sobota, 31 października 2026

Jesień - romans z kaloryferem i wujek Zenek na parkiecie...

Od jakiegoś czasu wszystkie żywe istoty, z którymi mam wątpliwą przyjemność stykać się podczas codziennej walki o przetrwanie, zgodnym chórem obwieszczają, że jesień jest do bani. Wieje, leje, zimno, ciemno, a człowiekowi pozostaje jedynie rozejrzeć się za jakąś przydrożną topolą, zaopatrzyć w solidny sznur i oddać swoje umęczone jestestwo na pastwę wichru. Ten zaś, nie mając najwyraźniej nic pilniejszego do roboty, wywijałby nami na prawo i lewo niczym wujek Zenek ciotką Ziutą na weselu kuzynki Jadwini. Kto miał okazję oglądać wujka Zenka po spożyciu trunku nielichej mocy, ten wie, że prawa fizyki są dla niego jedynie luźną sugestią, a ciotka Ziuta podczas weselnych pląsów nie tyle tańczyła, ile usiłowała utrzymać kontakt z podłożem. Z różnym skutkiem, dodam.

I tak oto, sponiewierani jesienną aurą, opadamy w końcu na glebę naszej planety, przekonani, że do wiosny pozostało nam już tylko wegetować, wzdychać i od czasu do czasu sprawdzać, czy przypadkiem nie wyrosły nam korzenie.

A ja się pytam: czy ta biedna jesień naprawdę zasłużyła sobie na taką zbiorową nagonkę?

Kiedyś pod jednym z moich tekstów pewna cudownie pojechana babina zamieściła komentarz, który wprawił mnie w stan niemalże jesiennej euforii. Pozwolę sobie przytoczyć jej wywód, licząc, że autorka nie zaciągnie mnie przed oblicze wymiaru sprawiedliwości za bezprawną dystrybucję myśli, które tak swobodnie wydostały się z jej równie swobodnych połączeń mózgowych.

"Moja droga, właśnie rozpoczęła się moja ulubiona pora roku! Jest cudownie, chociaż wciąż zbyt dużo słońca, ale jestem cierpliwa... to najcudowniejszy czas, kiedy po wejściu do domu czujesz to obejmujące cię ciepło, kiedy bez zbędnych tłumaczeń zaszywasz się w ukochanym fotelu z kubkiem gorącej czekolady w ręku, i możesz nosić ogromniaste swetry i te papucie z uszami królika, i te fajne rękawiczki z perłowymi koralikami, i traperki (moje ukochane, tęskniłam od marca). Auuu... naprawdę jest super!!!!!"

No i powiedzcie sami, czyż nie ma w tym jakiejś magii?

Wszak jesień, moi drodzy, ma swoje niezaprzeczalne zalety. Można bez najmniejszych wyrzutów sumienia prowadzić namiętny romans z kaloryferem, a jeśli ktoś jest szczęśliwym posiadaczem kominka, to już w ogóle może sobie pozwolić na miłosne uniesienia z prawdziwym ogniem. Można zaszyć się pod kocem tak skutecznie, że nawet domownicy zaczną się zastanawiać, czy przypadkiem nie wyprowadziłyśmy się po cichu. Można wreszcie paradować po mieszkaniu w wielkim, rozciągniętym swetrze, którego fason skutecznie uniemożliwia ustalenie, gdzie kończy się człowiek, a zaczyna mebel. I nikomu nic do tego!

Do tego gorąca czekolada, grzane wino i wszelkiej maści plusze, które kuszą miękkością, otulają człowieka i nie zgłaszają pretensji o to, że znowu siedzi z książką zamiast zająć się czymś pożytecznym.

Już słyszę jednak głosy oburzenia...

- Z czego tu się, durna babo, cieszyć, kiedy człowiek na ten przykład sam w tej chałupie siedzi?! Męskiej piersi włochatej brak! Damskiej niewłochatej też nie uświadczysz! Nie ma do kogo gęby otworzyć, nie ma się do kogo przytulić, a kaloryfer, choćby najgorętszy, na pytanie „Kochasz mnie?” odpowiada co najwyżej podejrzanym bulgotaniem!

No fakt. Trudno z tym polemizować.

Nie samym pluszem człowiek żyje, a związek z urządzeniem grzewczym, jakkolwiek obiecujący pod względem temperatury uczuć, ma jednak pewne ograniczenia. Zwłaszcza gdy przychodzi rachunek za ogrzewanie. Wtedy nawet najgorętszy romans potrafi gwałtownie ostygnąć.

Ale jest na tym świecie pewien osobnik, którego towarzystwo mamy zagwarantowane dożywotnio. Osobnik ten zna wszystkie nasze wady, widział nas w stanie, w którym nawet własna matka mogłaby zażądać okazania dowodu osobistego, i doskonale wie, ile naprawdę zjadłyśmy wczoraj czekolady. A mimo to nadal z nami mieszka.

Wystarczy podejść do lustra.

Oczywiście nie twierdzę, że należy od razu rzucać się swojemu odbiciu na szyję, gdyż można sobie przy tym wybić zęby, a stomatologia, jak wiadomo, nie sprzyja pogłębianiu miłości do życia. Warto jednak od czasu do czasu spojrzeć na tę znajomą gębę z odrobiną sympatii. Bez wytykania zmarszczek, liczenia kilogramów oraz przypominania wszystkich życiowych kompromitacji, których nawet po trzech kieliszkach wina nie da się uznać za przejaw błyskotliwości.

Bo jeśli sami ze sobą nie potrafimy wytrzymać, to dlaczego oczekujemy, że ktoś inny będzie tym faktem zachwycony?

A kiedy już nauczymy się lubić własne towarzystwo, może pojawi się ktoś, z kim zechcemy dzielić koc. I nie będziemy musieli rozpaczliwie szukać drugiej połowy, jakbyśmy od urodzenia byli jakimś wybrakowanym egzemplarzem człowieka, któremu podczas montażu zabrakło paru istotnych części.
Choć z tym dzieleniem koca radzę uważać. Miłość miłością, ale zimne stopy potrafią wystawić na próbę nawet najbardziej wzniosłe uczucia.

A póki co niech sobie wieje. Niech sobie leje. Jesień ma prawo do własnych humorów, podobnie jak my. Ja tam zamierzam korzystać z jej uroków, ile wlezie, a gdy dopadnie mnie chwilowe osłabienie miłości do własnej osoby, zawsze mogę sięgnąć po kubełek grzanego wina. Byle nie w ilościach, które uczyniły z wujka Zenka legendę rodzinnych wesel. 😉

Trzymcie się pluszowo! 

środa, 28 października 2026

Rozum trzyma się drogi, wyobraźnia właśnie zwinęła asfalt, czyli o tym, dlaczego nie warto przechodzić przez życie po linijce...

Od dziecka tresuje się nas na ludzi liniowych. Tu punkt A, tam punkt B, a pomiędzy nimi wyznaczona trasa, z której nie wypada zbaczać, choćby w przydrożnych krzakach rozdawali drugie życia. Mamy funkcjonować jak paczka kurierska: nadano, przetransportowano, zeskanowano, doręczono.

Logika bardzo taki porządek szanuje. Ma długopis na smyczy, segregator z przekładkami i wewnętrznego pana z urzędu, który na każdy pomysł odpowiada: „Brakuje pieczątki”. Zanim pozwoli człowiekowi ruszyć, żąda kosztorysu, prognozy pogody i pisemnego zapewnienia, że nikt nie zrobi z siebie idioty. Jakby robienie z siebie idioty nie było czasem jedyną drogą do zrobienia czegokolwiek ciekawego.

Wyobraźnia żadnych dokumentów nie posiada. Przychodzi w jednym bucie, z drabiną pod pachą i pyta, czy punkt B koniecznie musi znajdować się na ziemi. Następnie bierze rzeczywistość za kołnierz, potrząsa nią jak automatem, który pożarł monetę, i sprawdza, co jeszcze z niej wypadnie. Czasem pomysł. Czasem katastrofa. A czasem pomysł tak dobry, że katastrofa grzecznie siada w kącie i robi notatki.

Nie należy oczywiście wyrzucać logiki przez okno. Ktoś przecież musi sprawdzić, czy okno jest otwarte i na którym jesteśmy piętrze. Ale powierzenie jej pełnej władzy przypomina mianowanie kalkulatora ministrem marzeń - wszystko będzie się zgadzało, tylko żyć nie będzie się chciało.

Niech więc logika pilnuje, żebyśmy nie wpadli pod autobus, a wyobraźnia - żebyśmy nie spędzili całego życia na przystanku.

Punkt B nie ucieknie. Jest punktem. Nie ma nóg. Może sobie postać. 😉

niedziela, 25 października 2026

W ramionach hipotonii, czyli jak sobie zrobić dobrze dezodorantem do stóp…

Niskie ciśnienie to moja osobista zmora, z którą od lat prowadzę nierówną walkę. Nierówną, bo przeciwnik regularnie powala mnie na łopatki, a potem jeszcze przygniata ciśnieniem atmosferycznym, żeby mieć pewność, że nie wstanę. Czasami bywa zabawnie, czasami mniej zabawnie, a czasami mam ochotę przegryźć pierwszy lepszy kabel nasycony uporządkowanym strumieniem elektronów, licząc na to, że niewielkie spięcie postawi mnie wreszcie na nogi. Niestety istnieje ryzyko, że zamiast odzyskać wigor, zacznę świecić w ciemności albo całkiem zakończę współpracę z zakładem energetycznym.

Kto nigdy nie miał problemów z niskim ciśnieniem, ten nie zrozumie, jak wygląda żywot takiego niepostymulowanego boroka. Człowiek niby żyje, ale bez przekonania. Serce pracuje na pół etatu, mózg przebywa na bezpłatnym urlopie, a krew najwyraźniej uznała, że nie będzie się tak bez sensu szwendać po organizmie, skoro można spokojnie poleżeć w żyłach.

Z przeszłości pamiętam zatroskane postawy społeczne zamknięte w ludzkich ciałach, które miały wątpliwą przyjemność spać ze mną w jednym pomieszczeniu. Otóż zdarzało się, że budziłam uzasadnione podejrzenia o zejście z tego świata. Podobno podczas snu nie dawałam żadnych oznak życia, nie ruszałam się i oddychałam tak dyskretnie, jakbym nie chciała przeszkadzać pozostałym narządom w odpoczynku. Co bardziej troskliwe jednostki podchodziły więc do mnie, nasłuchiwały, po czym zaczynały obszarpywać moje jestestwo błąkające się akurat po innych wymiarach. Budziłam się z pretensjami, a oni z ulgą, że nie trzeba organizować pogrzebu. Osobiście uważam, że człowiek powinien mieć prawo do spokojnego wyglądania na nieboszczyka we własnym łóżku.

