środa, 28 stycznia 2026

Czwartek, kawa i telefon ekranem do blatu, czyli logistyka zdrady bez zwrotów...

Zdrada nie musi mieć zapachu cudzych perfum. Czasem pachnie… logistyką.

Marta odkryła to po tym, jak Adam zaczął planować dzień jak człowiek, który ukrywa drugie życie w kieszeni marynarki: starannie, oszczędnie, bez zbędnych słów. Nie było wielkich awantur ani gwałtownych zmian. Były drobne przesunięcia — jak w obrazie, który wisi minimalnie krzywo, aż nagle nie da się patrzeć na nic innego.

Najpierw pojawiły się nowe „okienka”: czwartek, zawsze czwartek. Zawsze „po drodze”, zawsze „na moment”. Adam wracał z twarzą człowieka, któremu ktoś dopiero co powiedział coś miłego. Tego nie da się podrobić w domu — ta iskra nie rodzi się z mycia naczyń.

Potem zaczęły się uprzejmości. Nadmiarowe, podejrzanie gładkie.

— Jak ci minął dzień? — pytał, ale brzmiało to jak ankieta: wybierz odpowiedź A, B lub C, bym mógł wrócić do siebie.

Marta poczuła, że przestaje reagować sercem, a zaczyna reagować systemem nerwowym. Ciało ma swój radar. Ciało wie, kiedy ktoś stawia płot na wspólnym terenie.

Nie robiła scen. Wzięła na wstrzymanie. To była jej przewaga — Adam znał ją jako kobietę impulsywną tylko w sprawach zewnętrznych: polityki, cudzych dramatów, nie swoich. W swoich sprawach bywała bezlitosna w inny sposób: potrafiła milczeć i czekać, aż człowiek sam pokaże, gdzie ma słabe szwy.

W czwartek, kilka minut przed dziewiętnastą, Adam wyszedł z łazienki jak aktor po szybkim retuszu: świeża koszula, ten nowy zapach, który miał udawać „dbam o siebie”, choć pachniał raczej „ktoś mnie podziwia”.

— Wyskoczę na spotkanie zespołu — rzucił.

— Gdzie? — zapytała Marta, niby mimochodem.

— W centrum. Wiesz. — Uśmiechnął się tym swoim „wszystko gra”, które zwykle działało jak koc. Tym razem było jak folia: błyszczało, ale nie grzało.

Wyszła z kuchni, nie odpowiadając. Nie miała ochoty na rozmowę o mapie kłamstwa. Wiedziała już, że Adam nie będzie bronił faktów. Będzie bronił wersji siebie, w której nadal jest porządnym facetem, tylko „zagubionym”.

Wieczorem, gdy wrócił, odłożył telefon ekranem do blatu. To drobnostka. I właśnie dlatego tak mocno uderza. Człowiek ukrywający coś naprawdę ważnego nie robi wielkich gestów — robi mikrogesty.

Następnego dnia Marta nie wypytywała. Zrobiła coś, co w jej własnej moralnej skali zawsze miało ciężar: sprawdziła rachunki, terminarz, wspólne płatności. Nic. Żadnych hoteli, żadnych podejrzanych przelewów. Idealna fasada.

I wtedy zrozumiała, że Adam nie jest głupi. Jest ostrożny. A ostrożność zdradzają nie pieniądze, tylko rytm.

Wieczorem, kiedy wziął prysznic, telefon leżał na pralce. Marta nie miała w sobie triumfu. Było w niej tylko to specyficzne odrętwienie, które przychodzi, gdy organizm wie, że za chwilę coś się stanie, a nie ma już siły udawać, że nie.

Kod znała. Ten sam od lat. Kiedyś był intymnością. Dziś okazał się dowodem na to, jak łatwo intymność przerobić na narzędzie.

Wiadomości były krótkie, zdyscyplinowane. Bez serduszek. Bez egzaltacji. Jak korespondencja dwojga ludzi, którzy robią coś brzydkiego, więc starają się robić to schludnie.

„Czwartek 19:10, jak zwykle.”

Nie pisz, kiedy jesteś u niej.”

„Dzisiaj wyglądałeś lepiej.”

To „u niej” uderzyło Martę najbardziej. Nie z zazdrości. Z precyzji: w dwóch słowach Adam zrobił z niej funkcję — tę, przy której się śpi i je — a sobie zostawił drugie życie, do którego nie trzeba mieć odwagi, tylko wymówki.

Odłożyła telefon na miejsce. Dokładnie. Bez drżenia rąk, bez teatralności. Jej krzyk byłby dla Adama prezentem — mógłby go opakować jako „histerię” i wynieść z pokoju. Marta nie zamierzała mu dać żadnego pudełka.

W czwartek, punkt osiemnasta pięćdziesiąt, zrobiła kawę. Dwie filiżanki. Taką samą jak zawsze. Żadnych znaków ostrzegawczych. Niech myśli, że jest bezpieczny — ludzie mówią prawdę chętniej, gdy czują się bezkarni.

Adam wszedł do kuchni, uśmiechnął się odruchowo.

— O, kawa. — Wziął łyk, jakby sprawdzał temperaturę sytuacji.

Marta usiadła naprzeciw.

— Usiądź — powiedziała.

Zatrzymał się na pół kroku. To jedno słowo — wypowiedziane spokojnie — potrafi zrobić z mężczyzny chłopca przy tablicy.

Usiadł. Plecy miał sztywne.

— Z kim spotykasz się w czwartki o 19:10? — zapytała Marta.

Adam mrugnął. Zaskoczenie było prawdziwe. Potem natychmiast przyszła kontrola.

— Skąd ty…?

— Odpowiedz.

Wziął jeszcze jeden łyk kawy. Za duży. Jakby chciał przełknąć czas.

— Ze znajomą — powiedział. — Przesadzasz.

Marta skinęła głową, jakby to była prezentacja.

— „Znajomą”. To słowo jest jak magazyn: można w nim schować wszystko i udawać, że to tylko pudełka.

Adam położył filiżankę z lekkim stukiem. Już go znała: teraz przyjdzie przewrót.

— Przeglądałaś mój telefon? To jest chore, Marta.

I oto było. Zamiast „tak, zdradzam”, od razu „ty jesteś problemem”. Przerzucenie winy w białych rękawiczkach.

Marta nie zmrużyła oczu, nie uniosła brwi. Nic. Im mniej dajesz emocji, tym mniej przeciwnik ma amunicji.

— „Nie pisz, kiedy jesteś u niej.” — powtórzyła spokojnie. — To nie jest wiadomość o koleżance. To jest instrukcja do romansu.

Adam zbladł. Przez sekundę wyglądał, jakby ktoś wyłączył mu prąd.

— Nic nie rozumiesz — wyszeptał. — Ty sobie dopowiadasz.

— A ty sobie odkupujesz. — Marta pochyliła się minimalnie. — Kim ona jest?

Długa pauza. Zbyt długa, żeby była niewinna.

— Iga — powiedział w końcu, patrząc gdzieś obok.

Imię miało ciężar kamienia wrzuconego do wody. Kręgi poszły od razu.

— Od kiedy? — zapytała.

— Kilka miesięcy.

Marta uśmiechnęła się krótko. Bez radości.

— Kilka miesięcy masz nowy zapach i „spotkania zespołu”. A kłamiesz dłużej, bo nauczyłeś się kłamać w detalach.

Adam odchylił się na krześle, jakby próbował odzyskać przestrzeń.

— A ty myślisz, że byłaś świetna? — wypalił. — Ty od lat jesteś obok, ale jakby cię nie było. Zawsze pretensja, zawsze ocena. Ja też chciałem być dla kogoś kimś, a nie projektem do poprawy.

To był jego ruch kończący: zrobić ze zdrady reakcję na jej „braki”, a z niej — sprawczynię. Marta poczuła, że w środku ma ostrą klarowność. Jak zimna woda na twarz.

— Możliwe, że byłam trudna — powiedziała. — To jest materiał na rozmowę w terapii, nie na romans. Ty nie przyszedłeś do mnie z prawdą. Ty poszedłeś po narkotyk: po czyjeś zachwycone oczy. I teraz chcesz, żebym ja zapłaciła rachunek, bo „było nam trudno”.

Adam zacisnął szczękę.

— Co ty chcesz zrobić?

W tym pytaniu było nie „przykro mi”, tylko „jak wyjdę z tego najmniejszym kosztem”.

Marta wstała, poszła do przedpokoju i wróciła z teczką. Położyła ją na stole. Adam spojrzał, jakby zobaczył wezwanie do sądu.

— Kopie dokumentów. Kredyt. Polisa. Konto. — Marta mówiła rzeczowo. — Dziś w pracy to przygotowałam. Nie dlatego, że chcę cię zniszczyć. Dlatego, że nie będę stała w miejscu, jeśli ty masz już rozkład jazdy.

— Ty to planowałaś? — wysapał.

— Ja się zabezpieczam. Ty planowałeś.

Adam parsknął, ale w tym parsknięciu była panika.

— Chcesz mnie wyrzucić?

Marta popatrzyła na niego uważnie.

— Nie muszę. Ty już wyszedłeś. Tylko wracałeś po sen i obiady.

To zabolało go naprawdę. Zobaczyła to w tej małej zmianie twarzy: nie w winie, tylko w urażonej dumie. Jak u człowieka, który myślał, że ma prawo do dwóch światów, a tu nagle ktoś mu mówi, że to nie program lojalnościowy.

— Możemy to naprawić — powiedział szybciej, łapiąc się za tę myśl jak za poręcz.

— Możemy — przyznała Marta. — Ale nie w twojej bajce.

— W jakiej?

