkami, w najbardziej kulminacyjnym momencie przybyła w radosnych podskokach niosąc w zębach żółte galoty z tygryskiem należące do Pana, oczywiście wywlekła je z kosza na brudy. Pan nie był tym faktem zachwycony, a goście i owszem :D Może subtelnie chciała nam dać do zrozumienia, że woli nosić majtki w odcieniach słonecznej żółci ze zwierzęcymi motywami ;) Nasz włochacz namiętnie również kradnie moje biustonosze, jak tylko je gdzieś dorwie - nie w celach destrukcyjnych… nie, nie, w celu pomamlania i poleżenia sobie na tymże rodzaju egzotycznego posłanka.

A tak, poza tym, to wszyscy u mnie zdrowi ;)

Poniżej sympatyczna, towarzyska Pysinka ;)























Hollywoodzki uśmiech Pyśki ;)




środa, 5 listopada 2014

W poszukiwaniu męskiej logiki...


Postanowiłam leciutko się przejechać po zagadnieniu, nieco kontrowersyjnym, po męskiej logice, która jawi się jako, bardzo dziwaczny, twór myślowy. Moje rozważania pozwolę sobie podeprzeć przykładami z życia zaczerpniętymi:

Przykład nr 1: Od przybytku głowa nie boli…

Kilka dni temu nie udało mi się zakupić prażonych i solonych pestek z dyni, a obiecałam Lubemu, że kupię.  Owe pestki były dostępne w Lidlu, no, ale akurat, wtedy ich nie było. Wczoraj wróciłam z pracy i słyszę w progu: Byłem na zakupach! Były pestki! Kupiłem 15 paczek! Stanęłam, lekko oszołomiona tą wiadomością i pytam: Otwieramy jakiś bufet dla ptactwa osiedlowego? Moja ironia, niestety, nie spotkała się z życzliwym przyjęciem. Rozumiem, że prażone pestki z dyni, może i są towarem unikatowym, ale żeby od razu tyle kupować?!? Nie rozumiem… Moja znajoma odnotowała podobne zachowanie: sama nie lubi kaszy, więc okłamała męża, że nie było w żadnym sklepie tej nieszczęsnej kaszy, dlatego na obiad będą ziemniaki. Na drugi dzień mąż przybył z radosnym wyrazem twarzy oznajmiając w progu, iż jemu się udało dostać kaszę: Kupiłem, na zapas, 5 opakowań! Może oni nie otrząsnęli się z piętna PRL-u, dzieciństwo spędzone w tych czasach mogło zostawić głębokie urazy w psychice lub mają wrodzoną potrzebę posiadania, tego co posiadają, w dużych ilościach, oczywiście na miarę swych możliwości finansowych. Tutaj możemy leciutko zboczyć w kierunku poligamii ;)

Przykład nr 2: Ser to nie sernik…

Dawno, dawno temu upiekłam wieczorem sernik na kruchym cieście; zostawiłam go na stole w kuchni, aby ostygł. Rano patrzę i oczom nie wierzę - ser wyżarty, ciasto zostawione… W pierwszej chwili podejrzenie pada na psa, ale nasza Pyśka ma zdecydowanie większy rozstaw szczęki, niż to coś, co zrobiło spustoszenie na serniku. Przychodzi Luby z łazienki, więc go dopadam:
- Zjadłeś ser?!? – pytam pokazując na blachę ze zmasakrowanym sernikiem.
- Nie! No co Ty! – pada odpowiedź okraszona durnowatym uśmiechem.
- A kto zjadł? Pies? Ja? Znudziło mu się życie i podłożył pod siebie bombę?!?
- Nie wiem… Ja sera nie zjadłem, tylko sernik… z mleczkiem… w nocy… byłem głodny… Aaa… następnym razem - nie dodawaj ciasta, nie pasuje, a nie chciałem sobie popsuć smaku, to zostawiłem…
Bez komentarza…
Od tego czasu serniki, które wypiekam są pozbawione ciasta.