Najgorzej jest rano. Budzik dzwoni, świat się budzi, ptaszki ćwierkają, a ja leżę i zastanawiam się, czy rzeczywiście muszę uczestniczyć w tym całym przedsięwzięciu zwanym życiem. Samo uniesienie powieki wymaga wysiłku porównywalnego z przesuwaniem szafy trzydrzwiowej, nie mówiąc już o opuszczeniu łóżka, które w takich chwilach jawi mi się jako jedyne rozsądne miejsce pobytu na naszej planecie. Zanim wykonam pierwszy świadomy ruch, muszę się odpowiednio nafutrować kofeiną, żeń-szeniami i innymi wynalazkami, które mają przekonać moje zwłoki do podjęcia działalności gospodarczej pod nazwą „Życie codzienne”. Bywa jednak, że nawet po takiej kuracji mój mózg pracuje na częstotliwości, której nie obsługują już żadne współczesne urządzenia.

Właśnie w takim stanie użyłam kiedyś dezodorantu do stóp w charakterze odżywki do włosów. Nie wiem, czy poprawiło to kondycję fryzury, ale przynajmniej miałam pewność, że przez najbliższe kilkanaście godzin nie dostanę grzybicy skóry głowy. Opamiętanie przyszło oczywiście z opóźnieniem, kiedy szkody zostały już poczynione, a ja z dumą mogłam stwierdzić, że jestem prawdopodobnie jedyną kobietą w okolicy, której włosy nadają się do noszenia w przepoconych adidasach.

Wiecznie też czegoś szukam. Okularów, telefonu, kluczy i innych dupereli. Przemieszczam się po domostwie jak owca z uszkodzonym błędnikiem i sklerozą gigantem, która poszukuje trawy na wyścielonych trawą halach. Potrafię wejść do kuchni, zapomnieć, po co przyszłam, wrócić do pokoju, przypomnieć sobie, ponownie wejść do kuchni i znów zapomnieć. Po trzeciej takiej wycieczce zaczynam podejrzewać, że nie chodziło mi o nic konkretnego, tylko organizm próbuje mnie zmusić do aktywności fizycznej metodą oszustwa.

Niestety, niezależnie od tego, czy jestem przytomna, półprzytomna, czy jedynie sprawiam wrażenie osoby, której jeszcze nie wystawiono aktu zgonu, muszę się również stawiać w robocie. A tam nie ma zmiłuj! Dopada mnie horda wysokociśnieniowych, nadpobudliwych osobników żądnych interakcji pełną gębą. Wszyscy czegoś chcą, wszyscy dokądś pędzą, wszyscy mają do mnie sprawy wymagające natychmiastowego załatwienia, jakby od mojej odpowiedzi zależały losy cywilizacji. Niektórzy produkują tyle energii, że gdyby podłączyć ich do krajowej sieci, elektrownie mogłyby spokojnie ogłosić miesięczny urlop. Ja natomiast próbuję ustalić, czy moje serce wykonało już dzisiaj przewidzianą normę uderzeń, czy dopiero zbiera się do roboty.

Jakoś jednak ogarniam ten cyrk i czasami dochodzę nawet do wniosku, że może to dobrze, iż jestem takim lekko trzepniętym egzemplarzem, bo spora część bodźców zwyczajnie do mnie nie dociera. Siedzę więc, szczerzę zęby, od czasu do czasu kopię się dyskretnie po kostkach i udaję osobę w pełni kompatybilną z otaczającą rzeczywistością. Gdyby ktoś zajrzał mi wtedy do głowy, zobaczyłby zapewne małego człowieczka leżącego na hamaku z kartką „Nie przeszkadzać. Trwa aktualizacja systemu”. 
Rzeczywistość dociera do mnie jak przez szybę albo gigantyczną ścianę skonstruowaną z galaretki owocowej. Widzę, że ludzie poruszają ustami, słyszę jakieś dźwięki, nawet przytakuję z przekonaniem, ale mój umysł przetwarza to wszystko z prędkością urzędnika, któremu pięć minut temu skończyły się godziny przyjęć interesantów. Coraz częściej rozważam więc obrabowanie jakiejś nielegalnej fabryki produkującej dopalacze. Oczywiście wyłącznie w celach naukowych. Chciałabym sprawdzić, czy istnieje substancja, po której człowiek jest w stanie normalnie funkcjonować bez konieczności wcześniejszego odprawienia egzorcyzmów nad własnym układem krążenia.

Co ciekawe, jedynym sprawdzonym sposobem przywrócenia mnie do świata żywych jest intensywny ruch. Ale nie jakieś tam machanie nóżką przy otwartym oknie czy spacer wokół osiedlowego śmietnika. Muszę się porządnie zmęczyć, niemal do stanu, w którym trzeba mnie zdrapywać z podłogi szpachelką. Wtedy dzieje się cud! Serce nagle przypomina sobie o swoich obowiązkach, krew rusza z kopyta, a ja dostaję takiego wigoru, że mogłabym latać na miotle bez napędu mechanicznego, wyprzedzając po drodze gołębie i nisko przelatujące samoloty. Niestety następnego dnia, jeśli biometr niekorzystny, cała zabawa zaczyna się od początku. Wstaję, a właściwie podejmuję rozpaczliwą próbę odklejenia się od materaca, i czuję, jak moje ciało powoli przechodzi w stan skupienia właściwy budyniowi.

I nie proponujcie mi tutaj wstawania o piątej rano, żeby przed robotą przebiec maraton na golasa, a potem wziąć lodowaty prysznic i z uśmiechem powitać nowy dzień. Aż taką masochistką nie jestem! O piątej rano moje narządy wewnętrzne jeszcze śpią, a próba zmuszenia ich do aktywności mogłaby się skończyć zbiorowym wypowiedzeniem umowy o pracę. Poza tym bieganie nago o świcie mogłoby doprowadzić do interwencji policji, a ja naprawdę nie mam siły uciekać przed radiowozem.

Nie działają również popularne porady, żebym się z kimś pokłóciła, porządnie wkurzyła albo znalazła sobie powód do irytacji. Próbowałam. Mój organizm w stanie niskociśnieniowej zapaści jest emocjonalnie porównywalny z kisielem pozostawionym na parapecie. Można mnie obrażać, prowokować i straszyć końcem świata, a ja co najwyżej zapytam, czy to będzie koniec przed obiadem, czy po, bo chciałabym jeszcze zdążyć się zdrzemnąć. Nawet perspektywa awantury wymaga ode mnie energii, której zwyczajnie nie posiadam.

Dlatego zwracam się z apelem do wszystkich niskociśnieniowców oraz tych, którzy znają jakieś skuteczne sposoby na uruchomienie człowieka bez konieczności pakowania w siebie połowy asortymentu apteki. Podzielcie się wiedzą, zanim zacznę poważnie rozważać zakup defibrylatora do użytku domowego. A gdybyście kiedyś zobaczyli mnie leżącą nieruchomo i wpatrzoną w sufit, nie wpadajcie od razu w panikę. Nie wzywajcie zakładu pogrzebowego, nie sprawdzajcie testamentu i pod żadnym pozorem nie dzielcie się moimi rzeczami. Ja najprawdopodobniej jeszcze żyję. ;)

środa, 21 października 2026

Żołądź to nie fotel, czyli o sztuce czekania, aż życie zrobi coś za nas...

Jedni patrzą na żołędzie i widzą w nich początek dębu, inni zaś dostrzegają przede wszystkim całkiem poręczny pretekst, żeby usiąść i poczekać, aż natura, los i może jeszcze ktoś bardziej przedsiębiorczy wykonają za nich resztę roboty.

Siadają więc na nim metaforycznie, poprawiają kołnierzyk nadziei i czekają, aż życie zrobi swoje. A życie, jak to życie, nie zawsze jest zatrudnione w dziale spełniania cudzych oczekiwań. Czasem ma wolne. Czasem jest na L4. A czasem patrzy na człowieka siedzącego na żołędziu i samo nie bardzo wie, czego ten człowiek właściwie od niego chce.

Owszem, z żołędzia może wyrosnąć dąb. Tylko że to trochę potrwa. I nie ma żadnej gwarancji, że kiedy drzewo osiągnie imponujące rozmiary, my nadal będziemy mieli ochotę siedzieć dokładnie tam, gdzie usiedliśmy trzy dekady wcześniej. Możliwe, że w międzyczasie zmienimy zdanie, branżę, fryzurę, męża, poglądy na gluten i stosunek do ludzi, którzy mówią: „wszystko dzieje się po coś”.

Ale nie wszystko dzieje się „po coś”. Niektóre rzeczy dzieją się, ponieważ nic z nimi nie zrobiliśmy.

Jest również ten drugi sposób: wspiąć się na drzewo. Nie brzmi tak komfortowo. Nie ma poduszki pod tyłkiem ani możliwości powiedzenia znajomym: „daję sobie czas”. Jest za to ryzyko, że zahaczymy rajstopami o gałąź, zedrzemy kolano, pomylimy konar z genialnym pomysłem i przez chwilę będziemy wyglądać jak orangutan po kursie przedsiębiorczości. Ale przynajmniej jesteśmy w ruchu.

Zadziwiającym talentem człowieka nie jest bowiem cierpliwość. Jest nim niezwykła zdolność do przebierania bezczynności w bardzo eleganckie słowa. Nie boimy się - „czekamy na odpowiedni moment”. Nie odkładamy - „dojrzewamy do decyzji”. Nie stoimy w miejscu - „obserwujemy sytuację”. Jeszcze chwila i bezczynność dostanie własny profil w serwisie LinkedIn oraz rekomendację od coacha.

Wiadomo, że nie chodzi o to, żeby rzucać się na każde drzewo jak wiewiórka po trzech espresso. Nie każda gałąź jest nasza. Nie każdy szczyt wart jest obtłuczonych kolan. I nie każdy człowiek musi bez przerwy coś zdobywać, udowadniać, przekraczać i „wychodzić ze strefy komfortu” - czasem strefa komfortu jest po prostu miejscem, w którym mamy święty spokój, który jest nam najbardziej w danym momencie potrzebny.

Ale jeśli naprawdę czegoś chcemy, dobrze od czasu do czasu sprawdzić, czy przypadkiem nie siedzimy właśnie na żołędziu i nie nazywamy tego strategią.

Oczywiście dąb może kiedyś wyrosnąć. Tylko szkoda byłoby po latach odkryć, że dąb zdążył wyrosnąć, a my w tym samym czasie wyhodowaliśmy głównie imponujący zestaw powodów, dla których jeszcze nie warto wstawać.

A od siedzenia, jak wiadomo, najwyżej rośnie dupa. 😉

sobota, 17 października 2026

Stefan i jego apetyczne sakiewki, czyli turkuć podjadek w akcji...

Stefan, jak to Stefan, cierpiał na przewlekły syndrom turkucia podjadka kuchennego, ze szczególnym uwzględnieniem drugiego członu tej przypadłości. Podjadał chętnie, często i bez wyrzutów sumienia, które uważał za wyjątkowo niesmaczny dodatek do każdego posiłku.

Pewnego sobotniego popołudnia, gdy świat za oknem oddawał się błogiemu lenistwu, w trzewiach Stefana rozpoczęły się niepokojące manewry. Początkowo głód łechtał ściany jego żołądka delikatnie, niczym ślimak winniczek badający językiem świeżość sałaty lodowej. Wkrótce jednak ślimak nabrał temperamentu, a ośrodek głodu w Stefanowym mózgu ogłosił stan podwyższonej gotowości bojowej.

