wtorek, 12 stycznia 2021
Obyś zarosła jak dziki zwierz!
piątek, 8 stycznia 2021
Obecność mózgu stwierdzono!
Rezonans magnetyczny głowy to nieinwazyjne, bezbolesne badanie, któremu poddajemy się wtedy, gdy coś z naszym łbem jest nie tak. Niekoniecznie musi być nie tak z łbem, bo zbadać można różne części naszego korpusu. Ba! Nawet całe ciało można przerezonansować po uiszczeniu stosownej opłaty - około 1000 złotych polskich.
Tyle tytułem wstępu technicznego, żeby tylko o bzdurach nie pisać ;)
Takie badanie odbyłam w tym tygodniu i dostarczyło ono wielu przeżyć, na tyle innych, że postanowiłam stworzyć niniejszą wypowiedź pisemną. Badanie wymaga od nas pozbycia się metalowych przedmiotów, co w moim przypadku było nie do końca wykonalne, gdyż tytanowej kotwiczki z barku nie mogłam się pozbyć z powodów chyba wszystkim zrozumiałych, ale biustonosz z drutami ochoczo zdjęłam w kabinie przebieralniczej. Drucik z maseczki jednorazowej też musiałam wydłubać. Następnie udałam się do właściwego pomieszczenia, w którym czekała na mnie duża szuflada lub jak kto woli lada z foremką na głowę i takim wałkiem, który pod kolanami ląduje co zdecydowanie ułatwia wyleżenie podczas tego badania. No i oczywiście tunel z tworzyw różnorakich, do którego szuflada wjeżdża.
Od bardzo miłej pani obsługującej dostałam jeszcze stopery do uszu. Po zdjęciu obuwia zaległam na ladzie, a głowę wsadziłam do foremki. Miła pani obsługująca dodatkowo ustabilizowała ją jakimiś gąbczastymi wałkami i zakryła mi ją jeszcze czymś w rodzaju ażurowej klapki pasującej do dolnej części formeki. Do prawej ręki dostałam sygnalizator w postaci gumowej gruchy z przewodem, gdyby była potrzeba natychmiastowego przerywania oględzin mojej twarzo- i mózgoczaszki.
Nie mam klaustrofobii, ale to całe opakowanie łącznie z maseczką na twarzy wprowadziło mnie w dziwny stan niepokoju, zwłaszcza po tym jak zostałam już wsunięta do tunelu. Nad głową miałam dwa pasy startowe świateł wmontowane w sufit, który zawisał bardzo blisko mojej twarzy. Zamknęłam oczy i odbyłam poważną rozmowę ze swoim panikatorem, żeby się ogarnął, bo nic się nie dzieje i zajął się czymś innym. Początkowo panikator był oporny i kazał mi obejmować dłonią tą gumową gruchę dość intensywnie, tak jakby od tej gruchy zależały losy świata. Biedna grucha musiała znosić nieznośny dotyk lepkiej, spanikowanej łapy. Dodatkowym wyzwaniem było powstrzymywanie się od poruszania. I tu zaczęłam czynić zaklęcia, żeby mi się kichać nie zachciało, nos mnie nie zaswędział czy jaki inny element albo ślina ściekająca nerwowo po gardle nie zaczęła mnie dusić, bo pomyliła drogę i pociekła do układu oddechowego.
Kto odbywał to badanie to wie, że zestaw dźwięków wydobywających się z trzewi maszynerii jest głośny (tu trochę życie ratują stopery) i wyjątkowo urozmaicony. I chwała ci opatrzności za te dźwięki, bo dzięki nim przestałam myśleć o tym, że zostałam śledziem zapakowanym do puszki, tudzież pogrzebali mnie żywcem. A, że ja bujną mam wyobraźnię to ryki rezonansowe dostarczyły mi sporych wrażeń…
Na początku byłam świadkiem rozmowy dzięcioła z kosmitą. Chyba się kłócili, gdyż jeden przez drugiego darł japę emitując rytmiczne stuki i pokrzykiwania. Potem zaczęli do siebie strzelać. I tu mogłam zapoznać się z całą gamą dźwięków emitowanych przez broń ziemskiego i pozaziemskiego pochodzenia. Swoją drogą to czułam się jak tester fonii, która miała zostać użyta w grach komputerowych. Strzelanina się zakończyła i panowie, znaczy się dzięcioł i kosmiteł, przeszli do remontu. Prawdopodobnie montowali podwieszany sufit u leśniczego, bo odwiertów było sporo i w różnej tonacji. W międzyczasie pojawił się motyw kościelnych dzwonów, co nieco wytrąciło mnie z historyjki opartej na podsłuchiwaniu życia codziennego moich bohaterów i wprowadziło w konsternację: czyżby któryś jednak zginął i wystąpiła potrzeba zorganizowania pogrzebu? A zatem kto podwieszał sufit u leśniczego?!? Eee! Nie, nie! Za chwil parę znowu zaczęli do siebie strzelać. Nie miałam pewności czy byli sami, ponieważ ilość i częstotliwość serii z karabinów sugerowała, że pojawili się inni kosmici. Oby byli łaskawi dla mojego dzięcioła i nie zrobili z niego, na przykład, lampy ozdobnej w chacie u leśniczego. Tego się niestety nie dowiedziałam, bo zza zaświatów usłyszałam słaby głos miłej pani, że to koniec. Oczywiście koniec badania, nie mój i dzięcioła ;)
Badanie trwało około pół godziny, a dźwięki były przerywane momentami ciszy. Po wyznaczonym czasie wyjechałam z czeluści tej tuby i nieco zdezorientowana udałam się do przebieralni, gdzie założyłam biustonosz. Na pożegnanie dostałam płytkę z nagranym badaniem i informację, że wynik (opis) badania będzie za siedem dni.