Przykład nr 3: Pułapka na sikorkę…

Myłam okno balkonowe i niestety, pewne lotne stworzenie, zwane sikorką, postanowiło nawiedzić nasze mieszkanie, wleciało i obija się o ściany; oczywiście pies wyczaił, że jakaś nowa, interaktywna zabawka lata po mieszkaniu i rozbudził w sobie instynkt dzikiego łowcy. Następuje scenka niczym z czeskiej komedii: ja ze ścierą w ręce, biegam za ptakiem; drę się, żeby wypłoszyć dziada z lokalu; pies biega za mną, za ścierą i za ptactwem - rozbawiony i rozochocony do granic możliwości. Przypomnę, iż waga psiny waha sie pomiędzy: 50, a 60 kg. Cudem nie dewastujemy wszystkiego na trasie tej gonitwy. W końcu sikorka wlatuje za lodówkę i cisza… Lodówka zabudowana meblami, szans na wydostanie stwora nie ma; już roztaczam wizję rozkładających się zwłok ptasich i tego smrodu, który towarzyszy tej procedurze. Pies i ja opuszczamy pole bitwy;  postanawiam w ciszy poczekać na rozwój sytuacji - może sikorka uzna, że tego stada wariatów już nie ma i wyjdzie. Faktycznie - wyfrunęła, zagoniłam ją w stronę okna, oczywiście wyglądało to podobnie jak wcześniej, miałam tylko większą szmatę, ptak odleciał.  Ale do rzeczy… Mój osobisty Konkubent wrócił z pracy, więc od progu opowiadam o przygodzie z sikorką.  A on, wysłuchawszy, mówi: A nie mogłaś zawiesić słoniny na sznurku? Albo widziałem na Discovery, jak takie pułapki na ptaki robili… Nie no… opadło mi wszystko, co mogło opaść… Nie wiem jak Wy, ale ja mam ukończony kurs dla zaawansowanych: Budowa pułapek na sikorki, a słoninę, to chyba, sobie miałam z grzbietu wykroić i wieszać na sznurze, oczywiście wcześniej podwędziwszy w kieszonkowej wędzarni, żeby aromat był kuszący ;) Także, jak sikorki lub inne ptaki, wlecą Wam do domów - to wiecie co robić ;)

Przykład nr 4: Każdy ma swoje dziury…

Opowieść zasłyszana od znajomych: Jedzie para samochodem: ona, on i dziecko… Ona prowadzi, wjeżdża w dziurę - oczywiście niechcący… Pada komentarz: No, nie możesz, jakoś tych dziur omijać? Dzieciak się poobija! Podobna sytuacja: tym razem prowadzi facet; wjeżdżają w dziurę i co słychać: Noż, ku….! Za co my te wszystkie podatki płacimy, same dziury w tych drogach…
Bez komentarza…

Wniosek z tego taki: 
Po raz kolejny potwierdza się, naukowo udowodniona, teoria o zdecydowanie odmiennych drogach ewoluowania logiki damskiej i męskiej ;)

Dowcip tematyczny:
Mąż robi jajecznicę. Nagle żona wpada do kuchni i krzyczy:
- Ostrożnie!!!
UWAŻAJ!!! Więcej masła!!! Cholera, smażysz za dużo jajek na raz!!! ZA DUŻO!!! Mieszaj! MIESZAJ SZYBCIEJ!!! Dodaj jeszcze masło!!! GDZIE JEST MASŁO??? Jajka się przykleją!!! UWAŻAJ!!! Powiedziałam – UWAŻAJ!!! NIGDY mnie nie słuchasz, jak robisz jajecznicę!!! NIGDY!!! Odwróć jajka!!! SZYBKO!!! Nienormalny jesteś??? Całkiem Cię pogięło??? SÓL!!! UŻYJ SOLI!!! SÓÓÓÓÓÓL!!!