Mężczyźnie zamarzyły się sakiewki z ciasta filo, koniecznie z jakimś fikuśnym nadzieniem. Widział podobne cudeńka w programie kulinarnym i od tamtej pory cienkie płaty ciasta prześladowały go z uporem zawiedzionej kochanki. Zjawiały się w myślach podczas golenia, przemykały przez wyobraźnię przy porannej kawie, a ostatnio przypomniały o sobie nawet w trakcie opłacania rachunku za prąd. Stefan uznał, że dalsze ignorowanie tej ciaścianej obsesji może się skończyć poważnym uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym.

Jako singiel po czterdziestce nie mógł liczyć na regularne wsparcie niewieścich rąk. Owszem, niektóre od czasu do czasu gościły w jego domostwie, lecz ich właścicielki miały na ogół ciekawsze zajęcia niż obieranie cebuli. Zresztą Stefan cenił sobie kuchenną niezależność, a w swoim kulinarnym królestwie tolerował obce palce tylko wtedy, gdy sam wyraźnie sobie tego życzył.

Nie zwlekając, wskoczył w spodnie i pognał do sklepu, gdzie ciasto filo spoczywało w chłodni, zupełnie nieświadome, że stało się obiektem męskiego pożądania. Porwał opakowanie, dorzucił do koszyka mrożone kurki, seler naciowy, kawałek sera pleśniowego i dwie niewielkie czerwone cebule. Z takim łupem wrócił do domu, zanim jego żołądek zdążył wystosować oficjalny protest.

Na patelni rozgrzał łyżkę klarowanego masła i wrzucił kurki, które pod wpływem temperatury zaczęły odzyskiwać życie towarzyskie. Dołączyły do nich drobno pokrojony seler naciowy, posiekana cebulka i kawałki sera pleśniowego. Całe to towarzystwo dusiło się zgodnie, choć kurki początkowo usiłowały zalać imprezę wodą. Kiedy zmiękły i pozbyły się nadmiaru wilgoci, Stefan doprawił farsz przyprawą toskańską, czarnym pieprzem i odrobiną soli morskiej.

Zapach roznoszący się po kuchni był tak bezczelnie apetyczny, że Stefan kilkakrotnie musiał powstrzymywać się przed wyjedzeniem zawartości patelni. A przecież farsz miał dopiero trafić do sakiewek!

Piekarnik rozgrzał do 180 stopni. Ciasto filo pociął na kwadraty, każdy cienki płatek potraktował pędzelkiem umoczonym w roztopionym maśle, po czym przystąpił do operacji nadziewania. Ostudzony farsz rozdzielił sprawiedliwie pomiędzy porcje ciasta i z wprawą początkującego sakiewkarza uformował zgrabne woreczki. Ich szyjki związał specjalistycznymi sznureczkami własnej produkcji, wykonanymi z folii aluminiowej. Wynalazek może nie zasługiwał na Nobla, ale Stefan był z siebie wyraźnie kontent.

Sześć sakiewek wylądowało w piekarniku, gdzie przez około dwadzieścia minut nabierały złocistej opalenizny.

Dwadzieścia minut! Dla człowieka sytego to ledwie chwila, dla Stefana - kawał życia zmarnowanego na zaglądanie przez szybkę piekarnika. Krążył więc po kuchni niczym przyszły ojciec pod drzwiami porodówki, z tą różnicą, że zamiast potomstwa oczekiwał narodzin sześciu chrupiących pyszności.

Wreszcie nadeszła wiekopomna chwila. Sakiewki prezentowały się wybornie, a Stefan promieniał dumą człowieka, który właśnie dokonał czegoś doniosłego dla światowej gastronomii.

Odczekał, aż nieco przestygną, po czym bez zbędnych ceremonii zatopił zęby w pierwszej. Cienkie ciasto zatrzeszczało rozkosznie, aromatyczny farsz wypełnił mu usta, a na twarzy pojawił się wyraz błogości, jakiego nie potrafiła wywołać żadna z ostatnio oglądanych komedii romantycznych.

Resztę soboty Stefan zamierzał spędzić na kanapie, w towarzystwie telewizora, sakiewek i rudego kocura Cysia, który obserwował kulinarne ekscesy swojego pana z miną surowego inspektora do spraw podziału żywności.

Sześć sakiewek, jeden Stefan i kot przekonany, że został bezczelnie pominięty w testamencie. Zapowiadał się nadzwyczaj udany wieczór kawalerski. 😉

środa, 14 października 2026

Sukces przed ósmą? Proszę mnie nie straszyć!

Podobno ludzie sukcesu wstają o piątej rano. O 5:07 medytują, o 5:19 piją wodę z cytryną, a o 5:32 mają już plan przejęcia sąsiedniej galaktyki. Ja o tej porze mam plan równie ambitny: nie otwierać oczu zbyt gwałtownie, żeby dzień mnie nie zauważył.

Nie mam nic przeciwko sukcesowi. Przeciwnie - chętnie go przytulę do piersi. Może być nawet duży, błyszczący i z dostawą pod drzwi. Mam tylko drobną uwagę organizacyjną: niech nie przychodzi bladym świtem. O szóstej rano nawet moje marzenia śpią jeszcze na boku, przykryte po uszy, a motywacja wygląda jak kot wyrzucony z ciepłego fotela - patrzy z pogardą i nie zamierza współpracować.

Hmmm... A może cały sekret nie polega na tym, żeby zrywać się z łóżka, zanim kogut zdąży sprawdzić grafik. Może trzeba wstawać wtedy, kiedy człowiek potrafi już odróżnić życiową misję od pilnej potrzeby kawy. W dobrym humorze mózg pracuje zdecydowanie lepiej: pomysły wpadają bez zapowiedzi, rozsiadają się wygodnie i zaczynają robić twórczy bałagan.

Budzik natomiast ma w sobie coś z małego domowego windykatora: dzwoni, zanim jesteśmy gotowi, żąda natychmiastowej reakcji i absolutnie nie interesuje go nasza sytuacja emocjonalna. Czy człowiek niewyspany może zdobyć świat? Oczywiście. Tylko istnieje ryzyko, że po drodze warczy na ekspres do kawy, obrazi się na własne spodnie i przez siedem minut szuka telefonu, który trzyma w ręce.

Dlatego mój osobisty przepis na sukces jest podejrzanie nieheroiczny: najpierw odzyskać człowieczeństwo, potem zdobywać szczyty. Himalaje poczekają. Świat też. A jeśli nie poczeka? Trudno. Niech zostawi wiadomość. 😉

sobota, 10 października 2026

Jedz, chudnij i oszukuj?!? Wyznania ptysioholiczki...

Od początku miesiąca prześladują mnie myśli o jedzeniu... Artykuły o jedzeniu, rozmowy o jedzeniu, diety, kalorie i inne nieszczęścia, które człowiek sam na siebie sprowadza, kiedy próbuje dopiąć spodnie bez użycia kombinerek. Nie wiem, czy w październiku jakieś klepki nie wróciły mi na właściwe miejsce, czy przeciwnie - ostatnia sprawna właśnie odpadła, ale zaczęłam podejrzewać, że padłam ofiarą przekazu podprogowego. Gdziekolwiek spojrzę, ktoś każe mi jeść mniej, ruszać się więcej albo pokochać kaszę, która wygląda jak żwirek dla kota po przejściach.

Na domiar złego w archiwalnym magazynie „Charaktery” natknęłam się na artykuł o tym, jak jeść, żeby schudnąć. Natychmiast zwróciłam uwagę na słowo „jeść”, ponieważ chudnięcie okupione głodowaniem nie mieści się w mojej filozofii życiowej. Głodna ja nie chudnę humanitarnie, tylko wszczynam wewnętrzne postępowanie karne przeciwko każdemu, kto w promieniu trzech metrów chrupnie waflem. Po kilku godzinach bez jedzenia człowiek nie staje się smukłą nimfą, lecz zrzędliwą, agresywną babą, która potrafi znienawidzić własną rodzinę za to, że oddycha w pobliżu lodówki.

Ale wróćmy do mądrości wyplutych przez naukowców... Badania dotyczące otyłości i nadwagi pokazują podobno, że coraz częściej nie jemy po to, żeby żyć, tylko żyjemy po to, żeby jeść. Mnie to akurat nie dziwi, ponieważ sama kocham jedzenie miłością szczerą, głęboką i absolutnie niewymagającą żadnej terapii. Nie oznacza to jednak, że żyję wyłącznie po to, aby jeść. Mam jeszcze przecież pracę, rachunki oraz inne zajęcia przeszkadzające mi w spokojnym konsumowaniu.

Dlaczego właściwie zjadamy więcej, niż potrzebujemy? Otóż dlatego, że mózg, choć lubi uchodzić za centrum dowodzenia całym człowiekiem, bywa w tej sprawie wyjątkowo łatwowiernym półgłówkiem. Każdego dnia nasze zmysły odbierają tyle informacji, że część z nich przyswajamy automatycznie, bez udziału świadomości. W ten sposób rodzą się nawyki, a nawyk - jak już się człowieka uczepi - siedzi na nim niczym mokry kostium kąpielowy i ani myśli zleźć. Dotyczy to również jedzenia, ponieważ często pochłaniamy kolejne porcje nie dlatego, że organizm rozpaczliwie potrzebuje dokładki, lecz dlatego, że coś leży, pachnie, patrzy na nas i wyraźnie nie chce się zmarnować.

Podobno nie zauważamy nawet, że dostaliśmy posiłek odrobinę oszukany, zawierający o 100-200 kalorii mniej niż zwykle. Gdyby takie drobne oszustwo stosować codziennie, w ciągu roku jest szansa na zgubienie kilka kilogramów bez dramatycznego okradania się z jedzenia. Pomysł wydaje się genialny, dopóki do akcji nie wkracza mój mózg, który prowadzi księgowość kalorii z dokładnością urzędu skarbowego. Jeśli użyję do obiadu mniejszej ilości tłuszczu, natychmiast zapisuje sobie tę oszczędność, a po dwóch godzinach pochyla się nade mną i szepcze: „No, Mała, zjedz ptysiola. Przecież obiad okradłaś, więc jesteśmy do przodu”. W tym miejscu należałoby zapewne wykazać się silną wolą, ale moja silna wola jest stworzeniem delikatnym. Nie wolno jej przemęczać, stresować ani zostawiać samej w pomieszczeniu z ciastem. Można natomiast spróbować odwrócić jej uwagę, najlepiej sprzątaniem, chociaż nie ręczę, czy po umyciu dwóch okien człowiek nie nabiera przypadkiem przekonania, że spalił równowartość sernika baskijskiego.

