czwartek, 28 stycznia 2021

Pluszowy królik atakuje, czyli rozładuj się wizualizacją...


Nie lubisz swojego szefa? Na myśl  o rozmowie z nim, w cztery oczy, jelita przewracają Ci się na drugą stronę i wiążą w supełki? Spotkanie z teściową wywołuje syndrom nadmiernego przywiązania do muszli klozetowej? Spróbuj wizualizacji… To niewinne narzędzie psychologiczne, służące do wielu wzniosłych celów, może być rozwiązaniem, kołem ratunkowym w sytuacjach stresujących, niekomfortowych i różnych innych.

Spotkanie z szefem… Niekoniecznie musisz się go bać, ale przypuśćmy, że wywołuje w Tobie dziesiąty stopień poirytowania, (żeby nie nazwać tego gorzej) roztaczając przed Tobą kolejną, fantastyczną wizję zmian, które wyniosą na wyżyny społeczne przybytek radości, w którym pracujesz. Dodatkowo załóżmy, że szef nie jest podatny na przyjmowanie i wcielanie w życie pomysłów szarego pracownika X, wychodząc z założenia, że jego iloraz inteligencji, co najwyżej, nadaje się do pełnienia, tylko i wyłącznie, tej funkcji, którą łaskawie szef mu powierzył. Siedzisz więc, słuchasz i mdli Cię coraz bardziej… A teraz spróbuj wyobrazić go sobie w stroju np. pluszowego karczocha lub brokuła… 


Sprawa wygląda, nieco inaczej… Twój wyraz twarzy nabiera zdecydowanie ciekawszego wydania, Twój szef powoli znika w odmętach pluszu, a Tobie łatwiej to wszystko znieść. Wypluszowanie agresywnego szefa, który nas przeraża, również powinno się sprawdzić w praktyce; taki szef-postrach, w wyniku pluszowania, staje się postacią zdecydowanie bardziej przyjazną.

Wystąpienia publiczne… Kto je lubi? Ja nie lubię, ale czasami muszę się publicznie udzielić. Publika nie musi się składać z ogromnej ilości osobników; są osoby, które czują się niepewnie, nawet na urodzinach cioci Maryni. A gdyby tak, wyobrazić sobie, że nasza publika to kolorowe galaretki owocowe lub misie Haribo, śmiesznie podskakujące na swoich żelowych zadkach. Jak dla mnie, robi się o wiele sympatyczniej i strawialniej, niż w przypadku normalnej publiczności.

Takich przykładów, można mnożyć wiele, ogranicza nas tylko wyobraźnia. Wizualizacje, o których tu wspominam, mają niestety swoją małą pułapkę: jeżeli, zapędzimy się w tym wizualizowaniu zbyt daleko, może mieć to nieciekawe konsekwencje. Dlatego, poza wyrobieniem sobie tego mechanizmu zaradczego, powinniśmy nauczyć się go kontrolować. Jak wiadomo praktyka czyni mistrza, więc należy ćwiczyć na obiektach ze strony których nie grożą nam jakieś poważne sankcje i najlepiej na płaszczyźnie naszego prywatnego życia, na przykład: spotkania rodzinne czy w gronie znajomych.

Moja wizualizacja, o której wspominałam w jednym z komentarzy na tym blogu, skończyła się wyrzuceniem z zajęć na studiach. Były to bardzo nudne zajęcia, więc zaczęłam sobie wyobrażać, że chłop, który je prowadzi ma różowy, pluszowy strój króliczka. Podzieliłam się ta wizją z koleżanką siedzącą obok i wzajemnie zaczęłyśmy nakręcać naszą wizualizację dorzucając kolejne, pikantne szczegóły z życia ogromniastego pluszaka. Oczywiście skończyło się to wybuchem niekontrolowanego śmiechu, którego żadna z nas nie była w stanie opanować. Nasz prowadzący zajęcia nie zdzierżył dwóch wyjących ze śmiechu hien i wywalił nas za drzwi. Nie czułyśmy się z tym jakoś bardzo źle, w końcu mogłyśmy dać upust blokowanemu w trzewiach rechotowi. Taki obrót spraw niekoniecznie powinien mieć miejsce w gabinecie szefa, dlatego wizualizacje powinniśmy trzymać w ryzach.

Moim zdaniem, wizualizowanie to przydatna umiejętność, czasami z niej korzystam, żeby ubarwić nieco swój codzienny żywot, zmniejszyć poziom stresu czy obaw. Poza tym łatwiej przeżyć niektóre, nieciekawe momenty życia odcinając się od nich w taki trochę bajkowy sposób. Polecam :)

Grafika: www.partybox.pl

środa, 27 stycznia 2021

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia...