— W takiej, gdzie ty „kończysz”, a ja „wybaczam”, i wszystko wraca do normy, tylko z nową warstwą tajemnicy pod farbą. — Marta przysunęła teczkę do siebie. — Jeśli chcesz naprawy, to najpierw kończysz to tam. Nie „ograniczasz”, nie „pauzujesz”, nie „zobaczysz”. Kończysz. I idziesz na terapię. Sam. Bo problemem nie jest Iga. Problemem jest to, że potrafisz patrzeć mi w oczy i równocześnie prowadzić drugą narrację.

Adam milczał. Marta widziała, jak pracuje w nim kalkulator. To też było ważne: nie łudziła się, że jego wybór będzie romantyczny. Będzie pragmatyczny. Ludzie w kryzysie wybierają nie miłość, tylko najmniejsze straty.

— Co mam zrobić dziś? — zapytał w końcu.

Marta spojrzała na zegarek. 19:02.

— Dziś spakujesz rzeczy i wyjdziesz — powiedziała. — Na kilka dni. Nie po to, żebyś mógł „pomyśleć”, tylko po to, żebym ja nie musiała patrzeć na ciebie jak na dowód rzeczowy. A kiedy wrócisz, jeśli wrócisz, to wrócisz z decyzją, nie z tłumaczeniem.

Adam chciał coś powiedzieć, ale Marta go ubiegła:

— I nie próbuj teraz robić ze mnie tej złej. To, co cię spotyka, nie jest moją zemstą. To jest konsekwencja.

Wstał powoli, jak człowiek, który dopiero teraz zauważa, że podłoga jest śliska. Spakował torbę. W przedpokoju zatrzymał się, trzymając klamkę.

— Zadzwonię jutro — rzucił.

Marta podeszła dwa kroki.

— Nie. Zadzwonisz dopiero wtedy, kiedy to zakończysz. Jeśli nie potrafisz, nie dzwoń wcale. Nie chcę mieć w telefonie twoich wersji.

Adam spojrzał na nią jeszcze raz. Szukał w niej tej Marty, którą znał: tej, która mięknie, gdy ktoś prosi. Nie znalazł. Ta Marta stała gdzie indziej.

Wyszedł.

Marta wróciła do kuchni i zaczęła myć filiżanki. Nie po to, żeby się czymś zająć. Po to, żeby ręce robiły coś prawdziwego, gdy głowa chce odpłynąć w fantazje o „a może” i „a jeśli”.

Potem wyjęła szkatułkę z obrączkami. Położyła ją na stole. Przez chwilę patrzyła na metal, który udaje niewinność. Jakby przedmiot mógł być gwarancją.

Zamknęła wieczko.

Wzięła telefon i napisała do przyjaciółki jedno zdanie:

„Jutro przyjdź. I nie mów mi, że przesadzam.”

Wysłała.

Usiadła przy stole, obok teczki z dokumentami. Pomyślała, że teraz zaczyna się ta część historii, której nikt nie opowiada w filmach: nie dramatyczne odkrycie, tylko długie konsekwencje. Prawdziwe życie bez montażu.

I jeszcze jedno, najtrudniejsze: że ona nie wygrała. Ona tylko przestała przegrywać po cichu.

Za oknem świat jechał dalej jak tramwaj, który nie zmienia trasy dla cudzych katastrof. Marta poczuła w sobie coś niewygodnego, ale mocnego: zgodę na to, że będzie bolało. Tyle że tym razem ból nie będzie ceną za cudzy komfort.

Nie wiedziała, czy Adam wróci. Wiedziała jedno: jeśli wróci, nie wróci już do dawnej Marty. A jeśli nie wróci — też dobrze. Bo wreszcie przestała być „u niej” w jego wiadomościach. Znowu była u siebie.

wtorek, 20 stycznia 2026

Feminizm, kura domowa i kieliszek prawdy, czyli podwójny etat bez premii...

Feminizm obiecywał nam wiele. Przede wszystkim wolność, samostanowienie i poczucie, że możemy być kim chcemy — pod warunkiem, że zdążymy być tym wszystkim jednocześnie. Kobieta miała przestać być uwięziona w kuchni, a stać się obywatelką świata, rynku pracy i własnych ambicji. I rzeczywiście, wyszłyśmy z kuchni… tyle że garnek wzięłyśmy ze sobą, bo przecież ktoś musi pilnować, żeby obiad nie wykipiał, a świat — jak wiadomo — sam się nie ogarnie.

Dawniej sprawa była jasna i brutalnie uczciwa. Kobieta siedziała w domu, mężczyzna pracował, a wszyscy wiedzieli, kto za co odpowiada. Nikt nie udawał, że to sprawiedliwe, ale przynajmniej było logiczne. Dziś logika poszła na urlop bezpłatny, a my zostałyśmy z jej obowiązkami. Współczesna kobieta bowiem pracuje zawodowo, rozwija się, realizuje, a po godzinach… wraca do pełnoetatowej pracy, za którą nie dostaje ani pensji, ani premii, ani nawet dobrego słowa, bo przecież „to normalne”.

Kura domowa XXI wieku to istota wybitnie wydajna. W jednej ręce trzyma torby z zakupami, w drugiej telefon służbowy, na brzuchu dziecko, przy nodze drugie dziecko, a w głowie plan dnia rozpisany z dokładnością do minuty, uwzględniający fakt, że ktoś w końcu musi pamiętać o szczepieniu kota, zapłaceniu rachunków i tym, że jutro w przedszkolu dzień koloru zielonego. Jej organizm funkcjonuje na kawie, poczuciu obowiązku i przekonaniu, że jak ona tego nie zrobi, to nie zrobi tego nikt.

Wieczorem, gdy świat zwalnia, ona przyspiesza. Zaczyna się spektakl pod tytułem „ogarniam wszystko i jeszcze się uśmiecham”, bo przecież zmęczenie jest passe, a frustracja źle wygląda przy dzieciach. I wtedy do domu wraca on — zmęczony, spracowany, po ośmiu godzinach jednego, konkretnego etatu. Patrzy na ten domowy armagedon i mówi zdanie, które powinno być wpisane na listę tekstów zakazanych przez ONZ: „Ty to masz dobrze, już jesteś w domu!”

W tym momencie feminizm płacze cicho w kącie, a kieliszek wina zaczyna wyglądać jak narzędzie terapeutyczne. Bo jak tu wytłumaczyć, że „bycie w domu” nie oznacza odpoczynku, tylko zmianę uniformu na niewidzialny? Jak przekazać, że praca domowa nie jest magiczną strefą relaksu, tylko systemem zadań, które same się nie wykonają, choć świat bardzo by chciał wierzyć, że wykonują się siłą kobiecej intuicji?

Nie chodzi o to, że feminizm był zły. On był naiwny. Uwierzono, że wystarczy dopuścić kobiety do rynku pracy, a reszta ułoży się sama. Tymczasem reszta… została dokładnie tam, gdzie była. W kuchni, w łazience, przy dzieciach, w kalendarzu pełnym cudzych terminów. Dołożono nam wolność, ale nie zdjęto obowiązków. I tak oto stałyśmy się symbolem sukcesu — kobietą, która „ogarnia”, nawet jeśli sama już ledwo się trzyma.

Czy jesteśmy głupie? Absolutnie nie. Jesteśmy skuteczne. A skuteczność, jak wiadomo, bywa najgorszym przekleństwem, bo szybko staje się normą. Skoro dajemy radę, to znaczy, że możemy jeszcze trochę. Jeszcze jeden projekt. Jeszcze jedno pranie. Jeszcze jedno „nie teraz, później odpocznę”. Tylko że to „później” jakoś nie nadchodzi.

Dlatego ten felieton najlepiej czytać wieczorem. Gdy dzieci śpią, z kieliszkiem wina w dłoni, w ciszy, która wreszcie nie wymaga reakcji. I może wtedy, między jednym a drugim łykiem, pojawi się myśl wywrotowa, niemal rewolucyjna: że równość nie polega na tym, że kobieta robi wszystko, tylko że nie robi wszystkiego sama.

A kura domowa? Ona już nie gdacze. Ona patrzy, popija wino i bardzo powoli zaczyna zadawać pytania. A to zwykle pierwszy etap zmian.

niedziela, 18 stycznia 2026

Z wiekiem człowiek robi się ostrożny… i właśnie wtedy los ma najbardziej bezczelne pomysły...

W styczniu Warszawa ma kolor rozcieńczonej, czarnej herbaty: brąz przygaszony szarością, jakby z domieszką popiołu. Zimno wciska się pod kołnierze i w szczeliny pamięci. Hanna wysiadła z tramwaju przy Placu Konstytucji z tym znanym napięciem w brzuchu — nie była to już trema, raczej ostrożność człowieka, który zbyt wiele razy nauczył się nie oczekiwać.

Zgodziła się na „Mosty” — spotkania organizowane przez fundację, gdzie młodzi i starsi mieli robić wspólne rzeczy: rozmawiać, pisać, nagrywać. „Żeby się widzieć, żeby się słyszeć” — powtarzała w myślach, idąc w stronę odnowionej biblioteki, w której szyby błyszczały jak wymyślone.

W środku pachniało kawą i papierem. Przy wejściu stała tablica z planem zajęć: „Podkast o mieście”, „Fotografia telefonem”, „Mikroopowieści”. Hanna podeszła do stołu z książkami do oddania — pożółkłe grzbiety wyglądały, jakby przechowywały w sobie resztki światła.

— Szuka pani czegoś konkretnego? — usłyszała obok. — Czy raczej ma pani ochotę się zgubić?

