poniedziałek, 5 października 2015

Cellulicie ty mój ukochany... Kobietoskopowe przebłyski ;)

Generalnie to jestem normalna i cellulit nie spędza mi snu z powiek. Wiadomo, że walka z nim może trwać całe życie. Fakt - ładnie to on nie wygląda, ale żeby się katować od rana do nocy, by go wyplenić to już lekka przesada. 
Z osobistych doświadczeń wiem, że jedyna skuteczna metoda to ruch plus odpowiednie odżywianie. Z odżywianiem to u mnie różnie bywa - po prostu kocham jeść i to "jeść" może być właściwie w każdej postaci. Złośliwi twierdzą, że lepiej mnie ubierać niż żywić ;) A zatem zostaje mi ruch. Morduję więc erotyczną powierzchnię użytkową, a przy okazji cellulit korzystając z wynalazku, o którym pisałam tutaj. Jako że nie mam w sobie duszy fitness woman to z oporami, choć wołami mnie nie ciągną, chodzę na tą dziwną siłownię dwa lub trzy razy w tygodniu. Robię to również z powodu operacji barków - muszę sobie mięśnie np. na grzbiecie wzmocnić. Ilekroć tam jestem, spocona i mokra jak ta sławetna skarpeta wietnamskiego żołnierza i to nie jednego, to w duszy poklnę na te wszystkie sprzęty, że aż miło i rasowy szewc, by mnie z pewnością poklepał po plerach za takie siarczyste wiązanki. I jak już się tak wypocę i zeklnę całe zło tego świata, które mnie prześladuje głównie na tej siłowni to czuję się jak młoda bogini strzelająca magicznymi mocami z każdej komórki tłuszczowej ;) Wiem, wiem - endorfiny wyzwolone podczas wysiłku fizycznego wpędzają mnie w stany euforyczne i zaczynam bredzić ;) A więc dzielnie ciągnę ten wózek z cellulitem, a on coś mocno do mnie przywiązany i nie odpuszcza tak łatwo, tylko czy walka z cellulitem jest aż tak ważna w życiu? Oczywiście, że nie :)


Grafika: Eve Daff

piątek, 2 października 2015

Rozważania z papierem toaletowym w tle...

Grafika: www.tapeciarnia.pl

Mam chyba zawieszkę… Zawieszkę blogową, która wynika z braku czasu. Proza życia i zajęcie zarobkowe, etatowe mnie pochłonęło i wchłonęło. Moja miłość do blogowania nie osiągnęła jeszcze szczytów rodem z Himalajów, by nie spać po nocach i rozkoszować się życiem blogera. Generalnie to około dwudziestej drugiej zalegam na wyrku w piżamce i morda mi się cieszy, że jestem w pozycji horyzontalnej otulona światłem nocnej lampki, kołderką i ciszą nocną. Noc mija szybko. Nadchodzi poranek, a z nim poranne korki spowodowane remontami dróg skutecznie zaprzątającymi mój umysł, który usiłuje w takiej sytuacji znaleźć odpowiedź na pytanie: Ludzie! Dlaczego wy tych remontów w wakacje nie robicie? Widać tak musi być. W związku z tym zmierzając w kierunku miejsca zarobkowania napotykam malownicze krajobrazy okupowane przez drogowców. Staram się zachować zimną krew, ale nie jest to proste, gdyż owa krew już z rana się wzburza zanim z chałupy wypełznę. Takie dni nazywam dniami wybrańca losu. Wstaję rano, idę do toalety; oczywiście miejscówka przeznaczona dla rolki papieru toaletowego rozpaczliwie macha do mnie tym co pozostało z rolki papieru czyli samą rolką. To też mnie zawsze fascynuje – dlaczego faceci nie potrafią zamontować nowej rolki papieru z papierem? Sięgam więc siedząc na klozecie do kąta i klnąc pod nosem montuję nową rolkę z papierem. Niby duperela, a coś tam już podnosi w mózgownicy. Idę do kuchni. Wyciągam puszkę z kawą i oczywiście w trakcie gmerania łyżką w tej puszce rozsypuję sporo kawy po kuchennym stole i podłodze. Ot takie poranne urozmaicenie żywota. A niech sobie baba pozamiata z rańca, trochę gimnastyki nikomu jeszcze nie zaszkodziło. Szczęśliwie kawę udaje mi się wypić, nawet mleko się znalazło, a to jak wiadomo w moim domu też jest śliska sprawa. Kto czytuje tego bloga ten wie, że mieszkam z nocnym wypijaczem mleka w ilościach hurtowych. Dobrze, że pustych kartonów po mleku i innych takich w lodówce nie zostawia, a wiem od znajomych kobiet, że niektórzy panowie to lubią sobie mleko, kefir czy śmietankę wypić z lodóweczki, a opakowanie zastawić – tak dla zmylenia przeciwnika. Może się cudownie samo znowu napełni w trakcie bytowania w urządzeniu chłodzącym? No, ale wróćmy do poranka. Po spożyciu kawy i owsianki udałam się do łazienki, by jakiś tam makijaż uskutecznić. Licho mnie podkusiło, żeby użyć pudru w kulkach. A w dniu wybrańca losu to nie jest najlepszy pomysł... Tak ten puder sprytnie z szafki wyjmowałam, że kulki się rozsypały po podłodze. Teraz zbieraj durna babo! Zbieram. Wyrzucam zebrane kulki do muszli klozetowej. Z pudru mało co zostało, a moje siarczyste przekleństwa słychać na całym osiedlu. I niech mi ktoś powie, że przedmioty martwe nie są złośliwe! Te cholery doskonale wiedzą kiedy zaatakować i dobić leżącego ;) Pomimo licznych zamachów na moje zdrowie psychiczne szczęśliwie wydostałam się z domostwa i dotarłam do pracy. Żadne inne kataklizmy mnie nie nawiedziły. Znaczy się może i nawiedziły, ale po tych porannych atrakcjach system nerwowy załapał tak zwanego zwisa na przeciwności losu. W końcu mamy piąteczek ;)