Najbardziej ucieszył mnie fakt, że nie odkryto w mojej głowie czarnej, pustej przestrzeni, sznurka między uszami, który trzyma owe uszy na miejscu czy gromady małych ludzików, które siedzą na układzie limbicznym i sterują za pomocą malutkich dźwigni moim nędznym żywotem. Jakoś od dziecka miałam taką wizję, że one tam siedzą i utrudniają mi życie ;)
piątek, 1 stycznia 2021
Jak zbezcześcić imprezę sylwestrową i zostać dorodną szynką?
Wpadłam na pomysł powiązany z zabobonnictwem średniowiecznym i szamanizmem rodem z najdzikszych stron Afryki, iż pierwszego dnia Nowego Roku udziergam wpis, żeby taką pozytywną wróżbę uczynić i to moje pisanie przybrało postać bardziej zdyscyplinowaną. Zawsze wiedziałam, że jestem człowiekiem, który musi mieć nad sobą kopacza dodupnego lub nadzorcę z batem, żeby mi dupę i garb systematycznie obijali i bym bardziej ogarnięta była. Zatem przejdźmy do małego sprawozdanka sylwestrowego i garści przemyśleń z tym związanych…
Pierwszy raz w życiu, nie licząc etapu noworodkowo-niemowlęco-przedszkolnego, zasnęłam około 23.00 bezczeszcząc celebrowanie sylwestra. Dodam, że nie zasnęłam sama – Marian dzielnie mnie wspomagał w tym bezczeszczeniu. Owszem, na chwilę, obudziły mnie te efekty dźwiękowe produkowane przez istoty ludzkie, które bez fajerwerków żyć nie mogą i ważne jest tylko to, że oni żyć nie mogą, a to, że życie innych mniejszych braci zwierzęcych przybiera na ten czas formę koszmaru, to już jest mniej ważne. Tkwiąc w czymś w rodzaju zawieszenia między jawą i snem doszłam do wniosku, że nie chce mi się wstawać i celebrować, zwłaszcza, że anturaż nie skłaniał ku temu. Popadłam więc w ponowne objęcia Morfeusza i oddałam się snom o połowach pereł.
O poranku, w który wprowadziła mnie kłótnia sąsiadów z piętra, powitałam radośnie nowe cyferki na kalendarzu. Z tym radośnie to może bez przesady, ponieważ zrobiło mi się żal sąsiadki, którą małżonek soczyście pouczał. Miłość rodzinna ma swoje prawa… No nic, jakoś trza uczcić ten Nowy Rok…
W związku z tym, że alkoholu pić nie mogę, cukru mam unikać, nie bardzo wiedziałam czym ten Nowy Rok powitać, bo od prawie trzech miesięcy piję tylko zioła; kawy też mi nie wolno i wiele mi nie wolno – takie uroki boreliozy i antybiotyków. W związku z czym powitałam nowe kubkiem świeżo zaparzonego czystka. Niestety nie było mi dane odbyć wróżby z wykwintnego szampaniego płynu, o której przeczytałam w Internecie: „Wina musujące są nieodzowną częścią sylwestrowej nocy. Zanim jednak sięgniesz po pierwszy łyk szampana o północy, zwróć uwagę na to, jak zachowują się bąbelki w kieliszku. Jeżeli ich ruch będzie szybki i stosunkowo chaotyczny, ma to oznaczać, że nadchodzący nowy rok przyniesie wiele niespodziewanych zwrotów akcji. Gdy bąbelki będą spokojnie unosiły się ku górze w jednej linii, w twoim życiu zapanuje spokój.” W moim trunku unosiły się strzępki ziela czystkowego, ale obserwacja dynamiki ruchu była utrudniona, gdyż kubek serwujący płyn nie był przezroczysty. Znaczy się czeka mnie życie pełne tajemnic o zaburzonej dynamice – w sumie to nic nowego, zdążyłam się przyzwyczaić ;)
Hołdując dalej przesądom i wróżbom wiem też, że „Jaki sylwester, taki cały rok”… I tu roztoczyła mi się niezła wizja… Ja – otłuszczona niczym dorodna świńska szynka spędzę rok pański 2021 śpiąc w gawrze jak bieszczadzki niedźwiedź. Dobrze, że chociaż niedźwiedź Marian będzie obok. Przytuleni futerkami do siebie w przypływach świadomości będziemy się raczyć ziołowymi trunkami i spijać sobie z usteczek resztki wywaru z pokrzywy. Od czasu do czasu drapniemy się pazurem po niedźwiedzich zadkach i wymienimy kilka niewybrednych żartów. Aaa... Jeszcze nie jestem jak ta świńska, otłuszczona szynka, ale skoro grozi mi taki bezruch całoroczny to otłuszczenie jest nieuniknione.