Mąż w zdumieniu patrzy na żonę:
- Odbiło Ci??? Myślisz, że nie potrafię zrobić jajecznicy?
- Chciałam Ci tylko uświadomić, co przeżywam, kiedy prowadzę samochód...  :)


Grafika: Eve Daff

wtorek, 21 października 2014

WIERSZYK - MIAU I HAU!


MIAU I HAU!

Kotek Miau i piesek Hau -
 kumplami byli na schwał!
Miau spać - zawsze chciał!
Miau! Miau! Miau!
Hau - psocić tylko chciał!
Hau! Hau! Hau!
Miau kłębek wełny miał -
nim się tylko bawić chciał!
Miau! Miau! Miau!
Hau też wełnę chciał,
więc często kłębek brał!
Hau! Hau! Hau!
Miau wpadał wtedy w szał!
I kłębek wełny rwał!
Miau! Miau! Miau!
Hau! Hau! Hau!

Głośne to harce były,
sąsiadki się skarżyły!
Lecz wtedy wpadał pan i
na rozmowy obydwu brał!
Niegrzeczny kocie i psie:
Opamiętajcie się!
Miau miauczał: Miau…
Pies szczekał: Hau…
A pan porządek w końcu miał!

niedziela, 5 października 2014

Porady z psiej szuflady!

Dziś garść informacji, mam nadzieję, że przydatnych, na temat zdrowia naszych czworonogów. Na wstępie chciałam wyjaśnić, iż nie reklamuję żadnej firmy, z żadną nie współpracuję; opisuję to co sama stosuję, znam z doświadczenia oraz wiem od innych właścicieli psiaków, że działa i jest godne polecenia.


1. Od zaprzyjaźnionej pani weterynarz, która gości w swojej przychodni zawsze tłumy, wiem, że skutecznym preparatem chroniącym stawy u dużych psów i stawiającym psy schorowane na nogi jest Equine Corta Vet HA Solution - płyn, który docelowo jest przeznaczony dla koni, natomiast ma również zastosowanie w psim świecie; weterynarze zalecają mniejsze dawki; można go kupić w Polsce lub sprowadzić zza granicy - ma jedną wadę - jest sprzedawany w pojemnikach o pojemności 946 ml lub większych (można się umówić w kilka osób i zakupić). Naszej mastifce podajemy go profilaktycznie raz w tygodniu - około 2 ml wraz z jogurtem. W przypadku psów chorych, z problemami układu kostno-stawowego, weterynarz zalecał dawkę kilku mililitrów każdego dnia.

2. Wspaniała, puszysta sierść u naszego psiaka to niewątpliwa, ogromna zaleta; ze swojej strony polecam podawanie oleju z łososia: Quality Snack-olej z łososia; plastikowa butelka ma super dozownik, który bardzo ułatwia aplikowanie odpowiedniej ilości oleju. Cudowne działanie ma również żółtko jaja podawane raz w tygodniu. Nasza psina mastifowa ma sierść jak modelka z reklamy :)

3. Ku przestrodze! (skorzystałam z informacji umieszczonych na stronie onet.pl)

Psy są drapieżnikami, więc powinny być karmione mięsem i jego pochodnymi. Na skutek hodowli, tworzenia nowych ras i stałego przebywania z ludźmi, ich sposób bycia i żywienia nieco się zmienił, ale nadal nie mają czterech żołądków ani specyficznych bakterii w przewodzie pokarmowym pomagających w rozkładzie celulozy - jak to jest u roślinożerców. Psy nigdy nie będą zdrowe jedząc same warzywa. Tego typu pokarmy, wymieszane przez ludzi z mięsnymi kawałkami, są w stanie przez jakiś czas tolerować. Jest jednak kilka produktów, które mogą je zabić, pomimo tego, że ludzie je bardzo lubią. 