Aaa... 
Gdyby ktoś się nudził w weekend i chciał mnie posłuchać to zapraszam do ściągnięcia 
darmowej aplikacji na telefon lub tablet - Audio-blog
pocę się tam na potęgę w charakterze lektorki czytając swoje posty.
Zapraszam :)

Grafika: Eve Daff

piątek, 25 września 2015

Strach się bać... Kobietoskopowe przebłyski ;)

Ostatnio coś mi po drodze z baranami było, a jak powszechnie wiadomo takie baraniaste stworzenia po halach się włóczą. Czasu wolnego mają sporo, no bo co one tam ciekawego robią? Żrą, łażą i kombinują jak tu z tej hali zwiać i wiatru wolności się nawąchać. Za dużo trawy się najadłam, albo ta trawa czym skażona była lub wąchanie wiatru wolności mi zaszkodziło, gdyż nowe przebłyski mnie nawiedziły. Niegroźna społecznie agresja z nich nieśmiało wyziera, ale to tylko pozory. Bowiem baraniaste to niby takie puchate, niewinne, słodko beczące, ale jak się dobrze rozpędzi i wyceluje to zadek boli tydzień po spotkaniu z baraniastym ;) 



Grafika: Eve Daff

środa, 23 września 2015

Stara, głupia i baraństwem przesiąknięta...