Chyba jakoś to udźwignę :) Niestety obawiam się, że żadna wróżba czy przepowiednia nie jest w stanie zepsuć tego co mam w łepetynie, którą zamieszkuje cała armia odpałów dbających o to, żeby mi się nudziło ;) Dorzućmy jeszcze do tego Mariana, który też przy zdrowych zmysłach nie jest, i złudzenia o normalności pryskają jak bańka mydlana. Poniżej "dzieła" Mariana i ja w roli muzy, jeszcze nie pod postacią niedźwiedzia ;)
wtorek, 29 grudnia 2020
O staniu jak Wiesiek w odmętach firan i natchnieniu godnym Mickiewiczowskiej mózgoczaszki ;)
Noworoczna Oda do Kobiet:
Postanowienia noworoczne dziś rozpocznę!
W Nowy Rok wkroczę śmiało z listą niemałą:
Pięć kilogramów zrzuć kobieto zapuszczona!
Zacznij się uśmiechać, bo wiecznieś skwaszona!
Przestań narzekać na wszystko co cię otacza!
Zrób coś z tym, bo wszystkich to przytłacza!
Pokochaj siebie jak nikogo na świecie!
Bądź czasem jak beztrosko biegające dziecię!
Zmień pracę, gdy stara ością w gardle stoi!
Wiem, wiem, każdy rewolucji się boi!
Uwikłana w kajdany ciągniesz nudne życie,
po kątach o cudach na kiju marząc skrycie!
Nie lękaj się zmian jak własnego cienia!
Wszak to najlepsza droga do spełnienia!
Grafika: evedaff
wtorek, 22 grudnia 2020
Gdyby Święta mogły mówić...
Gdyby Święta mogły mówić…
Zapytałyby: Czy warto się tak gubić...?
W galeriach, wśród regałów sklepowych?
Gnać z obłędem po drogach krajowych?
Patrzeć wilkiem na sąsiada z bloku,
któremu finansowego nie dotrzymujemy kroku?
Pomstować na tkwienie w kuchni od świtu,
by naprodukować świątecznych potraw bez liku?
Wyrzucać wory jedzenia po świętach?
Stara lodówka takiego wypasu nie pamięta…
Karmić się pozorami i świętami z banerów reklamowych,
bo inne są nieatrakcyjne, wszyscy spragnieni kolorowych…
Gdzie tu miejsce na drugiego człowieka…?
Biedak stoi zahukany w kącie i czeka…
Aż ktoś go zauważy tak zwyczajnie,
i w myśli swe egoistyczne przygarnie…
Zapatrzeni tylko w wypasione EGO,
nie mamy w sobie nic świątecznego…
Magicznego Bożego Narodzenia Wam życzę,
spojrzenia na siebie i innych inaczej niż do tej pory,
miłości i zdrowia, bo to w życiu najważniejsze,
więcej szczerości i odwagi, by mówić prawdę,
mniej egoizmu zakrzykującego dobro,
które jeszcze zostało i czeka na lepsze czasy...
Wesołych Świąt!
Grafika: evedaff
piątek, 18 grudnia 2020
Jak karmią w szpitalu?
W szpitalu wypada mieć swoje naczynia, ale jak się tam ląduje bez zapowiedzi i nie chce się zawracać nadmiernie łbów dobrym ludziom, żeby kolejną paczkę słali, to się korzysta z dobrodziejstw szpitalnych: kubeczki, sztućce, talerze. W związku z czym w przydziale dostał mi się kubek ze szczurkiem i superowy tasak z drewnianą rączką (patrz: zdjęcie na górze z parówką), który cieszył się na mojej sali dużym wzięciem, bo kroił niczym nóż mistrza kuchni rodem z Lidla. Obiady wszyscy otrzymywali na takich samych talerzach z gustownymi grafikami, na przykład z napisem: Służba zdrowia.