Oto kilka najgroźniejszych:

a. Kasza i ziemniaki – nie są wprawdzie trujące, ale szkodzą psom z wrażliwym przewodem pokarmowym. Bardzo często psy są karmione kaszą z jakimiś dodatkami. Niestety, jest słabo trawiona i bardzo obciąża przewód pokarmowy. W żadnym wypadku nie powinny jej dostawać szczeniaki. Ziemniaki można dodawać do pokarmu tylko w niewielkich ilościach i bardzo dokładnie rozgniecione.

b. Rodzynki i winogrona - do zatrucia psa wystarczy zjedzenie 30 gramów winogron lub 11,5 grama rodzynek na każdy kilogram masy ciała psa. Objawy zatrucia pojawią się po kilku godzinach: zapalenie żołądka i jelit, wymioty, biegunka, bóle brzucha, utrata apetytu, obecność w kale lub wymiocinach częściowo strawionych rodzynek. Gorzej pracują nerki, pies ma trudności z oddawaniem moczu.
Uwaga - substancje toksyczne z winogron mogą się w organizmie kumulować i do zachorowania może dojść dużo później, np. po kilku miesiącach karmienia psa ludzkimi smakołykami.

c. Przyprawy - pies może się z nimi łatwo zetknąć, jedząc pozostałości posiłków ludzi. Ostre przyprawy, np. papryka, gałka muszkatołowa, pieprz, powodują podrażnienia przewodu pokarmowego, mogą doprowadzić do choroby nerek. Sól, konieczna w niewielkich ilościach, w nadmiarze spowoduje zaburzenia przemiany materii. Dzienne zapotrzebowanie psa na sól kuchenną to zaledwie około 0,2 g/kg masy ciała.

d. Pestki owoców – np. jabłek, brzoskwiń, moreli - zawierają niewielkie ilości amigdaliny, która może się przekształcić w niebezpieczny związek chemiczny - cyjanek. Czym mniejszy pies, tym niebezpieczniejsze jest ich zjedzenie. Czasem zwierzęta zjadają takie pestki celowo, by pomogły im w walce z infekcjami przewodu pokarmowego. Minimalne ilości nie szkodzą, zbyt duże powodują wiele niebezpiecznych objawów. Po przedawkowaniu najpierw pojawia się u psa niepokój, potem trudności w oddychaniu, konwulsje, zapaść, nagła śmierć.

e. Rośliny strączkowe - fasola, groch soja itp. są ciężkostrawne, wywołują wzdęcia, długo pozostają w przewodzie pokarmowym. Zawarte w nich białko jest przez psy wydalane, nie może być przez organizm przyswojone. Takie same wzdęcia wywołuje kapusta, brokuły, kalafior, brukselka. Zielone części pomidora, rabarbaru i wielu innych warzyw są dla psa ciężkostrawne i zmuszają jego organizm do walki z tym co zjadł.

f. Cebula i cebulki kwiatowe oraz czosnek – wielu właścicieli psów twierdzi, że ich pupil lubi jeść cebulę. Niestety, wszystkie cebulowe są dla psów ciężkostrawne, a podczas ich trawienia wytwarzają się toksyczne dwusiarczki. Czosnek zawiera tiosiarczan sodu, który odkłada się w organizmie psa. Aby zaczęły się kłopoty, wystarczy, że pies zje cebulę w ilości przekraczającej zaledwie 0,5% masy jego ciała. Dwusiarczki powodują rozpad czerwonych krwinek, co prowadzi do poważnego niedotlenienia. Przy niewielkiej ilości cebuli organizm psa ratuje się produkując więcej czerwonych krwinek, ale nie może tego robić bez końca.

g. Czekolada i kakao - zawarta w nich teobromina pomaga ludziom w pozbyciu się kaszlu, a u psów pobudza pracę serca. Gdy pies zje jej więcej niż 100-150 mg/kg masy ciała, serce może nie wytrzymać. Pierwszymi objawami zatrucia mogą być u psa nudności, wymioty i biegunka, także zwiększone wydalanie moczu. Potem kłopoty z krążeniem i oddychaniem, zawał oraz krwotok wewnętrzny. We krwi psów teobromina może utrzymywać się nawet do 20 godzin.

h. Awokado – jest dla psa wyjątkowo niebezpieczne i wszystkie jego części są dla niego trujące. Początkowo wywołują wymioty i biegunkę. Intensywność zachorowania zależy od ilości zjedzonego awokado i od masy psa. Tak samo zadziałają grzyby i orzechy makadamia. Sok z aloesu - uzdrawiający ludzki żołądek, również jest dla psa niebezpieczny.