Odwróciła się. Mężczyzna w cienkich okularach trzymał książkę tak, jak trzyma się coś kruchego. Siwe włosy miał jak słoje w drewnie — nie „od starości”, tylko od czasu.

— Zgubić? To brzmi jak luksus — odparła.

— W pewnym wieku wszystko, co nie jest obowiązkiem, bywa luksusem.

Podał rękę.

— Marek.

— Hanna.

Uścisk był krótki, rzeczowy, a jednak Hanna poczuła wyraźnie czyjąś obecność: nieinwazyjną, spokojną. Jakby ktoś umiał stać blisko, nie przekraczając granic.

Usiedli na spotkaniu wśród innych. Wolontariuszki rozdawały identyfikatory; Hanna napisała swoje imię równym, nauczycielskim pismem. Marek — szeroko, prosto, jakby nie chciał, by ktokolwiek musiał się domyślać.

Gdy przyszła kolej na przedstawienia, Marek powiedział:

— Przyszedłem, bo odkryłem, że cisza potrafi mieć echo.

To zdanie było niepozorne, a jednak w sali zrobiło się na chwilę uważniej. Hanna poczuła, że rozumie je aż nazbyt dobrze. Kiedy mówiła ona, szukała słów, które nie będą ani skargą, ani maską:

— Uczyłam całe życie. Teraz uczę się, że samotność to nie tylko brak kogoś obok, ale brak tej codziennej wymiany — drobnej, bez znaczenia, a jednak utrzymującej człowieka w świecie.

Po spotkaniu przy stole z książkami wolontariuszka podeszła z kartką.

— Temat na miesiąc: „Miasto jako pamięć”. Może państwo zrobiliby projekt razem?

Hanna odruchowo chciała odmówić. Marek spojrzał na nią bez nacisku — po prostu czekał. To było zaskakująco rzadkie. I właśnie dlatego powiedziała:

— Spróbujmy.


Pierwsze spotkanie umówili w Łazienkach. Było jeszcze zimno, ale w parku wszystko wydawało się wyraźniejsze, bardziej uczciwe. Marek przyniósł termos.

— Herbata z imbirem. Zrobiłem za mocną — przyznał. — Może pani ją oswoi.

— Imbiru nie znoszę — odparła.

— Tym lepiej. Nie będziemy udawać, że lubimy to samo.

Szli powoli, rozmawiając o mieście. Hanna mówiła o kinach, które zniknęły, o księgarniach, w których pachniało kurzem i drukiem, zanim zmieniły się w banki i sklepy. Marek mówił o warsztatach: o szewcach i zegarmistrzach, o rzeczach, które kiedyś się ratowało, a dziś bez wahania wyrzuca.

— Teraz wszystko się wymienia — dodał cicho. — Nawet ludzi. Tylko nikt tego tak nie nazywa.

Zatrzymała się.

— Kogo pan stracił? — zapytała, zanim zdążyła się ugryźć w język.

Marek spojrzał na staw, na liście zastygłe na lodzie.

— Żonę. Trzy lata temu. Nie umiem o tym mówić tak, żeby nie brzmiało jak informacja z metryki.

Hanna skinęła głową, czując, że „przykro mi” nie pasuje do niczego.

— Mój mąż odszedł inaczej — powiedziała. — Spakował się i poszedł do młodszej. Dawno temu. Myślałam, że najgorszy jest wstyd. Dziś wiem, że gorsze jest zwątpienie we własną historię, jakby ktoś w niej przestawił znaki przestankowe.

Marek nie próbował jej pocieszać. Nie „naprawiał”. Szedł obok.

Przy Pałacu na Wyspie usiedli na zimnej ławce. Marek wyjął telefon.

— Dla projektu: miejsca „pomiędzy”. Bramy, przejścia, schody donikąd. To, co łączy, zanim człowiek się zorientuje, że przeszedł.

Hanna spojrzała na niego, rozbawiona i poruszona jednocześnie.

— Pan jest poetą udającym technika.

— A pani realistką udającą, że nie wierzy w poezję.

Tego wieczoru Hanna wróciła do mieszkania i nie zapaliła światła od razu. Stała chwilę w przedpokoju, słuchając ciszy — i odkrywając, że echo nie brzmi już tak samo.

Napisała do niego: „Dziękuję za spacer. Dobrze było oddychać normalnie.”

Odpisał niemal natychmiast: „Dobrze było być w czyjejś uwadze.”

Czytała to zdanie kilka razy, aż przestało być tekstem, a stało się dotykiem.


Przez kolejne tygodnie spotykali się po różnych stronach miasta. Marek robił zdjęcia telefonem uważnie, bez taniej efektowności. Hanna nosiła notatnik i zapisywała zdania, które przychodziły niespodziewanie: o podwórkach, które pamiętają cudze głosy; o bramach, które są jak słowa „wejdź” wypowiedziane bez świadków.

Kłócili się o wybór kadrów.

— To jest za ładne — mówiła Hanna. — Za bardzo chce się podobać.

— A pani się boi piękna — odpowiadał Marek. — Bo piękno zobowiązuje.

— Do czego?

— Do obecności.

Wiosną zrobili małą wystawę w bibliotece: zdjęcia i krótkie teksty. Przyszło kilkanaście osób. Ktoś zapytał, czy są parą. Hanna poczuła rumieniec zaskakująco młody.

— Jesteśmy zespołem — powiedział Marek spokojnie. — Na razie.

„Na razie” zabrzmiało jak drzwi uchylone, ale nie pchnięte.

Poszli potem na kolację, zwyczajną, nie celebracyjną. W pewnym momencie Marek przestał mieszać zupę i spojrzał na nią tak, jakby wybierał słowa ostrożnie.

— Boisz się?

— Czego?

— Że jeśli to będzie dobre, to będzie kruche.

Hanna poczuła, że ma sucho w gardle.

— Tak — przyznała. — W tym wieku człowiek nie ma już bezczelnej wiary, że zawsze zdąży zacząć od nowa.

Marek skinął głową.

— A ja czasem myślę, że zdradzam pamięć.

Hanna odetchnęła.

— A ja, że zdradzam siebie. Tyle lat budowałam w sobie twierdzę, żeby nikt już mnie nie zostawił. I nagle przychodzisz i… zaczynam otwierać okna.

Marek wyciągnął dłoń przez stół, nie dotykając jej od razu — jakby pytał o zgodę. Położyła swoją na jego dłoni.

— Nie musimy niczego nazywać — powiedział cicho. — Możemy po prostu być.

Hanna uśmiechnęła się smutno i jasno zarazem.

— Kiedyś myślałam, że „być” to za mało.

— A teraz?

— Teraz myślę, że to najwięcej.


Zaczęli się widywać regularnie, bez wielkich rewolucji. Hanna nadal miała swoje rytuały, Marek nadal naprawiał drobiazgi, jakby uparcie sprzeciwiał się światu jednorazowości. Zmienili jednak coś niewidocznego: w mieszkaniach zrobiło się miejsce na czyjąś obecność.

Zdarzały się dni trudne. Marek milkł, gdy jakaś piosenka lub zapach nagle rozcinał pamięć. Hanna nie naciskała; siadała obok, mówiąc o rzeczach prostych, aż znów mogli oddychać tym samym tempem. Bywały też chwile, gdy w Hannie budził się dawny odruch: odsunąć kogoś, zanim zdąży odejść. Marek nauczył się to rozpoznawać.

— Nie uciekaj — mówił spokojnie. — Ja nie jestem po to, żeby cię testować.

Po raz pierwszy usłyszała, że ktoś nie stawia jej przed egzaminem.

Latem siedzieli nad Wisłą. Miasto huczało: śmiech, muzyka, rowery, rozmowy. Hanna miała wrażenie, że jest w środku życia, nie na jego obrzeżu. Marek pokazał jej zdjęcie: brama na Pradze, światło poranka, cień postaci.

— Kto to? — zapytała, choć już wiedziała.

— Ty — odpowiedział. — Myślałaś, że fotografuję miasto. A ja fotografuję to, jak w nim jesteś.

Łzy przyszły nagle, bez wstydu.

— W pewnym wieku człowiek nie spodziewa się już, że ktoś go zobaczy naprawdę — wyszeptała.

Marek ścisnął jej dłoń.

— Ja też się nie spodziewałem.

Jesienią Marek złapał grypę. Zwykła rzecz — a jednak Hanna pojechała do niego, jakby to było oczywiste. Zaparzyła herbatę, poprawiła koc, usiadła obok. Mieszkanie oddychało po swojemu, bez echa.

— Opiekujesz się mną, jakbym… — zaczął Marek, urwał.

Hanna dotknęła jego czoła.

— Jakbyś był kimś? — dokończyła za niego. — Jesteś.

Wtedy zrozumiała: miłość w starszym wieku nie przychodzi jak huragan. Przychodzi jak światło zapalone nad ranem w kuchni — ciche, praktyczne, niezbędne. Nie obiecuje wieczności. Obiecuje obecność.

Gdy wyzdrowiał, odprowadził ją do drzwi. Zatrzymał się, jakby chciał zapytać o coś najważniejszego bez słów. Hanna zrobiła krok bliżej. Pocałował ją delikatnie, uważnie — jakby czytał zdanie, którego nie wolno prześlizgnąć.

Na klatce schodowej Hanna uśmiechnęła się do niego z czymś, co było łzą i jasnością naraz.

— Całe życie myślałam, że miłość to coś, co się zdobywa — powiedziała.

— A teraz?

— Teraz wiem, że to coś, co się odnajduje. Dokładnie tam, gdzie człowiek uznał, że już wszystko wie.

Marek skinął głową.

— Dobrze, że nie wiedzieliśmy — odparł. — Bo inaczej byśmy się nie spotkali.