Poznaliśmy się kilka tygodni temu, nieco powierzownie, bo chęci na głębsze poznanie nie było. Brak przysłowiowej chemii zrobił swoje. Bezduszne, plastikowe, bynajmniej z wierchu, urządzenie, które ktoś nazwał tabletem graficznym było dla mnie kolejnym gadżetem, z którym nie wiadomo co uczynić. Bo kto to widział, by tworzyć cokolwiek za pomocą piórka, którym mażemy po czarnym ekranie! Gdzie tu dusza artysty i inne dyrdymały! Porzucony w kącie niechciej czekał na lepsze czasy. No i się doczekał! Wczoraj wzięłam toto spontanicznie w łapy, pogryzmoliłam trochę i chyba się zakochałam - w ciągu 15 minut, bo tyle mi zajęło wykonanie tej grafiki zamieszczonej w tym poście. 
Rozwarły się przede mną wrota z nieskończoną ilością artystycznych możliwości, które muszę poznać, bo na tym etapie to mam status nowicjusza. Zgadzam się z tym, że tablet graficzny nieco ułatwia życie twórcy bohomazów, ale samo urządzenie nic nie wyprodukuje, jeśli kierownik kompletnie rysować nie potrafi. 
Jeśli ktoś z Was zastanawia się czy zaopatrzyć się w takiego cudaka to szczerze namawiam. Odpada mnóstwo roboty związanej z tradycyjnym rysowaniem czy malowaniem, odpada bałagan, który przy tym powstaje, choć może ma to swoje uroki. Mamy do dyspozycji mnóstwo opcji do tworzenia, które odpowiednio wykorzystane dają możliwości powoływania do życia niepowtarzalnych grafik.

wtorek, 26 stycznia 2021

Gdy nudne wiedziesz życie w kuchni, warzywka czasami chrupnij...


Surówki robi każdy i chyba każdy je lubi. Polecam te z kiszonej kapusty, gdzie możemy popuścić wodze fantazji i dorzucić oprócz kapusty rozmaite dodatki jak komu owa fantazja pozwoli popłynąć szerokim strumieniem szaleństwa. Poza tym kapusta kiszona to skarbnica zdrowia mająca cudowne działanie na nasze jelita i układ odpornościowy. Ja swoją nabywam u pana w budce, gdzie to ów pan kapustę robi wyśmienitą - podobno całe miasto się zjeżdża, żeby ten produkt nabyć. Rzeczywiście jest bardzo jędrna, ma wyważone smaki: kwaśny, słony i słodki. Pan od kapusty nie żałuje też marchewki, przypraw i pewnie serca, które wkłada w wyprodukowanie tego cuda. Kapusta ze sklepów typu markety może co najwyżej postać z boku i powzdychać lub popłakać z żalu, że tak nie smakuje. 

Na fotografiach suróweczka, która powstała z następujących składników:

- pół marchewki - zetrzeć na tarce o grubych oczkach

- kawałek pora - pokroić w cienkie paski

- kapusta kiszona - ilość wedle uznania

- pół jabłka - zetrzeć na tarce o grubych oczkach

- natka pietruszki - drobno posiekać

- łyżka miodu - najlepiej z pasieki

- trzy łyżki oleju rzepakowego - dobrej jakości

- sól, pieprz - do smaku

Wszystkie składniki należy wymieszać; odstawić na pół godziny i gotowe. Oczywiście wypadałoby dorobić do tego jeszcze resztę obiadu, na przykład proponowanego w poście Kacze piersi w objęciach kuchennego szaleństwa Kobietoskopowego ;)
Polecam dodawanie miodu do każdej surówki - podkręca smak i powoduje, że nasza mieszanka warzywna jest charakterna :) Warto poszukać miodu, który jest naprawdę miodem, a nie miodopodobnym tworem; ja swoje miody kupuję u sprawdzonych sprzedawców na allegro. 
Gdy już uporamy się ze wszystkimi elementami obiadu możemy zasiąść do konsumpcji i bez skrępowania podziwiać swoje apetyczne i kolorowe dzieła. Smacznego :)


Grafika: Eve Daff

piątek, 22 stycznia 2021

Pokaż kotku, co masz w środku...

Jakiś czas temu byłam na rezonansie magnetycznym głowy. Kto czytał post Obecność mózgu stwierdzono! dowiedział się, że to niezwykle interesujące doznanie, jeżeli rozpatrujemy je pod kątem doznań słuchowych. Niestety nie jest to atrakcja dla ludzi ze skłonnościami ku klaustrofobii. Każde badanie ma to do siebie, że po jakimś czasie dostajemy wynik tegoż procederu. Dostałam, więc, opis i płytkę z nagraniem. Opis na szczęście zawierał informacje jak najbardziej pozytywne: zmian patologicznych nie stwierdzono; odkryto tylko drobne niedociągnięcia w mojej głowie, ale nie będę na ten temat truć. 