Uważajcie czym karmicie swoje psiaki!

poniedziałek, 26 maja 2014

Przywódca stada?!?


Wszelakie opisane sytuacje wydarzyły się naprawdę i dotyczą osobistego psiaka – Pysiołaka (mastifa tybetańskiego). Zanim Pyśka trafiła do nas, miałam okazję zobaczyć jej mamusię i wujka – towarzystwo przywitało, mnie i mojego osobistego Konkubenta ;), dość mało przychylnie… Dwie rozszalałe bestie, mało gościnnie, pokazały nam czyje to podwórko, zanim zbliżyliśmy się na odległość paru metrów do bramy. Hmm… mój talent pedagogiczny wprawdzie jest długi i szeroki, ale pierwszy raz miałam do czynienia ze skrzyżowaniem niedźwiedzia i lwa ;) Wujaszek Pyśkowy nie krępował się w zaprezentowaniu swojej siły, opierając się o płot betonowy, który to zadrżał w posadach. Ktoś zapyta? To po coś babo lazła oglądać mastify tybetańskie? Dzieło przypadku… znajomi hodowali te psy i „lekko” nas namówili do zaadoptowania jednego szczeniaka z miotu, który niebawem miał się pojawić. Mój wybór, od początku, był sprecyzowany, jeśli chodzi o wygląd i płeć mastifa: ruda suczka. I tak oto zostaliśmy właścicielami małego szkodnika, wyposażonego we wszystkie umiejętności destrukcyjno – bałaganiarskie, jak przystało na najbardziej żywotnego i niegrzecznego szczeniaka w miocie.


Podróż samochodem do domu… wyczytałam gdzieś, że nie należy reagować na piski i tym podobne dźwięki, które oczywiście wydawał nasz Pysiek jadąc, pierwszy raz, do nowego domku; zawinięta w kocyk spoczywała obok mnie na tylnym siedzeniu samochodu. Żal mi jej było okrutnie, ale nie roztkliwiałam się szczebiocząc i dziamdziając nad nieszczęściem tej biduli. O dziwo, Pyśka bardzo szybko zaakceptowała podróże samochodami, nie ekscytuje się, nie panikuje, a wręcz ochoczo ładuje się do wnętrza pojazdu; czasami nawet ładuje się obok kierowcy ;) 

Nasza Pyśka nie boi się niczego – burzy, petard, odkurzaczy i innych wynalazków; oczywiście jak była mała to reagowała np. na odkurzacz szczekaniem i agresją, ale Pańcia, naczytawszy się mądrych książek, nie zwracała na to uwagi i dalej robiła swoje; po jakimś czasie Misiołak, chyba nawet, pokochał mechanicznego kolegę, bo można jej futerko swobodnie poodkurzać ;) Generalnie stwierdzam, że kluczem do sukcesu jest niereagowanie na to, co ekscytuje psa – ma to kolosalne znaczenie w początkowym etapie naszego zaznajamiania się z psiakiem. Pyśka mało szczeka, co też miało związek z tym, że nie uciszałam jej, gdy szczekała na dzwonek do drzwi, czy odgłos wiertarki u sąsiadów – ponownie sprawdza się wątek braku reakcji właściciela. Oczywiście, jeżeli ktoś chce mieć psa wściekle ujadającego to w tym kierunku nie trzeba się bardzo napracować – wystarczy zdać się na instynkt psiska i dodatkowo dziko ekscytować się przy każdej nadarzającej się sytuacji.