Zeszła powoli po schodach. Na zewnątrz padał drobny deszcz, miasto było współczesne i żywe. Hanna poczuła, że idzie przez nie inaczej — nie dlatego, że świat się zmienił, tylko dlatego, że ktoś w nim na nią czekał. I że ona sama przestała bać się tego czekania.

W domu zapaliła lampkę w przedpokoju i zostawiła ją na chwilę. Niech świeci. Niech przestrzeń przyzwyczaja się do tego, że echo nie jest już jedynym mieszkańcem.

środa, 14 stycznia 2026

Taniec brzucha i zemsta pośladków, czyli jak nie zostać kijem od szczotki...

Która z nas choć raz nie spojrzała w lustro i nie pomyślała: „O, losie, gdyby tak w pakiecie dołożono jeszcze brazylijskie pośladki – najlepiej bez rat, bez wyrzeczeń i bez konieczności rezygnowania z makaronu”? No właśnie. Ja też. I to ostatnio z takim przekonaniem, jakbym miała do nich moralne prawo wynikające z samego faktu bycia kobietą i posiadania… no… pośladków w wersji podstawowej.

Wiedziona naturalną dla mnie skłonnością do rzeczy „nie do końca normalnych” (czytaj: podejrzanie entuzjastycznych pomysłów, które kończą się zakwasami egzystencjalnymi), odkryłam miejsce o wdzięcznej nazwie Studio Tańca i Ruchu. A tam – proszę państwa – rozpiętość zajęć taka, że człowiek zaczyna wierzyć, iż można zostać jednocześnie syreną, tancerką, amazonką i sprężyną do materaca.

Ponieważ w mojej głowie od dawna funkcjonuje romantyczna wizja mnie jako „sexy woman” (w rzeczywistości: „sexy woman po schodach, ale tylko do drugiego piętra”), zapisałam się na taniec brzucha. Spokojnie, do pośladków dojdziemy – ja też lubię, kiedy fabuła ma dramaturgię.

Weszłam na salę i… zobaczyłam instruktorkę. Kobietę, która poruszała się tak, jakby grawitacja istniała wyłącznie dla ludzi bez talentu. Zalotnie wiła się w rytm muzyki, a ja – choć hetero, stabilna emocjonalnie i generalnie odporna na czary – poczułam, jak mi przysłowiowa kopara opada. Tak bardzo, że przez chwilę miałam wrażenie, iż jelito grube po raz pierwszy ujrzy świat od strony otworu gębowego.

Była moc. Taka moc, że kolana mi zmiękły, serce przyspieszyło, a mózg wysłał do ciała krótką instrukcję: „naśladuj, ale godnie”. Tyle że moje ciało odpowiedziało: „nie rozumiem polecenia, przechodzę w tryb kija od szczotki”.

Kręgosłup usztywnił mi się tak skutecznie, że gdyby ktoś mnie wyniósł na balkon, mogłabym robić za maszt. I doprawdy, tylko solidne trzepnięcie łopatą w grzbiet mogłoby mu przypomnieć, że poza udawaniem drąga potrafi się też wyginać w różne strony.

Ale bez nerwów. Postanowiłam wyluzować i poddać się przeznaczeniu, jak przystało na kobietę, która wierzy w znaki, horoskopy i to, że „od poniedziałku” naprawdę coś zmieni. Podobno dostrzeżono talent – tak przynajmniej stwierdziła pani wijąca się i pochwaliła mnie. W tej samej sekundzie zobaczyłam w wyobraźni alternatywną ścieżkę kariery: gdyby mnie kiedyś wywalili z roboty, to może nie umrę z głodu, nie będę musiała zgłębiać technik segregacji śmieci w osiedlowych śmietnikach, tylko zostanę… artystką ruchu. Brzucha. Bioder. Życia.

Taniec brzucha rozbudził we mnie apetyty na ciało „wyrywające z butów”. Mało mi było – a jak mi mało, to wiadomo, że nie skończy się na „rozsądnie”. Dlatego poszłam na zajęcia o obiecującej nazwie: „Brazylijskie pośladki”.

O ja durna. O ja naiwna. O ja, co uwierzyłam w marketing.

Myślałam, że pomacham trochę tyłkiem w rytm samby, zrobię dwa uśmiechy, trzy obroty, a po miesiącu moje pośladki będą miały własny kod pocztowy, konto na Instagramie i kontrakt reklamowy na bieliznę. W głowie grała mi brazylijska muzyka, w sercu – karnawał, a na twarzy już ćwiczyłam banana.

Tymczasem okazało się, że „brazylijskie pośladki” to nie jest zajęcie. To jest próba charakteru, test wiary, msza pokutna i Armagedon w legginsach. Chodziłam na różne fitnessy i znam ten moment, kiedy człowiek mówi „już nie mogę”, a instruktorka odpowiada „to jeszcze osiem”. Ale czegoś takiego nie przeżyłam nigdy.

Moja dupa chyba po raz pierwszy w życiu dowiedziała się, jak wstrętną ma właścicielkę – skoro dopuściła do takiej masakry i jeszcze za to zapłaciła. W dodatku z uśmiechem. Bo uśmiechałam się. Wiecie, jak to jest: człowiek się uśmiecha, żeby nie było widać, że w środku właśnie dogorywa.

Następnego dnia nie byłam w stanie usiąść na muszli klozetowej. I nie mówię tego w przenośni. To była operacja logistyczna, wymagająca strategii, planu awaryjnego oraz minimalnie trzech punktów podparcia. Poruszanie się? Poruszanie się było jak film wojenny, tylko bez muzyki i z większą ilością jęków.

Poznałam ból życia. Zagryzając wargi do krwi (dobrze, może nie do krwi, ale do tej czerwieni, która już nosi znamiona dramatu), musiałam przekonać swój organizm, że chodzenie jest podstawową czynnością dnia codziennego i zwolnienia lekarskiego na „obolały zad” nikt mi nie da, choć to przecież przypadłość równie realna jak złamane serce i brak Wi-Fi.

Nigdy nie przeżyłam tygodniowej orgii seksualnej z udziałem pułku żołnierzy piechoty morskiej, ale czuję się tak, jakbym przeżyła. I to bez benefitów, bez romantyzmu, za to z bólem przy wstawaniu, śmianiu się i myśleniu o schodach.

A mimo wszystko… nie poddaję się. Dzielnie walczę o powrót do stanu używalności. Bo w człowieku jest coś masochistycznie pięknego: im bardziej boli, tym bardziej chce udowodnić, że „następnym razem będzie lepiej” (spoiler: nie będzie, ale będę bardziej dumna).

Jak zaliczę parę takich zajęć, to… no dobrze, nie będę się chwalić. Powiem tylko tyle, że karnawał w Rio z moim udziałem może dostać nową kategorię: „Wydarzenie o znaczeniu kulturowym i pośladkowym”. A moje biodra – jeśli przeżyją – zostaną wpisane na listę dziedzictwa niematerialnego.

Tyle możliwości zarobkowania stanęło przede mną otworem, że aż mnie mniej tyłek boli. Bo jak człowiek cierpi z perspektywą sukcesu, to cierpi… bardziej z klasą. I tego się trzymam ;)

niedziela, 11 stycznia 2026

Wspólny adres nie chroni przed samotnością...

Zanim zaczęliśmy milczeć, mieliśmy swój język: drobne znaki, którymi człowiek mówi „jesteś”, nawet gdy nie wypowiada słowa. Gwizd czajnika był obietnicą herbaty i zgody, rozrzucone skarpetki — śmieszną wojną domową, z której zawsze wracaliśmy do siebie. W tamtym czasie dom nie był adresem; był zdaniem pisanym na bieżąco, z poprawkami, ale wspólną ręką.

Potem wprowadził się trzeci lokator. Nie miał kluczy, nie płacił czynszu, a jednak zajął najwygodniejsze miejsce: między nami. Nazywał się „zaraz”, „muszę”, „tylko dokończę”.

Zorientowałam się pewnego wieczoru, gdy wrócił późno. Stałam w kuchni, kroiłam cebulę, łzy były zbyt łatwe do wytłumaczenia.

— Cześć — rzucił, już z twarzą oświetloną ekranem telefonu.

— Cześć — odpowiedziałam.

Byliśmy w tym samym pomieszczeniu, a jednak rozmawialiśmy jak przez ścianę.

Później usiadł na kanapie, odchylił głowę. Telewizor grał sam dla siebie. Ja sprzątałam naczynia, choć były już czyste, bo ruch w rękach udawał, że nie drży we mnie nic ważnego.

— Jak minął dzień? — zapytałam w końcu.

Zawahał się, jakby próbował przypomnieć sobie, co to znaczy „dzień” poza listą zadań.

— Normalnie. — Uniósł wzrok na sekundę. — A u ciebie?

To „u ciebie” było uprzejme, ale puste, jak koperta bez listu.

— Też normalnie — skłamałam, a słowo wpadło mi do gardła jak drobna ość.

Tydzień później zaskoczyłam siebie tym, że zaczęłam słuchać, czy oddycha. Nie po to, by zasnąć spokojniej, tylko żeby mieć pewność, że obok leży człowiek, a nie tylko ciepło, które nie zna mojego imienia. Samotność w związku ma inny smak niż ta zwykła: jest jak pragnienie przy pełnym stole.

Najgorsze nie były nawet wieczory. Najgorsze były poranki, kiedy wychodził z domu i mówił:

— Pa.

A ja odpowiadałam:

— Pa.

Tak się żegnają ludzie, którzy nie chcą niczego popsuć. Tylko że my nie psuliśmy niczego gwałtownie. My się ścieraliśmy, powoli, aż do przezroczystości.