Z wykształcenia jestem biologiem i jak na biologa przystało zainteresowałam się nagraniem, którego głównym bohaterem jest mój mózg. Przeglądając kolejne ujęcia natknęłam się na kilka niebanalnych obrazów, które mocno pobudziły moją wyobraźnię i nieco mnie przeraziły... A jednak mam kumpli, nie jestem sama... W zakamarkach mojej czaszki ukryło się kilka podejrzanych dziwaków...

Spójrzmy na zdjęcie powyżej... Postać jak najbardziej sugeruje brak kontaktu z rzeczywistością; gałki oczne skierowane ku górze i rozwarty otwór gębowy mogą wskazywać również na brak przytomności czy też wariactwo, które osiągnęło stadia końcowe. Ewentualnie można się tutaj doszukać wiecznie głodnego osobnika nastawionego na pochłanianie żywności, co akurat w moim przypadku pasuje jak ulał patrząc na moje umiłowanie do żarcia, a zwłaszcza do żarcia ciastek.

Zajmijmy się kolejną fotografią...

Pamiętacie serial animowany "Simpsonowie"? No czyż nie wyglądam tu jak Homer Simpson - ojciec rodu? Martwi mnie tylko ta zamurowana szczelina, która służy do przyjmowania pokarmów i mówienia. Może to przesłanie...? Kiedyś mnie los pokara i zlikwidują mi gębę, żebym tyle nie kłapała i nie wyjadała tych wszystkich dobroci świata doczesnego. Pocieszające jest to, że mam pofałdowaną powierzchnię mózgu, więc jest dobrze. Zawsze się martwiłam, że ta powierzchnia jest jak marynowana pieczarka i można po niej zjeżdżać na sankach.

Ujęcie nr 3...

To mnie przeraziło najbardziej! Straszna potworzina w tym łbie się zalęgła! Prawdopodobnie odpowiada za moją mroczą, nieujarzmioną stronę, która czasami wypełza i straszy ludzi. Do tego ma jakieś takie koślawe gałki oczne i wąsy - obym nie zmutowała w kierunku zezowatego mężczyzny.

Przejdźmy, po tych niezbyt miłych przeżyciach, do zdjęcia nr 4...

Słodziutki potwór wstydziaszek, który łapkami zakrywa sobie oczka. Niepokojąca jest ta nadmierne rozbudowana obręcz barkowa i muskulatura, która ją pokrywa... Czyżbym skrywała w sobie zapędy do zostania kulturystą? Znowu ten facet wyłania się zza winkla. Pozostając w klimatach słodziakowatości zerknijmy na ostatnie ujęcie - nr 5, bo przecie nie będę Was zanudzać hordą fotosów z mych wnętrz.


Taki słodziutki niuniuś ze skłonnościami do turkucia podjadka - tak mi się to bynajmniej kojarzy. Ewentualnie jakiś wodny skorupiak lub nieogarnięty mięczak, a może trochę morda żółwia...?

Jak widać wędrówki po ludzkim łbie mogą stać się niezłą gimnastyką dla wyobraźni. I dają odpowiedź na nurtujące nas pytanie - czy jesteśmy sami? No nie jesteśmy! Nikt z nas nie jest sam, każdy ma takich fajnych kumpli w środku; trzeba ich tylko poznać i odpowiednio wykorzystywać ;) 

czwartek, 21 stycznia 2021

Zemsta kiełbasiana i poważna strata dla narodu...

Grafika: www.creoflick.net

W tym tygodniu był podobno najbardziej depresyjny dzień w roku, choć nie do końca rozumiem ideę wymyślania takich dni. Zdecydowanie wolę iść w przeciwnym kierunku i tworzyć dni antydepresyjne. W związku z tym być może mój post wywoła mały uśmiech u niektórych... Nie wiem dlaczego, ale przypomniało mi się pewne wydarzenie z czasów szkoły podstawowej… Dzieci niezależnie od epoki, w której żyją wykazują się sporą dawką kreatywności. W czasach PRL-u, kiedy to moje dzieciństwo wypełzło na ten świat, również ciekawe rzeczy się działy… 