środa, 16 grudnia 2020
Gdy zabraknie salcesonu... pasztet z ciecierzycy zrób gamoniu!
piątek, 11 grudnia 2020
Rozważania nad salcesonem i niewytłumaczalna miłość do świńskich żołądków…
Moja miłość do salcesonu trwa odkąd pamiętam: uwielbiam ten podrobowy wyrób, w którym rozkosznie tkwi głowizna świńska w kawałkach, elementy świńskiego podgardla, skrawki mięsa wieprzowego, skórek i przyprawy zanurzone w wywarze pochodzącym z gotowania tych dobroci. Wszystko zamknięte w żołądku lub pęcherzu wieprzowym.
Najlepsze salcesony jadałam na wsi u dziadków i w domu rodzinnym. Ten produkt wymagał odpowiedniej obróbki i serca, a wiejska sielanka dodawała mu tego niespotykanego gdzie indziej smaczku. Sklepowe salcesony opakowane w folię nie mają tej magii, a właśnie to opakowanie było obiektem mojego największego pożądania. Generalnie ludzie na wsi dają to opakowanie psom lub kotom, bo kto przy zdrowych zmysłach żre skórę z salcesonu?!? Ja żrę. Pozostaje odwieczne pytanie czy posiadam zdrowe zmysły…? Ostatnio się okazało, że nie bardzo, ponieważ borelioza i kumple bez skrępowania żerowali na moich komórkach nerwowych w najlepsze, więc wiecie – mogłam sobie pozwalać na stany niepoczytalności ;)
Wróćmy do tematu… Byłam gotowa bić się z tymi wszystkim Burkami i Mruczkami o te skórki. Rozkoszne chrzęszczenie podczas ich rozgryzania wprawiało mnie w rodzaj kulinarnego orgazmu ;) Oczywiście zawartość świńskiego żołądka w postaci salcesonu też była smaczna i mogłam się takiej przekrojonej salcesonowej bani przyglądać godzinami: bogactwo kolorów i kształtów mięsnych zatopionych w sprężystej galaretce :)
Obrońcy praw zwierząt zapewne po tych wyznaniach wbili we mnie wirtualne maczety i wyobrazili sobie mą postać w charakterze krwiożerczej bestii pochłaniającej małe prosiaczki w całości, której z japy wystają jeszcze malutkie raciczki ;) Cóż… tak mnie stworzyła natura, a skłonności do zjadania dziwnych rzeczy nie kończą się na salcesonie. Uwielbiam też świńskie gotowane uszy, ozory i ogony. Wzmożony ślinotok występuje przy smażonej cielęcej, drobiowej i wieprzowej wątróbce podanej w towarzystwie cebulki, rodzynek i jabłka. Rozkosznie mruczę przy gulaszach z żołądków gęsich, kaczych i kurzych. A jak dacie mi słój smalcu z borowikami lub dobrą kaszankę, koniecznie z wieprzową hemoglobiną, to oddam Wam całe królestwo, którego nie posiadam ;)
Ostatnio dowiedziałam się od Mariana (chłop domowy), że po spożyciu salcesonu robię się agresywna i że to zapewne związane jest z dużą ilością szczeciny zawartej w środku... Marian uważa, że salceson jest obrzydliwy i pakują tam wszystko: szczecinę, racice, oczy, świńskie worki mosznowe i inne takie ;) Nawet jeśli pakują to jaki jest związek spożycia szczeciny z agresją? Hmm… Może ta szczecina łaskocze mnie po jelicie grubym, to irytuje moje jelito grube, a ono cichaczem wysyła impulsy w stronę mózgu, robię się wstępnie mało agresywna, a jak Marian drąży temat to coraz bardziej agresywna ;) No w każdym razie neuroanatomia agresji wywoływanej świńskim włosiem jest dla mnie tematyką zupełnie dziewiczą ;)
Dodatek dla zainteresowanych (wikipedia), gdybyście po przeczytaniu tego postu zrobili się głodni i zapragnęli stworzyć domowy salceson:
Mięso na salceson poddaje się peklowaniu, obgotowuje i odpowiednio przyprawia. Tak przygotowaną masą wypełnia się żołądki wieprzowe lub pęcherze wołowe, gotuje i prasuje.