Grafika: www.northernsound.ie

Siedzę. Gapię się na migający kursor. Ogarnęło mnie takie jakieś zniesmaczenie życiowe. Czasami ciężka myślowa apokalipsa przetacza się przez mój łeb i wtedy dochodzę… Dochodzę do wniosków zagadkowo dziwacznych, a może zwyczajnie zwyczajnych? Zastanawiam się nad sensem wykonywania różnych czynności okołożyciowych. Spokojnie – depresja mnie nie toczy. Tak się po prostu zastanawiam. I zazwyczaj wtedy bardzo szybko dochodzę do wniosku, że nie ma sensu się zastanawiać. Po prostu trzeba żyć miętosząc każdy dzień i wykonywać te swoje mało ekscytujące aktywności  i tyle. Od czasu do czasu trafia się jakiś moment bądź momenty, które wyzwalają w nas ponadprogramową podnietę i to cała magia rzeczywistości. Generalnie to jak się tak zagłębić w temat to nasz żywot składa się z czekania. Czekania na coś. Na cokolwiek. Gdy nie mamy na co czekać to jakoś tak dziwnie się zaczyna robić. Natomiast mało optymistyczne wydaje mi się życie, które wygląda każdego dnia podobnie. Szczerze mówiąc to panika mnie ogarnia jak o tym pomyślę. W związku z czym sama wynajduję sobie ciągle nowe zajęcia, żeby nie zwariować. Nawet kiedyś zastanawiałam się czy ja do końca normalna jestem – nie potrafię się skupić na jednej rzeczy i dopracować ją do perfekcji tylko ciągle nowy ogon się za mną wlecze. Nie potrafię się nudzić. Nie potrafię siedzieć i nie myśleć. W mojej głowie wiecznie się coś „tworzy”. Nawet jak śpię to się „tworzy”. Normalnie bania mnie boli od tego co tam się w środku dzieje. Poszłabym z jaką siekierą na wojnę tylko nie wiem z kim? A wiem! Znajdzie się cały tabun do wyrąbania. Drażni mnie głupota, drażni mnie takie pielęgnowanie własnej, wymuskanej i wypolerowanej na błysk dupy, bezustanne dbanie o ową dupę i nie widzenie niczego poza nią. Zapomnijcie w tym kraju o bezinteresownej pomocy; jak to moja znajoma mówi: takich baranów jak my to już nie pasą na halach, co to za darmo coś zrobią. A przyjaźń? A co to jest przyjaźń? Rozkłada się jak truposzcze i zaczyna śmierdzieć w momencie, kiedy trzeba coś zrobić w imię tej szumnej przyjaźni. Obcy ludzie wam więcej serca okażą i ruszą wspomnianą dupę, by wam pomóc. Drażni mnie materializm co to się panoszy wszędzie. Uwielbiam pytania typu: ile mam kasy z prowadzenia tego bloga? Otóż nie mam kasy. No to po co ci to?!? No tak – jak nie ma kasy to tylko mentalny baran coś takiego robi. Witajcie w krainie baranów. Proponuję minutą zbiorowego beczenia uczcić własne baraństwo. Beee... Beee... Beee... Musiałam sobie ulżyć. Ulżyło mi, wobec czego wracam do swojego życia na halach i towarzystwa innych baranów ;)

niedziela, 20 września 2015

Diabelskie ciasto czekoladowe z kremem kokosowym i nutą likieru Malibu...

Czekoladowe ciasto z kremem kokosowym i nutą likieru Malibu

Czekoladowa rozpusta i kokosowe marzenie dla każdego łasucha i wielbiciela czekolady oraz smaku kokosowego. To ciasto zajmuje na mojej liście jedno z pierwszych miejsc. Doskonałe do aromatycznej, czarnej kawy. Wystarczy mały kawałeczek, by popaść w zachwyt i stracić rozum buszując w czekoladowej krainie rozkoszy. Diabelskie ciasto czekoladowe z kremem kokosowym i nutą likieru Malibu wiedzie nas wprost do kulinarnego raju: czarne jak smoła, a w środku przepyszny krem, no i ta polewa…

Inspirowałam się przepisem pochodzącym ze strony: http://www.mojewypieki.com

Składniki na ciasto czekoladowe:
55 g gorzkiej czekolady 70%
85 g kakao
200 ml wrzącej wody
140 g mąki pszennej
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
90 g masła
150 g cukru pudru
50 g brązowego cukru (można zastąpić cukrem pudrem)
2 duże jajka (temperatura pokojowa)
250 ml mleka kokosowego (temperatura pokojowa)

Kakao i połamaną na kostki czekoladę wrzucam do miski i zalewam wrzącą wodą. Mieszam do rozpuszczenia się czekolady i powstania gładkiej masy. Całość studzę. Mąkę, sodę, proszek i sól przesiewam i mieszam w kolejnej misce. Cukier puder i brązowy mieszam mikserem i dodaję do nich roztopione masło. Krótko miksuję i dodaję jajka, jedno po drugim; miksuję do momentu uzyskania puszystej, jasnej masy. Powoli wlewam mleko kokosowe i dokładam przestygniętą masę czekoladowo-kakaową (na przemian); miksuję. Dodaję suche składniki i krótko miksuję, by połączyły się ze sobą.
Wykładam papierem do pieczenia (tylko dno) blaszkę o wymiarach 24 cm x 27 cm (może być okrągła lub kwadratowa o zbliżonych wymiarach); wylewam na nią gotową masę i wstawiam do piekarnika. Piekę w temperaturze 180ºC przez około 40 minut (grzanie góra i dół, bez termoobiegu). Czas pieczenia może być nieco dłuższy; należy patyczkiem sprawdzić czy ciasto jest upieczone.
Po upieczeniu wyciągam ciasto z piekarnika i studzę; można upiec dzień wcześniej.