Wybory Miss Papieru Toaletowego…

Mając, w porywach, lat dziesięć pojechałam na tak zwaną Zieloną Szkołę. Wyjazd był nad morze, wiadomo jod i te sprawy, a ja ze śląskiej, zakurzonej ziemi nasienie jestem. Po zakwaterunku w jakimś tam ośrodku kolonijnym rozpoczęłam swoje nowe, trzytygodniowe życie kolonijne... 
W pokoju byłyśmy w szóstkę i pewnego pięknego popołudnia, chyba dwa dni po przyjeździe, wymyśliłyśmy sobie wybory Miss Papieru Toaletowego. Cała gala polegała na tym, że jurorami i uczestniczkami byłyśmy my same, ubrane tylko i wyłącznie w papier toaletowy - jakże cenny w tamtych czasach. Nie muszę chyba wyjaśniać, że dokonałyśmy kradzieży w okolicznych, korytarzowych klozetach, aby materiału na wystawną kreację papierzaną wystarczyło dla każdej uczestniczki. Do tej pory zastanawiam się skąd potrzeba obnażania się i odziewania w taki materiał w małych dziewczynkach się narodziła?!? 
Nagroda była równie zacna jak oprawa konkursu: spory kawałek pieczonej kiełbasy w bułce, którą jedna z koleżanek miała jeszcze z domu - rodzicielka dała jej to w ramach suchego prowiantu (podróż nad morze trwała trochę, zwłaszcza, jeżeli odbywała się kolejami państwowymi). Rozumiem, że czasy wtedy były specyficzne, ale co myśmy widziały w tej kiełbasie, żeby się upadlać w zwojach szarego papierzyska - nie mam pojęcia...
Wybory odbyły się z wielką pompą. Zajęłam drugie miejsce; niestety poległam na jednej z konkurencji finałowych, którą było dzikie, ekspresyjne owinięcie się w papier, przy podkładzie "muzycznym", którym była pieśń kolonijna śpiewana przez współlokatorki. Niestety potknęłam się o łóżko w trakcie wykonywania wyszukanych piruetów i część srajtaśmy uległa poważnym zniszczeniom, a to jak wiadomo, znacząco umniejszyło wartości punktowe za wyraz artystyczny. W każdym razie nasza Miss kiełbasę wygrała, ale świnią nie była i się podzieliła z resztą - ku uciesze reszty. 
Potem nadszedł wieczór i noc niestety spędzone w przeważającej części z głową w muszli klozetowej, przy muszli, obok muszli, nad muszlą, ewentualnie w bliskim kontakcie z umywalką. Rzygałyśmy jak koty i nie wszystkie dostąpiłyśmy zaszczytu dopchania się do muszli i zlewu. Okazało się, że tak pazernie zeżarta kiełbasa zemściła się na naszych żołądkach i jelitach ze zdwojoną siłą; dodatkowo, jak można się było domyślić, nie do końca była świeża po zaliczeniu podróży ze Śląska nad morze i leżakowaniu przez dwa dni w pokoju. Ale na tym kiełbasa nie poprzestała… Rankiem, do pokoju przybyła nasza wychowawczyni i jak zobaczyła ten kiełbasiano-papierowo-gastryczny Armagedon to o mało co nie zeszła w progu. Jej wrażliwość na widoki drastyczne i zmysł węchu zostały poddane poważnej próbie. Kazała nam w miskach prać zapaskudzoną pościel, co w wykonaniu dziesięcioletnich rączek okazało się wyzwaniem godnym zdobycia jakiegoś ośmiotysięcznika. 
Po tym wyjeździe zapamiętałam jedno: jedzenie starej kiełbasy oraz udział w wyborach miss są źródłem kłopotów. Dlatego w późniejszym okresie życia starałam się unikać jednego i drugiego. W związku z czym nasz kraj stracił nieodżałowaną okazję poznania murowanej kandydatki na Miss Świata ;)

Jeżeli jacyś rodzice martwią się, że mają dziwne dziecko, to chyba niepotrzebnie… Ze mnie wyrosła w miarę ogarnięta kobieta, a nieświeża kiełbasa nie poczyniła, aż takich, spustoszeń w mózgu jakich się można było spodziewać ;)

wtorek, 19 stycznia 2021

Rzęsy jak firanki...


Dzisiaj mała odsłona poradnika cioci Ewy, która jak wiadomo specjalistką od nowinek z wielkiego świata kosmetyków nie jest, ale czasami ponosi ją fantazja i udzierga post zupełnie nie pasujący do niej ;) Poza tym jak już narysowała taką grafikę o tych rzęsach to żal jej nie wykorzystać. A zatem... Która z nas nie marzy o rzęsach jak firanki? No przyznać się! Każda :) Jeżeli komuś matka natura poskąpiła w tym zakresie to polecam gorąco dwa produkty przyczyniające się w dużym stopniu do stania się posiadaczką najpiękniejszych rzęs w całej Galaktyce:

1. FEG, Eyelash Enhancer (Odżywka wzmacniająca rzęsy i stymulująca ich wzrost). Efekty są naprawdę zauważalne; należy tylko zakupić oryginalną odżywkę - na rynku jest mnóstwo podróbek. Szczerze polecam!


2. Regenerum, Regeneracyjne serum do rzęs i brwi ze szczoteczką, Aflofarm. W tym przypadku na efekty trzeba trochę poczekać, ale jak najbardziej warto. Poza wydłużeniem i zagęszczeniem rzęs serum spowodowało również ich przyciemnienie; wyraźnie ciemniejszą barwę uzyskały też brwi, które również traktowałam tym specyfikiem.