Rodzaje salcesonów:
• Włoski (głowizna i skórki wieprzowe, rosół, przyprawy – czosnek, pieprz i kminek)
• Czarny (tłuszcz pokrojony w kostkę, głowy, serca, mózgi, nerki, skóry i krew wieprzowa, kasza manna, bułka tarta, rosół, przyprawy)
• Brunszwicki (podroby, skórki wieprzowe, krew, rosół, przyprawy)
• Saksoński (głowizna i skórki wieprzowe, rosół, krew, podroby, czosnek, kminek, przyprawy)
• Ozorkowy (peklowane ozorki wieprzowe, skórki wieprzowe, krew, rosół, przyprawy)
• Wiejski (głowy, nogi, mózgi i krew wieprzowa, pieprz, ziele angielskie)
Grafika: evedaff
środa, 9 grudnia 2020
Jak COVID-19 uwolnił mój umysł, który zniewoliła borelioza...
Postanowiłam podzielić się moją historią, której główną bohaterką jest borelioza, a właściwie to neuroborelioza – podstępna choroba kameleon, która potrafi to o czym żadna inna nawet pomarzyć nie może. Mam nadzieję, że ta opowieść pomoże tym wszystkim, którzy męczą się z różnymi przypadłościami, wędrują od lekarza do lekarza, lądują w szpitalach i najczęściej słyszą, że nie wiadomo jakie są przyczyny takiego stanu.
12 października 2020 roku dostałam zwolnienie lekarskie z powodu bardzo złego samopoczucia, które zaczęło się biegunką. Zrobiłam się słaba, miałam gorączkę, nie miałam apetytu; jedyne co mi przychodziło z łatwością to bezmyślne zaleganie na łóżku. Lekarz rodzinny, z którym rozmawiałam, wskazał na infekcję wirusową, natomiast z chwilą gdy stracę węch i smak prosił, by zadzwonić po skierowanie na test na koronawirusa.
13 października obudziłam się bez węchu, a smak czułam tylko lekko kwaśny (nie miałam zatkanego nosa jak to bywa przy przeziębieniu). Moje ogólne samopoczucie miało się zdecydowanie gorzej niż poprzedniego dnia. Zadzwoniłam do przychodni prosząc o teleporadę. Po rozmowie z lekarzem dostałam skierowanie na test. (W pracy miałam kontakt z 2 osobami zarażonymi koronawirusem, z jedną z nich spędziłam kilka godzin z powodu egzaminu z języka angielskiego; uczę w szkole, więc prawdopodobieństwo zetknięcia się z covidem było długie i szerokie).
14 października pojechałam zrobić test; cudem stamtąd wróciłam - z modlitwą na ustach, że nie padłam po drodze. W domu właściwie tylko leżałam ciężko oddychając. Każdy ruch sprawiał mi ogromny wysiłek. Byłam pewna na 200%, że jestem kolejnym zarażonym „szczęśliwcem”. Następnego dnia wstałam w jeszcze gorszym stanie: zaczęłam się dusić, zsiniała mi twarz i ręce oraz stopy. W akcie funkcjonowania ostatnich resztek rozumu zadzwoniłam po pogotowie i wybełkotałam co mi jest; przysłano do mnie karetkę dedykowaną podejrzanym z zakażeniem koronawirusem. Ratownicy zmierzyli mi saturację, która była zdecydowanie poniżej norm. Wyniku testu jeszcze nie miałam. W karetce podano mi tlen. Zostałam odwieziona do szpitala. Na miejscu dostałam jakieś kroplówki. Sprawdzono też wynik mojego testu – był ujemny, ale na podstawie zgłoszonych przeze mnie objawów i tych zaobserwowanych zamknięto mnie na oddziale w izolatce. Zrobiono drugi wymaz i test na przeciwciała z krwi – żadne bananie nie wykazało zakażenia koronawirusem, co wszystkich wprawiło w osłupienie. Profilaktycznie postanowiono podawać mi dożylnie antybiotyk: Biofuroksym 1,5 – rano i wieczorem. Zaczęły się poszukiwania winowajcy: zostałam poddana licznym badaniom krwi i moczu – w tym wymazy, posiewy, zrobiono mi EKG, RTG, USG, badano ciśnienie oraz osłuchiwano moje serce i płuca, mierzono gorączkę – żadne z tych badań/działań nie wykazało nic nieprawidłowego. Postanowiono mnie przenieść na oddział wewnętrzny, na którym przebywałam do 21 października 2020 roku.
I nagle zaczęły dziać się cuda...
W sobotę (17.10), po kilku dawkach antybiotyku, odzyskałam węch i smak oraz odeszło to ciężkie uczucie przy oddychaniu. Następnego dnia zaczęłam lepiej widzieć: mam wadę wzroku: +1,75 i +1,5; nie potrafiłam czytać bez okularów, ponieważ bardzo bolały mnie oczy – zwłaszcza lewe (ból fizyczny i po czasie pojawiał się efekt halo), a tu nagle czytam malutkie literki na ekranie telefonu i nic mnie nie boli. Miałam też wadę słuchu – zaczęłam słyszeć o wiele lepiej niż wcześniej.