W opisanym w artykule eksperymencie uczestnicy jedli zupę pomidorową. Jedna grupa dostała zwyczajne talerze, druga zaś miski połączone ukrytymi pod stołem rurkami, przez które niepostrzeżenie dopływała kolejna porcja. Pomidorówka odrastała niczym głowa hydry, a badani jedli dalej, zapewne czekając, aż na dnie pojawi się porcelana i oficjalnie zwolni ich z obowiązku konsumpcji. Osoby jedzące z uzupełniających się misek pochłonęły średnio około 525 ml zupy, podczas gdy właściciele uczciwych talerzy poprzestali na mniej więcej 325 ml. Najciekawsze było jednak to, że nikt z pierwszej grupy nie twierdził, iż najadł się bardziej. Wniosek nasuwa się sam: wielu z nas nie pyta żołądka, czy ma już dosyć, tylko zagląda do talerza. Jeśli talerz pusty, posiłek zakończony; jeśli coś jeszcze w nim pływa, należy kontynuować, choćby człowiek miał już pomidorówkę pod migdałkami. Sygnał sytości nie dociera przecież do mózgu natychmiast, dlatego osoby jedzące szybko są w stanie pochłonąć pół stołu, zanim organizm zdąży wysłać uprzejmą wiadomość: „Dziękujemy, magazyn pełny, prosimy nie zastawiać wyjścia”.

Skoro jednak mózg tak chętnie daje się oszukiwać, można spróbować pobić go własną bronią. Na początek należałoby jeść wolniej, co brzmi rozsądnie, lecz wymaga pewnego przygotowania, zwłaszcza gdy na talerzu leży coś naprawdę dobrego. Ja na widok ptysia nie jem powoli, tylko przeprowadzam sprawną akcję przejęcia obiektu, po której zostaje cukier puder na bluzce i mgliste wspomnienie kremu. Tymczasem warto od czasu do czasu odłożyć widelec i pozwolić żołądkowi dojść do głosu, zanim ten zacznie porozumiewać się z nami za pomocą jęków oraz konieczności rozpięcia guzika.

Jest też rada, którą przyjęłam z wyjątkowym entuzjazmem: podczas jedzenia nie należy zbyt szybko sprzątać ze stołu. Obgryzione skrzydełka, kości i opakowania mają podobno działać jak dowody rzeczowe, dzięki którym mózg widzi skalę przestępstwa i nie żąda kolejnej porcji. Pierwszy raz nauka tak wyraźnie staje po stronie człowieka, który nie chce sprzątać, więc zamierzam ten argument wykorzystywać bezwstydnie. Jeśli ktoś zapyta, dlaczego na stole piętrzą się talerze, odpowiem, że prowadzę badania nad świadomością konsumpcyjną i proszę mi nie przeszkadzać w eksperymencie.

Nie warto również wprowadzać całkowitego zakazu słodyczy, ponieważ mózg potraktuje go jak osobistą zniewagę. Lepiej zjeść kostkę czekolady albo cukierka, niż przez trzy dni udawać osobę niezainteresowaną, a czwartego napaść na tort z dzikością rosomaka, który właśnie zakończył post leczniczy. Zakazany przysmak nabiera bowiem niezwykłego uroku: zaczyna pachnieć intensywniej, wyglądać piękniej oraz przemawiać do człowieka głosem tak uwodzicielskim, jakby w polewie czekoladowej siedział co najmniej George Clooney.

Pomóc mogą także mniejsze talerze. Pełny talerzyk sprawia mózgowi znacznie większą radość niż smutne „pitu-pitu” położone na środku ogromnego talerzora, na którym pojedynczy ziemniak wygląda, jakby zgubił rodzinę podczas ewakuacji. Podobno znaczenie ma również kolor naczyń - im większy kontrast między jedzeniem a talerzem, tym łatwiej zauważyć wielkość porcji. Mocna barwa może sprawić, że nałożymy sobie mniej, dlatego niewykluczone, że dietetyka przyszłości nie będzie polegała na liczeniu kalorii, lecz na jedzeniu pierogów z talerza w kolorze kamizelki odblaskowej.

Napoje warto natomiast pić z wysokich, smukłych szklanek. Niska i pękata szklanka wygląda niewinnie, ale mieści podejrzanie dużo, a człowiek leje do niej z rozmachem, jakby przygotowywał zapasy na zimę. Zgrabne szkło daje oczom złudzenie obfitości, dzięki czemu pijemy mniej, choć nadal możemy udawać, że nasz napój prezentuje się niezwykle elegancko. Oczywiście w przypadku wody różnica nie ma większego znaczenia, ale przy słodkich napojach każda szklanka, która potrafi oszukać właściciela, powinna być sprzedawana z dyplomem psychologa.

Nie wolno za to ślepo wierzyć napisom „light”, „fit” ani innym słowom, które mają sprawić, że produkt wygląda na moralnie lepszy od swoich kolegów z półki. Mózg widzi napis „light” i natychmiast uruchamia własną matematykę: skoro jedno ma mniej kalorii, można zjeść cztery. W ten sposób człowiek kupuje dietetyczne ciasteczka, po czym pochłania całą paczkę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, niemal oczekując, że waga łazienkowa podziękuje mu rano za współpracę.

Kolejną pułapką jest jedzenie przed telewizorem, komputerem albo w samochodzie. Gdy uwaga zajmuje się filmem, pracą czy poszukiwaniem miejsca parkingowego, ręka działa na własną odpowiedzialność i transportuje do ust wszystko, co znajdzie w promieniu rażenia. Człowiek otwiera paczkę orzeszków podczas pierwszej sceny serialu, a przy napisach końcowych odkrywa, że zostało w niej wyłącznie powietrze oraz sól przyklejona do folii. Nie pamięta smaku, nie pamięta jedzenia, ale kalorie - te pamiętają doskonale.

Z badań przywołanych w artykule wynikało także, że w towarzystwie jemy więcej. Przy jednym współbiesiadniku spożycie może wzrosnąć o około 35 proc., natomiast większa grupa potrafi niemal podwoić ilość pochłanianego jedzenia. Nic dziwnego: rozmowa trwa, półmiski krążą, ktoś dokłada sałatkę, a ciocia pilnuje, żeby człowiek nie umarł z głodu między drożdżowym a makowcem. Jedzenie w samotności może więc sprzyjać umiarowi, chociaż istnieje ryzyko, że brak świadków zostanie przez mózg zinterpretowany jako idealna okazja do popełnienia zbrodni doskonałej na paczce chipsów.

Można też spróbować jeść ręką mniej dominującą. Gdy miałam niesprawną prawą rękę i musiałam posługiwać się lewą, rzeczywiście jadłam mniej, ponieważ większość posiłku spadała mi z widelca, a po kilku próbach byłam już tak wściekła, że traciłam apetyt. Metoda działa, choć niewykluczone, że jej skutkiem ubocznym jest konflikt z zupą oraz potrzeba przemalowania ściany.

Wielkie opakowania również nie są naszymi przyjaciółmi, choć udają ekonomiczne i rodzinne. Rodzina może nawet istnieć, ale opakowanie i tak najczęściej siedzi wieczorem obok jednej osoby, która co chwilę sięga do środka, zapewniając samą siebie, że bierze już naprawdę ostatnią garść. Ta ostatnia garść ma potem siedem sióstr i wszystkie spotykają się w żołądku. Lepiej więc podzielić zawartość na mniejsze porcje albo przynajmniej nie trzymać wielkiej torby na kolanach, bo w takiej pozycji nawet mnich buddyjski mógłby stracić kontakt z własnym ośrodkiem samokontroli.

Smakołyki warto ponadto ukrywać w nieprzezroczystych opakowaniach i stawiać z dala od miejsc, w których odpoczywamy. Sama wiem, że miseczka orzeszków znajdująca się w zasięgu ręki bardzo szybko zamienia się w pustą miseczkę. Nie ma znaczenia, czy jestem głodna; orzeszki są blisko, więc najwyraźniej trzeba im pomóc zniknąć. Wystarczy jednak przestawić je nieco dalej i nagle okazuje się, że wcale ich nie potrzebuję, ponieważ między mną a przekąską pojawiła się przeszkoda wymagająca wstania z kanapy. Aż tak wielkiej miłości między nami nie ma.

Wyjątkowo osobliwa porada polega na tym, by „kląć” na jedzenie, czyli opisywać szczególnie kaloryczne przysmaki jako brzydkie, niedobre albo obrzydliwe. Podobno takie słowa zmniejszają apetyt, choć mam pewne wątpliwości, czy można skutecznie obrazić ptysia. Mogę stanąć nad nim i powiedzieć: „Ty paskudna, tłusta pokrako z kremem”, ale przecież oboje wiemy, że nie mówię tego szczerze. Ptyś zna swoją wartość, ja znam jego nadzienie, a między nami jest już za dużo historii, żeby kilka przykrych słów mogło cokolwiek zmienić.

Mimo wszystko część tych sposobów warto wypróbować. Nie trzeba od razu wyrzucać zastawy, jeść lewą ręką z czerwonego spodka i samotnie wyzywać sernik w zamkniętym pokoju. Wystarczy trochę uważniej przyglądać się temu, co podpowiada nam otoczenie, i od czasu do czasu przypomnieć sobie, że mózg nie zawsze domaga się jedzenia dlatego, że organizm jest głodny. Czasem zobaczył pełną miskę, czasem przeczytał słowo „light”, a czasem zwyczajnie usłyszał szelest opakowania i uznał, że nadarzyła się okazja, której nie wolno zmarnować.

Pozostaje tylko jeden problem: mój mózg właśnie przeczytał cały ten felieton, zna już wszystkie sztuczki i domaga się honorarium. Najlepiej w postaci ptysia. 😉

środa, 7 października 2026

Gdzie jest klucz, do diabła, i kto wyważył drzwi?

Pechowiec ma w życiu pęk kluczy jak woźny w sanatorium. Do sukcesu, do miłości, do świętego spokoju, do lepszego jutra i prawdopodobnie jeszcze jeden do piwnicy, choć piwnicy nigdy nie miał. Problem w tym, że kiedy wreszcie trafia pod właściwe drzwi, okazuje się, że klucz pasuje. Do sąsiada.

Szczęściarz funkcjonuje inaczej. Nie ma klucza, planu B ani pojęcia, co robi. Ma za to tę szczególną odmianę bezczelnego optymizmu, przy której rzeczywistość przez chwilę traci orientację. Szarpie za klamkę, drzwi nie puszczają, więc zamiast analizować dzieciństwo, układ planet, przebyte choroby i winę byłego partnera - bierze rozbieg...

W tym miejscu zaczyna się najbardziej niesprawiedliwa część spektaklu pod tytułem „życie”. Jeden przez trzy lata szuka instrukcji obsługi, drugi naciska czerwony guzik z napisem „NIE NACISKAĆ” i dostaje awans.

Oczywiście nie namawiam do taranowania każdej przeszkody czołem. Czoło mamy jedno, a drzwi bywają dębowe. Ale czasem człowiek tak długo szuka właściwego klucza, że nie zauważa, iż obok jest otwarte okno.

Może więc szczęście nie polega na tym, że komuś wszystko się otwiera. Może niektórzy po prostu szybciej tracą cierpliwość do zamków.

A pech? Pech wtedy stoi z boku, poprawia okulary i mruczy:

- No pięknie. A ja tu dorabiałem klucz. 😉

sobota, 3 października 2026

Dziś jestem leniwcem i proszę mnie nie szturchać, czyli sobota pod znakiem majestatycznego zwisu...

Sobota.