W sobotę, kiedy nie było wymówek pod tytułem „zaraz spotkanie”, zrobiłam kawę, mocną, jakby mogła dodać mi odwagi. Usiadłam przy stole i czekałam, aż przyjdzie. Kiedy wszedł, wyglądał na zaskoczonego moją powagą — jakby w domu nie wypadało mieć twarzy bez uśmiechu.

— Coś się stało? — zapytał, sięgając po kubek.

Pomyślałam, że jeśli powiem „tak”, uzna to za awarię do usunięcia. Jeśli powiem „nie”, zostanę z tym sama. Więc powiedziałam prawdę.

— Stałam się niewidzialna.

Zmarszczył brwi.

— Co ty mówisz?

— To, co słyszysz. — Splotłam dłonie tak mocno, że pobielały mi knykcie. — Mieszkamy razem, ale ja… żyję obok ciebie. Jak w poczekalni. Zawsze czekam, aż wrócisz, aż skończysz, aż odłożysz telefon. Czekam na ciebie, będąc z tobą.

Widziałam, jak w nim narasta obrona; znałam ją, ten mechanizm ratunkowy.

— Przecież jestem. — Rozejrzał się po kuchni, jakby chciał przywołać dowody: stół, krzesła, kubki. — Nie zdradzam cię, nie znikam. Po prostu… pracuję.

— Wiem. — Oddech miałam zbyt płytki. — Tylko że „jestem” to czasem za mało. Ty jesteś w domu, ale nie jesteś ze mną. Rozumiesz różnicę?

Milczał dłużej, niż bym chciała. Potem wypuścił powietrze, jakby zdejmował z pleców ciężar, którego nie umiał nazwać.

— Myślałem, że daję ci spokój — powiedział cicho. — Że nie narzucam się. Że… dorośli tak mają: każdy swoje.

— Spokój to nie to samo, co bliskość. — Wbiłam wzrok w blat, bo w jego oczach mogłabym się rozsypać. — Ja nie chcę, żebyś mi „dawał” czas jak resztki z dnia. Chcę być częścią dnia, nie nagrodą po nim.

Otworzył usta, zamknął. Zobaczyłam w tym ruchu coś z bezradności, której wcześniej u niego nie dostrzegałam.

— Czy ty… chcesz odejść? — zapytał w końcu. Pytanie wypadło z niego szybko, jakby się bał, że jeśli nie powie go teraz, usłyszy odpowiedź w ciszy.

— Ja nie chcę odchodzić od ciebie. — Podniosłam wzrok. — Ja się boję, że odchodzę od siebie. I że ty nawet nie zauważysz.

To było zdanie bez ozdobników, nagie, a jednak prawdziwe. Prawda nie musi być piękna, żeby poruszać; wystarczy, że trafia w miejsce, które człowiek skrzętnie omija.

Oparł łokcie o stół. Telefon leżał obok, jak mały, czarny świadek.

— Nie wiedziałem, że jest aż tak źle — powiedział. — Nie… nie umiałem tego zobaczyć.

— Bo nie patrzyłeś.

Słowo zabrzmiało ostrzej, niż planowałam, ale nie cofnęłam go. Wreszcie przestaliśmy mówić w zawoalowany sposób, a to bolało i jednocześnie przynosiło ulgę.

Przesunął telefon na bok, jakby odsuwał od nas przedmiot niebezpieczny.

— Dobrze. — Kiwnął głową, powoli. — Powiedz mi konkretnie. Czego potrzebujesz?

To „konkretnie” mogło brzmieć jak rozkaz z pracy, a jednak było w nim coś ważnego: gotowość. Ugryzłam wargę, żeby nie wpaść w listę życzeń i pretensji.

— Potrzebuję, żebyś wracał do mnie, a nie tylko do mieszkania. — Mówiłam spokojniej. — Żebyś mnie pytał naprawdę i słuchał odpowiedzi. Żebyśmy mieli chociaż jeden kawałek dnia, który jest nasz. Bez telefonu. Bez „zaraz”.

— A jeśli nie dam rady? — zapytał. Nie jak ktoś, kto szuka wymówki, tylko jak ktoś, kto boi się własnej niewydolności.

— To powiedz. — Przechyliłam głowę. — Tylko nie znikaj w milczeniu. Milczenie mnie zabija wolniej, ale skuteczniej.

W jego oczach pojawiło się coś szczerego, jakby zrozumiał, że nie walczę z nim, tylko o nas.

— Ja też się czasem czuję… pusty — przyznał. — Wracam i mam wrażenie, że wszystko ze mnie wyciekło. Boję się, że jak zacznę mówić, to się rozsypię.

— To się rozsyp. — Mój głos zadrżał. — Wreszcie w domu, nie w pracy. Ja też się sypię. Tylko robię to po cichu.

Usiadł bliżej. Nie dotknął mnie od razu. To zawahanie było bardziej czułe niż szybki uścisk, bo oznaczało szacunek do tej kruchości, którą właśnie wyjęliśmy na stół między filiżanki.

— Przepraszam — powiedział wreszcie. — I nie chcę, żebyś była „dzielna”. Nie musisz.

Wtedy dopiero poczułam łzy; przyszły nie jak kapitulacja, tylko jak dowód życia.

Nie było wielkiego pojednania z filmów, żadnych triumfalnych obietnic. Była umowa niewypowiedziana wprost: spróbujemy być obecni, nawet jeśli to niewygodne. Wieczorem zaproponował spacer. Krótki, zwyczajny, w zimnym powietrzu, które szczypało w policzki i budziło.

— Zaczniemy od dziś — powiedział. — Nie od poniedziałku.

A ja pomyślałam, że czasem ratunek wygląda właśnie tak: ktoś przestaje odkładać człowieka na później.

W nocy, już w łóżku, jego dłoń odnalazła moją pod kołdrą, nie z przyzwyczajenia, lecz z decyzji. W tym geście była obietnica mała, ale ciężka od znaczeń: jestem. widzę. wracam.

Samotność nie zniknęła natychmiast. Jest cierpliwa, wraca w zmęczeniu, w pośpiechu, w gorszych dniach. Ale od tamtej soboty miała wreszcie przeciwnika: nasze słowa, choć nieporadne, i naszą odwagę, by nie zasypiać na granicy dwóch osobnych światów.

Najtrudniejsze w miłości nie jest powiedzieć „kocham”. Najtrudniejsze jest nie zgubić siebie w milczeniu, kiedy obok ktoś oddycha, a mimo to wydaje się daleki jak światło w oknie naprzeciwko. I zrozumieć, że obecność bywa czynem — codziennym, cichym, wymagającym — a nie tylko faktem, że ktoś zostawił buty w przedpokoju.

środa, 7 stycznia 2026

Kiedy ciocia dostaje doktorat z implantów, czyli dekolt pod nadzorem społecznym...

Powiększanie piersi — temat, który potrafi rozpalić ludzi bardziej niż podwyżki, dieta pudełkowa i to, że ktoś nie wstawił „❤️” pod zdjęciem. Jedna powie: „w końcu!”, druga: „nigdy w życiu”, a trzecia i tak usłyszy od otoczenia, co powinna — bo nic tak nie jednoczy społeczeństwa jak poczucie, że ma prawo do cudzej klatki piersiowej.

I od razu wyjaśnienie w temacie biuściastym: żadnej operacji powiększania ani zmniejszania piersi nie miałam i mieć nie zamierzam. Napisałam o tym tylko dlatego, że nawiedziła mnie taka ochota. Tak, czasem to wystarczy. Nie wszystko musi być projektem badawczym ani publiczną spowiedzią. To felieton — czyli gatunek, w którym człowiek legalnie może wsadzić kij w mrowisko, popatrzeć jak mrówki biegną, i pójść zrobić herbatę.

Wróćmy do wyposażenia klatki piersiowej...

Plusy? Są. I to takie, które widać nie tylko w staniku.

Po pierwsze: ubrania przestają być wrogim środowiskiem. Sukienka nie udaje już zasłony w oknie, a T-shirt nie robi z ciebie wersji demonstracyjnej człowieka. Dekolt przestaje być „niewiadomą” i staje się decyzją. I jest coś ujmującego w tym, że kobieta patrzy w lustro i zamiast negocjować z własnym odbiciem jak z trudnym klientem, po prostu myśli: „O, to ja”.

Po drugie: pewność siebie. Czasem włącza się jak światło po remoncie — nagle działa, a ty się dziwisz, że wcześniej siedziałaś w półmroku. Bo to nie zawsze jest o „większe jest lepsze”, tylko o tym, żeby wreszcie przestać mieć w głowie ten cichy, upierdliwy głosik: „może gdyby…”. Niektórym zabieg zamyka temat, który latami kręcił się jak piosenka w galerii handlowej — niby jej nie słuchasz, a jednak doprowadza do szału.

Minusy? O, proszę.

Po pierwsze: portfel. Po zabiegu wygląda jak po gwałtownym romansie z ratami. Klinika mówi „inwestycja”, ty mówisz „oho”, a konto mówi „żegnajcie, wakacje”. Po drugie: rekonwalescencja, czyli etap „delikatnie, spokojnie, nie szalej, oddychaj z umiarem”. Człowiek nagle odkrywa, ile w życiu jest ruchów, które robił bezmyślnie — a teraz wykonuje je jak saper na polu minowym. Spanie na brzuchu trafia do działu „legendy i opowieści dziadków”, sport przechodzi na tryb „negocjacje z grawitacją”, a biustonosz staje się projektem logistycznym z elementami geometrii.