Składniki na krem kokosowy:
około 200 ml śmietanki do ubijania 30% (mały kubeczek)
500 g serka mascarpone
1/3 szklanki cukru pudru (lub więcej, do smaku)
szklanka wiórków kokosowych
około 5 łyżek likieru kokosowego Malibu (można dodać więcej ;))

Krem można zrobić z połowy porcji.

Śmietanka i serek mascarpone powinny być schłodzone. Śmietankę ubijam na sztywno, dodaję serek mascarpone i delikatnie mieszam. Następnie dorzucam wiórki, cukier puder oraz likier i mieszam mikserem do połączenia się składników.
Ciasto kroję długim nożem wzdłuż i przekładam kremem kokosowym. Na wierzch wykładam polewę. Blaty ciasta można skropić likierem Malibu przed nałożeniem kremu.

Składniki na polewę czekoladową:
100 ml mleka kokosowego
100 g gorzkiej czekolady 70%

Mleko kokosowe wlewam do garnuszka i doprowadzam do wrzenia; zdejmuję z kuchenki i dorzucam do niego połamaną czekoladę. Mieszam do całkowitego rozpuszczenia się czekolady i powstania gładkiej, błyszczącej masy. Studzę ją do temperatury pokojowej i wykładam na ciasto. Można ją artystycznie „podrapać” patyczkiem do szaszłyków w celu uzyskania fantazyjnych wzorów. 
Ciasto najlepiej smakuje podane w temperaturze pokojowej. Poza tym samo ciasto, bez kremu, również jest pyszne. Krem można wykorzystać do innych ciast, podobnie jak polewę.

Smacznego :)

I oczywiście krótka fotorelacja:
Ciasto wyłożone na blachę, gotowe do pieczenia
W piekarniku...
Przełożone kremem kokosowym i polane polewą
Kawałeczek słodkości w towarzystwie ziaren kawy
Grafika: Eve Daff

sobota, 19 września 2015

Matka, żona i kochanka... Kobietoskopowe przebłyski ;)

Dzisiaj jest sobota. W wielu domostwach to czas radosnych podrygiwań ze szmatą, mopem i odkurzaczem. Najczęściej podryguje strażniczka domowego ogniska w postaci matki, żony i kochanki. Kobieta w momencie narodzin jest wyposażona w oprogramowanie pt. urządzenie wielofunkcyjne, któremu w mniejszym lub większym stopniu się poddaje. Oczywiście buntowniczki są na pokładzie, ale każdą z nas w końcu szlag trafia i na widok panoszącego się po domu bajzlostwa pospolitego, poczynionego przez domowników, uruchamia się program w trybie turbo ;) U bardziej agresywnych strażniczek może się włączyć program: opierdalantus z agresorem w tle i wtedy wszystkie organizmy żywe, z gatunku Homo sapiens, spokrewnione ze strażniczką w obawie o swoje zdrowie i życie biorą szmaty w zęby i przykładnie pucują wszystkie kąty ;)