Syndrom piżamowca pospolitego dopadł mnie dziś z całą bezwzględnością i najwyraźniej nie zamierza odpuścić. Piżama przejęła władzę nad moim ciałem, umysłem oraz wszelkimi planami rozwojowymi - o ile takie w ogóle zaistniały. Włóczę się więc bez składu i ładu po chałupie, wykonując ruchy pozorowane między kuchnią, kanapą a łazienką i ze zdumieniem obserwuję, jak czas przecieka mi między palcami szybciej niż pieniądze po wypłacie.

Jest dopiero… właściwie już… nieważne która godzina. Mam niejasne przeczucie, że za chwilę ocknę się w niedzielę wieczorem z przysłowiową ręką w nocniku, stertą niewykonanych obowiązków i świadomością, że poniedziałek właśnie ostrzy sobie na mnie zęby.

Nic sensownego dziś nie zrobię. Już to wiem.

Przeprowadziłam nawet kilka poważnych rozmów sama ze sobą. Były argumenty, kontrargumenty, próby perswazji, drobny szantaż emocjonalny i wizja poniedziałkowego biegu do roboty z wywalonym jęzorem. Bez rezultatu. Organizm odmówił współpracy. Wyszło ze mnie prawdziwe dzikie zwierzę... Leniwiec. Brakuje mi tylko stosownej gałęzi, kawałka tropikalnego lasu oraz biologicznego przystosowania pozwalającego przeżyć kilka godzin bez konieczności robienia sobie herbaty. Mogłabym wtedy zawisnąć majestatycznie pod konarem, przyjąć minę istoty całkowicie pogodzonej z bezsensem ludzkiej gonitwy i zabijać wzrokiem liście „szalejące” na wietrze, którego nie ma. Od czasu do czasu przekręciłabym głowę. Powoli. Żeby się nie przemęczyć.

Miałam sprzątać. Oczywiście. Ubrania porzucane tu i ówdzie podczas minionego tygodnia zaczynają już tworzyć własne struktury społeczne. Te z krzesła patrzą na mnie z wyrzutem. Te z fotela najwyraźniej pogodziły się z losem. Jedna skarpeta od dwóch dni wystaje spod łóżka i sprawia wrażenie, jakby próbowała uciec. Wszystkie liczą na akt łaski. Szafa albo pralka. Nie jestem jednak dziś człowiekiem zdolnym do podejmowania tak doniosłych decyzji.

Po podłodze walają się tak zwane koty. Jeszcze nie miauczą, ale dajmy im czas. Jeśli dalej będę je ignorować, być może do jutra wykształcą układ nerwowy, zaczną reagować na imię i trzeba będzie kupować karmę.

Na stole nastąpiło natomiast cudowne rozmnożenie wszelakiej maści dupereli. Są papiery, paragony, gumki do włosów, długopisy, ładowarki, kubek, który nie pamięta już swojej pierwotnej funkcji, i kilka przedmiotów, o których pochodzeniu nie wiem absolutnie nic. Podejrzewam działalność sił nadprzyrodzonych. Nie ma przecież możliwości, żebym sama to wszystko tam położyła.

W zlewie Armagedon talerzowo-garczano-sztućcowy. Gdyby perfekcyjna pani domu weszła teraz do mojego mieszkania, zapewne najpierw zbladłaby, potem zrobiła znak krzyża, następnie zadzwoniła po odpowiednie służby, a na końcu zażądała dla mnie publicznej egzekucji ku przestrodze innych niewiast.

Moje poczucie estetyki, o dziwo, nie cierpi szczególnie. Od czasu do czasu tylko odzywa się mały wyrzut sumienia. Muszę dziada czymś ogłuszyć. Najlepiej słodkim. Czekolada ma tę cudowną właściwość, że po jej spożyciu wyrzuty sumienia nie znikają, ale człowiek przestaje się nimi szczególnie przejmować.

Zamierzałam też zrobić parę rzeczy papierzanych do roboty. Ale na tym polu moja piżama również wykazuje zdecydowany brak zainteresowania współpracą. Poza tym jest sobota. A kto przy zdrowych zmysłach produkuje papiery w sobotę? Papiery muszą dojrzeć. Leżą więc cierpliwie i czekają na lepsze czasy albo na pojawienie się znanego od wieków systemu motywacyjnego zwanego nożem na gardle. Jest to metoda niezwykle skuteczna. Nagle człowiek odkrywa w sobie pokłady energii, o których istnieniu wcześniej nie miał pojęcia, potrafi wykonać trzydniową robotę w dwie godziny i jeszcze zrobić sobie kawę. Na razie jednak nóż znajduje się gdzieś daleko. Możliwe, że nawet w innym województwie. Nie ma więc powodów do gwałtownych ruchów.

Planowałam iść na basen. Naprawdę planowałam. Strój przygotowany, dobre chęci teoretycznie gdzieś były, nawet przez chwilę widziałam siebie oczami wyobraźni jako kobietę aktywną i wysportowaną. Potem spojrzałam za okno. Deszcz. No i kto idzie na basen, kiedy pada? Rozumiem, że z logicznego punktu widzenia jedno z drugim nie ma absolutnie nic wspólnego. Basen jest przecież pomieszczeniem zamkniętym, a człowiek i tak zamierza dobrowolnie wejść do wody. Ale mój system nerwowy nie był dziś w stanie poskładać tych dwóch zjawisk w symbiotyczną całość. Deszcz oznacza przecież, że jest mokro. Basen także oznacza, że jest mokro. Dwa razy mokro jednego dnia? Nie szalejmy. Zadowolę się popołudniowym prysznicem. Poranny właśnie odjechał ostatnim autobusem, bo na zegarze za chwilę będzie 14.30, a piżama nadal przylega do mnie z determinacją bluszczu wspinającego się po ruinach starego zamczyska.

W planach było też napisanie posta… O! I proszę. To mi się chyba udało. Może więc dzień nie jest całkowicie stracony? Dobra. Koniec tych pobożnych życzeń. Nie posprzątam dziś mieszkania, nie popełnię prania, nie wypoleruję rodowych sreber. Nie przepłynę iluś tam basenów, nie uporządkuję papierów w segregatorach i nie rozpocznę nowego życia od godziny 15.00. Będę natomiast snuła się po domu w piżamie, zaglądała do lodówki bez wyraźnego powodu, piła to i owo, jadła coś, czego nie planowałam jeść, i od czasu do czasu spoglądała na bałagan rozmyślając o złotej rybce spełniającej trzy życzenia, która specjalizuje się w domowych bajzlach. Czyli zrobię dokładnie to, czego domaga się dziś mój wewnętrzny leniwiec. 

Mam tylko nadzieję, że moje sobotnie lenistwo zostanie mi kiedyś wybaczone na Sądzie Ostatecznym. A jeśli istnieje reinkarnacja, to za karę nie zostanę ponownie zesłana na Ziemię jako perfekcyjna pani domu. Tego już sobie nie wyobrażam, a wyobraźnię mam bujnie rozrośniętą. Ja o szóstej rano z uśmiechem prasująca kolorowe ścierki i planująca etapy porządkowania kuchennych szafek? O nie! Są jednak granice ludzkiego cierpienia. Poza tym każdemu od czasu do czasu należy się dzień, w którym największym osiągnięciem jest przejście z kanapy do kuchni bez konieczności odpoczynku po drodze. I nazwijmy go jak chcemy: Dzień lenia. Dzień piżamy. Dzień majestatycznego zwisu. 😉

środa, 30 września 2026

Donoszę wyłącznie z troski, czyli napompowane usta w akcji...

Każda porządna plotka zaczyna się od świadectwa moralności:

- Ja się naprawdę nie interesuję cudzym życiem…

Chwilę później ta sama osoba wie już, kto wyszedł z czyjego mieszkania, dlaczego niósł sernik i co oznaczało jego spojrzenie na klatce schodowej.

Plotka nie potrzebuje solidnych fundamentów. Wystarczy jej jeden fakt - jak guzik przy płaszczu. Resztę można sobie doszyć. Zwyczajna informacja wyrusza więc w świat w płaskich butach, a po kilku rozmowach wraca w wypasionych szpilkach, w futrze, z wachlarzem i przeszłością, której nigdy nie miała.

Fascynujące jest to, że nikt plotki nie wymyślił. Każdy jedynie „coś słyszał”, "coś przeczytał", „tak tylko skojarzył” albo „powtarza, broń Boże, bez przekonania”. Plotka jest zatem literaturą bez autora, za to z wyjątkowo licznym zespołem redakcyjnym.

Plotkarz również nie ocenia. On się martwi. Tak intensywnie, że musi poinformować kilkanaście osób, zanim troska odbije mu się na układzie krążenia. I w taki oto sposób człowiek dowiaduje się, że porzucił męża w towarzystwie widowiskowej awantury, choć mąż siedzi obok, je pierogi i pyta, czy jest jeszcze słodka śmietana.

Prawda mogłaby oczywiście zażądać sprostowania. Tylko kto chciałby jej słuchać? Przyszła cichaczem, bez krzykliwego makijażu i stosu dokumentów. Plotka tymczasem podjechała limuzyną, wystawiła przez okno powiększone usta i sztuczne rzęsy oraz z wdziękiem pomachała tłumowi. 😉

sobota, 26 września 2026

Za dobrze sobie radzisz, kochanie, czyli dramat kobiety, której nie ma już czym zaimponować...

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu sprawa była stosunkowo prosta, ponieważ mężczyzna miał przynieść do domu wypłatę, naprawić cieknący kran, zabić pająka i od czasu do czasu wykazać się znajomością tajemnej wiedzy dotyczącej bezpieczników, podczas gdy kobieta miała patrzeć na niego z podziwem odpowiednim dla człowieka, który właśnie ocalił rodzinę przed zwarciem instalacji elektrycznej. Dzisiaj sytuacja nieco się skomplikowała, gdyż współczesna kobieta sama zarabia, kran dokręca kluczem znalezionym po obejrzeniu trzyminutowego filmu na YouTubie, pająka wynosi w słoiku, a kiedy wysiada prąd, zanim mężczyzna zdąży powiedzieć: „Daj, zobaczę”, ona już sprawdziła korki, zadzwoniła do administracji i wie, że awaria obejmuje pół osiedla.

W tym miejscu zaczynają się problemy natury romantycznej...

Okazuje się bowiem, że na świecie pojawił się nowy, wyjątkowo niebezpieczny gatunek kobiety: kobieta, która sobie radzi. Ma pracę, konto, samochód, własne zdanie i numer telefonu do hydraulika, który naprawdę przychodzi wtedy, kiedy obiecał, co samo w sobie jest kapitałem porównywalnym z nieruchomością w centrum Warszawy. Potrafi sama pojechać na wakacje, zamówić stolik w restauracji, skręcić regał, kupić wino i otworzyć je bez konieczności biegania po sąsiadach z pytaniem, czy w domu znajduje się jakiś mężczyzna posiadający korkociąg oraz odpowiednią ilość testosteronu.

Kiedyś nazywało się to zaradnością i rodzice byli dumni. Dzisiaj internet potrafi człowiekowi wyjaśnić, że właśnie przez tę zaradność jest samotny.