Na rynku jest mnóstwo tego typu preparatów; warto znaleźć taki, który zadziała akurat na nasze rzęsy. Poza tym oczywiście starym, sprawdzonym sposobem na piękne rzęsy i brwi jest olejek rycynowy, który nie tylko je wzmocni, ale też przyciemni ich barwę.

piątek, 15 stycznia 2021

Ciasteczkowe eksperymenty, które upodobniły się do pięty...

Od jakiegoś czasu znęcam się nad wypiekami i potrawami zgodnymi z zaleceniami diety, którą jestem zmuszona stosować: cukier trzeba zastąpić zamiennikami, mąkę pszenną też zastąpić innymi wariantami. Odkrywam fascynujące lądy wypieków bez cukru, mąki pszennej, drożdży i paru jeszcze innych rzeczy. Eksperymenty nie zawsze są udane o czym już pisałam wieszając psy na mące kokosowej. Ale, że ja zwierz uparty, więc nie pozwolę, żeby jakaś tam mąka kokosowa dyktowała mi warunki. I tak razu pewnego narodził się pomysł, by wyszykować ciasteczka z tejże mąki i masła orzechowego. Poszperałam w sieci, powybierałam różne przepisy i zrobiłam, jak zwykle, nieco po swojemu. Już tak mam, że gotuję i piekę zawsze nieco po swojemu. I teraz zapewne tłum znawców krzyczy: Ty durna babo! To dlatego nic ci z tej mąki i ksylitoli sensownego nie wychodzi! Mądralińska po swojemu w garach miesza i potem ma breje i inne bebła! Otóż na swoje usprawiedliwienie mogę rzec, że gotowanie i pieczenie zawsze było moją pasją i co nieco wiem na ten temat; nawet udało mi się parę rzeczy zrobić i nikt po spożyciu nie umarł (można obejrzeć w zakładce Kulinarnie na tym blogu – nie, nie ofiary mojego żywienia, tylko poczynania kulinarne). 

Natomiast na zdjęciach zamieszczono ciasteczka, które uzyskałam z wymieszania w misce za pomocą łyżki następujących składników (ich ilości podaję na oko):

- 100g mąki kokosowej

- 100g masła orzechowego

- łyżka masła

- 2 jajka

- 1 łyżka ksylitolu 

- 1 łyżeczka (płaska) proszku do pieczenia

Z tego wszystkiego należy zagnieść ciasto, z niego uformować kulki i każdą z nich delikatnie spłaszczyć, a następnie umieścić na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Ciasteczka wstawiamy do nagrzanego piekarnika do 180 stopni i trzymamy tam około 15-20 minut, aż się zrumienią (grzanie góra i dół, bez termoobiegu). 

Oczywiście ksylitol można zastąpić miodem, zwykłym lub brązowym cukrem; ciastka można wzbogacić dodając rodzynki, żurawinę czy kawałki czekolady. Ciastka są bardzo sycące i z pewnością można je nazwać zdrową i wartościową przekąską jak ktoś ciastek jest spragniony, a nie do końca może jeść takie tradycyjne wypieki.

Marian powiedział, że wyglądają jak popękane pięty pana pracującego na budowie, co to nie używał pumeksu czy drapaka co najmniej od pół roku. Po zdegustowaniu orzekł, że bez popitki mogę tym mordować niewinnych ludzi i sprzedawać jako skuteczny środek zapychający japy nieznośnym babom ;) Nie wiem o co mu chodziło – przecież uprzedzałam, że są sycące ;) Mnie tam ciastka smakowały, zwłaszcza z gorącą herbatą lub mlekiem. W każdym razie mąka kokosowa to dla mnie wciąż zagadka i pewnie niejeden bluzg wydostanie się z mego otworu gębowego zanim pokochamy się miłością bezgraniczną ;) 

Grafika: evedaff

wtorek, 12 stycznia 2021

Obyś zarosła jak dziki zwierz!


Daleko mi do blogerek piszących porady wszelakiej maści, ale w ramach odskoczni postanowiłam się podzielić patentami na poprawę zarostu, które sama miałam okazję przetestować i stwierdzić, że włosy po nich są w zdecydowanie lepszym stanie. Oczywiście cudów na kiju nie ma się co spodziewać, jeśli genetyka poskąpiła nam stosownych genów w zakresie bujnej czupryny.

1. Tabletki BIOTEBAL 5mg (stosować według wskazań producenta; kuracja powinna trwać co najmniej trzy miesiące); wypróbowałam chyba wszystkie specyfiki tego typu; po tych tabletkach, w końcu, przestały mi wypadać hurtowe ilości włosów. Ostatnio pojawiła się nowość - Biotebal MAX, której nie stosowałam; tabletki mają większą zawartość biotyny - 10mg. Biotebal działa również na paznokcie - szybciej rosną, są mocne i z połyskiem.