Grafika: Eve Daff

czwartek, 17 września 2015

Zostałam przemytnikiem, bo zupa była niesłona…

Grafika: www.kuchnia.wp.pl

Ja, prawa obywatelka przyznaję się bez bicia, iż zostałam przemytnikiem - przemytnikiem przypraw, które to przemycam w zakupionym, specjalnie do tego celu, dozowniku, który ukrywam w tylnej kieszeni spodni. Przemycam, bo uprawiam ten znienawidzony przez społeczeństwo zawód charakteryzujący się ogólnym nicnierobieniem, posiadaniem wiecznych wakacji, a jak już przypadkiem trafię do roboty to pracuję 18 godzin w tygodniu i dostaję na rękę cztery tysiące polskich złotych, a nawet pięć tysięcy, podobnież. Tak, tak, jestem nauczycielką. I dawno temu przestałam reagować na to błoto, którym jest obrzucana ta profesja, choć zawsze mnie zastanawiał fakt takiej dogłębnej znajomości specyfiki tego zawodu przez polskie społeczeństwo; nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek mądrzyła się na temat tajników pracy farmaceuty, kierowcy, pielęgniarki czy jakiejkolwiek innej. 
A przemytem się zajęłam, ponieważ na stołówkach szkolnych od 1 września 2015 roku dostajemy dania, które smakują jak trawa, nie obrażając trawy, bo jej w sumie nigdy nie jadłam. Nasze kochane ministerstwo wpadło na kolejny genialny pomysł, bo nasze ministerstwo tylko na takie pomysły wpada i w ten wyszukany sposób postanowiło odchudzić grube, przepraszam, puszyste dzieci. 
Ja, szary obywatel wnioskuję, by pani minister oświaty sama spożyła niesłone kartofle, niesłoną zupę i inne tam takie i z uśmiechem na ustach orzekła, że jest to pyszne. A więc, nie jest to pyszne. Chciałam też donieść, iż dzieci jedzące na stołówce też przemycają sól i inne przyprawy, a ja jako buntownik z wyboru wcale im tego nie zabraniam, bo wychodzę z prostego założenia, że lepiej jak zjedzą trochę posolone niż nie zjedzą wcale. Na temat cukru w napojach się nie wypowiadam, bo nie słodzę ich od dziecka, ale racuchy, naleśniki czy knedle bez cukru też nie smakują dobrze. Porady pani minister pod tytułem: kompot można słodzić miodem czy też doprawiać dania wyszukanymi przyprawami może sobie pani minister w buty wsadzić – będzie wyższa. Miód kosztuje, przyprawy też, a szkoła nie chce podnosić cen obiadów, więc nie ma kompociku słodzonego miodkiem, jest woda niegazowana – bez miodku. 
I tak to uprawiamy ten przemyt zbiorowy. Obawiam się również, że niebawem pojawią się dealerzy zajmujący się dystrybucją słodkości i innych oblechów spożywczych, gdyż jak wiecie pani minister zabroniła sprzedaży w sklepikach szkolnych wszelakiego zła tego świata. Nie wiem czy pani minister tego nie wie, ale poza terenem szkoły w każdej wsi i mieście są sklepy, w których to uczeń może nabyć owe zabronione produkty podczas drogi do szkoły jak i ze szkoły, a ja nie jestem w stanie śledzić każdego swojego ucznia, by go na tym czynie karygodnym przyłapać. Także nie tędy droga moja pani! Tu pracy u podstaw trza i namolnego edukowania rodzicieli, żeby własnym przykładem wpłynęli na postawę swych pociech, żeby te nie jadły świństw i nie tuczyły się na potęgę. Poza tym rodzicieli edukować trzeba w kierunku takim, żeby pociechy dupska ruszyły i zamiast siedzieć przed komputerami to np. pograły w to czy tamto na podwórku. Ja w dzieciństwie spędzałam większość czasu na dworze i ciężko mnie było z tego dworu wołami ściągnąć. Biegałam, grałam w gumę, podchody, chowanego i nawet jak się nażarłam (mówiąc brzydko) za dużo to te kalorie spożyte wymordowałam w terenie.
Szkoła to moje życie zawodowe od kilkunastu dobrych lat. Przeżyłam wiele: powstanie gimnazjów, wysłanie sześciolatków do szkół i mnóstwo innych zwalających z nóg fantastycznych pomysłów ministerstwa. Zawsze wiedziałam, że to się nie uda, że to są reformy zazwyczaj pozbawione sensu, ale ktoś mądrzejszy, kto nie ma pojęcia o szkolnej rzeczywistości, oczywiście wiedział lepiej. Ale nie będę się tutaj rozwodzić na temat, bo i tak moje nędzne jestestwo niewiele zmieni w tej materii, a ministrem i tak nie mam zamiaru zostać.
To "mówiłam" ja – przemytniczka soli ;)

Aaa… I nie jestem odosobnionym przypadkiem trudniącym się przemytem, jest nas więcej, patrz tutaj: http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,34862,18746519,szkolne-stolowki-bez-soli-jedzenie-uczniom-nie-smakuje.html

Miłego dnia i pamiętaj: 
Jest coś takiego jak "złoty środek" i zawsze warto go poszukać, a nie popadać w skrajności :)

wtorek, 15 września 2015

Optymistyczne oblicza garderoby... Kobietoskopowe przebłyski ;)