W niedzielę (18.10) odkryłam, ze mam jakiś inny mózg – tak jakby ktoś zdjął z niego blokady: mówię szybciej, lepsza pamięć, opuściły mnie lęki, przestały drżeć mi ręce. Do tej pory utrzymanie szklanki w prawej ręce zawsze było naznaczone drżeniem; lewą nawet nie próbowałam tego robić; zaczęłam się nawet zastanawiać czy to nie początki stwardnienia rozsianego.
Z każdą dawką antybiotyku czułam jakby ktoś doładowywał mi wewnętrzną baterię: więcej energii, entuzjazmu, mocy. Często bywałam zmęczona, wręcz zdarzały się momenty gigantycznej ospałości – tak jakbym działała na zwolnionych obrotach. Potrzebowałam zawsze dużo snu, bo inaczej ciężko mi było funkcjonować w ciągu dnia.
Niestety na moje opowieści lekarze w szpitalu reagowali tekstami, że to niemożliwe, że antybiotyk nie mógł takich cudów zdziałać i tym podobne. Miałam wrażenie, że mają mnie za psychicznie chorą. Tylko jeden z nich zasugerował badanie w kierunku boreliozy, ale tym powinnam zająć się na własną rękę – oni są tylko od postawienia mnie na nogi.
Nie dawało mi to wszystko spokoju... Ponieważ jestem biologiem zaczęłam analizować fakty: skoro nie wykryto zakażenia wirusowego, bakteryjnego, wyniki innych badań są ok, nie jestem chora psychicznie i pomógł mi dość mocny antybiotyk to tylko jedna myśl przyszła mi też do głowy: borelioza lub neuroborelioza. Leżąc na szpitalnym łóżku zaczęłam szukać w internecie opracowań naukowych na ten temat i nagle do mnie dotarło dlaczego przeżyłam prawie całe swoje życie w innym ciele i skąd te wszystkie problemy ze zdrowiem. Największym jednak zaskoczeniem była ta zmiana w mojej głowie. Dodam jeszcze, że od dziecka chodzę po łąkach, lasach i kleszcza wyciągałam z siebie nie raz.
Postanowiłam spisać kolejne atrakcje „zdrowotne” i nie tylko, które mnie w życiu spotkały:
W dzieciństwie w czasach szkoły podstawowej często bardzo bolała mnie głowa; badano mnie, ale nie znaleziono przyczyny. Dostałam tylko okulary do czytania, chociaż nie miałam wady wzroku.
Zmieniło się moje zachowanie (mniej więcej od 4 klasy szkoły podstawowej): z otwartego, wesołego dziecka coraz częściej stawałam się zamkniętym w sobie, przestraszonym, zalęknionym człowiekiem, który siedzi w kącie i czyta książki. Pojawił się problem z okazywaniem emocji i odczuwaniem ich w odpowiednim natężeniu, który trwał do teraz.
Zaczęłam mieć problemy z pamięcią i koncentracją, a byłam bardzo dobrą uczennicą; w pierwszej klasie szkoły podstawowej robiono mi testy na inteligencję i miałam ją ponadprzeciętną. Miałam problemy z zapamiętywaniem imion, nazwisk, dat; w szkole problem sprawiała mi historia – musiałam poświęcać sporo energii, żeby coś zapamiętać; zaczęły się problemy z orientacją w terenie – myliły mi się korytarze, ścieżki, itp.
W okresie dojrzewania zaczęły mnie nawiedzać myśli samobójcze; w liceum było jeszcze gorzej; uczyłam się dobrze, ale moja głowa była jakaś inna – miałam wrażenie, że mam dwie osobowości w sobie.
Chciałam iść na medycynę. Zrezygnowałam z tego przez drżące ręce, stwierdziłam, że nie mogę być lekarzem, któremu trzęsą się ręce. Poszłam na biologię, choć medycyna zawsze była moim marzeniem.
Po skończeniu studiów dostałam pracę w szkole; bardzo dużo nerwów kosztowały mnie wystąpienia publiczne; do tej pory miałam z tym problem; wolałam siedzieć cicho z boku niż być na pierwszym planie i w centrum uwagi.
Pojawiły się problemy z motywacją – zaczynałam różne rzeczy, ale żadnej nie doprowadzałam tak jak trzeba do końca.