2. Skrzyp i pokrzywa w postaci tabletek; warto wybrać takie, które zawierają w składzie zioła bez zbędnych ulepszaczy. Osobiście stosuję te: Soul Farm Premium Pokrzywa Ekstrakt 400mg, Swanson Horsetail Skrzyp polny 500 mg. Paznokcie po tym również są super.

3. Maseczka domowej produkcji, którą robimy raz w tygodniu.
Składniki:
- żółtko jaja (1 lub 2 w zależności od długości włosów),
- łyżka oleju z czarnuszki, 
- łyżka oleju lnianego,
- łyżka oliwy z oliwek, 
- 3 krople płynnej witaminy A,
- 3 krople płynnej witaminy E,
- 3 krople płynnej witaminy C,
- 5 kropli oleju jojoba.
Wszystkie składniki mieszamy w małym naczyniu, nakładamy na suche włosy, pakujemy wszystko w folię, worek lub czepek i pozostawiamy na co najmniej dwie godziny. Po upływie wskazanego czasu maseczkę spłukujemy i myjemy włosy szamponem, którym zazwyczaj to czynimy. Maseczkę możemy dowolnie modyfikować - kluczem do sukcesu jest tutaj żółtko jaja oraz naturalne oleje, oliwy; pozostałe składniki są równie cenne, ale nie niezbędne.

3. JANTAR odżywka-wcierka z wyciągiem z bursztynu do skóry głowy i włosów zniszczonych 100ml - naprawdę polecam; ma przyjemny zapach, nie zawiera alkoholu w składzie i włosy rzeczywiście po tym rosną; można na forach poczytać opinie innych kobiet.

4. Picie drożdży - o tym usłyszałam w pewnej telewizji śniadaniowej; piłam przez trzy miesiące tak jak zalecali i potwierdzam, że to działa; w życiu mi tak szybko włosy nie rosły, wypadało ich też zdecydowanie mniej. Problematyczny może tu być smak napoju drożdżowego, który dla wielu jest nieprzyjemny; dla mnie był obojętny, żadnych odruchów wymiotnych nie miałam i innych problemów z żołądkiem. 

Jak zrobić napój drożdżowy?
1/4 kostki świeżych drożdży należy zalać wrzątkiem (około 3/4 szklanki), wymieszać, poczekać aż przestygnie i wypić. Niektórzy dodają trochę cukru lub miodu dla smaku, ale moim zdaniem nie jest to konieczne. Pijemy to raz dziennie przez około trzy miesiące i robimy przerwę. 
Alternatywą są tutaj tabletki z drożdży, jeśli ktoś rzeczywiście nie jest w stanie przebrnąć przez smak świeżych drożdży.
Świetnie działają też różnego rodzaju maseczki z drożdży - przepisów jest mnóstwo w Internecie.

Oczywiście patenty stosowane od zewnątrz nie zdziałają cudów, jeśli się kiepsko odżywiamy, żyjemy w stresie czy jesteśmy przewlekle chorzy. Zawsze należy zastanowić się nad przyczynami nadmiernego wypadania włosów i innych anomalii, które się nam przytrafiają.

Poniżej taka mała pomocnica związana nie tylko z włosami :)

piątek, 8 stycznia 2021

Obecność mózgu stwierdzono!

Rezonans magnetyczny głowy to nieinwazyjne, bezbolesne badanie, któremu poddajemy się wtedy, gdy coś z naszym łbem jest nie tak. Niekoniecznie musi być nie tak z łbem, bo zbadać można różne części naszego korpusu. Ba! Nawet całe ciało można przerezonansować po uiszczeniu stosownej opłaty - około 1000 złotych polskich.

Tyle tytułem wstępu technicznego, żeby tylko o bzdurach nie pisać ;) 

Takie badanie odbyłam w tym tygodniu i dostarczyło ono wielu przeżyć, na tyle innych, że postanowiłam stworzyć niniejszą wypowiedź pisemną. Badanie wymaga od nas pozbycia się metalowych przedmiotów, co w moim przypadku było nie do końca wykonalne, gdyż tytanowej kotwiczki z barku nie mogłam się pozbyć z powodów chyba wszystkim zrozumiałych, ale biustonosz z drutami ochoczo zdjęłam w kabinie przebieralniczej. Drucik z maseczki jednorazowej też musiałam wydłubać. Następnie udałam się do właściwego pomieszczenia, w którym czekała na mnie duża szuflada lub jak kto woli lada z foremką na głowę i takim wałkiem, który pod kolanami ląduje co zdecydowanie ułatwia wyleżenie podczas tego badania. No i oczywiście tunel z tworzyw różnorakich, do którego szuflada wjeżdża.