Podobno kobiety stały się zbyt niezależne, zbyt wykształcone, zbyt wymagające i generalnie tak potwornie kompetentne życiowo, że biedny amant staje w progu ich uporządkowanego świata i nie bardzo wie, co mógłby do niego wnieść poza ładowarką do telefonu, których właścicielka i tak ma trzy.

Rzeczywiście, sytuacja mężczyzny zrobiła się trudniejsza, ponieważ samo pojawienie się już nie wystarcza. Dawniej facet z samochodem miał przewagę konkurencyjną. Dziś kobieta ma własny samochód, assistance, aplikację pokazującą ceny paliwa i mechanika, któremu ufa bardziej niż połowie rodziny. Dawniej można było powiedzieć: „Znam świetne miejsce na weekend” i wywołać dreszcz ekscytacji, teraz zaś kobieta w ciągu siedmiu minut sprawdzi owo świetne miejsce w internecie, przeczyta sto osiemdziesiąt siedem opinii, obejrzy łazienkę na zdjęciach satelitarnych i odkryje, że romantyczny pensjonat „z widokiem na góry” stoi za stacją benzynową, a widok pojawia się wyłącznie wtedy, gdy człowiek wejdzie na pralkę i wychyli się przez okno w łazience.

Nie znaczy to jednak, że kobieta samowystarczalna nie potrzebuje mężczyzny. Potrzebuje, tylko niestety coraz rzadziej potrzebuje go do czegokolwiek, co można wpisać w instrukcję obsługi gospodarstwa domowego.

Skoro nie potrzebujemy już faceta do wniesienia szafy na czwarte piętro, odwiezienia nas na dworzec, wymiany żarówki ani zapewnienia bytu, pozostaje niezwykle niewygodne pytanie: po co właściwie mamy go wpuszczać do domu?

Jak wiemy wpuszczenie mężczyzny do domu nie jest decyzją pozbawioną konsekwencji. Obcy człowiek zaczyna bowiem zajmować pół łóżka, choć śpi dokładnie na środku, odkłada kubek dwa centymetry od zmywarki i z czasem wprowadza do łazienki kosmetyk typu „8 w 1”, którym według producenta można umyć włosy, twarz, ciało, samochód oraz prawdopodobnie kostkę brukową.

Żeby zgodzić się na tak poważną ingerencję w ekosystem, kobieta powinna jednak coś z tego mieć...

Wbrew obiegowej opinii wcale nie chodzi o BMW, sześciopak na brzuchu ani kolację za czterysta złotych, podczas której kelner trzy razy opowiada historię pomidora leżącego na talerzu. Kobieta, która potrafi sama zapłacić za kolację, nie mdleje już na widok karty kredytowej wysuniętej z męskiego portfela. O wiele bardziej imponuje jej człowiek, który pamięta, co mówiła tydzień temu, nie traktuje „zobaczymy” jako oficjalnej formy planowania przyszłości i potrafi przeprowadzić rozmowę o emocjach bez zachowywania się tak, jakby właśnie kazano mu własnoręcznie wykonać kolonoskopię.

Tymczasem współczesny rynek randkowy bywa miejscem osobliwym, na którym spotykają się ludzie wyposażeni w doświadczenia, oczekiwania, lęki, kredyty hipoteczne oraz zdjęcia profilowe sprzed siedmiu lat. Każdy chce autentyczności, choć wcześniej przepuszcza kandydatów przez zestaw filtrów, każdy szuka szczerości, chociaż na pytanie „czego właściwie szukasz?” odpowiada „zobaczymy, co życie przyniesie”, jak człowiek siedzący na przystanku bez sprawdzania, czy w ogóle jeździ tędy autobus.

Do tego dochodzi niezwykle popularny współczesny typ relacji, w której dwoje ludzi spotyka się, sypia ze sobą, spędza weekendy, zna swoje alergie, zamawia wspólną pizzę, trzyma szczoteczki do zębów w jednej łazience, ale za nic w świecie nie nazwie tego związkiem, ponieważ nazwanie rzeczy po imieniu mogłoby wywołać niepotrzebne napięcie emocjonalne. Można więc znać numer PESEL człowieka, jego matkę, psa i hasło do Netfliksa, ale pytanie „kim właściwie dla siebie jesteśmy?” nadal traktowane jest jak próba przejęcia spółki przez wrogiego inwestora.

Nic dziwnego, że część kobiet po kilku takich przygodach wraca do domu, zdejmuje stanik, robi herbatę i dochodzi do wniosku, że samotność ma przynajmniej tę zaletę, iż nie wysyła o pierwszej trzydzieści w nocy wiadomości „śpisz?”, żeby następnego dnia przez czternaście godzin nie odpowiadać.

Wtedy najczęściej słyszymy, że kobiety mają za wysokie wymagania...

Być może rzeczywiście mamy. Po czterdziestce czy pięćdziesiątce człowiek zaczyna stawiać partnerowi wymagania skandalicznie wygórowane: żeby był dorosły, słowny, ciekawy świata, potrafił mówić, słuchać i nie uważał wierności za egzotyczną praktykę religijną uprawianą przez niewielkie plemię gdzieś w Andach. Dobrze również, gdyby miał poczucie humoru, ponieważ bez niego wspólne starzenie się może przypominać wieloletnie zebranie wspólnoty mieszkaniowej dotyczące wymiany pionów kanalizacyjnych.

Problem polega na tym, że współczesna kobieta po prostu przestała potrzebować byle kogo. Nie musi już wybierać człowieka dlatego, że ma samochód, mieszkanie, pensję albo potrafi obsługiwać wiertarkę. Może pozwolić sobie na znacznie większą fanaberię: wybrać tego, przy którym jej życie będzie lepsze niż bez niego. A to jest konkurencja wyjątkowo niewdzięczna, ponieważ mężczyzna nie konkuruje już z innym mężczyzną. Konkuruje z jej świętym spokojem. Z sobotnim porankiem, podczas którego nikt nie pyta, gdzie leżą jego skarpetki. Z łóżkiem, w którym cała kołdra należy do niej. Z wieczorem spędzonym dokładnie tak, jak chce, bez oglądania filmu wybranego w ramach kompromisu, który nikogo nie interesuje. Z podróżą, na którą nie trzeba nikogo namawiać, oraz z ciszą, której nikt nie przerywa pytaniem zadanym dokładnie w chwili, gdy bohater kryminału ma wyznać, kto zabił.

I to jest odpowiedź na pytanie dlaczego niektórym kobietom tak trudno dziś zaimponować. Nie dlatego, że stały się zimne, roszczeniowe czy „za bardzo niezależne”, tylko dlatego, że odkryły rzecz wysoce niewygodną dla rynku matrymonialnego: samotne życie wcale nie musi być poczekalnią przed życiem właściwym. Może być całkiem przyjemnym mieszkaniem, urządzonym po swojemu, z wygodnym fotelem, dobrym winem i pilotem leżącym dokładnie tam, gdzie człowiek go zostawił. Dlatego jeśli ktoś chce się do niego wprowadzić, nie wystarczy już przyjść z własną szczoteczką do zębów i przekonaniem, że jego obecność jest wartością dodaną z definicji. Trzeba jeszcze rzeczywiście być tą wartością.

A to, moje drogie panie, może być najpiękniejszym skutkiem całej kobiecej emancypacji: nie to, że nauczyłyśmy się żyć bez mężczyzn, tylko że wreszcie możemy sobie pozwolić na luksus życia wyłącznie z takimi, bez których byłoby nam zwyczajnie gorzej. 😉

(Przy końcówce mała prywata: pozdrawiam osobistego chłopa domowego, bez którego moje życie niewątpliwie byłoby gorsze - mniej absurdalne, mniej komiczne i stanowczo zbyt normalne. A tego przecież nie życzę sobie nawet w najbardziej poczochranych koszmarach. 
😉)

poniedziałek, 21 września 2026

Cicho sza, głupota będzie przemawiać...

Intuicja to mizerny lokator na poddaszu czaszki. Czasem stuknie w rurę, ale nigdy nie zbiega po schodach z megafonem. Szepcze właśnie wtedy, gdy człowiek zdążył już pokochać własny idiotyczny pomysł i szykuje mu miejsce przy stole. „Nie rób tego” - mówi. Tyle że głupota jest szybsza. Zdążyła się nagłośnić i właśnie prowadzi galę ku czci naszej nieomylności.

Głupota ma nad rozsądkiem pewną przewagę: nic jej nie ciąży. Wiedzy nie dźwiga, więc porusza się lekko i zamaszyście. Wchodzi w rozmowę jak wujek Zdzisiek na weselu, którego nikt nie zaprosił do mikrofonu, ale orkiestra popełniła błąd, bo chwilowo zostawiła go na krześle. Od tej chwili rozmowa przestaje mieć kierunek, za to zyskuje wodzireja. Fakty wykluwają się na bieżąco i jeszcze mają skorupkę na tyłku.

Niezwykle fascynujący jest fakt, że głupota nigdy nie ma kaca po własnych występach. To słuchacze budzą się z bólem głowy. Ona wstaje wypoczęta i gotowa objaśniać świat dalej. 😉

środa, 16 września 2026

Życie pod nadzorem, czyli kto, z kim, gdzie i dlaczego przy śmietniku...

Do osiedlowej grupy na Facebooku zapisałam się z pobudek niewinnych jak ktoś, kto otwiera lodówkę tylko po to, żeby sprawdzić, co w niej jest. Chciałam znaleźć numer do pana, który podobno naprawia rolety, bierze rozsądnie i nie zaczyna rozmowy od zdania: „Pani, tego się nie da...”, wypowiadanego tonem chirurga stojącego nad przypadkiem beznadziejnym. Numeru do pana nie znalazłam, za to w ciągu pierwszych dwóch dni dowiedziałam się, że ktoś z klatki C regularnie wyrzuca śmieci bez segregowania, srebrna toyota parkuje „jakby właściciel prawo jazdy wygrał w chrupkach” plus inne, fascynujące doniesienia z osiedlowego pierdolnika.

Z początku czytałam grupę z ciekawością etnografa, który przypadkiem trafił na nieopisane wcześniej plemię i odkrył, że jego członkowie komunikują się za pomocą zdjęć źle zaparkowanych samochodów. Szybko jednak zrozumiałam, że to nie jest zwyczajna grupa mieszkańców. To jest całkowicie autonomiczny organizm państwowy, bez budżetu i hymnu, za to z bardzo rozbudowanym wywiadem. Administracja może tygodniami nie zauważyć, że z dachu odpada tynk, ale osiedle w ciągu siedmiu minut ustali, że facet stojący przy paczkomacie nie mieszka w żadnej z czterech sąsiednich klatek, miał granatową kurtkę, a około 16.20 rozglądał się „jakoś tak dziwnie”.

Zwrot „jakoś tak dziwnie” jest zresztą w osiedlowej kryminalistyce równie ważny jak odciski palców. Człowiek uczciwy powinien poruszać się zdecydowanie, patrzeć przed siebie i najlepiej nie zatrzymywać się bez wyraźnego powodu. Jeśli natomiast stoi pod blokiem, zerka na domofon albo, nie daj Boże, chodzi tam i z powrotem, zostaje „osobnikiem”. Z człowieka do osobnika droga jest krótka i prowadzi zwykle przez balkon pani Grażyny, która ma telefon z zoomem takim, że gdyby bardzo chciała, mogłaby sfotografować życie na Marsie.