Mamy psa, który kocha wszystkich – macha ogonem na muchy, żaby, dzieci, sąsiadów, no i wiadomo, najbardziej macha ogonem jak widzi swoją ukochaną Panią ;) Ma też instynkt łowcy polowacza-napadacza na upatrzone obiekty, które należy postraszyć – patrz panowie na rowerach, w beretach i owczarki niemieckie ;) W swoim, ponad dwuletnim, życiu nie spowodowała strat materialnych, których to spodziewaliśmy się patrząc na jej potencjał odziedziczony po przodkach. Wyczytałam gdzieś, że szczeniak powinien poznać, co najmniej, kilkanaście osób, kilkanaście psów, kilkanaście różnych materiałów – tu powinien wykorzystać zęby (przy poznawaniu osób i psów niekoniecznie). To wszystko powinno mieć miejsce jak najszybciej w jego życiu i z własnych obserwacji wnioskuję, że jest to klucz do socjalizacji naszego pupila; jeżeli będziemy go izolować i unikać kontaktu z bogactwem naszej planety to wychowamy sobie dzikiego, agresywnego i bojaźliwego psa. No chyba, że ktoś tego właśnie oczekuje. 

Przyznam się, że sporo skorzystałam czytając książki Cesara Millana; dla wielu może to tylko pan z programów telewizyjnych zakochany w swojej popularności, ale metody stosowane przez niego naprawdę działają. Dzięki wiedzy zawartej w jego publikacjach Pyśka nauczyła się, m.in., że Pani to nie jest obiekt do zdominowania, że na jedzenie trzeba poczekać i nie należy się awanturować, że pięty Pani to nie jest najnowszy model gumowego gryzaka dla mastifów…

Żyjąc na co dzień z mastifem tybetańskim (nasza Pysia jest rozpieszczonym kanapowcem – przyznajemy się) doszłam do wniosku, jak bardzo możemy się pomylić w ocenie danej rasy. Pyśka ma cechy typowego mastifa, o których wspominałam na tym blogu w innym poście, ale nigdy w życiu nie pomyślałabym, że może to być tak kochane, zrównoważone i mądre psisko. Jak bardzo krzywdzimy niektóre rasy przyklejając im etykiety, często nie mające nic wspólnego z rzeczywistością. 


Podstawa to zrównoważony, konsekwentny właściciel, który nie przenosi swoich frustracji, złości i innych negatywnych uczuć na psa; brak głupiej przemocy fizycznej i psychicznej, a temu wszystkiemu powinna towarzyszyć miłość, która należy się każdej żywej istocie na naszej planecie. Myślę, że to przepis, nie tylko, na fajnego psiaka, ale sprawdza się też w świecie ludzi – przy wychowaniu swojej osobistej pociechy ;)

niedziela, 18 maja 2014

Nie miała baba problemu... los zesłał jej psa...


Hmm... o psach napisano tomy; każdy jest najpiękniejszy, najwierniejszy, niepowtarzalny...
Mój, a właściwie nasz pies (druga połowa jest intensywnie uczulona na swoiste sformułowania) jest dla nas, oczywiście, unikatowy w skali całego Wszechświata. Czyż można nie ulec urokowi tego spojrzenia? (patrz: zdjęcie poniżej). Słodycz, niewinność i inteligencja w czystej postaci.