Od bardzo miłej pani obsługującej dostałam jeszcze stopery do uszu. Po zdjęciu obuwia zaległam na ladzie, a głowę wsadziłam do foremki. Miła pani obsługująca dodatkowo ustabilizowała ją jakimiś gąbczastymi wałkami i zakryła mi ją jeszcze czymś w rodzaju ażurowej klapki pasującej do dolnej części formeki. Do prawej ręki dostałam sygnalizator w postaci gumowej gruchy z przewodem, gdyby była potrzeba natychmiastowego przerywania oględzin mojej twarzo- i mózgoczaszki. 

Nie mam klaustrofobii, ale to całe opakowanie łącznie z maseczką na twarzy wprowadziło mnie w dziwny stan niepokoju, zwłaszcza po tym jak zostałam już wsunięta do tunelu. Nad głową miałam dwa pasy startowe świateł wmontowane w sufit, który zawisał bardzo blisko mojej twarzy. Zamknęłam oczy i odbyłam poważną rozmowę ze swoim panikatorem, żeby się ogarnął, bo nic się nie dzieje i zajął się czymś innym. Początkowo panikator był oporny i kazał mi obejmować dłonią tą gumową gruchę dość intensywnie, tak jakby od tej gruchy zależały losy świata. Biedna grucha musiała znosić nieznośny dotyk lepkiej, spanikowanej łapy. Dodatkowym wyzwaniem było powstrzymywanie się od poruszania. I tu zaczęłam czynić zaklęcia, żeby mi się kichać nie zachciało, nos mnie nie zaswędział czy jaki inny element albo ślina ściekająca nerwowo po gardle nie zaczęła mnie dusić, bo pomyliła drogę i pociekła do układu oddechowego. 

Kto odbywał to badanie to wie, że zestaw dźwięków wydobywających się z trzewi maszynerii jest głośny (tu trochę życie ratują stopery) i wyjątkowo urozmaicony. I chwała ci opatrzności za te dźwięki, bo dzięki nim przestałam myśleć o tym, że zostałam śledziem zapakowanym do puszki, tudzież pogrzebali mnie żywcem. A, że ja bujną mam wyobraźnię to ryki rezonansowe dostarczyły mi sporych wrażeń…

Na początku byłam świadkiem rozmowy dzięcioła z kosmitą. Chyba się kłócili, gdyż jeden przez drugiego darł japę emitując rytmiczne stuki i pokrzykiwania. Potem zaczęli do siebie strzelać. I tu mogłam zapoznać się z całą gamą dźwięków emitowanych przez broń ziemskiego i pozaziemskiego pochodzenia. Swoją drogą to czułam się jak tester fonii, która miała zostać użyta w grach komputerowych. Strzelanina się zakończyła i panowie, znaczy się dzięcioł i kosmiteł, przeszli do remontu. Prawdopodobnie montowali podwieszany sufit u leśniczego, bo odwiertów było sporo i w różnej tonacji. W międzyczasie pojawił się motyw kościelnych dzwonów, co nieco wytrąciło mnie z historyjki opartej na podsłuchiwaniu życia codziennego moich bohaterów i wprowadziło w konsternację: czyżby któryś jednak zginął i wystąpiła potrzeba zorganizowania pogrzebu? A zatem kto podwieszał sufit u leśniczego?!? Eee! Nie, nie! Za chwil parę znowu zaczęli do siebie strzelać. Nie miałam pewności czy byli sami, ponieważ ilość i częstotliwość serii z karabinów sugerowała, że pojawili się inni kosmici. Oby byli łaskawi dla mojego dzięcioła i nie zrobili z niego, na przykład, lampy ozdobnej w chacie u leśniczego. Tego się niestety nie dowiedziałam, bo zza zaświatów usłyszałam słaby głos miłej pani, że to koniec. Oczywiście koniec badania, nie mój i dzięcioła ;)

Badanie trwało około pół godziny, a dźwięki były przerywane momentami ciszy. Po wyznaczonym czasie wyjechałam z czeluści tej tuby i nieco zdezorientowana udałam się do przebieralni, gdzie założyłam biustonosz. Na pożegnanie dostałam płytkę z nagranym badaniem i informację, że wynik (opis) badania będzie za siedem dni. 

Najbardziej ucieszył mnie fakt, że nie odkryto w mojej głowie czarnej, pustej przestrzeni, sznurka między uszami, który trzyma owe uszy na miejscu czy gromady małych ludzików, które siedzą na układzie limbicznym i sterują za pomocą malutkich dźwigni moim nędznym żywotem. Jakoś od dziecka miałam taką wizję, że one tam siedzą i utrudniają mi życie ;) 

piątek, 1 stycznia 2021

Jak zbezcześcić imprezę sylwestrową i zostać dorodną szynką?