Pewnego dnia ktoś zamieścił zdjęcie mężczyzny właśnie przy paczkomacie i zapytał, czy „ktoś go kojarzy”. Mężczyzna nie robił absolutnie nic, co w normalnym kodeksie karnym mogłoby zostać uznane za czyn zabroniony, ale miał tę nieszczęśliwą właściwość, że wyglądał na człowieka, którego nikt nie kojarzył. W dodatku spoglądał na telefon, a potem na blok, co po kilku komentarzach zaczęło przypominać przygotowania do zamachu na lokalną architekturę.

Jedna pani widziała go już wcześniej przy Żabce. Druga nie widziała, ale jej zdaniem „trzeba uważać, bo teraz różnie bywa”. Trzecia zapytała, czy ktoś zgłosił sprawę na policję, a czwarta przytomnie zauważyła, że właściwie nie wiadomo, jaką sprawę należałoby zgłosić. Na szczęście ten głos rozsądku utonął dość szybko, bo rozsądek na grupie osiedlowej pełni mniej więcej taką funkcję jak koperek na pizzy - teoretycznie może się pojawić, ale nikt na niego nie czeka.

Po godzinie córka „osobnika” napisała, że to jej ojciec, przyjechał po nią samochodem i czekał, ponieważ schodziła z dzieckiem.

I tu objawiła się największa siła osiedlowej społeczności: zdolność do płynnego przejścia od podejrzenia o działalność przestępczą do całkowitej obojętności, bez najmniejszej potrzeby zatrzymania się po drodze na przystanku „może przesadziliśmy”.

Ojciec przestał być interesujący natychmiast, gdyż ktoś właśnie wrzucił zdjęcie kartonu. Nie był to zwykły karton. Zwykły karton znajduje się w pojemniku na papier, gdzie prowadzi cichy żywot odpadu zgodnego z regulaminem. Ten stał obok, oparty bezczelnie o kontener, rozłożysty i pewny siebie jak człowiek, który przyszedł na wesele bez koperty. Po napisie na pudle można było wywnioskować, że jeszcze niedawno mieścił pięćdziesięciopięciocalowy telewizor, więc zaczęło się dochodzenie majątkowe.

- Kto ostatnio kupował telewizor?

Nie wiem, czy Centralne Biuro Antykorupcyjne dysponuje podobnymi metodami, ale jeśli nie, powinno wysłać ludzi na szkolenie.

Ktoś przypomniał sobie, że kilka dni wcześniej kurier wnosił duże pudło do klatki A. Ktoś inny znał rodzinę, która „chyba ostatnio coś remontowała”, co nie miało najmniejszego związku z telewizorem, ale brzmiało obiecująco. Pojawiła się propozycja sprawdzenia monitoringu, potem dyskusja, czy monitoring w ogóle może być w tym celu sprawdzony, i wreszcie człowiek nierozważny, zapewne nowy na grupie, napisał:

- Przecież to tylko karton.

Są zdania, których publicznie wypowiadać nie należy. „To tylko karton” było jednym z nich, ponieważ tu nie chodziło już o karton, tylko o zasady. W chwili, w której pojawiają się zasady, człowiek stojący po niewłaściwej stronie sporu może zacząć pakować rzeczy. Dowiedział się więc, że jeśli dla niego karton to „tylko karton”, to nic dziwnego, że potem osiedle wygląda, jak wygląda. Ktoś napisał o kulturze osobistej wyniesionej z domu, ktoś wspomniał czasy, kiedy „ludzie bardziej dbali o wspólną przestrzeń”, choć podejrzewam, że chodziło o lata osiemdziesiąte, kiedy wspólna przestrzeń składała się głównie z trzepaka, dwóch ławek i fiata 126p, więc dbanie było logistycznie prostsze.

W ogóle każda dyskusja osiedlowa, jeśli pozwolić jej trwać wystarczająco długo, dochodzi w końcu do upadku obyczajów. Zaczyna się od psiej kupy na trawniku, a kończy na diagnozie cywilizacji zachodniej. Ktoś stawia hulajnogę przy wejściu i już wiadomo, że młodzi nie mają szacunku. Ktoś nie odśnieży kawałka chodnika i natychmiast pojawia się „roszczeniowość”. Właściciel audi zajmie kawałek drugiego miejsca parkingowego, a po trzydziestu komentarzach okazuje się, że właśnie przez takich ludzi Polska od lat nie może się podnieść.

Samochody są zresztą osobną religią, przy czym najbardziej gorliwi wyznawcy zajmują się samochodami cudzymi. Źle zaparkowane auto fotografuje się z kilku stron, żeby sąd społeczny nie miał wątpliwości, że doszło do zaboru terytorialnego, a potem wrzuca z podpisem: „Brawo dla mistrza”. Uwielbiam to „brawo”, bo zawiera w sobie wszystko, czego polska ironia potrzebuje do życia: pogardę, satysfakcję i przekonanie, że człowiek obraził kogoś niezwykle kulturalnie.

Pod spodem rozpoczyna się tradycyjny taniec godowy komentujących. Jeden każe wzywać straż miejską, drugi odpowiada, że straż miejska „ma to gdzieś”, trzeci zna przepisy, ponieważ kiedyś dostał mandat pod Lidlem, a ktoś zawsze ma fotografię tego samego samochodu sprzed pół roku. Nie wiem, kim są ci ludzie, którzy przechowują w telefonach archiwum cudzych wykroczeń parkingowych, ale zakładam, że gdyby kiedyś zaginęły policyjne bazy danych, kraj spokojnie odbuduje je z galerii mieszkańców osiedli.

Najwięcej emocji wywołuje jednak wiercenie, czyli ten moment, kiedy człowiek przypomina sobie, że kupił mieszkanie, ale nie powietrze wokół niego. Cudza wiertarka ma niezwykłą właściwość fizyczną: zawsze jest głośniejsza od własnej i zawsze uruchamia się w porze, w której wiercić nie wypada. W sobotę za wcześnie, albowiem ludzie chcą odpocząć; w tygodniu nie można, bo ktoś pracuje zdalnie; po siedemnastej dzieci wracają z przedszkola; po dziewiętnastej to już w ogóle barbarzyństwo. Z obliczeń grupowych wynika więc, że remont w bloku należy przeprowadzać najlepiej bez użycia narzędzi, a jeśli już człowieka przyciśnie, powinien wywiercić otwór we wtorek około 11.36, wcześniej zawiadamiając sąsiadów listem poleconym.

Szczególnym uwielbieniem darzę ludzi, którzy co pewien czas opuszczają grupę. Zawsze robią to publicznie i uroczyście, jakby oddawali insygnia władzy po przewrocie wojskowym.

„Mam dość poziomu tej grupy. Żegnam.”

Nikt oczywiście nie może po prostu kliknąć „opuść”. Odejdźcie kiedyś z grupy po cichu, a zmarnujecie jedyną okazję, żeby poinformować kilkuset obcych ludzi, że właśnie tracą kogoś wartościowego. Taki człowiek zwykle jeszcze przez godzinę odpowiada na komentarze pod własnym pożegnaniem, prostuje nieścisłości i zapewnia, że „nie będzie się zniżał do tego poziomu”, zniżając się przy tym regularnie mniej więcej co siedem minut. Potem rzeczywiście znika, żeby po trzech tygodniach wrócić, ponieważ komuś uciekł york i sprawa wymagała mobilizacji wszystkich dostępnych sił.

Czasami, czytając te wszystkie doniesienia o kartonach, podejrzanych osobnikach, źle ustawionych donicach, psach, kotach, chomikach zastanawiam się, skąd ludzie biorą na to czas. Ja potrafię przez trzy dni nie odpisać na wiadomość, bo „muszę mieć chwilę świętego spokoju”, a ktoś inny o 7.12 rano zdąży sfotografować worek stojący obok śmietnika, wrzucić zdjęcie, oznaczyć administrację i jeszcze odpowiedzieć czternastu osobom, które mają własną teorię pochodzenia worka.

Może to ja źle gospodaruję dniem. Być może człowiek dobrze zorganizowany po prostu wstaje, pije kawę, robi zakupy, pracuje, odbiera dzieci, gotuje obiad, a między jednym a drugim prowadzi niewielkie śledztwo w sprawie pojemnika po farbie wystawionego przy wiacie. Jedni uczą się hiszpańskiego, drudzy biegają półmaratony, a jeszcze inni rozwijają pasję do dokumentowania, że ktoś z klatki B znowu nie domknął drzwi.

Nie chcę nikogo oceniać. Broń Boże. Sama mam zajęcia, o których przydatności dla ludzkości lepiej szerzej nie mówić, i potrafię przez kwadrans szukać w internecie aktorki, której nazwiska nie pamiętam, z filmu, którego tytułu też nie pamiętam, tylko dlatego, że „muszę sobie przypomnieć”. Ale żeby o 23.48 fotografować z balkonu śmietnik, bo „jakiś podejrzany wór spoczywa obok kontenera”, trzeba jednak mieć w sobie rodzaj powołania.

Być może niesprawiedliwie nazywam to wścibstwem. Może mamy tu do czynienia z pełnoprawnym sposobem spędzania wolnego czasu, tylko jeszcze nikt nie wpisał go do katalogu zainteresowań. Są ludzie, którzy wieczorem czytają książki, inni oglądają seriale, a ktoś najwyraźniej czuje się spełniony dopiero wtedy, gdy ustali, z którego mieszkania wyniesiono fotel pod śmietnik i dlaczego leżał tam aż do rana.

Patrząc na niektóre dyskusje, dochodzę nawet do wniosku, że nuda została niesłusznie oczerniona. Dawniej człowiek się nudził i najwyżej patrzył przez okno. Dziś patrzy przez okno z telefonem w ręku, robi zdjęcie, powiększa je, zakłada wątek i po godzinie ma poczucie, że uczestniczył w czymś bardzo ważnym.

Za chwilę zapewne ktoś z grupy odpowie:

- Też to zauważyłam. Trzeba coś zrobić!

I wieczór uratowany. 😉

piątek, 11 września 2026

Nie każde pęknięcie w ego wymaga gipsu - niektórym wystarczy plaster z autoironii...

Zauważyłam, że najciężej idzie się przez życie ludziom, którzy własną powagę niosą przed sobą jak tort z kremem w zatłoczonym autobusie. Łokcie szeroko, twarz napięta, oczy wbite w horyzont i wieczny lęk, że ktoś potrąci majestat, a różyczka z bitej śmietany przyklei się do nosa.

Tymczasem umiejętność śmiania się z siebie jest wyjątkowo praktyczna. Człowiek potknie się na oczach połowy ulicy i zamiast przez trzy dni analizować, kto widział, jak bardzo widział oraz czy monitoring miejski planuje emisję nagrania w godzinach największej oglądalności, otrzepuje się, sprawdza stan kolan i idzie dalej.