Ale prawdziwy cyrk zaczyna się dopiero wtedy, kiedy do akcji wchodzi otoczenie. Bo społecznie to wygląda tak: ty robisz coś ze swoim ciałem, a ludzie zachowują się, jakbyś przestawiała pomnik w centrum miasta. Nagle każdy ma zdanie, a połowa ma jeszcze pretensje, że nie zasięgnęłaś ich opinii.

Ciocia na imieninach:

— Ja tam wolę naturalne.

Jasne, ciociu. Ja też wolę naturalne: naturalny spokój, naturalny brak wtrącania się i naturalne „to nie twoja sprawa”.

Kolega:

— Po co ci to?

Zawsze kocham to pytanie, bo ono brzmi, jakby kobieta musiała uzasadniać swoje decyzje rachunkiem ekonomicznym i wykresem z Excela. „Po co ci ładna sukienka? Po co ci perfumy? Po co ci wakacje? Po co ci cokolwiek poza kartoflami i obowiązkiem?”

Ktoś inny, z twarzą człowieka, który właśnie odkrył prawdę o wszechświecie:

— To nie rozwiąże twoich problemów.

Oczywiście, że nie. Implant nie spłaci kredytu, nie uleczy traumy i nie sprawi, że nagle przestaniesz mieć ochotę rzucić telefonem o ścianę po rozmowie z infolinią. Ale czasem nie chodzi o „rozwiązanie życia”, tylko o to, żeby przestać się szarpać z jednym elementem, który uwiera jak metka wszyta w duszę. I tyle.

A najlepszy jest mit, że kobieta „robi to dla siebie” i zaraz ktoś to mówi tonem, jakby „dla siebie” było przestępstwem. Bo przecież kobieta powinna robić rzeczy po coś: dla męża, dla dzieci, dla społeczeństwa, dla estetyki ogólnej. Dla siebie? No bez przesady, gdzie to tak, proszę pani. Jeszcze by się pani przyzwyczaiła.

Tu dochodzimy do crème de la crème: niezależnie od wyboru, zawsze przegrasz konkurs na „dobrą kobietę” w oczach kogoś. Jak zrobisz — powiedzą, że sztuczne. Jak nie zrobisz — że zaniedbane. Jak będziesz pewna siebie — że próżna. Jak nie będziesz — że zakompleksiona. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma twoje życie rozpisane lepiej od ciebie, mimo że własnego nie ogarnia nawet w wersji roboczej.

W ogóle zabawne, jak szybko ludzie zostają ekspertami. Wystarczy, że usłyszą słowo „implant”, i już mają doktorat z chirurgii, psychologii, moralności oraz życia innych. Gdyby tę energię przekierować na własne sprawy, połowa kraju miałaby ogarnięte relacje, finanse i cholesterol.

I jeszcze jedna rzecz: w tej dyskusji zawsze przewijają się dwa plemiona. Pierwsze: „natura jest święta” — zwykle mówią to osoby po trzecim farbowaniu, czwartym botoksie w czole albo piątej „naturalnej” suplementacji, ale spoko, nie czepiajmy się szczegółów. Drugie: „ulepszaj wszystko” — najchętniej zrobiliby człowieka jak telefon: wtyczka, aktualizacja, nowy model, a jak się nie podoba, to reset do ustawień fabrycznych. Oba plemiona łączy jedno: bezgraniczna wiara, że to one mają prawo decydować, co to znaczy „dobrze” u kogoś innego.

Tu pointa — brutalnie prosta, bez wstążki i bez kadzidła.

Możesz mieć biust mały, średni, monumentalny jak inwestycje miejskie albo w rozmiarze „to absolutnie nie wasza sprawa i proszę się rozejść”. I tak zawsze znajdzie się ktoś, kto poczuje misję cywilizacyjną, żeby powiedzieć ci, jak powinnaś wyglądać, żyć, myśleć i w którą stronę prowadzić własne ciało — jakby dostał powołanie z Ministerstwa Estetyki Narodowej. Jedni będą cię „ratować” przed operacją, bo ich zdaniem kobieta ma cierpieć naturalnie, elegancko i najlepiej w ciszy. Drudzy będą cię poganiać do zmian, bo przecież „da się zrobić lepiej”. A prawda jest taka, że twoje ciało nie jest projektem społecznym ani publicznym przetargiem na cudze wizje. To twoje terytorium. Z prawem wstępu wyłącznie dla tych, którym pozwolisz.

Dlatego jedyne sensowne wyjście brzmi: rób tak, żebyś to ty czuła się dobrze — nawet jeśli świat dostaje od tego tików nerwowych, wylewu w komentarzach i filozoficznej zadyszki. Reszta może sobie dalej regulować cudze życia z poziomu kanapy. Ich opinie mają dokładnie tyle mocy, co przycisk „mute” w telewizorze: działają tylko wtedy, kiedy sama dasz im pilota.

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Instrukcja obsługi, której nikt nie czyta, czyli o męskiej logice...

Męska logika to zjawisko, które — choć nie trafiło jeszcze do podręczników akademickich — funkcjonuje w przyrodzie równie stabilnie jak grawitacja. Występuje masowo, niezależnie od wieku, wykształcenia i miejsca zamieszkania. Można ją spotkać w kuchni, w garażu, przy naprawie klamki oraz wszędzie tam, gdzie ktoś wypowiada sakramentalne: „Ja się tym zajmę”.

Historie zebrane poniżej są wzięte z życia — częściowo z mojego, częściowo zasłyszane przy kawie, w kolejkach i na rodzinnych spotkaniach. Wszystkie zaczynają się od dobrze znanego zdania: „Nie uwierzysz, co on zrobił…”, a kończą wspólną refleksją: może to już nie przypadek, tylko system.


I. Piętnaście paczek szczęścia

Marek poszedł po zakupy. Ot, zwykłe wyjście: chleb, mleko, coś na kolację. Ale tym razem nie była to wyprawa przypadkowa — kilka dni wcześniej w sklepie zabrakło prażonych, solonych pestek z dyni. Tych właśnie. Tych, które obiecała kupić Anka, a których w Lidlu akurat wtedy „nie było”.

Dla Marka nie był to drobiazg. To była sprawa honoru. Misja naprawcza. Zadośćuczynienie światu, który bywa kapryśny i czasem pozbawia człowieka pestek w momencie, gdy są najbardziej potrzebne. Dlatego, gdy zobaczył je na półce — świecące triumfalnie, w pełnym komplecie — nie wahał się ani chwili.

Wrócił do domu w nastroju człowieka, który właśnie uratował sytuację na skalę strategiczną.

— Były — oznajmił z dumą, stawiając torby na podłodze.

— Co było? — zapytała Anka, nie odrywając wzroku od telefonu.

— Pestki z dyni. Prażone. Solone. Wziąłem piętnaście paczek.

Anka podniosła głowę powoli, jak ktoś, kto właśnie podejrzewa, że wchodzi w sytuację, której logikę trzeba będzie zrozumieć… albo od razu odpuścić.

— Otwieramy schronisko dla dzikiego ptactwa? — zapytała ostrożnie.

Marek spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem. Dla niego wszystko było oczywiste.

— Przecież ostatnio nie było. A teraz były.

I w tym jednym zdaniu zawarł całą filozofię. Skoro świat raz odmówił pestek, należało zabezpieczyć przyszłość. Na zapas. Na kryzys. Na wypadek globalnej katastrofy dyniowej.

Kilka dni później Anka usłyszała podobną historię od Ewy. Jej mąż wrócił do domu z pięcioma opakowaniami kaszy — mimo że nikt w domu jej nie jadał.

— Była — wyjaśnił z pełną powagą.

Argument nie do podważenia. Bo jeśli czegoś kiedyś „nie było”, a teraz „jest” — to grzechem byłoby tego nie kupić. W dużej ilości. Najlepiej hurtowo.

Niektórzy mówią, że to echo dawnych czasów niedoboru. Inni — że wrodzona potrzeba posiadania zapasów „na wszelki wypadek”. A może to po prostu specyficzny rodzaj miłości: do rzeczy rzadkich, potrzebnych, albo takich, które kiedyś się przydadzą.

Czasem tylko pozostaje pytanie — czy zapasy dotyczą wyłącznie pestek i kaszy… czy jednak można się tu dopatrzyć pewnego ryzyka… poligamicznego. 


II. Pranie w stanie oczekiwania

Magda poprosiła Tomka, żeby „ogarnął pranie”. Tomek przyjął zadanie z powagą i odpowiedzialnością, tak jak przyjmuje się misję ratunkową w filmach katastroficznych. Skinął głową, powiedział „spoko” i zniknął w łazience z miną człowieka, który wkracza w świat technologii na najwyższym poziomie.

Kilka godzin później Magda weszła do łazienki. Pralka była otwarta. W środku — mokre, zgniecione ubrania, wyglądające jak małe ofiary losu.

— Dlaczego pranie nie jest rozwieszone? — zapytała spokojnie, choć w środku już widziała nadchodzącą odpowiedź.

— Bo było wilgotne — odpowiedział Tomek tonem eksperta do spraw fizyki cieczy.

Magda odczekała chwilę, licząc do trzech. Bez skutku.

— Tomek… ono zawsze jest wilgotne.

— No tak, ale uznałem, że lepiej poczekać, aż podeschnie.

— Gdzie?

— W pralce. Tam jest bezpiecznie.

Magda spojrzała na niego tak, jak patrzy się na człowieka, który właśnie ogłosił, że rośliny najlepiej rosną w szafie, bo tam jest ciemno i spokojnie.

— Czyli… czekasz, aż wyschnie… w środku pralki? — upewniła się.

— No. Naturalnie.

Słowo „naturalnie” wybrzmiało jak pieczęć naukowej pewności.