Spodnie na gumce, zwłaszcza te dresowe, to rzeczywiście moja ulubiona część garderoby niosąca powiew optymizmu - nic nie gniecie, nic nie wyłazi, bałwany tłuszczowe nie zwisają smętnie przyduszone zbyt ciasnym paskiem od spodni. 
A ubrania typu oversize... Po prostu ubraniowa poezja - nawet jak człowiek odstawi się w takie przyduszające brzuch spodnie to elegancko można ukryć sporą część mankamentów pod swetrami czy tunikami tego typu. Warto zaopatrzyć swoje szafy w takie optymistyczne oblicza, bo jak wiadomo z naturą i jej prawami nie wygrasz: za cały ogrom łez wylanych przez kobiety, które o poranku w dzikim szale usiłują się wbić w ulubione spodnie, sukienki czy też spódnice, odpowiedzialne są małe, wredne organizmy zwane kaloriami, które specjalizują się w dyskretnym zwężaniu naszych ubrań, zwłaszcza nocą, ale to temat na inne przebłyski ;)



Grafika: Eve Daff

niedziela, 13 września 2015

"Szepty dzieciństwa" nie milkną...


Książka „Szepty dzieciństwa” jest inna niż wcześniejsze pozycje Anny Sakowicz. Pozostawia miejsce, między innymi, na refleksje i spojrzenie na swoje poczynania w roli rodzica. Uświadamia jak niewiele potrzeba, by zepsuć własne dziecko i takie okaleczone puścić w świat. Nawet jeżeli odnajdzie szczęście w dorosłym życiu to nie uwolni się od szeptów dzieciństwa, które nie tak łatwo odpuszczają i milkną. Zalęgają się w mózgu i drążą tam swoje korytarze wypełzając, od czasu do czasu, na światło dzienne. Baśka, główna bohaterka powieści, to kobieta, której los rzuca pod nogi „niespodzianki” dnia codziennego; o większość z nich się potyka i dostaje bolesne lekcje. Zwyczajna babka z mężem, którego trzeba kopać w dupsko na życiowy rozpęd, dwójką dzieciaków niczym nie wyróżniających się z tłumu i ojcem pijakiem, który wlecze za sobą ducha zmarłej żony to mieszanka, po której możemy się spodziewać wielu życiowych „atrakcji”. Całość to opowieść o życiu trzydziestokilkulatki, które zostało napiętnowane nieszczęśliwym dzieciństwem, zimną matką i ojcem, który nigdy nie tupnął, nie potrząsnął sobą i kobietą, którą wybrał na żonę i matkę swoich dzieci, by ta wreszcie zrozumiała, że jest złym człowiekiem. Bo jak nazwać kogoś kto określa swoje nienarodzone dziecko „larwą” i bardziej przejmuje się wyglądem niż losem dziecka. W książce znajdziemy cały ogrom emocji i przeżyjemy z główną bohaterką sporo życiowych zakrętów. Polecam na jesienne wieczory towarzystwo „Szeptów dzieciństwa”. 

Z okładki książki "Szepty dzieciństwa"
Grafika: Eve Daff

piątek, 11 września 2015

Gdy potrzebujesz zaskoku wpadaj do Kobietoskopu :)

Grafika: Eve Daff

Wczoraj spotkała mnie przemiła niespodzianka - poczułam się jak dobro narodowe na eksport gotowe :) Joasia, z bloga: http://paniodbiblioteki.blogspot.com, napisała o mnie i tym, co wyczyniam na Kobietoskopie świetny wierszyk. W życiu bym nie wymyśliła, że kiedykolwiek doczekam takiej chwili :) Chwalę się tym, a co tam - w  końcu nie o każdym wiersze piszą :) Za zgodą autorki go publikuję, a wszystkich zapraszam w gościnne progi Joasi - kobitka wie jak pisać i co pisać, więc wpadajcie do niej i komentarze zostawiajcie :)

"Dręczy" nas ciągle zdjęciami
przysmaków słodkich, deserów,
rozpala nam wyobraźnię, 
więc smakołyków łakniemy.

Dla dzieci i trochę starszych
wiernych swych czytelników
napisze i namaluje,
pomysłów u niej bez liku.

W ciekawym KOBIETOSKOPIE
jak w czarodziejskim zwierciadle,
odnajdziesz pasję i humor,
odnajdziesz to czego pragniesz.

Psich cudnych portretów parę,
zabawne i zmyślne posty, 
"przebłyski"dowcipem skrzące
i damsko-męskie różności.

Gdy nos spuszczony na kwintę
i potrzebujesz zaskoku -
zajrzyj choćby na chwilkę 
do Eve i KOBIETOSKOPU.

Miłego dnia :)