Interesowało mnie prawie wszystko; skończyłam 3 kierunki studiów podyplomowych, mnóstwo kursów: jestem księgową, kurs dietetyki, mam licencję nurka i inne. Nawiedzały mnie stany takiej nadaktywności, a z drugiej strony ospałość, zmęczenie.
Zawsze pobolewały mnie stawy kolanowe; mam tzw. strzelające kolana; natomiast po studiach zaczęły mnie coraz częściej boleć stawy barkowe; odwiedzałam różnych lekarzy, różne badania mi robiono – poza rezonansem magnetycznym; nie było żadnej przyczyny tego bólu.
W 2013 roku zrobiono też badanie na przeciwciała Borrelia burgdorferi, ale na podstawie otrzymanych wyników nie podjęto niestety tematu boreliozy (IgG – 3,52 RU/ml; IgM – 7,37 RU/ml).
W 2014 roku ból barków stał się tak mocny, że w końcu wylądowałam w szpitalu na ostrym dyżurze – prześwietlenie i badania krwi nic nie wykazały. Postanowiłam udać się do specjalisty w Sport Klinice w Żorach. Tam mnie w końcu zdiagnozowano – zwapnienia tkanek miękkich; uszkodzone ścięgna – wykonano USG i rezonans magnetyczny. Zrobiono mi dwie artroskopie barków – w 2014 i 2015. Przyczyna tego stanu nie została znaleziona.
W 2017 roku zaczęły się krwawienia z jelita grubego; pojawiły się też uporczywe biegunki. Udałam się do lekarza rodzinnego; zrobiono badania, w tym kolonoskopię – nie znaleziono żadnych przyczyn. Przez 2 miesiące miałam problem z tym jelitem – strasznie schudłam, ponieważ mogłam jeść tylko gotowane ziemniaki i marchew.
Badania krwi każdorazowo wykazywały podwyższone OB; w dorosłym życiu utrzymujące się na poziomie około 20 – 30; notorycznie to bagatelizowano twierdząc, że to może ząb mnie bolał, itp.. Od 2012 wychodził mi też zdecydowanie podwyższony poziom cholesterolu.
Miałam w życiu epizody uporczywego kaszlu, który trwał np. 2 miesiące i też nie znajdowano przyczyn.
Na lewym nadgarstku kilka razy miałam tzw. ganglion, który znikał bez leczenia.
Jako dziecko miałam gęste, grube, mocne włosy; teraz zostało 30% tej objętości; odkąd pamiętam włosy mi wypadały w dużych ilościach, pomimo stosowania różnych rzeczy – też naturalnych metod na wzmocnienie i przeciw wypadaniu. Paznokcie też miałam bardzo cienkie; od dentystów słyszę, odkąd jestem nastolatką, że mam delikatne zęby, tak jakby za mało w nich szkliwa było.
Od wczesnego dzieciństwa cierpiałam na chorobę lokomocyjną.
Zawsze jadłam strasznie dużo, zwłaszcza słodyczy, a mimo to nigdy nie cierpiałam na nadwagę; teraz już wiem dlaczego – trzeba było to całe zamaskowane towarzystwo mikrobowe wykarmić.
To tak w skrócie, pewnie nie raz napiszę jeszcze o boreliozie i jej leczeniu.
A czymże jest ta neuroborelioza? To odmiana boreliozy, która zaatakowała układ nerwowy; jest kameleonem wśród chorób i podszywa się pod inne choroby: najczęściej reumatologiczne, dermatologiczne czy neurologiczne. Moja neuroborelioza w 2020 roku postanowiła pobawić się ze mną w COVID-19, ale dzięki temu moje życie w końcu się zmieniło i po wielu latach zacznie wyglądać tak jak powinno; przestanie mnie dręczyć wrażenie, że mam w sobie dwie osobowości, odzyskam w pełni umysł i ciało, którymi do tej pory rządziła borelioza i współtowarzysze. Tylko ja wiem jak bardzo różni się mój mózg od tego, który znałam całe życie; tylko ja wiem ile siły i determinacji kosztowało mnie funkcjonowanie w życiu codziennym na takim poziomie na jakim funkcjonowałam. Mój układ odpornościowy jest chyba ze stali skoro wytrzymał kilkadziesiąt lat walki z wrogiem i nie skończyłam jako inwalida czy nieboszczyk. Może to zabrzmi paradoksalnie, ale pandemii koronawirusa będę wdzięczna do końca życia za to, że dzięki niej urodziłam się po raz drugi...
niedziela, 6 grudnia 2020
Podstępna mąka kokosowa, czyli o tym jak zostać kuchennym kreatorem (nie mylić z kreaturą)...