Pies, a ściślej mówiąc, suczka jest przedstawicielem dość rzadkiej, w Polce, rasy - mastif tybetański. 
Jakiś czas temu temat był poruszany w programie "Pytanie na śniadanie" TVP 2. Otóż pies tejże rasy jest najdroższym psem świata. Nasza Pysia jest natomiast bezcenna - dostaliśmy ją w prezencie i nie zamierzamy sprzedać w celu poprawienia budżetu domowego. 
Pozwolę sobie krótko opisać to zacne i mądre stworzenie...
Jaka nasza Psina jest piękna, każdy z pewnością to zauważa, dodajmy tylko, że waży około 55 kg, ma przemiłą w dotyku sierść - można miętosić bez opamiętania, mało spożywa - jak na takie gabaryty, nie ma zapachu psiego - to cecha tej rasy (mogą go posiadać również alergicy).
Pysia, zwana również Pyśkiem, Pysiakiem, Misiołakiem, Cześkiem (wykazuje dużą tolerancję na nazewnictwo swojej postaci) wychodzi z założenia, jako typowy mastif tybetański, iż wykonywanie poleceń tzw. właścicieli odbywa się tylko i wyłącznie wtedy, kiedy sama uzna to za głęboko wskazane działanie. Zatem... nie aportuje, ponieważ bieganie po ten sam patyk wiele razy jest działaniem pozbawionym sensu i przeznaczonym dla psów nie wykazujących się tak głębokimi przemyśleniami jak mastify. Myślenie Pyśkowe widać na pierwszy rzut oka - patrz zdjęcie poniżej:


Dla ludzi lubiących wyzwania jest to godne uwagi Wyzwanie, ale nie taki Diabeł straszny jak go malują. Każdego psa i dziecko można wyprowadzić na ludzi - wystarczy wrodzony talent pedagogiczny, trochę chęci i dużo miłości. Nasz Pysiol jest bardzo dobrze wychowanym czworonogiem, chociaż potencjał na Cholerę psią był. Pysiek nie lubił się edukować, był w psim przedszkolu; swoje głębokie niezadowolenie niechlubnie wyraził w postaci potrzeb fizjologicznych załatwionych na środku przedszkolnej salki zabaw. Natomiast bieganie po smakołyki przez tuneliki i inne wynalazki nie wzruszały jej zupełnie - ta rasa nie jest łasa na psie rarytasy - dlatego jest takim wyzwaniem dla szkoleniowców. Można wytargać 2 kg polędwicy wołowej, a nasz Pysiek patrzy i duma z wypisanym na mordzie tekstem: Naiwniaki :)
Z pewnością powstanie tutaj, o niej, parę opowieści. Póki co, w skrócie, przedstawiłam jednego z członków stada. Bez bicia przyznaję się, że zdurniałam całkowicie na jej punkcie i w pełni rozumiem wszystkich psich maniaków. 
Tak na marginesie, polecam film: "Mój przyjaciel Hachiko"; rzadko płaczę na filmach, ale ten mnie rozwalił totalnie. Kto szuka prawdziwej przyjaźni, miłości i oddania - polecam psiaka. 


sobota, 17 maja 2014

Zarządca KOBIETOSKOPU, czyli kto się chowa za filarem...

Z pewnością nie odkryję tutaj Ameryki pisząc, że jestem kobietą; facet raczej nie pokusiłby się o zmontowanie blogowiska o nazwie: Kobietoskop. A może się mylę...?
Po co mi blog? Zarobić to na tym raczej nie zarobię, spora konkurencja - młodzież depcze po piętach; wyższe pobudki mną kierowały, mam nadzieję... Podobno mam talent literacki i nietypowo postrzegam to i owo, więc postanowiłam sprawdzić namacalnie czy rzeczywiście mam. Wiadomo, nie od razu Kraków zbudowano, więc nastawiam się na ostrą krytykę i dobijające mnie komentarze, ale co Cię nie zabije to zapewne wzmocni... 
Sukcesywnie będę upiększać to miejsce i postaram się o niepowtarzalny, oryginalny design. Zależy mi też na tym, żeby teksty dobrze się czytało - z góry dziękuję wszystkim tym, którzy podzielą się opiniami na ten temat. Moim celem jest blogowa opowieść, po prostu, o życiu. Wiem, brzmi prosto, banalnie, ale prostota jest czasami najbardziej skomplikowana :)


Nazwa: KOBIETOSKOP została wymyślona przeze mnie i zabraniam kradziochowania :)