Nie chodzi oczywiście o robienie z siebie etatowego błazna, któremu każdy może przykleić na plecach kartkę z napisem „kopnij mnie, mam dystans”. Poczucie humoru wobec siebie nie jest wycieraczką dla cudzej bezczelności. To raczej niewielka szpilka, którą od czasu do czasu przekłuwamy nadęte ego, zanim zacznie zajmować dwa miejsca w tramwaju i domagać się tytułowania per „Wasza Nieskazitelność”.

Psychiatrze pracy nie odbierajmy, gdyż nie każdą biedę da się wypłoszyć dowcipem. Jednak sporą część codziennych dramatów sami hodujemy pod kloszem, podlewamy wspomnieniami i zaglądamy co godzinę, czy już wypuściły nowe pretensje. A czasem wystarczyłoby spojrzeć na własne zachowanie z boku i zauważyć, że właśnie obraziliśmy się śmiertelnie, ponieważ ktoś nie docenił naszej genialnej uwagi dotyczącej ustawienia pojemnika na pranie.

Kto potrafi śmiać się z siebie, ten nie staje się mniej poważny. Po prostu nie musi codziennie zatrudniać orkiestry symfonicznej do oprawy każdego fałszywego dźwięku, jaki wydało jego życie. A to już jest oszczędność - jeśli nie na psychiatrze, to przynajmniej na nadmiernym zużyciu własnych nerwów. 😉

niedziela, 6 września 2026

Brwi jak Breżniew, ambicje jak Sophia Loren, czyli zakład kosmetyczny w łazience...

Do eksperymentów ciągnęło mnie od zawsze, z tym że wybuchy, pożary oraz wszystko, co kończy się przyjazdem straży pożarnej lub innych, stosownych służb, jakoś szczególnie mnie nie pociągało. Znacznie bardziej fascynowały mnie eksperymenty przeprowadzane na własnym organizmie, gdyż człowiek młody ma w sobie tę cudowną mieszaninę brawury i bezmyślności, dzięki której jest święcie przekonany, że skoro coś sprzedają bez recepty, kasku ochronnego i podpisu dwóch świadków, to na pewno nie można sobie tym zrobić większej krzywdy.

Będąc po dwudziestce, do tego niecierpliwa jak dziecko stojące przed zamkniętym kioskiem z lodami, zapragnęłam pewnego dnia zrobić sobie hennę na brwi - pierwszy raz w mym skromnym żywocie.

Po co, tego do dziś nie wiem.

Brwi miałam bowiem własne, dorodne i tak wyraźne, że można było za ich pomocą nadawać sygnały statkom na Bałtyku. Nie były to żadne subtelne łuczki, nad którymi kosmetyczka pochyla się z lupą i szeptem mówi: „tu bym może coś delikatnie podkreśliła”. Moje brwi podkreślały się same i to bez pytania o zgodę. Breżniew, gdyby mnie zobaczył, zapewne skinąłby głową z uznaniem i pomyślał, że młodzież jednak ma świetlaną przyszłość.

Ale kobieta, kiedy już sobie coś wbije do głowy, potrafi z żelazną konsekwencją ignorować fakty, zdrowy rozsądek oraz wcześniejsze doświadczenia całego rodzaju ludzkiego. 

Wróćmy do henny...

W mojej głowie nie miała to być zwykła henna, tylko początek nowego etapu życia. Już widziałam tę subtelnie oprawioną twarz, szlachetniejsze spojrzenie i siebie patrzącą spod perfekcyjnego łuku brwiowego z taką tajemniczością, jakbym co najmniej miała romans z włoskim hrabią i konto w Szwajcarii.

Pobiegłam w podskokach do kosmetyczki, oczywiście bez wcześniejszego umawiania, bo po co planować coś, co według mnie miało potrwać mniej więcej tyle co posmarowanie kromki masłem. Zakładałam, że pani kosmetyczka gdzieś mnie tam upchnie między paznokciem jednej klientki a wąsikiem drugiej, chlapnie henną, odczeka, zetrze i wypuści w świat odmienioną, być może nawet piękniejszą o dwie klasy społeczne.

Niestety w salonie panował tłok taki, jakby właśnie ogłoszono, że od jutra uroda będzie reglamentowana na kartki. Panie siedziały wszędzie, jedne moczyły, inne suszyły, jeszcze inne miały na twarzach substancje wyglądające jak zaprawa murarska, a na moje brwi nikt nie miał ani czasu, ani ochoty.

Zostałam bezlitośnie odprawiona.

I tutaj normalny człowiek wróciłby do domu, zrobił sobie herbatę i uznał, że widocznie wszechświat nie chce dziś ingerencji w jego twarz. Ja natomiast uznałam, że wszechświat rzucił mi wyzwanie. Nie to nie, prosić się nie będę, sama sobie zrobię i jeszcze zobaczycie, jaka będę piękna. Tak piękna, że kosmetyczki z całego miasta będą chodziły za mną z notesami oraz rozdziawiszczem otworogębowym.

W pobliskim sklepie nabyłam odpowiedni zestaw do domowego hennowania i usłyszałam od sprzedawczyni sakramentalne: „To nic trudnego”. Powinnam była wtedy odłożyć wszystko na ladę i uciec. W życiu szanującej się kobiety zwrot „to nic trudnego” bardzo często poprzedza sytuacje, po których człowiek siedzi na podłodze z instrukcją w ręku i zastanawia się, dlaczego ma trzy śrubki za dużo albo czemu jego twarz właśnie zmieniła narodowość.

Do domu wróciłam pełna zapału i z obrazem przyszłej siebie tak atrakcyjnym, że aż dziw, iż nie zaczęłam rozdawać sąsiadom autografów.

Rozrobiłam hennę, nałożyłam ją na brwi, i to hojnie, bo jeśli coś ma działać, to przecież trzeba mu dać szansę. Była to filozofia bardzo moja w tamtych czasach pomyślunkowych: prosta, skuteczna i absolutnie idiotyczna. Po czym zajęłam się czymś innym. Nie pamiętam czym, ale musiało to być zajęcie nadzwyczaj absorbujące, skoro całkowicie zapomniałam, że nad oczami trzymam substancję, której zadaniem jest trwałe przyciemnienie włosów. Przypomniałam sobie po czasie. Dość długim czasie...

I nagle, bez żadnej zapowiedzi, przez mój mózg przemknęła myśl, że chyba nie powinno się tego trzymać aż tak długo.

Pognałam do łazienki i spojrzałam w lustro. Do dziś pamiętam ten moment. Nie dlatego, że był wzruszający. Był po prostu traumatyczny. Z lustra patrzyła na mnie twarz, której górna część została właśnie przejęta przez dwa czarne organizmy o własnej woli i imponującym zasięgu terytorialnym. Brwi nie były ciemniejsze. Brwi rozpoczęły ekspansję. Wyglądałam jak nieślubne dziecko wspomnianego wcześniej Breżniewa i człowieka, który od dwudziestu lat hoduje nad oczami dwa czarne, opasłe chomiki. Do tego skóra wokół brwi również przyjęła kolor z entuzjazmem, jakiego wcześniej nie wykazywała wobec żadnego kosmetyku.

Zalały mnie poty, ale nie takie zwyczajne. To były poty człowieka, który właśnie odkrył, że jego twarz ma inne plany na przyszłość albo zalicza czwartą turę potów nocnych podczas szczególnie paskudnej menopauzy. Wydałam z siebie jęk tak ponury, że pająki i inne bezkręgowce bytujące w wentylacji mojej łaźni blokowiskowej poszły się masowo wieszać.

Rzuciłam się do zmywania. Tarłam, płukałam, przecierałam, ale henna siedziała w skórze z uporem lokatora, który nie płaci czynszu, ale zna swoje prawa. Im bardziej ją zmywałam, tym bardziej miałam wrażenie, że ona po prostu patrzy na mnie z czarnej otchłani i mówi: „Możesz sobie trzeć naiwna babo!”.

W tej sytuacji mój mózg, zamiast wezwać rozsądek, uruchomił domowe laboratorium. Cytryna. Woda utleniona. Przez ułamek sekundy pojawił się nawet Domestos, ale na szczęście jakaś ostatnia przytomna komórka nerwowa stanęła w drzwiach i powiedziała: „Domestos? Świetnie. Potem tylko papier ścierny i możemy wzywać pogotowie.”

Nasmarowałam więc brwi oraz skórę cytryną i potraktowałam wodą utlenioną, wierząc, że chemia naprawi to, co wcześniej zepsuła kosmetyka. Efekt był mniej więcej taki, jakby próbować zeskrobać smołę płatkiem kosmetycznym. Kolor trwał. Brwi trwały. Moja panika również.

Skoro więc nie dało się zmniejszyć intensywności koloru, postanowiłam zmniejszyć ilość brwi. Chwyciłam pęsetę i ruszyłam do wyrębu. Rwałam z takim zaangażowaniem, jakby od każdego wyrwanego włoska zależało moje przyszłe życie towarzyskie. Na początku szło rozsądnie, potem trochę mniej rozsądnie, a później pęseta zaczęła podejmować decyzje samodzielnie.

Po pewnym czasie z moich dawnych, dumnych brwi zostały dwa cienkie paski przypominające ślady po oponach rowerowych - wersja dziecięca. Dobrze, że natura wcześniej wyposażyła mnie w taki zapas, bo gdybym zaczynała z brwiami skromniejszymi, skończyłabym z dwoma miejscami pamięci po brwiach.

Całe szczęście wydarzyło się to w piątek, co nagle uczyniło weekend wynalazkiem równie ważnym jak penicylina. Przez dwa dni mogłam spokojnie nie pokazywać się światu i obserwować, czy moja twarz zechce wrócić do wspólnoty europejskiej.

Co kilka godzin podchodziłam do lustra z nadzieją... W sobotę rano było źle. W sobotę wieczorem trochę mniej źle. W niedzielę dało się już przy odpowiednim świetle, korektorze i dużej życzliwości obserwatora udawać, że nic się nie wydarzyło.

Przez chwilę rozważałam nawet zafundowanie sobie grzywki, ale nie takiej zwykłej, tylko grzywki awaryjnej, pełniącej funkcję zasłony przeciwlotniczej. Miała być gęsta i odpowiednio długa, żebym w razie potrzeby mogła schować pod nią brwi, czoło, oczy, a przy gorszym nastroju również całą swoją przeszłość. Na szczęście nożyczek nie użyłam, bo najwyraźniej mój limit głupich pomysłów na tamten weekend został chwilowo wyczerpany.

Po latach powinnam zapewne napisać, że ta historia czegoś mnie nauczyła, że od tego dnia stałam się kobietą rozsądną, ostrożną i że już nigdy nie eksperymentowałam z zabiegami kosmetycznymi wykonywanymi samodzielnie.

Byłoby to jednak ordynarne kłamstwo...

Jakiś czas później postanowiłam bowiem samodzielnie wydepilować łono pastą cukrową domowej produkcji. I na tym skończę opowieść, albowiem istnieją wspomnienia, które z wiekiem nabierają uroku, oraz takie, które mimo upływu lat nadal powinny siedzieć cicho, przykryte puchatym kocem i nie wychodzić do ludzi.

Historia z henną należy do pierwszej kategorii. Historia z pastą cukrową zdecydowanie zamieszkuje w drugiej kategorii. 😉