Magda westchnęła. Uświadomiła sobie, że od dziś w ich domu istnieje nowa kategoria stanu skupienia: pranie w oczekiwaniu na los. Nie suche. Nie mokre. Zwyczajnie — kontemplujące swoją przyszłość.


III. Sikorka i teoria po fakcie

U Basi do mieszkania wleciała sikorka. Był chaos, bieganina, pies w stanie euforii i ptak w stanie histerii. Po długiej walce sytuacja została opanowana.

Wieczorem Basia opowiadała o wszystkim Pawłowi.

— A nie mogłaś zawiesić słoniny na sznurku? Albo widziałem na Discovery, jak takie pułapki na ptaki robili — zapytał po chwili namysłu.

Basia spojrzała na niego uważnie.

— Ja w tym czasie miałam w ręce ścierę, a w mieszkaniu psa ważącego pięćdziesiąt kilo. — Basi opadło wszystko, co mogło opaść… Pomyślała tylko: No tak — zapomniałam, że ukończyłam kurs dla zaawansowanych z budowy pułapek na sikorki. A słoninę, rzecz jasna, miałam sobie wykroić z grzbietu i wieszać na sznurze, oczywiście wcześniej podwędziwszy w kieszonkowej wędzarni, żeby aromat był kuszący. 

Paweł zaproponował rozwiązanie idealne. Spóźnione, teoretyczne i wymagające zasobów, których nikt nie posiadał. Ale w jego głowie było bezbłędne.


IV. Dziura, czyli kwestia perspektywy

Asia prowadziła samochód. Wjechała w dziurę.

— No nie możesz ich jakoś omijać? — rzucił Bartek. — Dziecko się poobija.

Kilka dni później role się odwróciły. Bartek prowadził. Ta sama droga. Ta sama dziura.

— Ku…! — zaklął. — Za co my te podatki płacimy?! Same dziury!

Asia spojrzała przez okno. Dziura wyglądała dokładnie tak samo jak wcześniej. Zmienił się tylko kierowca.


V. Skrót, który zna drogę

Piotr nie lubił nawigacji. Uważał ją za oznakę słabości charakteru. Jechał na pamięć.

— Tu skręcimy — powiedział z przekonaniem.

— Ale GPS pokazuje prosto — zauważyła Karolina.

— Wiem lepiej. To skrót.

Skrót prowadził przez osiedla, lasy i drogę, która nagle się kończyła. Po czterdziestu minutach Piotr westchnął.

— No dobra… sprawdźmy mapę.

Okazało się, że pierwotna trasa była krótsza i jedyna sensowna.

— Przynajmniej się przewietrzyliśmy — podsumował Piotr.

Karolina nie odpowiedziała. Zapisała tę historię w pamięci. Do opowiadania innym.


VI. Złota rączka i śrubka metafizyczna

Historia zasłyszana na imieninach, przy stole, gdy ktoś jeszcze dolewał herbaty, a ktoś inny już dolewał prawdy.

U Hanki zepsuła się klamka. Ot, drobiazg — lekko się ruszała, ale działała. Hanka wspomniała o tym mimochodem.

— Spokojnie — powiedział jej mąż, Wojtek. — Ja się tym zajmę.

To zdanie w męskiej logice oznacza: nie ruszaj, nie pytaj i najlepiej zapomnij.

Przez pierwszy tydzień klamka była „w trakcie”. Przez drugi — „zaraz”. W trzecim Wojtek przyniósł skrzynkę z narzędziami, położył ją na środku przedpokoju i otworzył jak relikwiarz.

— Masz śrubokręt? — zapytała Hanka.

— Ciii… — uciszył ją. — Najpierw muszę zrozumieć mechanizm.

Klamka została rozkręcona. Potem jeszcze bardziej rozkręcona. Następnie rozłożona na elementy pierwsze. Po godzinie na podłodze leżało siedem śrubek, z czego pięć było „na pewno ważnych”, a dwie „chyba zapasowe”.

— A ta? — zapytała Hanka, podnosząc jedną.

— Odłóż. Nie wiemy jeszcze, do czego służy.

Po trzech godzinach klamka przestała istnieć. Został otwór w drzwiach i filozoficzna cisza.

— Trzeba będzie kupić nową — stwierdził Wojtek w końcu.

— Ale przecież mówiłeś, że się tym zajmiesz — przypomniała Hanka.

— No zająłem się — odpowiedział spokojnie. — Teraz już wiemy, że była zepsuta.

Nowa klamka została kupiona po tygodniu. Stara… nigdy nie wróciła do formy. Śrubka metafizyczna do dziś leży w szufladzie „na wszelki wypadek”.


VII. Ja tylko sprawdzę wynik

Historia zasłyszana w kolejce do lekarza, gdzie ludzie dzielą się życiem szybciej niż numerkami.

Ela poprosiła Pawła, żeby „na chwilę” przypilnował dziecka. Paweł przyjął zadanie z pełną odpowiedzialnością i usiadł na kanapie.

— Ja tylko sprawdzę wynik — powiedział, sięgając po telefon.

Minęła minuta. Potem pięć. Potem dwadzieścia. W tym czasie dziecko zdążyło: zjeść pół kredki, rozlać sok, wejść na stół, zdobyć kota.

Ela wróciła do pokoju i zobaczyła Pawła w stanie sportowego skupienia.

— Paweł! — zawołała.

— Cicho! Doliczają czas! — syknął.

— A dziecko?

— Jest. Przecież słyszę.

I faktycznie — słychać było. Z kuchni. Coś się tłukło.


VIII. Pilot, który żyje własnym życiem

Opowieść powtarzana w kilku domach, zawsze z tym samym finałem.

— Widziałeś pilota? — pytała Kasia.

— Leżał tu — odpowiedział Michał, wskazując przestrzeń.

— Gdzie dokładnie?

— No… tu.

Pilot zniknął. Przeszukano kanapę, poduszki, stół, lodówkę (profilaktycznie). Nic.

— Na pewno go nie ruszałem — stwierdził Michał.

Po godzinie pilot został odnaleziony: pod mężczyzną, na kanapie, dokładnie tam, gdzie siedział przez cały czas.

— A, no proszę — powiedział Michał. — Sam się przesunął.

Pilot został uznany za byt autonomiczny.


IX. To się samo zrobi

Ostatnia historia krążyła po rodzinnych spotkaniach jak legenda.

— Zrobisz obiad? — zapytała Marta.

— Jasne — odpowiedział Adam. — To proste.

Adam wyjął makaron, postawił garnek na kuchence i… wyszedł z kuchni.

Po pół godzinie Marta zajrzała do środka. Garnek był pusty. Woda nie zagotowana. Makaron nadal suchy.

— Co robisz? — zapytała.

— Czekam — odpowiedział Adam.

— Na co?

— Aż się zagotuje.

— Woda?

— No.

— Adam… nie włączyłeś palnika.

Adam spojrzał na kuchenkę, potem na garnek, potem na Martę.

— Aaa… myślałem, że to się samo zrobi.

I w ten sposób odkryto, że męska logika zakłada istnienie sił wyższych w kuchni.


Aneks naukowy, czyli dlaczego oni tacy są...

Badania, których nikt nie przeprowadził, ale wszyscy znamy ich wyniki, dowodzą, że logika męska i damska ewoluowały w zupełnie innych warunkach. Samiec pierwotny podejmował decyzje szybko, bez konsultacji i bez instrukcji — najlepiej z maczugą w ręku.

Stąd do dziś:

jeśli coś może się przydać, należy to kupić w nadmiarze,

jeśli coś wydaje się skrótem, należy nim jechać,

jeśli coś jest mokre, trzeba poczekać,

a jeśli coś działa, nie wolno czytać instrukcji.

Logika damska rozwijała się równolegle, w trosce o przetrwanie stada, porządek w jaskini i to, by nikt nie jadł rzeczy „ładnych, ale trujących”. I choć zderzenie tych dwóch światów bywa męczące, jedno jest pewne: bez męskiej logiki świat byłby bardziej przewidywalny — ale zdecydowanie mniej zabawny. A tak? Mamy życie pełne anegdot, śrubek „na wszelki wypadek” i skrótów, które prowadzą donikąd. A jeśli ktoś twierdzi, że to wszystko nie ma sensu… cóż — najwyraźniej po prostu nie zrozumiał zaawansowanych zasad męskiej logiki.

piątek, 2 stycznia 2026

Tam, gdzie różnica staje się mostem - opowieść, która nie pyta o metrykę...

Miała czterdzieści pięć lat i ten rodzaj urody, który dojrzewa jak wino — nie krzyczy, lecz zostaje w pamięci. W jej ruchach była pewność, w spojrzeniu – ciepło połączone z ironią. Nauczyła się żyć w zgodzie ze sobą, a przynajmniej tak lubiła o sobie myśleć. Do czasu, gdy do jej życia wszedł on — dwudziestodziewięcioletni Michał, z niefrasobliwością w uśmiechu i niepokojem w oczach.

Poznali się w bibliotece, przy półce z kryminałami. On sięgał po książkę, ona już ją trzymała. Przez sekundę ich dłonie dotknęły grzbietu okładki, jakby przypadek miał własne poczucie humoru.

— Proszę — powiedziała, oddając mu tom.

— A może… przeczytamy ją razem? — odparł z uśmiechem, który wyraźnie nie należał do świata grzecznych konwenansów.

Pomyślała: odważny.

Pomyślała też: młody.

A potem — ku własnemu zdziwieniu — zgodziła się na kawę.