Wpadłam na pomysł powiązany z zabobonnictwem średniowiecznym i szamanizmem rodem z najdzikszych stron Afryki, iż pierwszego dnia Nowego Roku udziergam wpis, żeby taką pozytywną wróżbę uczynić i to moje pisanie przybrało postać bardziej zdyscyplinowaną. Zawsze wiedziałam, że jestem człowiekiem, który musi mieć nad sobą kopacza dodupnego lub nadzorcę z batem, żeby mi dupę i garb systematycznie obijali i bym bardziej ogarnięta była. Zatem przejdźmy do małego sprawozdanka sylwestrowego i garści przemyśleń z tym związanych…

Pierwszy raz w życiu, nie licząc etapu noworodkowo-niemowlęco-przedszkolnego, zasnęłam około 23.00 bezczeszcząc celebrowanie sylwestra. Dodam, że nie zasnęłam sama – Marian dzielnie mnie wspomagał w tym bezczeszczeniu. Owszem, na chwilę, obudziły mnie te efekty dźwiękowe produkowane przez istoty ludzkie, które bez fajerwerków żyć nie mogą i ważne jest tylko to, że oni żyć nie mogą, a to, że życie innych mniejszych braci zwierzęcych przybiera na ten czas formę koszmaru, to już jest mniej ważne. Tkwiąc w czymś w rodzaju zawieszenia między jawą i snem doszłam do wniosku, że nie chce mi się wstawać i celebrować, zwłaszcza, że anturaż nie skłaniał ku temu. Popadłam więc w ponowne objęcia Morfeusza i oddałam się snom o połowach pereł.

O poranku, w który wprowadziła mnie kłótnia sąsiadów z piętra, powitałam radośnie nowe cyferki na kalendarzu. Z tym radośnie to może bez przesady, ponieważ zrobiło mi się żal sąsiadki, którą małżonek soczyście pouczał. Miłość rodzinna ma swoje prawa… No nic, jakoś trza uczcić ten Nowy Rok…

W związku z tym, że alkoholu pić nie mogę, cukru mam unikać, nie bardzo wiedziałam czym ten Nowy Rok powitać, bo od prawie trzech miesięcy piję tylko zioła; kawy też mi nie wolno i wiele mi nie wolno – takie uroki boreliozy i antybiotyków. W związku z czym powitałam nowe kubkiem świeżo zaparzonego czystka. Niestety nie było mi dane odbyć wróżby z wykwintnego szampaniego płynu, o której przeczytałam w Internecie: „Wina musujące są nieodzowną częścią sylwestrowej nocy. Zanim jednak sięgniesz po pierwszy łyk szampana o północy, zwróć uwagę na to, jak zachowują się bąbelki w kieliszku. Jeżeli ich ruch będzie szybki i stosunkowo chaotyczny, ma to oznaczać, że nadchodzący nowy rok przyniesie wiele niespodziewanych zwrotów akcji. Gdy bąbelki będą spokojnie unosiły się ku górze w jednej linii, w twoim życiu zapanuje spokój.” W moim trunku unosiły się strzępki ziela czystkowego, ale obserwacja dynamiki ruchu była utrudniona, gdyż kubek serwujący płyn nie był przezroczysty. Znaczy się czeka mnie życie pełne tajemnic o zaburzonej dynamice – w sumie to nic nowego, zdążyłam się przyzwyczaić ;)

Hołdując dalej przesądom i wróżbom wiem też, że „Jaki sylwester, taki cały rok”… I tu roztoczyła mi się niezła wizja… Ja – otłuszczona niczym dorodna świńska szynka spędzę rok pański 2021 śpiąc w gawrze jak bieszczadzki niedźwiedź. Dobrze, że chociaż niedźwiedź Marian będzie obok. Przytuleni futerkami do siebie w przypływach świadomości będziemy się raczyć ziołowymi trunkami i spijać sobie z usteczek resztki wywaru z pokrzywy. Od czasu do czasu drapniemy się pazurem po niedźwiedzich zadkach i wymienimy kilka niewybrednych żartów. Aaa... Jeszcze nie jestem jak ta świńska, otłuszczona szynka, ale skoro grozi mi taki bezruch całoroczny to otłuszczenie jest nieuniknione.

Chyba jakoś to udźwignę :) Niestety obawiam się, że żadna wróżba czy przepowiednia nie jest w stanie zepsuć tego co mam w łepetynie, którą zamieszkuje cała armia odpałów dbających o to, żeby mi się nudziło ;) Dorzućmy jeszcze do tego Mariana, który też przy zdrowych zmysłach nie jest, i złudzenia o normalności pryskają jak bańka mydlana. Poniżej "dzieła" Mariana i ja w roli muzy, jeszcze nie pod postacią niedźwiedzia ;)




Grafika: evedaff, filmy: Marian