Dawno mnie nie było, więc się wizualizuję, żeby nie zebrać nadmiernej ilości ciosów skierowanych na mój czerep :) Może prościej będzie jak nie będę tu snuć obietnic, nie wiadomo jakiego kalibru, że pisać będę - się pożyje, się zobaczy. Generalnie to mam problem z tym, że wydaje mi się, iż pisanie o rzeczach przyziemnych jest mało atrakcyjne i kto to będzie chciał czytać :) Postanowiłam to zmienić i odziać szatę przyziemności straszliwej. Wobec czego dziś będzie o mące kokosowej...
Ostatnimi czasy jestem zmuszona, z powodów zdrowotnych, zaprzyjaźniać się z różnymi rodzajami żywności, które to rodzaje do tej pory były mi mało znane. Na ten przykład nie mogę jeść mąki pszennej, więc wstępnie padło na mąkę gryczaną i kokosową. Mąka gryczana to dość przyjazne stworzenie - chętnie współpracuje z człowiekiem i daje się ładnie oswajać. Gorzej z tym drugim dziadem.
Piekłam ostatnio ciasto marchewkowe; wszystko zrobiłam według przepisu, który zamieściłam w zamierzchłych czasach na tym blogu (spontaniczne ciasto marchewkowe); zamieniłam tylko mąkę pszenną na gryczaną i kokosową, a zamiast cukru użyłam ksylitolu. Smakowo wyszło pięknie tylko to ciasto jakieś podejrzanie suche było; tak jakby ktoś całe soki z niego wychlipał, zabrał życie i wyrzucił jak starego kapcia w kąt przedpokoju. No tak to bywa jak jełop nie przeczyta nic wcześniej o właściwościach takich nieznanych, dotąd, mąk i działa spontanicznie. Wkrótce ustaliłam, że sprawcą wyduszania soków jest mąka kokosowa.
Skoro taka mąka wysysa wilgoć to postanowiłam użyć jej do panierki, żeby filet z morszczuka nie pocił się wodnie (skutki mrożenia), by się na złocisto i chrupiąco usmażył, a jeszcze do tego roztaczał kokosowe aromaty :) Zatem na patelni wylądował olej rzepakowy i pierwszy kawałek ryby otulony kołderką z mąki kokosowej. Podstępna mąka w pierwszej kolejności wychlała cały olej i nie w głowie jej było zasysanie nadmiernej ilości soków morszczukowych, co zmusiło mnie do przemyśleń typu: jeśli tak dalej pójdzie to na usmażenie trzech kawałków ryby pójdzie z litr oleju - moja kuchenna logika kazała się puknąć i ratować rybny posiłek. Wrzuciłyśmy, więc, razem z logiką resztę ryby w tej panierce na patelnię, nie dodając więcej tłuszczu. Niestety wszystko zaczęło się przypiekać w tempie ekspresowym. No to podziabałam to łychą na drobne elementy, mieszałam z zaangażowaniem godnym mistrza patelni teflonowej i tak powstało coś w rodzaju jajecznicowo - kaszankowej papy w kolorze ecru; ewentualnie można pobiec wyobraźnią w kierunku stratowanego przez stado osłów kalafiora wymieszanego z żółtym serem - przy założeniu, że stado pędzących osłów gubi po drodze żółty ser ;) Żeby podnieść punktację za walory estetyczne posypałam to świeżą, posiekaną natką pietruszki i dorzuciłam kaszę gryczaną. Smakowało o dziwo nieźle, ale wygląd nie pozostawiał złudzeń.
Chłop domowy (nazwijmy go roboczo Marianem na cześć pewnego misia) nawet się skusił i pogmerał sztućcem, ale zachwytów i łez wzruszenia nie było ;) Dodam też, że nikt nie cierpiał, po spożyciu, na wzmożone kontakty z porcelanową misą łazienkową ;) W każdym razie zostałam stwórcą nowej potrawy, której z wiadomych powodów nie polecam ;)
Samą mąkę kokosową polecam, bo to kopalnia zdrowotności:
- zawiera 10 razy więcej błonnika niż mąka pszenna - oczyszcza układ pokarmowy i wspomaga trawienie, reguluje poziom cukru i insuliny we krwi;
- zawiera więcej białka niż mąka pszenna - główny budulec organizmu człowieka;
- nie zawiera glutenu - jest alternatywą dla osób na diecie bezglutenowej;
- zawiera 8,7 gramów tłuszczów na 100 gramów produktu, z czego 8 gramów to tłuszcze nasycone - działają przeciwwirusowo, przeciwgrzybiczo i wspomagają metabolizm, dlatego poleca się stosowanie mąki kokosowej podczas diet odchudzających. (źródło: https://beszamel.se.pl/maka/maka-kokosowa-wlasciwosci-i-zastosowanie-w-kuchni,17101/)