Już przy pierwszym spotkaniu wyczuła między nimi iskrę — nie tę krzykliwą, lecz jak napięcie w powietrzu przed burzą. On mówił szybko, z pasją, czasem przerywał sam sobie, jakby życie biegło szybciej niż jego zdania. Ona słuchała, jak ktoś, kto widział już kilka końców świata i wie, że większość z nich okazuje się tylko początkiem czegoś nowego.

— Wiesz, że ludzie pomyślą, że jestem twoją ciotką? — rzuciła półżartem.

— Niech myślą, co chcą. Ja wiem, kim jesteś — odpowiedział bez zawahania.

Coś w niej drgnęło...

Miasto mówiło różnymi głosami.

W kawiarni przy stoliku obok ktoś szeptał, ktoś się domyślał, ktoś dopowiadał brakujące wersy. A jednak oni uczyli się od siebie nawzajem: ona — jego świeżości, on — jej spokoju. Śmiali się z drobnych różnic: ona pamiętała kasety VHS, on dorastał ze smartfonem w dłoni. Ona mówiła: „kiedyś”, on — „kiedy będziemy”.

Bywały sytuacje absurdalnie zabawne. Kelnerka spytała kiedyś Michała:

— Dla mamy latte, tak?

Odpowiedział spokojnie:

— Dla mojej partnerki. I proszę dwa espresso. Będziemy potrzebować energii.

Zamilkła. A oni parsknęli śmiechem jak dzieci uciekające przed deszczem.

A jednak nocą, kiedy gasły światła i zostawała tylko cisza, rodziły się pytania.

Czy pewnego dnia on zatęskni za kimś „w swoim wieku”?

Czy ona zdoła nie liczyć lat jak kroków w stronę przepaści?

Czy ich historia to lot… czy spadochron?

— Boję się — powiedziała któregoś wieczoru, bardziej do siebie niż do niego.

— Ja też — odpowiedział szczerze. — Ale bardziej boję się życia, w którym cię nie ma.

Nie obiecywał jej wieczności — obiecywał obecność. I to było więcej warte.


Pewnego wrześniowego wieczoru wyjechali nad morze. Po sezonie plaża była pusta, wiatr niósł smak soli i dawne historie. Słońce topiło się w horyzoncie, a fale podchodziły do ich stóp z uporem kogoś, kto nie chce odejść.

— Wiesz — powiedział — kiedy jesteś obok, czas nie znika. On po prostu przestaje mnie gonić.

Chciała odpowiedzieć czymś mądrym, „na miarę swoich lat”. A wyszło tylko:

— Kocham cię...

Zostali na tej plaży dłużej, niż pozwalała logika. Rozmawiali o drobiazgach, o marzeniach, o lękach, które przestawały być straszne, kiedy wypowiadało się je na głos. Noc pachniała obietnicą.


Kilka tygodni później życie postanowiło ich sprawdzić.

Dostał propozycję pracy za granicą. Wielki projekt, wielka szansa, słowo „kariera” błyszczało jak neon.

Ona słuchała w milczeniu.

— Jeśli wyjedziesz — powiedziała spokojnie — zrozumiem. Nie wolno nam wiązać sobie skrzydeł.

— A jeśli zostanę? — zapytał.

Zamilkła. Bała się, że każde „zostań” zabrzmi jak klatka.

— Wtedy… zostań dla siebie — wyszeptała.

Tej nocy długo nie spał. Przewracał przyszłość w dłoniach jak kamień, który nagle stał się cięższy. Nad ranem podjął decyzję.


W niedzielę pojechali na wzgórze za miastem — to samo, na które kiedyś chodzili „oddychać dalej, kiedy świat był za ciasny”. Wiatr pachniał trawą i zapowiedzią deszczu.

— Odmówiłem — powiedział cicho.

Spojrzała na niego długo. Nie triumfalnie. Nie z ulgą. Z czułością, która bolała.

— Dlaczego? — zapytała.

— Bo po raz pierwszy w życiu czuję, że nie muszę uciekać, żeby iść naprzód — odparł. — A ty… jesteś moim kierunkiem, nie kotwicą.

Jej oczy wypełniły się łzami — jasnymi jak rzeka po roztopach. Usiedli obok siebie. Jego dłoń w jej dłoni. Prosto. Pewnie. Jak dom.


Z czasem świat przestał komentować.

Przyzwyczaił się. Albo odpuścił. A może po prostu zrozumiał, że tej historii nie da się zmierzyć ani numerem PESEL, ani cudzym oczekiwaniem.

Ich codzienność nie potrzebowała wielkich deklaracji. Była w porannej kawie. W jesiennych spacerach. W ciszy, która nie bolała, lecz koiła.

Pewnego wieczoru siedzieli na balkonie, patrząc na dachy rozświetlone ciepłym światłem. Ona położyła głowę na jego ramieniu.

— Myślisz… że to potrwa? — spytała półgłosem, bardziej z czułej obawy niż z wątpliwości. To nie było pytanie o gwarancję. To było pytanie o nadzieję.

— To już trwa — odpowiedział. — A reszta… jest naszym wspólnym jutrem.

I to wystarczyło.

Bo nie każda miłość musi obiecywać „na zawsze”. Niektóre trwają w zupełnie inny sposób — w dotyku dłoni, wspólnym milczeniu, w oddechu wieczoru, który pamięta ich obecność.

Niektóre miłości po prostu się dzieją — intensywnie, prawdziwie, z pełnym zaangażowaniem — i w tym właśnie jest ich piękno: w zgodzie na to, że tu i teraz potrafi być całym światem.

środa, 31 grudnia 2025

Nowy rok, nowa ja… ale na razie zjem ciasto i pomyślę o tym jutro...

Dobrze - skoro mamy być szczerzy, to zróbmy to naprawdę „po bożemu”, czyli z ironią, dystansem i lekkim westchnieniem w stylu: „No trudno, żyjemy dalej”. Koniec roku znowu nadszedł… absolutnie punktualnie, jak zawsze - w przeciwieństwie do nas, spóźnionych od dobrych kilku lat. I tradycyjnie zaczyna się wielkie rozliczanie wszechświata: „Co osiągnęłaś?”, „Jak bardzo się rozwinąłeś?”, „Czy wreszcie stałaś się wersją premium?”. Spokojnie. Jeśli udało ci się w tym roku nie wcisnąć „drzemka” po raz piąty - to już jest medal olimpijski w kategorii „Przetrwanie”.

Bo prawda jest taka, że nikt nas z niczego nie rozlicza. Naprawdę - nie istnieje kosmiczna komisja kontrolująca poziom spełnienia celów. Żaden urzędnik nie wyśle pisma o treści: „Informujemy, że do końca kwartału musi Pani poprawić swoje życie emocjonalne oraz zacząć pić zielone koktajle”. Jedynym inspektorem jest nasz wewnętrzny krytyk - sfrustrowany pracownik działu kontroli jakości, który już dawno powinien dostać wypowiedzenie i kartę podarunkową do spa.

A ta cała noworoczna napinka? Ten doroczny maraton samodoskonalenia? Cóż za piękna tradycja społeczna. Jedni kupują karnet na siłownię, żeby przez dwa tygodnie robił za brelok do kluczy. Inni piszą listę postanowień dłuższą niż regulamin banku. Jeszcze inni zapowiadają, że „od nowego roku będą spokojni, uważni i obecni”, po czym wybuchają, bo makaron gotował się o dwie minuty za długo. I wszyscy udają, że to jest duchowa transformacja, a nie komedia obyczajowa.

Rozsądek na koniec roku? Tak - ale taki, co patrzy na nas i mówi: „Dziecko drogie, czasami największym sukcesem jest po prostu przeżyć dzień bez robienia zbędnej dramy”. Możesz niczego nie podsumowywać. Możesz zjeść ciasto, wypić wino i nie analizować, czy okruszki symbolizują twoje nieprzepracowane emocje. To jest dojrzałość - „deluxe edition”.

A kochanie siebie? Bez połyskujących sloganów i cytatów na tle morza. Czasem wygląda tak: „Tak, obiecałam, że będę medytować codziennie, a medytuję głównie nad tym, co zjeść na kolację - i jakoś funkcjonuję”. Czasem - tak: „Tak, powiedziałam, że przestanę przejmować się opiniami ludzi, ale po pięciu minutach znów analizuję, czy kasjerka w sklepie patrzyła na mnie oceniająco”. Trudno. Jesteśmy ludźmi. A ludziom wolno być niedoskonałymi.

Dodajmy jeszcze jeden wątek - ten o „odkryciach duchowych”. Co roku obiecujemy sobie „złapać balans”, „zadbać o energię”, „słuchać intuicji” - po czym kończymy scrollując Internet o 2:30 w nocy, zastanawiając się, czy przypadkiem nie kupić nowej rośliny w doniczce, która rozwiąże wszystkie nasze problemy egzystencjalne. Spoiler: nie rozwiąże. Ale przynajmniej będzie ładniej w pokoju.

Więc dobrze, stary roku - dziękujemy za lekcje, chaos, wątpliwe decyzje, małe zwycięstwa i wielkie wpadki. Przetrwaliśmy - czasem pięknie, czasem w trybie „byle do weekendu”. A w nowy rok wejdźmy bez patosu - z humorem, sarkazmem, przymrużeniem oka i z tą kojącą świadomością, że życie nie jest konkursem, projektem ani raportem do złożenia… tylko spektaklem, w którym najlepiej grać swoją rolę tak, by czasem móc zejść ze sceny do bufetu i zjeść coś dobrego bez wyrzutów sumienia.

Bo jeśli mamy już coś postanawiać - to tylko tyle: mniej presji, więcej dystansu i trochę więcej czułości dla tego niedoskonałego człowieka, którym codziennie jesteśmy.